Autor Wątek: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia  (Przeczytany 692700 razy)

xpil

  • Full Member
  • ****
  • Wiadomości: 216
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2595 dnia: Grudzień 04, 2018, 09:18:57 am »
Obejrzałem sobie niedawno "Arrival" z 2016 roku i gdyby nie to, że film ma na końcu nieduże zawirowanie czasoprzestrzenne, to napisałbym, że ssie jak radziecki odkurzacz. A tak napiszę tyko, że jest nudny i przegadany.

Pewnie mi ktoś zaraz zarzuci, żem gówniarz, bo w tym filmie właśnie o to chodzi, żeby nie lataly po Kosmosie i szczelaly laseramy tylko się trochę skupili na tym, co Ważne.

Ja tam nie wiem.

https://en.wikipedia.org/wiki/Arrival_(film)

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4490
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2596 dnia: Grudzień 04, 2018, 11:17:54 am »
Ja też nie wiem, ale witam w klubie znudzonych tym filmem;)

http://forum.lem.pl/index.php?topic=69.msg69584#msg69584

Wersja książkowa - lepsza.
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9552
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2597 dnia: Grudzień 04, 2018, 11:46:16 am »
No, ja też twierdziłem, że średniak, zresztą nawet do wersji pisanej miałem cykl zastrzeżeń:
http://forum.lem.pl/index.php?topic=69.msg66775#msg66775

ps. Czas chyba - odchodząc od produkcji, których twórcy pozorują, że mają ambicje, ku takim, których autorzy wprost bzdury serwują, bez udawania cnoty - napisać co myślę o "Wonder Woman" (z SF to ona kompletnie nic wspólnego nie ma, stanowi z mitologii wywiedzioną bujdą). W skrócie: jest to najbardziej marvelowski film DCEU - radosny (acz nie bez wyjątków, o czym za chwilę szerzej), wolny od wysilonego mroku innych niedawnych produkcji DC, od pierwszych scen budujący (list od Gacka się kłania) shared universe.
Przy czym - tu do zapowiadanych wyjątków dochodzimy - aby rzecz nie utonęła w cukierkowości, co by jej tylko zaszkodziło - pogodny klimat bywa przełamywany a to dość przejmującym obrazem cierpień wywołanych przez wojnę, a to (wprowadzoną nieco na siłę, ale mającą fabularne uzasadnienie jako część uczenia się przez Dianę nowej rzeczywistości) wzmianką o nieszczęściach jakie dotknęły Indian, a to finalną śmiercią Steve'a1.
A propos p. Trevora... udało się zachować bardzo dobrą równowagę między bohaterami, gdzie ona jest oczywiście bardzo potężna, ale młoda, naiwna i kompletnie zagubiona w świecie mężczyzn (czy raczej świecie dwupłciowym) i nowoczesnych technologii, co daje i Steve'owi błyszczeć jako jej przewodnikowi, i raz nawet ocalić jej życie, a przy okazji pozwala interesująco rozgrywać kulturowe różnice między ową dwójką. Tu trzeba, zresztą, zauważyć, że filmowa Wonder Woman nie jest - poza scenami ramowymi - Dianą znaną z komiksów, ale łatwo uwierzyć, że się nią na naszych oczach staje.
Zasadniczo rzecz jest pozbawiona szczególnej głębi2, ale za to nakręcona lepiej niż - bijący ją znów ładunkiem intelektualnym - "Black Panther".
Przy czym trzeba przyjrzeć się bliżej paru nieoczywistym wyborom, których dokonali twórcy, pozwalając w całkiem sporej ilości scen otaczającemu światu (najpierw Themyscirze, potem Europie początków XX wieku) i triadzie barwnych sidekicków dominować nad protagonistami, biorąc do rogue gallery mało znaną przeciwniczkę z komiksów (a raczej - co typowe - swoją wariację na jej temat) i generała Ludendorffa (przypuszczalnie nie jest to ten historyczny, tamten wojnę przeżył, góra jego alternatywna wersja, ale należało się takie potraktowanie nazwisku faceta, którego filozofia oparta była na gloryfikacji wojny jako stanu normalnego, i który miał swój udział w wyniesieniu Hitlera do władzy, acz potem się od niego odwrócił).
Z innych rzeczy wartych wynotowania wypadnie pochwalić przypomnienie - od niechcenia - nazwiska E.R. Burroughsa, któremu popkultura (w tym komiksy superbohaterskie) sporo zawdzięcza (nie ma to jak świadomość korzeni gatunku). Natomiast zganić numer znany już z filmów o Amerykańskim Kapitanie ;) (kiedy bohaterka główna biegnie z tarczą wrogowie robią jej przysługę, i właśnie w tę tarczę celują). Zresztą ogólnie filmowa WW pokazuje w rozmaitych scenach b. różny poziom umiejętności - raz wydaje się potężniejsza od Supermana (poniekąd ma prawo, w tej wersji jest boginią), innym razem wygląda na to, że zwykli żołnierze z bronią maszynową gdyby się uwzięli, to daliby jej radę. Aczkolwiek da się to racjonalizować - że dopiero rozkręca się, budzi w sobie boski potencjał (może w chwilach gdy nie jest on przebudzony robi tylko za prawie zwykłą śmiertelniczkę?), miewa chwile zwątpienia, itd.
Skoro walkach mowa... musimy na chwilę zatrzymać się przy finale - jest on, co typowe dla konwencji, przydługi, przepakowany akcją i nieprzekonującymi CGI, i tym samym zwyczajnie nudny (to samo mieliśmy w "BP"), ale łagodzi to trochę fakt, że Ares (to, że udawał Brytyjczyka wydaje się znaczące, jako sygnał: zło może czaić się wszędzie, nie tylko po stronie, z którą walczymy) - choć - najłagodniej mówiąc - nieco brak mu charyzmy, a i ze swoim mitologicznym wizerunkiem wiele wspólnego nie ma, przypominając raczej (także rogami na hełmie ;) ) niektóre interpretacje postaci chrześcijańskiego Szatana3, przedstawia w trakcie nawalanki całkiem interesujące racje (choć trudno nie zapytać kiedy nauczył się miotać piorunami jak tatuś-Zeus, i jakim cudem - skoro zginął - wybuchła potem II wojna światowa, czyżby zmartwychwstał potem? a może nie mylił się jednak w ocenie ludzkiej natury?).
Z kompletnych drobiazgów można jeszcze ocenić na plus spostrzegawczość i przytomność umysłu Steve'a (żeby wprowadzać silne kobiety, nie trzeba ich wcale otaczać słabymi czy głupimi facetami pp. Feig, Abrams i Johnson!), który zapamiętał używany przez Amazonki numer z wybijaniem się z tarczy, by w stosownym momencie przypomnieć ukochanej o możliwości posłużenia się nim. Czy w sumie sztampowe (Amerykanom ze Starym Kontynentem głownie Paryż się kojarzy), ale zręczne podkreślenie europejskości Diany, daniem jej pracy w Luwrze. I uśmiechnąć się pod nosem na myśl, że - pozostawiona poza kadrem scena seksu się kłania - Trevor miał znacznie więcej odwagi niż pełny zbiór ex-chłopaków Alary Kitan.
Co uczyniwszy można postawić finalną notę - 3 z lekkim minusem/4 w kategorii kina rozrywkowego, czyli naprawdę nieźle jak na współczesną superbohaterszczyznę. Co nie znaczy bym szczególnie polecał.

1. Gdzie można narzekać, że jest to śmierć cokolwiek ręcznie wymuszona przez scenarzystów, której dałoby się uniknąć, gdyby bohaterowie inaczej pograli, czy, wspomniawszy startrekową "jedenastkę", ironizować - na zasadzie znanego "skoro się ten Kmicic nawrócił, to czemu go Janosik na pal wbił" - że syn postanowił pchać się na śmierć w stylu ojca (jak się dalej rozpędzimy, wyjdzie, że Kirk był nie tylko oblubieńcem Wonder Woman, ale i synem Thora - sekretarza Ghostbusterek ;) ), ale w sumie rozumiem taki wybór, lepsze to niż pokazać potem Steve'a jako zniedołężniałego starca u boku wciąż młodej Diany, czy kombinować potem na siłę jak go odmłodzić.

2. Na jedno szkoda, że rola pięknej Amazonki jako Kandydo-Prostaczka komentującego niejako z zewnątrz absurdy naszego świata ulega redukcji. Na drugie - poniekąd może to i dobrze, bo okazji do politycznego hejtowania mniej.

3. Diana znów miejscami zdaje się przypominać marvelowską Phoenix, zwłaszcza gdy decydujący cios zadaje.



Zresztą zamiast o jednym można o dwu... Bo dałem się też, czas jakiś temu, wyciągnąć na film pt. "Venom", który, co ostatnio modne, polaryzuje opinie - publiczność tlumami gna, krytycy popkultury - choć przecie niewybredni - miażdżą. Cóż.. rozumiem zarówno krytyków, jak i widownię. Bo z jednej strony film jest fajny, z przyjemnie prowadzoną, klasyczną, staroszkolną wręcz (bardziej w stylu Raimiego czy wczesnego Singera, a nawet wczesnych superbohaterskich kinówek z lat '90, niż np. Abramsa) narracją; i odwołuje się - jak ktoś już słusznie zauważył - do pulpowo-campowej estetyki mcfarlane'owskich obrazków przedstawiających bohatera tytułowego. Z drugiej jednak trafiają się (relatywnie drobne... jak na konwencję) paralogizmy i (znacznie częstsze, niestety) momenty puszczone i przegięte, sporo też tam tandety tyleż w zakresie CGI, co zagrań.
Przypuszczam, że to trochę jak z "The Orville" - widz/fan się cieszy, bo przemawia do niego całościowa fajność i przyjemny w odbiorze narracyjny konserwatyzm, krytycy zaś skupiają się na (licznych) kiksach, i narzekają, że dostali produkcję ostentacyjnie wręcz niewpisującą się w obecne mody.
Co zapadło mi w pamięć?
Po pierwsze - otwarcie z symbiontem, który wypełzł z sondy i szuka sobie kolejnych nosicieli. Jest w tym klimat ekranowej SF z dawnych lat (kojarzy się zwłaszcza "Terminator 2").
Po drugie - główny antagonista, Drake, stanowiący jawną złośliwostkę pod adresem obecnych miliarderów-wizjonerów, chcących ludzkość miedzy gwiazdy wysyłać. Pozbawiony jawnego demonizmu - przeciwnie: przyjemniaczek z gębą pełną wzniosłych frazesów (coś tam o ekologii, klimacie i ratowanie Ziemi) - hipokryta. Uśmiechnięty, cichy, a psychopata aż miło. (Pod koniec zresztą popsuty, ale końcówka filmów superbohaterskich zwykle jest słabsza niż początek.
Podobały mi się też w początkowej części w/w produkcji rozbudowane sceny obyczajowe. Recenzenci narzekali na zamulacze, ja w tym raczej widzę kontynuację tradycji "Spider-mana 2".
No i pochwalę wzmiankę o "Daily Globe", zawsze fajny smaczek.
Natomiast skrytykować muszę sceny łączenia ochotników (czasem przymusowych) z symbiontami - wyszły jak horror klasy Z, podszyty nieintencjonalnym komizmem.
Także szczególnego sensu nie ma wyjaśnienie skąd się symbionty biorą - tętniąca życiem kometa, wykorzystywana przez nie celowo w roli statku kosmicznego? WTF?
Jak również portret psychologiczny Annie (dziewczyny/byłej dziewczyny/whatever Brocka). Najpierw zimna suka zostawiająca go - jak stereotyp każe - bo stracił pracę i pozycję. Potem z nagła pełna poświęceń i altruizmu (tak samo zresztą jak jej nowy facet, który kompletnie bezinteresownie zaczyna pomagać jej i Eddiemu; wierzę w istnienie dobrych ludzi, ale to już wygląda na jakieś frajerstwo, powinni byli dodać mu jakąś zrozumiałą motywację).
Nienajlepiej wypada też - od momentu połączenia - sam protagonista. Owszem, da się to wszystko zwalić na skutki bolesnego łączenia się dwu umysłów, z których jeden jest Obcy, ale wygląda głupio. A to Eddie (na oko) kompletnie nieświadomie nadużywa mocy i robi różne przeszarżowano-destrukcyjne rzeczy, a to jest w pełni świadomy co się z nim dzieje i przeraża go to. A to dzieli ze swoim żywym kostiumem wszelkie myśli (o czym jest wprost mowa), a to - chcąc przewalczyć jego wpływ - jest w stanie zrobić coś, czego tamten nie zauważy. Raz wygłasza mu morały o tym, czego mają nie robić, by za chwilę beztrosko odgryźć łeb drobnemu bandziorowi, czy bez skrupułów rzucać policjantami po ścianach, a na koniec przerazić się tym co wyczynia/wyczyniają. I nie jest to zbyt dobrze zagrane, mówiąc najłagodniej; VFX też nie przekonują. (Przy czym warto zauważyć, że obaj są przedstawieni zupełnie inaczej niż w komiksach. Brock na początku jest kompletną antytezą swojego pierwowzoru - ma atrakcyjną narzeczoną, pracę dającą mu pozycją gwiazdora, fajny motocykl i kota. Potem traci to wszystko poza kotem, w wyniku narażenia się Drake'owi, ale wcale nie szuka zemsty, raczej wydaje się zagubiony. Symbiont również jest inny, niż można się spodziewać - po pierwsze jest celowo przybyłym zwiadowcą, częścią forpoczty planowanej inwazji. Po drugie słyszymy jak rozmawia z nosicielem i są te jego wypowiedzi kompletnie - prawie jak u Doomcocka ;) - przeszarżowane. Można pomyśleć, że wzoruje się na jakichś podświadomych, podpartych tandetną fantastyką, wyobrażeniach Eddiego o potworze z kosmosu. Nieszczególnie przekonuje też powód dla którego zdradził swoich: bo wśród nich robił za loosera, nieudacznika, a Ziemię polubił. Z drugiej strony skoro już wymyślili szykowany najazd, niezbyt mieli inne wyjście.)
Można również narzekać, że ludzie głównego złego urządzają sobie pościg z użyciem wybuchających dronów ulicami. Serio, pracownicy poważnej, dbającej o PR, korporacji, w samym centrum miasta?
Poza tym trudno nie spytać skąd symbiont (kolejny, nie brockowy) wiedział jak znaleźć Drake'a? I czemu nie był czerwony skoro wyglądał na Carnage'a w sumie?
Nudna też była - tradycyjnie, ta konwencja tak ma, jako się rzekło - finalna walka (acz wyłażenie/wyrywanie Obcych z ciał i śmierć Eddiego - oczywiście, zaraz został wskrzeszony - trochę ją urozmaiciły; to, że kostium nie wszystek umarł było już bardziej ograne).
Za to uśmiechnąć się można patrząc na scenę, w której protagonista wspinał się na dach wieżowca jak, by na nim zasiąść, jak Batman (wzorzec mrocznych herosów) i King Kong (jeden z bardziej ikonicznych nieszczęśliwych potworów o złotym sercu) zarazem. Czy przyglądając się chwilowo połączonej z symbiontem (z historii o Masce to chyba wzięli?) wyglądającej i zachowującej się jak rodzima Likwidatorka (na 99,9% zbieg okoliczności) Annie.
Zabawny też był ostatni akt ze Stanem Lee, który zdawał się doskonale wiedzieć co jest grane (wyraźne nawiązanie do hipotez, że był Watcherem) i stającym się w końcu Venomem jakiego znamy - półobłąkanym, acz na swój sposób sympatyczno-rozbrajającym, antybohaterem ze stalkerskimi zapędami.
Ogólnie miał chyba rację ten krytyk, który - wyłamując się z chóru kolegów - stwierdził, że to film zły, ale sympatyczny, mający wszelkie zadatki, by stać się kultową guilty (very guilty, dodam od siebie) pleasure.
Tu również nie polecam - na Forum Lemowskim? na głowę nie upadłem ;) - choć jak kto szuka odmóżdżenia...
« Ostatnia zmiana: Grudzień 04, 2018, 02:25:06 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9552
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2598 dnia: Styczeń 08, 2019, 09:22:29 pm »
B. interesująca analiza porównawcza - wspominanych tu wiele razy - "Gwiezdnych Wojen" i "Star Treka":


Teoretycznie o ekranowej fantastyce, ale w praktyce da się odnieść do realnego świata i realnych (także forumowych ;) ) sporów, oraz sposobów ich rozwiązywania.
« Ostatnia zmiana: Styczeń 08, 2019, 09:26:12 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Smok Eustachy

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 617
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2599 dnia: Styczeń 13, 2019, 01:52:40 am »
A ten tytuł został odnotowany?
Starcrash

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9552
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2600 dnia: Styczeń 14, 2019, 08:25:46 pm »
Aaa, słynny film rżnący ze "Starłorsów"... Jak przy takich kuriozach jesteśmy:
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Smok Eustachy

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 617
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2601 dnia: Styczeń 15, 2019, 04:04:51 am »
Vader

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9552
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2602 dnia: Styczeń 15, 2019, 12:19:12 pm »
Przyznać trzeba, że fajne jest to nawiązanie do sceny z Kylo Renem zatrzymującym blasterowego bolta, a zarazem przelicytowanie jej. Widać też ostre podobieństwo do wiadomego momentu "Rogue One". Co by o nim nie gadać - nowy kanon oddziałuje na fandom i jego postrzeganie świata "SW".

A propos "Łotra Jeden".. Tamtejsze - powtórzone również w powyższym filmiku - zagranie z Vaderem unoszącym się w zbiorniku z bactą było ryzykowne i... obosieczne. Bo z jednej strony ostro podkreśliło cierpienie i cyborgiczny charakter tej postaci (co na ewidentny plus). Z drugiej... w/w ujęcie miało dającą się z góry przewidzieć, wręcz wpisaną w nie, podatność na rozmaite humorystyczne reinterpretacje (exemplum), tym samym przyczyniając się do odzierania z powagi/mroku Najpopularniejszego Villaina Popkultury(TM) bardziej niż niesławne przykrótkie nosze z EP III.

(Jasne, dla równowagi wypadnie też przypomnieć co "R1" zrobił dla Vadera jednoznacznie dobrego, czyli przywołać następującą chwilę później scenę duszenia Krennica, no i sam - wspomniany już w drugim zdaniu - finał, oczywiście.)
« Ostatnia zmiana: Styczeń 19, 2019, 08:33:01 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Smok Eustachy

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 617
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2603 dnia: Luty 27, 2019, 01:27:49 am »
Walnąłem se 2 teksty o nowych Gwiezdnych Wojnach.
https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/937525,feministyczna-autokreacja-bohatera Feministyczna autokreacja bohatera

https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/937780,znuzenie

Generalnie nie jest dobrze. Wg autorskiej koncepcji mej najbardziej zaciążył na odbiorze brak mentorzycy.

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9552
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2604 dnia: Luty 27, 2019, 08:31:17 pm »
Walnąłem se 2 teksty o nowych Gwiezdnych Wojnach.

Byś se walnął i o nowych "Star Trekach" ;). IMHO tam jest nawet gorzej ("Discovery" jest tak zły jak mówią, "The Orville" tylko nieznacznie lepszy niż - po pierwszym sezonie - głosili krytycy).

Wg autorskiej koncepcji mej najbardziej zaciążył na odbiorze brak mentorzycy.

Fakt, Maz Kanata idealnie nadawała się na mentorzycę (grzech, że nie skorzystali z tej opcji), ale na moje oko problem w czym innym*... Raz - w kompletnej niewiarygodności bohaterów (nawet jak na standardy...): Rey nie wygląda na kogoś, kto od dzieciństwa walczył o przetrwanie w koszmarnych warunkach (a dałoby się - od biedy - w to survivorstwo i samouctwo bezmentorskie wpisać), Finn - na wychowanka totalitarnej machiny, która mu latami mózg prała, Poe - na kompetentnego oficera; tylko Kylo i Hux w roli infantylnych ciamajd snobujących się na czyste zło wypadają przekonująco (ale sam nie wiem czy to dobrze). Dwa - w tym, że Abrams z Johnsonem kompletnie rozwalili świat Lucasa (nie lubisz Prequeli i chyba nie czytywałeś wydawnictw z EU, więc może mniej Cię to boleć), i o ile po samym Epizodzie VII można się było łudzić, że idzie za tym jakiś chytry plan, o tyle teraz trudno dalej to zakładać.

* Więc i głębiej sięga.
« Ostatnia zmiana: Luty 27, 2019, 08:37:05 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Smok Eustachy

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 617
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2605 dnia: Luty 27, 2019, 10:15:03 pm »
Odmówiłem oglądania Statrekow po tej akcji z zieloną kosmitką. Że niby malujemy kobitkę na zielono i ona jest kosmitką. I kosmitka, która wyewoluowała na innej planecie w innych warunkach rożni się od kobitki tylko kolorem. To już dla mnie za dużo.

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9552
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2606 dnia: Luty 27, 2019, 11:58:19 pm »
I kosmitka, która wyewoluowała na innej planecie w innych warunkach rożni się od kobitki tylko kolorem.

Oni tam to usiłują tłumaczyć istnieniem gatunku wspólnych przodków wszystkich humanoidalnych cywilizacji (które trudno zwać wobec tego osobnymi gatunkami, mówiąc nawiasem), gdzie owi przodkowie nie dość, że siali swoimi genami po wszystkich zdatnych do tego planetach (takie jedno opowiadanko Vonneguta się przypomina ;D), to jeszcze wpisali w rozsiewane tak łańcuchy DNA jakiś (nierozpoznany przez nas dotąd) mechanizm, który determinował co z nich wyrośnie (co oznacza, że w "ST" nie mamy do czynienia - w wypadku ich "potomstwa", tj. Ziemniaków ;), Klingonów, rodaków tej zielonej pani, etc. - z darwinowską ewolucją, a z jakąś formą - za przeproszeniem - Intelligent Designu)*.

* W odcinku "TNG" zatytułowanym "The Chase" Preserver z holo-nagrania (chyba samica ;) ) mówi:

"You're wondering who we are, why we have done this, how it has come that I stand before you, the image of a being from so long ago. Life evolved on my planet before all others in this part of the galaxy. We left our world, explored the stars, and found none like ourselves. Our civilisation thrived for ages, but what is the life of one race, compared to the vast stretches of cosmic time? We knew that one day we would be gone, that nothing of us would survive. So, we left you. Our scientists seeded the primordial oceans of many worlds, where life was in its infancy. The seed codes directed your evolution toward a physical form resembling ours. This body you see before you, which is, of course, shaped as yours is shaped, for you are the end result. The seed codes also contained this message, which we scattered in fragments on many different worlds. It was our hope that you would have to come together in fellowship and companionship to hear this message. And if you can see and hear me, our hope has been fulfilled. You are a monument, not to our greatness, but to our existence. That was our wish, that you too would know life, and would keep alive our memory. There is something of us in each of you, and so, something of you in each other. Remember us."

(Le Guin zresztą w swoim cyklu haińskim zbliżone założenie przyjęła.)
« Ostatnia zmiana: Luty 28, 2019, 12:10:14 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Smok Eustachy

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 617
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2607 dnia: Luty 28, 2019, 01:08:43 am »
No w tym kontekście to sam Q jest podejrzany. Bez sensu to jest. Ale ok.
UFO pełniące funkcję Pana Boga to gdzieś u Lema było.

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9552
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2608 dnia: Luty 28, 2019, 01:30:43 am »
No w tym kontekście to sam Q jest podejrzany.

Q to akurat - jak dukajowy Duch/dukajowe Duchy - swoistą mimikrę uprawia, każdemu pokazuje się w znajomej mu postaci*. Ludziom w ludzkiej, niehumanoidom (mają tam i takie, ale nieliczne, najwidoczniej forsownie się nie rozsiewały ;) ) w niehumanoidalnej. Znaczy: najlepsze alibi ma.

* Tak, od biedy da się interpretować ten jego humanoidyzm idąc w jakimś takim kierunku (nie dosłownie, rzecz jasna, ale w sensie, że znaczący ma być):

"Biskup Frederico di Ciena, wyrwany spod władzy grawitacji, odruchowo podkurczył nogi. Zorientowawszy się, że jego rozmówca jeszcze się nie pojawił, założył ręce na piersi, manifestując swe urażenie i zniecierpliwienie zrozumiale nawet dla Obcego. Wiedział, że tamten go obserwuje, że jest tu w jakiś sposób obecny, że kontroluje jego bezpośrednie otoczenie – przecież oddychał, przecież żył. Tylko moc Ducha chroniła biskupa przed próżnią. Skoro zatem Duch zwleka – czyni to świadomie, to taki sam gest, jak założenie rąk przez di Cienę: znak. W tego rodzaju negocjacjach nie ma szczegółów nieważnych. Więc i to, że translokując biskupa spionizował go zgodnie z wyobraźnią przestrzenną homo sapiens – gazowy olbrzym pod stopami, słońce nad głową – stanowiło formę wyrażenia dobrej woli Ducha. Sprzeczne przekazy, sprzeczne interpretacje; chleb powszedni dyplomaty. Synstaty w głowie biskupa pracowały na najwyższych obrotach.
Usłużnie poinformowały di Cienę, iż interwał czasowy ich materializacji wyniósł trzy i trzy dziesiąte sekundy – Duch objawił się androgynicznym osobnikiem w garniturze niemal identycznym z biskupim. Włosy miał czarne i czarne oczy. Lewy synstat podpowiadał biskupowi prawdopodobne motywacje takiego wyboru Ducha: kaukaski typ frenologiczny w fenotypie jako aluzja do schizmy Tan Tsao; czerń symbolem aprobaty kasaty; odbicie ubioru jako deklaracja równych pozycji; to samo jako akcent na wzajemne podobieństwo, czyli krytyka encykliki; et cetera, et cetera. Oczywiście – wszystko to była czysta loteria, synstaty nie na wiele się przydawały w kontaktach z Duchami, których psychik – jeśli w ogóle Duchy posiadały coś takiego – organiczne procesory nie były w stanie zasymulować.
Brunet (ciekawe, czy to fantom świetlny, czy też jest w pełni materialny, zastanawiał się di Ciena), spionizowany równolegle do człowieka, zgiął się lekko w pasie, markując nieważkościowy ukłon. Biskup odpowiedział tym samym.
– W imię Boże – zaczął prowokacyjnie Duch.
Synstaty natychmiast zalały di Cienę tuzinami propozycji optymalnej reakcji."


J. D. "In partibus infidelium"

Bez sensu to jest.

W sumie tak. Ale jak na sprytne zagadanie tego, że możliwości techniczno-budżetowe pozwalały im na użycie w roli Obcych (głównie) aktorów pomalowanych farbką lub oklejonych gumą, nie wypada nawet najgorzej...*

* Wiem, mogę być stronny ;).
« Ostatnia zmiana: Marzec 01, 2019, 12:37:04 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Smok Eustachy

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 617
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2609 dnia: Marzec 01, 2019, 07:15:04 pm »