Autor Wątek: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia  (Przeczytany 731440 razy)

Smok Eustachy

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 668
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2625 dnia: Kwiecień 13, 2019, 01:31:45 am »
Ale badziew

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10165
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2626 dnia: Kwiecień 13, 2019, 02:24:48 pm »
Prawda. Dwa filmy za nami, a Rey wciąż obdarta chodzi (i nauczyła się po finnowemu na pustyni dychać)... Ale z jednego możesz się cieszyć: wygląda na to, że Luke zza grobu będzie robił za mentorzycę ;) :-\.

ps. Poza filmem kroi się i gra z uniwersum (protagonista wygląda mi na młodego Kanana z "Rebels"):
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 14, 2019, 02:30:22 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Smok Eustachy

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 668
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2627 dnia: Kwiecień 14, 2019, 06:19:12 pm »
Jednak chyba normalnieją powoli:
Insurekcja Niebołaza: Star Wars powtarza wątki za Avengersami
 https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/948876,insurekcja-niebolaza-star-wars-powtarza-watki-za-avengersami

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10165
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2628 dnia: Kwiecień 14, 2019, 07:44:58 pm »
A propos Avengersów... Piszesz o Thanosie... Filmy - można rzec - nie oddają mu sprawiedliwości... na jego szczęście zresztą, bo w obrazkowym oryginale jest to klasyczny lovesick zakochany w upersonifikowanej Kostusze (mordując połowę Wszechświata nucił prawdopodobnie "A wszystko to... bo ciebie kocham..."):
https://www.syfy.com/syfywire/the-bizarre-comic-book-love-story-of-thanos-and-death
W dodatku - ten wątek dopisali mu ostatnimi laty, by* było drastyczniej - ojco- i matkobójca:
https://bestofcomicbooks.com/thanos-murdered-father-and-mother/
(Znaczy -  w zakresie bycia emo - Kylo Ren na sterydach**.) Co - przeniesione na ekran na żywca - byłoby niestrawne.

* Zgodnie z remarque'owsko-stalinowską maksymą.

** Owszem, mający tę przewagę, że w przeciwnieństwie do tego ostatniego przedstawiony z (nieadekwatną do sytuacji) powagą i wyposażony w szorstką charyzmę (którą w kinie najlepiej chyba oddał ten fragment).

Przy czym w komiksach rzecz kończy się tak, że Nebula podwatykania (że tak Gałczyńskim pojadę) mu rękawicę, przez co - nolens volens - zmuszony jest przejść do drużyny dobra, by ją powstrzymać:
https://en.wikipedia.org/wiki/The_Infinity_Gauntlet
Spodziewam się, że w nadciągającym "Endgame" dostaniemy coś równie głupiego (bo z takiego materiału źródłowego* inteligentnej rozrywki się nie wykroi).

* Prawda, ma też "The Infinity Gauntlet" pewne podteksty, pewne głębie, epatuje psychodelią, stawia czytelnikowi pytanie "a TY co byś zrobił z wszechmocą?", ale działa to - góra - w trakcie lektury; gdy spojrzy się z dystansu widzi się jeno durnotę i eskalację zmyślonych mocy (to co opisujesz na przykładzie coraz większych Gwiazd Śmierci, tylko bardziej, znacznie bardziej).

Natomiast jeśli chodzi o starwarsowych typków, którzy najpierw mordowali, a potem się nawrócili (i był kłopot), to stary kanon ma ich całą gromadę ;):
https://starwars.fandom.com/wiki/Ulic_Qel-Droma
https://starwars.fandom.com/wiki/Revan
https://starwars.fandom.com/wiki/Kyp_Durron
https://starwars.fandom.com/wiki/Tahiri_Veila
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 16, 2019, 08:57:42 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

xpil

  • Full Member
  • ****
  • Wiadomości: 234
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2629 dnia: Kwiecień 15, 2019, 05:58:16 pm »
"Alien Warfare" - gdyby kazali mi to obejrzeć po raz drugi, wolałbym, żeby mi ktoś tępym, zardzewiałym widelcem wydziabał {cenzura}.

Specjalnie dla tego filmu powinni zrobić ujemną skalę punktową, następnie wygrawerować ją na długim, rosochatym, żeliwnym pręcie i wetknąć autorom tego dzieła głęboko w {cenzura}. Taka ich francowata dyszlem chrzczona, wiadomo.

Czas zmarnowany bezpowrotnie, aż mi się okrzyk bojowy Selektrytów ciśnie na usta normalnie.

Tak tylko oszczegam gdyby ktoś nabrał nagle ochoty na jakieś sajfaj na Netflixie.

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10165
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2630 dnia: Kwiecień 15, 2019, 06:19:13 pm »
"Alien Warfare"

Aaa, słynna najgorsza produkcja "SF" Netflixa (co stanowi pewien sukces, bo przecież platforma owa sporo "fantastycznej" tandety przyniosła). Nie tylko Ty przeklęstwa na nią rzucasz:
https://www.imdb.com/title/tt9562694/reviews


Edit:
Wracając do "SW"... Trailer nadciągającego sezonu "Clone Wars":

(To wygląda na niezepsute.)

I zapowiedź "Mandalorianina":
« Ostatnia zmiana: Maj 24, 2019, 01:34:02 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10165
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2631 dnia: Kwiecień 25, 2019, 10:59:56 pm »
Jak kto (S.E.? ;) ) ciekaw, linkuję kompletne (spojlerowe, znaczy) streszczenie "Avengers: Endgame" (bo premiera tego filmu to niby jakieś święto popkultury jest):
https://en.wikipedia.org/w/index.php?title=Avengers%3A_Endgame#Plot&type=revision=894082938
(W innej wersji nie da rady.)

Edit:
I jeszcze jedna apropośna ciekawostka (sprzed lat, ale...): ponoć Tony w wydaniu filmowym wzorowany był na Larry'm Ellisonie:
http://blog.cratchit.org/2008/03/larry-ellison-is-iron-man.html
Czyli na tym panu:
https://en.wikipedia.org/wiki/Larry_Ellison
https://pl.wikipedia.org/wiki/Larry_Ellison

Edit 2:
O - za przeproszeniem - warstwie logiczno-naukowej produkcji braci Russo:
https://www.denofgeek.com/us/movies/marvel/280737/avengers-endgame-internal-logic-science-explained
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 27, 2019, 05:21:27 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10165
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2632 dnia: Maj 24, 2019, 10:20:11 am »
Zwiastun nowego "Terminatora":

(Niby Cameron robi, a bida straszna.)

Zapowiedź nowego "Star Treka":

(O dziwo nic nie skopali, przynajmniej na tym etapie, choć złośliwi mówią, że ładna reklama wina wyszła.)

I o paru znanych scenach z kinowego Marvela okiem fizyka:

(Czasem miewają więcej sensu niż się zdaje...)
« Ostatnia zmiana: Maj 24, 2019, 01:29:42 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4796
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2633 dnia: Czerwiec 16, 2019, 09:03:57 pm »
Czy to SF?
W każdem nawet nie wiedziałam, że jest druga część Lśnienia...a tu taki doktorek od snów:
https://www.youtube.com/watch?v=2msJTFvhkU4
https://antyweb.pl/doktor-sen-lsnienie-kubrick-ewan-mcgregor-premiera-zwiastun/
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10165
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2634 dnia: Czerwiec 16, 2019, 10:46:13 pm »
jest druga część Lśnienia...

Jest, ale fabuła... zobacz sama:
https://en.wikipedia.org/wiki/Doctor_Sleep_(novel)#Plot
Duchy więzione w umyśle, spisek wampiroidalnych nieśmiertelnych... Nie wiem czy z tego nawet Kubrick co wartościowego by wycisnął (gdyby się wogle ;) podjął...)...

(Acz - przyznam - ładny ten trailer miejscami.)
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 17, 2019, 02:35:19 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4796
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2635 dnia: Czerwiec 17, 2019, 10:31:25 pm »
…a wszystko utaplane w alkoholu…najfajniejsze z trailera są wstawki z pierwszej części + charakterystyczna muzyczka…
Ale ja chciałam o czymś innym…wczoraj powtórzyłam sobie pierwszego Matrixa – to już 20 lat...zniósł upływ...niemniej jednego nie chwytam – dlaczego w matrixie można zabić ciało podłączonego – a nie tylko jego kreację?
Coś tam tłumaczą, że tam jest umysł, a ciało bez umysłu niczym...więc jeśli zabijmy w matrixie to zabijamy umysł i ciało ginie – ale to kiepskie wytłumaczenie, bo wtedy musiałby się on tam fizycznie znajdować. Ten umysł. Teleportuje się przez telefon?;)
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10165
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2636 dnia: Czerwiec 17, 2019, 11:07:49 pm »
najfajniejsze z trailera są wstawki z pierwszej części + charakterystyczna muzyczka…

No, to mam na myśli... ;)

niemniej jednego nie chwytam – dlaczego w matrixie można zabić ciało podłączonego – a nie tylko jego kreację?

Przejęli - czy też przejęły - to automatycznie (czyli bez wnikania w techniczne szczegóły) od Gibsona, jak mniemam. Pamiętasz - dość charakterystyczny - wątek czarnego lodu, oprogramowania defensywnego zdolnego zniszczyć układ nerwowy hakera podłączonego bezpośrednio (to słynne gniazdko w głowie ;) ) do Sieci/Matrycy ("ten lod generują dwie zaprzyjaźnione S.I. Na moje oko, ani trochę nie gorszy od sektora wojskowego. Piekielny lód. Czarny jak grób i gładki jak szkło. Wysmaży ci mózg od jednego spojrzenia." - "Neuromancer")?

Edit:
Zresztą nie tylko im się zdarzyło, Ziemkiewicz w "Pieprzonym losie kataryniarza" też przejął:

"– Idź już – ziewnął Robert. – Jestem potwornie zmęczony. Chce mi się spać.
– Tak, wiem o tym – Brzozowski podniósł się w zapadającej ciemności. – To się nazywa drowser. To migoczące światło, w które wpadłeś. Od kilkunastu minut zwalnia rytm twojego mózgu, aż do katatonii. Nie ma przed tym obrony. Twoja żona znajdzie cię w stanie śpiączki, z której medycyna nie zdoła cię wyprowadzić. Chyba, że spróbuje cię odpiąć od komputera i zerwać połączenie. Wtedy zabije cię wylew krwi do mózgu. Przykro mi, Robert.
/.../
Spadał. A więc tak ma wyglądać śmierć? Po prostu uśnie, pogrąży się w letargu i nigdy już nie wyjrzy na powierzchnię rzeczywistości?
Jakaś cząstka jego duszy wciąż jeszcze nie wierzyła, że to już koniec.
Skupił się, rozpaczliwie próbując przypomnieć sobie własne ciało. Wytężył wszystkie siły.
Nie mógł umrzeć. Nie mógł umrzeć. Wiedział to teraz tak jasno, jak nic innego.
Potrafię z nim wygrać, powiedział do siebie, na progu unicestwienia. Mam dosyć siły.
– Mam dosyć siły – powtórzyła otaczająca go przestrzeń.
Rozpadał się, rozpływał w pustce.
Spadał w nicość, ale jego spowolniona myśl wyostrzyła się jak nigdy. Cokolwiek zrobili z jego mózgiem, dobiegało końca. Pojęcia przychodziły z trudem, powoli, wyciągane z mozołem z najdalszych zakamarków rozpadającej się pamięci.
Ale gdy już przychodziły, były krystalicznie czyste i mocne. Kontrolowali jego sterownik. Nie mogli kontrolować jego mózgu.
Nie rozpłynę się, powiedział do siebie, znajdując słowa z trudem, powoli – ale może właśnie dzięki owej powolności te słowa były silne, jak musiało być silne słowo “niech się stanie” u korzeni wszystkiego.
Nie uratuje cię program, nie uratuje cię twój sprzęt. Zabrali ci to. Ale nie mogą ci zabrać ciebie samego.
Wciąż się nie poddawał. Skupił wszystkie myśli, bo już nie zostało z niego nic, oprócz myśli, w jednym punkcie i z całą mocą zaczął wydzierać nicości swoje ciało.
/.../
Skupił się na swym mózgu i określił jego kształt. Odnalazł wychodzący z podwzgórza pień nerwowy i szedł jego tropem w dół, określając ściśle każde najdrobniejsze odgałęzienie. Wydobywał z nicości i układał w świetlistą mapę siebie samego pajęczynę nerwów, oplatających ręce, tułów, nogi. Zaczął odnajdywać wokół nich mięśnie i ścięgna, idąc po nich dotarł do kości. Określił powracającym dotykiem każdy punkt narządów wewnętrznych. Bijącego rozpaczliwie powoli, ale mocno, serca, poruszających się płuc, wzgórz wątroby, trzustki, nerek. Przebiegał rozdymanymi nienormalnym ciśnieniem kanałami arterii i żył.
Znowu istniał, jak fantomatyczna projekcja w ciemności – zawieszone w pustce ciało, złożone w niewidzialnym fotelu, z głową odchyloną do tyłu, rękami na kolanach, lekko rozchylonymi ustami i cienkim strumykiem krwi, ściekającym po twarzy. Próbował nim poruszyć i wtedy napotkał obcą siłę, wdzierającą się od karku, wykradającą płynące rdzeniem kręgowym rozkazy, penetrującą jego mózg.
Zebrał wszystkie siły, czując, że cokolwiek Corbenic zrobił z jego mózgiem, jego myśli nigdy nie były tak potężne jak w tej chwili. Ogarnął świadomością całego siebie, cały swój mózg, razem z jego nie używanymi na co-dzień rupieciarniami, a w którejś z nich błysnęło zapomniane wspomnienie wykładów weekendowego motywatora z telewizji, opowiadającego o potędze, jaką wyzwolić można ze swego umysłu wytłumiwszy i zwolniwszy długotrwałą medytacją jego rytm; zebrał się w sobie, czując nagle uzyskaną wszechmoc, skoncentrował się aż do bólu, przywołał wszystkie siły – i runął na ten punkt na karku, gdzie wnikała w niego obca wola.
Przełamał.
Runął przed siebie, poprzez Nici wirtualnych połączeń, niepowstrzymany, tłumiąc wychodzące mu naprzeciw w rozpaczliwej próbie obrony impulsy. Przelał się przez konwertery i ośrodki przetwarzania sterownika, przejął władzę nad wspierającymi je serwerami i jak niepowstrzymana fala wtargnął do połączonego z nimi mózgu.
Znowu był w świetlistym pejzażu Corbenicu, oglądając go przez nie swoje oczy. Brzozowski szarpnął się, usiłował bronić, ale Robert odebrał mu kontrolę nad sterownikiem, odepchnął go gdzieś w głąb wirtualnego, ulanego z czarnego żelaza dala.
“Co robisz? Co robisz?” – krzyczał przerażony Brzozowski, kiedy Robert opanowywał jego oprogramowanie i poznawał komendy rządzące sprzężeniem z jego własnym, krwawiącym w odległym fotelu ciałem.
Niemal fizycznie odczuwał strach Brzozowskiego, ale nie potrafił zdobyć się na współczucie – cieszył się tylko, wiedząc, że ten strach obezwładnia jego przeciwnika do reszty.
Usadowił się mocno w kontrolerach sterownika, przełamując rozpaczliwe próby Brzozowskiego, usiłującego odzyskać kontrolę nad własnym ciałem. Odnalazł parametry pracy programów nadzorujących, w jednej chwili przyswoił sobie ich instrukcję. W następnej sekundzie uświadomił sobie, że Brzozowski popełnił błąd. Według poleceń Corbenicu, powinien zerwać sprzężenie pomiędzy nimi najpóźniej przed dwudziestoma minutami, zanim zabójcza intensywność pracy drowsera sięgnęła szczytu.
“Nie masz poczucia czasu. To cię zgubiło”, oznajmił z satysfakcją.
Nie miał mu nic więcej do powiedzenia.
/.../
Teraz, dla Corbenicu, to on był Brzozowskim. W niewzruszonym milczeniu odłączał i kasował kolejne moduły corbenicowych programów, wycofywał ze wszystkich pamięci wydarzenia ostatnich godzin, cofał zapisy zegarów przy notatkach backupu.
/.../
Odnalazł wreszcie połączenie drowsera i skomplikowanym ruchem obu rąk Brzozowskiego odłączył go od swojego sterownika.
/.../
Wtedy Robert sięgnął przez przylgę na karku oraz rdzeń kręgowy głęboko do jego ciała i nakazał jego sercu, aby się zatrzymało.
“Nie zabijaj mnie, Robert, nie, błagam! Nie zabijaj mnie, ty durniu, ty potworny durniu, co robisz…”
Wytrzymał jego krzyk, zdawało się, że trwający całą wieczność, ale w końcu słabnący powoli, cichnący, rozpływający się w nicości.
Potem przeciął jedną po drugiej ostatnie Nici, łączące go z martwym już ciałem, kasując zapisy o połączeniu.
I wrócił."


I - jak widać - nie poszedł w konkrety, technikalia, tylko zaczął się wykręcać medytacjami, fiatami. Tak to cyberpunk pokazuje w kluczowych momentach swoją ukrytą naturę fantasy (pojedynki w cyberprzestrzeni jako pojedynki magiczne), o której ongiś Oramus pisał. A pojedynek czarodziejów, by był efektowny, musi być śmiertelny. Choćby potencjalnie.

Ten umysł. Teleportuje się przez telefon?;)

Co zabawne był taki wątek w marvelowskim, ale i cyberpunkowym, komiksie "Ghost Rider 2099". Chłopina, którego właśnie mordowali na tle typowych dla konwencji porachunków, podłączony był akurat - via uliczny automat telefoniczny! - do cyberprzestrzeni, dzięki czemu zawiadujące tąż Sztuczne Inteligencje przechwyciły/zmapowały/whatever jego umysł, wrzuciły w ciało robota i posłały przeciw chaosowi świata w roli swojego szampo... championa.

http://theporporbooksblog.blogspot.com/2018/01/ghost-rider-2099-issue-one.html
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 24, 2019, 04:56:23 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10165
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2637 dnia: Czerwiec 21, 2019, 01:21:40 am »
A niech tam, przyznam się... Czas jakiś temu zdarzyło mi się obejrzeć film pt. "Bumblebee".
Zacznijmy od minusów (tych mniej oczywistych, na pastwienie się nad bijącym po oczach idiotyzmem założeń transformerowej franczyzy szkoda czasu): po pierwsze jest to prequel idealnie niekonieczny fabularnie, jego treść nie rozjaśnia zasadniczo żadnego z wątków dalszych części. Po drugie: nie mam nic przeciwko silnym kobietom/dziewczynom w kinie rozrywkowym, ale robienie z amanta głównej bohaterki ciamajdy, by bardziej błyszczała, jest irytujące (a na Zachodzie pewnie może być czytane jako krypto-rasizm w dodatku, bo on czarny). Po trzecie: komedia komedią, target - targetem, ale za dużo w zachowaniu sporej części bohaterów jawnego infantylizmu1 (a w fabule pomniejszych, nie dających się usprawiedliwić nawet nastoletnią konwencją, luk; kłania się choćby sprawa bezproblemowego wdarcia się do tajnej bazy). Po czwarte: tym razem bardziej niż w "jedynce" boli - bo i bardziej został wyeksponowany - filmowy pomysł, że Transformery mogą dość dowolnie rekonfigurować swój kształt, nie potrzebując do tego - jak w komiksach - mechanizmów Arki; który to pomysł konsekwentnie stosowany rozwaliłby całą logikę serii (bo czemu jeden czy drugi robot, gdy mu to wygodne, nie ma się stać np. wielkim odkurzaczem, w takich realiach?). Po piąte: w połączeniu z powyższym technicznym wyrafinowaniem bezsensowna okazuje się zarówno steampunkowata forma protagonisty, jak i to, że ziemska przyjaciółka jest w stanie go naprawić (powinna raczej dostać kociokwiku oglądając jego wnętrze, jak - podobno - badający szczątki UFO z Roswell ;) ).
Przy czym, powiedziawszy to wszystko... muszę przyznać, że jest to jednak druga co do jakości odsłona tego - mizernego - cyklu. Raz - roboty w końcu wyglądają jak godnie unowocześnione/"urealistycznione" wersje tych kreskówkowo-komiksowych2 (co u Bay'a udało się może trzem z nich). Dwa - bohaterowie mają tu najwięcej życia psychicznego od czasu pierwszego (aktorskiego) filmu. Trzy - nawalanki są klarowne (w przeciwieństwie do bay'owych). Cztery - miejscami działa spielbergowska, familijna, magia.
Jednym słowem to całkiem przyjemna, choć niezbyt mądra, rozrywka dla młodszego widza, w sam raz na letnie popołudnie. Acz sceny pierwszej transformacji Optimusa (z roku 2007), i wrażenia jakie robi ona do dziś, nic tam nie przebija.

Lemowcom - rzecz jasna - nie polecam, ale ich potomstwu (w wieku +/- 13 lat) - czemu nie...

1. Bee ;) ma przynajmniej to alibi, że nie jest do końca sobą, reszty nic nie tłumaczy.

2. Dowód (przypuszczalnie, mimo średniej jakości renderów, najlepsza scena całości zresztą):

« Ostatnia zmiana: Czerwiec 21, 2019, 01:08:41 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Smok Eustachy

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 668
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2638 dnia: Czerwiec 22, 2019, 12:11:41 am »
Eee Bumblebee jest fajny. W porównaniu z resztą to niebo a ziemia.
Godzilla natomiast wyszła:
Prawdziwy Król Potworów jest tylko jeden i oczywiście jest nim Kaczor. Nie o tym będzie jednak ten wpis:

Godzilla II nie spełnia postawionych przed nim oczekiwań. Miał zaorać tzw Star Warsy, szczególnie Ostatniego Jedi i nadchodzący Epizod IX. Nie chodzi tu o wynik finansowy ale o poziom filmu. Ufałem, że będzie tak dopracowany jak dajmy na to Twierdza z 1996 roku. I że się będzie dobrze oglądać. Twierdza ma już 23 lata, jak ten czas leci. Ci co ją robili pewnie dawno nie żyją. Teraz filmy robią psychopaci którzy nie umio w emocje, bo ich nie odczuwają. Albo też muszą szukać nowych form: przydałby się tu Krokodyl Dundee w filmie o Godzilli ale Krokodyl już jest, dawno stworzyli tą postać więc teraz muszą nowych motywów szukać. A że wszystkie sensowne są już pozajmowane to ładują bezsensowne. Tatuś jest zamiast Krokodyla i wygląda to średnio.

Film daje radę i jest lepszy niż wynikałoby z krytycznych recenzji. Na pewno lepszy niż Ostatni Jedi, czy tam Solo, że o Łotrze 1 nie wspomnę. Jest produkcją dla normalsów podejmującą aktualną problematykę społeczną o czym po spoilerze:

UWAGA SPOILER dalej czytasz na własną odpowiedzialność, piszę bez ogródek o fabule:

 

 

 

Żołnierze się żegnają, rodzina się schodzi - warto ten przekaz w dzisiejszych czasach docenić. Tylko wątek rodziny jest tak badziewny, że w momencie, kiedy się schodzą powszechne jest oczekiwanie, że w końcu potwory rozdepczą towarzycho. Sam nie wytrzymałem na seansie i zawołałem: weźcie zabijcie w końcu małolatę bo jej perypetie przeszkadzają w obserwacji walczących potworów. Brody z Kosmosu porusza ten temat:

https://youtu.be/J8i_4Aq-B_A (link is external)

Miota się słusznie, ale nadmiernie. Zgadzam się z nim co do faktów ale nie z ich oceną. Nie docenia on też ekoterroru:

U nas ekoterror wypuścił z klatki tygrysa i zginał człowiek. Norki ostatnio wypuścili i 2000 norek zginęło. Jakby mieli pod ręką Godzillę to by wypuścili Godzillę.

A ta kretynka co zagłodziła se psa bo karmiła go wege do czego by była zdolna? Mydło jadł zwierzak z głodu. Wytwórnia, czyli Warner, przestraszyła się jednak realistycznego przedstawienia ekoterroru. Powinien on bazować na pokazaniu oszołomstwa przykuwającego się do drzew czy brykającego po Bieszczadach. Postulat wytępienia ludzi w ekoterrorze się pojawia, mądrość etapu jednak obecnie jest taka, że nie mówią o tym otwarcie. Ale postulat nieingerencji do jakich wniosków prowadzi? Dlaczego są za zniszczeniem Puszczy Białowieskiej? Do Bieszczad też z chęcią by się dobrali. Z drugiej strony zamek nad Notecią im nie przeszkadza.

Zamiast realistycznego ekoterroru mamy jakiegoś dziadka i kolesi z kałachami. Dobre i to. Zapamiętajcie jednak, że ich postulaty to nie wymysł i pełno takich chodzi po świecie.

II

Godzilla z 2014 roku wytykano problemy następujące:

Za mało Godzilli w Filmie,

Ciemno w czasie walk potworów, nieprzejrzyste,

Słabe postacie ludzkie,

Niezniszczalny bohater męski Ford Brody wychodzący cało ze wszystkiego, często jako jedyny i z dziwnych powodów jedyny, który się zna

I co poprawili w drugim filmie? Walki dalej ciemne, Godzilli więcej, ale szarpana,  wątek ludzki gorszy, bohater może mniej niezniszczalny. Zabrakło tego Brody w drugiej części, skoro taki dobry był to i tu by coś podziałał. Przyzwyczaiła się publika do niego a tu nie ma. Obcięli admirała, admirał był w sumie fajny. Nie jak Ackbar ale zawsze. Walki są z ludzkiej perspektywy pokazane tu i tu, tylko szukanie bomby jakoś sensowniejsze było niż szukanie córeczki i darcie mordy. Przecież by nie usłyszała. To jest tak amerykański fetysz, że w filmie musi być wątek osobisty. W Shin Godzilli nie ma, Godzilla za to ma tam laser w dupie tj w ogonie i też nie jest to dobre.
W japońskiej Godzilli ludzie też byli słabi, ale przynajmniej byli to Japończycy i zachowywali się egzotycznie, co było ciekawe.

III

Ogólne założenia fabuły są ściągnięte z "Ostatniej Wojny" (2004 rok). Nie ma idiotycznej małej Godzilli a zamiast kosmitów mamy ekoterror. Jeden pies bo ekoterror to niezły kosmos. Japończycy co by tam o nich mówić dali ładny segment finałowej walki, nie przerywanej co chwilę tym i owym. Ich kolektywistyczne rozwiązania fabularne sprawdzają się. Tu i tu ludzie pomagają Godzilli, ale tam w sensowniej dobranym miejscu. Tu i tu walczy Mothra. Tam niby ginie a niby nie. Godzilla dostaje tam sztucznie podpompowany czas ekranowy dzięki kasacji innych potworów. Zillę kasuje, Rodana, Kumongę, etc etc. Finałowa walka z Gidorą nie jest tak sztucznie przerywana jak tutaj.

https://youtu.be/WXj7ST_F23Q (link is external)

 

Coś się niedobrego dzieję z tzw blockbusterami. Nie umiejo w scenariusze. Scenariusz wyróżnia się swoim stałym kosztem. Czy masz film za 50 milionów, czy za 500, czy za 5 to scenariusz może kosztować w zasadzie tyle samo. Tymczasem sępią i dają scenariusz do napisania reżyserowi, który nie umi w to, nikt tego nie poprawia ip. Lucas np. zasadniczo nie potrafi scenariusza. I skutki są jakie są.

Film wysokobudżetowy to setki milionów i nikt tego nie nadzoruje? Co się tu w ogóle odtentegowuje?

Podsumowując:

Nie potrafili poprawić niedociągnięć zgłaszanych przez publikę po pierwszym filmie. Nie potrafili napisać scenariusza. Że tam ludzie to kiszka to wiadomo. Ale gdyby zrobili dłuższe sekwencję walk to by jakoś uszło. Jak już film wyjdzie na DVD to trzeba zrobić wersję skróconą i powycinać zbędne wątki. I pseudonaukowy bełkot. Jaka ewolucja jak do ewolucji potrzebne są pokolenia  tu mamy 17 sztuk potworów? Jak to ma ewoluować? Romans Mothry z Godzillą to już jest żenada i obscen.

Intuicje owej Brody z Kosmosu są słuszne. Niechby scenarzyści wzięli ekerkę, kątomierz, zegarek i policzyli, kto co może i jak szybko. A jak coś się nie zgadza to niech nauczą się wciskać ściemę widzowi a nie na chama. Podobnie jak w Imperium Kontratakuje. Niech w końcu zajarzą, że samolot może strzelać rakiety z odległości wielu kilometrów i nie musi wlatywać w paszczę potworowi. Ale nie. Samolot musi w paszczę wlatać bo inaczej nie będzie dramatyzmu. Jak F 22 rozwija ponad 1 mach to czemu Osprej za nim nadąża? Można tu długo.

Tymczasem Monarch, który w poprzedniej części składał się z Serizawy i jego asystentki teraz ma wszystko swoje własne. Zajmuje się absurdalnymi działaniami jak ewakuacja. Ileż ludzi Osprejem zdążą ewakuować? Jakie nadzieje były, że asystentka zostanie rozwinięta. Gidora ją zjadł i teraz mamy młodszą azjatkę w tej roli, która coś tam mówi. A co mnie to obchodzi. I mamy jeszcze wybuch jądrowy, który jest absurdalny. Raz że zniszczyłby te korytarza, dwa: temperatura i fala uderzeniowa wykończyłaby Godzillę zanim by się zregenerował.

Godzilla się zaś rozwija. W pierwszej części zaprezentował swoje podstawowe moce: atomowy oddech, cios ogonem i regenerację. Teraz doszły nowe. Wyjaśniło się też, że zna ludzi i dlatego ich broni. Jak zrobią konflikt ludzie - Godzilla to mają w ryj.

Wyszedł film nienajgorszy, fajniejszy od Ostatniego Jedi i tych całych Avengersów Infinity War, Iron Mana, Dr Streńdża etc etc. Niestety nie powala na kolana i nie jest lepszy od pierwszej części. W pierwszej części mieliśmy więcej japońskiego myślenia. Widać, że feminizm obecny we współczesnym kinie nie jest jedyną przyczyną klapy, bo tu też jest słabo mimo że normalnie.  I nie poruszyłem całego spektrum zagadnień, jak uniwersum zwane monsterwersum.

PS: Ciekawe zagadnienia rozwojowe:

1. Co to znaczy, że w Godzilli 2 jest więcej przemocy niż w Godzilli 1?

2. Było drugie zagadnienie ale mi się zapomniało.

Godzilla II: Król potworów
https://www.filmweb.pl/film/Godzilla+II%3A+Kr%C3%B3l+potwor%C3%B3w-2019-... (link is external)


Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/smok-eustachy/krol-potworow

©: autor tekstu w serwisie Niepoprawni.pl | Dziękujemy! :). <- Bądź uczciwy, nie kasuj informacji o źródle - blogerzy piszą za darmo, szanuj ich pracę.

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10165
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2639 dnia: Czerwiec 22, 2019, 12:43:43 am »
Eee Bumblebee jest fajny.

No, jest. Zauważ, że o żadnym transformatorowym ;) filmie nie wyrażałem się tak ciepło/oględnie.

Prawdziwy Król Potworów jest tylko jeden i oczywiście jest nim Kaczor.

Scrooge zwany też Sknerusem, ten pierwowzór Indiany Jonesa?
https://www.dialbforblog.com/archives/429/
Coś słyszałem, że "Kacze opowieści" wróciły i są bardziej udane, niżby to niefortunna kreska sugerowała...
Ba, nawet coś widziałem:


Godzilla II nie spełnia postawionych przed nim oczekiwań. Miał zaorać tzw Star Warsy, szczególnie Ostatniego Jedi
Film daje radę i jest lepszy niż wynikałoby z krytycznych recenzji. Na pewno lepszy niż Ostatni Jedi, czy tam Solo, że o Łotrze 1 nie wspomnę.
Wyszedł film nienajgorszy, fajniejszy od Ostatniego Jedi i tych całych Avengersów Infinity War, Iron Mana, Dr Streńdża etc etc.

To w końcu zaorał, czy nie zaorał? ???

Postulat wytępienia ludzi w ekoterrorze się pojawia

Przypomniałeś mi "W pośpiechu do raju", późną powieść Ballarda. Znasz?

Coś się niedobrego dzieję z tzw blockbusterami. Nie umiejo w scenariusze.

Prawda, zaczęło się od "Dnia Niepodległości", "Armageddonu", paralogizmów "Wyspy" i kiksów w pierwszych "Transformerach" (jednym słowem od osi zła Emmerich-Bay-Abrams), potem ruszyła lawina...

Przy czym kluczowe wydaje się to, jak na dwa pierwsze z nich zareagował tzw. świat. Otóż "Impotence Day", jak zwykłem go zwać, był filmem ładnym wizualnie, relatywnie przyzwoicie jeszcze nakręconym, ale niemożebnie wprost głupim. Dotąd scenariuszowe idiotyzmy starano się w produkcjach z takim budżetem maskować, Emmerich, który jeszcze robiąc "StarGejty" się czaił, ostentacyjnie zerwał z tą zasadą. Krytyka to - oczywiście - zauważyła, krytyka nie jest (nie była?) taka tępa, ale zareagowała nietypowo: zamiast skorzystać z okazji do rozdeptania szmiry, przedstawiciele kręgów opiniotwórczych - z wyjątkiem Lema i Clarke'a bodaj - powiedzieli "tak, to jest kretyńskie [padały nawet porównania do największych knotów "SF" z lat '50], ale nam się podoba". Tak przełamana została pierwsza bariera.
"Armageddon" u krytyków nie mógł liczyć na tyle względów. Tym razem zachowali się konwencjonalne - posypały się złośliwe recenzje, rzeczone filmidło dostało pokaźny pakiet nominacji do Złotych Malin, za to nietypowo postąpili szefowie wielkich wytwórni, bo odpowiedzialni za tę chałę - Bay i Abrams - zamiast wilczego biletu dostali w krótkim czasie intratne kontrakty (realizując które mieli okazję wylansować dwu kolejnych zdolniachów ujemnych - Kurtzmana i Orciego). I tym samym przełamano wszelkie tamy, które mogły powstrzymać zalew łajna... Reszta była konsekwencją.
(Marvel, wbrew pozorom, nie jest tak winny, choć i on dołożył swoje, raz - przyszedł, gdy już oczyszczono mu przedpole, dwa - większość durnot, które wprowadził, nie wynikała z nieudolności scenarzystów, a z konwencji, przeniesiona została z komiksów, trzy - zaczynał od filmów względnie przyzwoitych - "Punisher" z Lundgrenem, "Blade" Norringtona, "X-Meny" Singera, "Spider-many" Raimiego, "Hulk" Anga Lee, pierwszy "Iron Man" - rozkręcenie się z bezmyślną akcją przyszło z czasem, i nawet na jego etapie trafiały się - usiłujące między mordobiciami powiedzieć coś z sensem - "Kapitany Ameryki 2" czy "Black Panthery".)

A propos:
Trochę kopania leżącego Emmericha:
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 29, 2019, 06:23:04 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki