hapeesom, wychowanym na rozmaitych startrekach i supermanach (kosmita)
/.../
[Dlatego hapeesy nie zadają sobie pytania: Ile energii potrzeba, żeby przemieścić jedną tonę z układu odległego od Ziemi o sto (lub więcej) lat świetlnych w pobliże Ziemi?
Nie do końca. Tj. nie wiem jak to jest w dobie obecnej (gdy amerykański rynek komiksowy nie wyszedł wciąż.z kryzysu, w którym pogrążył się w latach '90, a najnowszy serial startrekowy - wedle plotek - "pochwalić" się może widownią na poziomie 40 tys. luda na odcinek - mniejszą, niż liczne fanprodukcje), ale kiedyś publika sięgająca po podobne opowiastki miała raczej - mniejszą czy większą - świadomość zawartych w nich naciągnięć i umowności, i bawiła się nimi jak my tu
atomami złota wielkimi jak pięści czy rozmaitym stopniem nieprawdopodobieństwa istnienia różnych odmian smoków; lub też na nie -
po białoborsku - pomstowała. (Oczywiście, hiperbolizuję, bo - w dużej części ściślacki - rozdyskutowany forumowo fandom to nie 100% odbiorców seriali SF i superbohaterszczyzny, ale Ty również, tylko z przeciwnym zwrotem. Przy czym zdaje mi się, że sposób percepcji zależy tu od mocy umysłowych percepującego. Mistrz przecie oglądał nie tylko wszystkie "Star Treki" pod rząd, ale i "Hulka" z "Herculesem" i "Knight Riderem", a nie słychać by od tego zgłupiał czy w UFO uwierzył.) Nade wszystko jednak zauważyć należy, że co mądrzejsi twórcy podobnych historyjek mieli świadomość jakich nakładów energatycznych wymagałby napęd Warp czy rozmaite superbohaterskie cuda. Dlatego Gene Roddenberry snuł sobie wizję przyszlości, w której energię da się pozyskać z każdej materii, choćby i z wody morskiej, prawie bezstratnie, a Stan Lee z Jackiem Kirby'm - jak kiedyś wspominałem - wprowadzali w roli źródła mocy swoich trykociarzy
niestabilne molekuły, których podkładka teoretyczna pokrętna jest jak strunówka. Mówiąc inaczej - nie zakładali, że to wszystko w ramach znanych nam dziś - choćby w trybie hipotez - praw fizyki i rozwiązań inżynieryjnych, co byłoby oczywistym nonsensem, a przyjmowali na potrzeby swoich fabuł, iż nastąpiły określone - nie dające się a priori wykluczyć (o czym powyżej
maziek) przełomy
". Co - przy wszystkich zastrzeżeniach jakie da się podnieść względem ich radosnej twórczości - wydaje się mądrzejsze (pod omawianym względem) od metody doktora Benforda (czyli zakładania, że wiemy już w zasadzie wszystko, a pozostające wciąż niejasności zostaną rozstrzegnięte nie dość, że w sposób nie pociągający już za sobą żadnych przewartościowań - choć przełom einsteinowski miał miejsce tak niedawno - to jeszcze tak jak nam się zdaje).
" Choć, oczywiście, bardzo bym się zdziwił gdyby takie
niestabilne molekuły istniały; wydajne pozyskiwanie energii z materii - tu już bym się zastanawiał...