Autor Wątek: Co wymyślił Lem... kompendium.  (Przeczytany 114040 razy)

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10166
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Co wymyślił Lem... kompendium.
« Odpowiedź #75 dnia: Wrzesień 18, 2009, 05:06:18 pm »
Lem wymyślił też Simsy (tak przynajmniej twierdzi twórca tej gry):
http://www.technovelgy.com/ct/content.asp?Bnum=865
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

maziek

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10890
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Odp: Co wymyślił Lem... kompendium.
« Odpowiedź #76 dnia: Wrzesień 18, 2009, 06:14:13 pm »
To Simsy też wyjdą z pudełka?
Jest wolność, więc każdy ma prawo być idiotą!
© Krzysztof Grabowski, DEZERTER

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10166
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Co wymyślił Lem... kompendium.
« Odpowiedź #77 dnia: Wrzesień 21, 2009, 10:26:08 pm »
Może ich twórca ma taka nadzieję? ;)

A wracając to tematu. Wychodzi na to, że Lem wymyślił też... argumentację Dawkinsa na rzecz ateizmu:

Pirx rzeczywiście nie darował Brownowi sprawy Pana Boga i umyślnie zatelefonował do niego następnego dnia; w UNESCO podano mu numer telefonu, dzięki któremu mógł osiągnąć swego "nieliniowego pilota". Poznał nawetjego głos, gdy nakręcił ów numer.
  - Czekałem na pana - powiedział Brown.
  - No i jak się pan zdecydował? - spytał Pirx. Było mu przy tym dziwnie ciężko na sercu; znacznie lepiej czuł się, kiedy podpisywał papiery Mc Guirrowi. Wydawało mu się wówczas, że da temu radę. Teraz nie był już taki pewny siebie.
  - Miałem mało czasu - rzekł Brown swym równym, miłym głosem. - Dlatego mogę powiedzieć tylko tyle: nauczono mnie podejścia probabilistycznego. Obliczam szanse i na tej podstawie działam. A w tym wypadku - dziewięćdziesiąt dziewięć procent, że "nie", a może nawet dziewięćdziesiąt dziewięć i osiem dziesiątych, ale jedna setna szansy, że tak.
- Że jest?
- Tak.
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10166
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Co wymyślił Lem... kompendium.
« Odpowiedź #78 dnia: Maj 08, 2010, 02:06:56 pm »
Lem wymyślił "Z Archiwum X" (a dokładniej konwencję obecną potem w tym serialu). Spójrzmy na "Śledztwo" - też mamy tam dochodzenie policyjne w sprawie, która zdaje się sugerować udział sił nadprzyrodzonych. Też mamy przejście od kryminalno-horrorowato-fantastyczno(mniejlubbardziej)naukowej fabuły do filozoficznego pytania, na ile nasze wyobrażenie świata - i stan o tymże świecie wiedzy - są odbiciem realnego, tegoż świata, stanu. I co jeśli trwamy w złudzeniach i nic ponad to?

Nie ja pierwszy zresztą na to wpadłem:
http://crumbscraper.com/investigation_review

(Dodać oczywiscie trzeba, że Lem postawił te pytania dobitnie, i starczyła mu na to jedna powieść. U Cartera zaś wyglądają one tylko z rzadka spod kupy ufoków, potworów i paranormalności, ale bywają, mimo wszystko, na tyle widoczne, że powodują, iż "Iksy" umiały - zwłaszcza na początku nim ugrzęzły w plątaninie spiskowych wątków - fascynować i b. inteligentnych ludzi.)



Edit: wymyślił też Mistrz nową "BattleStar Galactica", bowiem całą splątaną fabułę tego serialu da się sprowadzić - w streszczeniu - do tych prostych zdań:

"siadłem pisać dzieło o “Ewolucji Rozumu jako Zjawisku Dwutaktowym”. Albowiem, jak to udowodniłem tam, kolista więź łączy bladawców z robotami. Najpierw, skutkiem zakulgania śluzu ilastego na brzegu morskim, powstają istoty klejkie, białawe, stąd zwane Ałbumensami. Po wiekach tego one dochodzą, jak ducha tchnąć w metale, i czynią sobie z Automatów sługi niewolne. Po pewnym atoli czasie, odwrotną rzeczy koleją, Automaty, wyzwoliwszy się od klejkich, poczynają eksperymenta, czyby się czasem nie dało świadomości w kisiel tchnąć, i gdy na białku spróbują, to im się udaje. Lecz syntetyczni bladawcy po milionie lat znów imają się żelaza i tak się to w wieczność na przemian kręci"
"Cyberiada": "Bajka o trzech maszynach opowiadajacych króla Genialona"
« Ostatnia zmiana: Maj 18, 2010, 06:29:45 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Medelejne

  • Juror
  • Full Member
  • *****
  • Wiadomości: 110
    • Zobacz profil
Odp: Co wymyślił Lem... kompendium.
« Odpowiedź #79 dnia: Maj 27, 2010, 11:46:49 pm »

"Aparat nazywał się "opukiwaczem grobów", przynajmniej w pokładowym żargonie.U zmarłego, którego śmierć zabrała niedawno, albo gdy nie doszło do rozkładu ciała, jak w tym wypadku, na skutek niskiej temperatury, można było "podsłuchać mózg", a właściwie, to co stanowiło ostatnią treść świadomości."

Stanisław Lem "Niezwyciężony"
"Zawsze, jak magnes opiłki żelaza, przyciągałem wariatów."

Stanisław Lem

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10166
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Co wymyślił Lem... kompendium.
« Odpowiedź #80 dnia: Maj 28, 2010, 12:22:39 am »
Kopę lat ;) (no dobra, miesiecy). Wynalazek ciekawy, ale o ile wiem ;) nic takiego jeszcze nie funkcjonuje (może i dobrze?), za to SF częstuje nas jeszcze makabryczniejszymi wizjami... Oto cytat z Grega Egana zwanego często (na wyrost) "australijskim Lemem":

"- W porządku. Nie żyje. Porozmawiaj z nim. Bioetyko było lakonicznym młodym aseksem z blond dredami i w T-shircie, na którym między płatnymi reklamami raz za razem pojawiał się napis: NIE DLA TW! Parafowało formularz zgody na notepadzie patolog sądowej, po czym wycofało się do kąta. Traumatolog i sanitariusz odsunęli na bok sprzęt reanimacyjny, patolog zrobiła kilka szybkich kroków do przodu. W dłoniach trzymała strzykawkę z pierwszą porcją neurozachowacza. Nieużyteczny do chwili śmierci-powodujący w kilka godzin potężne toksyczne uszkodzenia szeregu narządów - koktaj z antagonistów glutaminianu, blokerów kanału wapniowego i przeciwutleniaczy niemal natychmiast zahamuje najpoważniejsze zmiany biochemiczne, które uszkodziłyby mózg.
Asystent pani patolog szedł tuż za nią, popychając kilkupółkowy wózek mieszczący wszystkie akcesoria pośmiertnego ożywienia: tacę jednorazowych narzędzi chirurgicznych, różne elektroniczne aparaty, pompę dotętniczą podłączoną do trzech kilkulitrowych szklanych butli i coś, co przypominało siatkę na włosy z szarego, nadprzewodzącego drutu.
Łukowski, detektyw z wydziału zabójstw, stał tuż obok mnie./.../
nie chciałem /.../ przerwać filmowania, jak pani patolog podłącza zastępczą krew./.../
Asystent prysnął na czaszkę ofiary enzymem depilacyjnym i dwoma ruchami chronionej rękawiczką dłoni ściągnął z czaszki ostrzyżone tuż przy skórze czarne włosy. Kiedy strząsał je do plastikowego worka na próbki, zrozumiałem, dlaczego trzymały się razem, a nie rozsypały jak śmieci u fryzjera: razem z włosami zdjął dość grubą warstwę skóry. Przykleił do łysej, różowej głowy “siatkę na włosy” - plecionkę z elektrod i czujników... Patolog skończyła obserwować działanie urządzenia wprowadzającego zastępczą krew, po czym zrobiła zmarłemu niewielkie nacięcie w tchawicy i wprowadziła cienką rurkę podłączoną do pompy, która miała zastąpić zapadnięte płuca. Nie chodziło o oddychanie, lecz o umożliwienie mówienia. Można było co prawda monitorować docierające do krtani impulsy nerwowe i elektronicznie zsyntetyzować zamierzone dźwięki, najwyraźniej jednak mowa była mniej zniekształcona, jeżeli ofiara mogła odczuwać coś przypominającego naturalną dotykową i słuchową informację zwrotną, wytwarzaną przez wibrujący strumień powietrza. Asystent zakrył ofierze oczy grubym, wyprofilowanym nieco jak okulary opatrunkiem - choć rzadko, zdarzało się, że skóra twarzy odzyskiwała czucie, a ponieważ z rozmysłem nie ożywiano komórek siatkówki oka, najłatwiejszym kłamstwem, mogącym wyjaśnić ślepotę, było powiedzenie ofierze, że ma uraz oczu. /.../
Ciało ofiary przeszył dreszcz. Tymczasowy stymulator zmuszał zniszczone serce do bicia - działał prądami o takiej sile, że w ciągu piętnastu, góra dwudziestu minut każdy kawałek mięśnia sercowego byłby zatruty elektrochemicznymi produktami ubocznymi. Z braku dopływu płucnego wprowadzano natlenowaną zastępczą krew do lewego przedsionka, przepompowywano ją raz przez ciało, po czym usuwano arterią płucną i wylewano. Krótko mówiąc - układ otwarty był mniej kłopotliwy od recyrkulacyjnego. Jako tako pozaszywane rany po ciosach nożem w brzuch i klatkę piersiową wyglądały jak pobojowisko i wylewał się z nich na stół operacyjny jasnoczerwony płyn, nie stanowiło to jednak niebezpieczeństwa - co sekundę planowo usuwano z organizmu sto razy więcej krwi. Nikt nie uznał za warte zachodu usunąć chirurgiczne larwy, pracowały więc w dalszym ciągu jak gdyby nigdy nic - szyjąc i chemicznie przypalając mniejsze naczynia krwionośne szczękami, czyszcząc i dezynfekując rany, wyszukując na ślepo martwą tkankę i skrzepy, które dałoby się pożreć.
Zasadniczą wagę miało utrzymanie dopływu do mózgu tlenu i środków odżywczych, nie odwracało to jednak rozpoczętego procesu rozpadu. Faktycznymi katalizatorami ożycia były miliardy lipozomów - mikroskopijnych kapsułek z lekami, zrobionych z błon tłuszczowych, które wtłaczano do organizmu wraz z zastępczą krwią. Jedno zawarte w błonie kluczowe białko otwierało barierę krew-mózg i pozwalało lipozomom wypłynąć z naczyń włosowatych do przestrzeni międzynerwowej. Inne białka powodowały, że membrana łączyła się ze ścianą komórki pierwszego napotkanego neuronu i wyrzucała maszynę biochemiczną na tyle sprawną, by zreenergetyzowała komórkę, sprzątnęła część śmieci powstałych w trakcie niedokrwiennego procesu rozpadu i ochroniła ją przed wstrząsem spowodowanym powtórnym natlenieniem.
Inne lipozomy były przeznaczone dla innych rodzajów komórek: włókien mięśniowych w fałdzie głosowym, szczęce, wargach, języku, dla receptorów w uchu wewnętrznym. Wszystkie zawierały odpowiednie leki i enzymy, a wszystkie miały służyć temu samemu: dostaniu się do wnętrza umierających komórek i zmuszeniu ich - na krótko - do zmobilizowania zgromadzonej energii do ostatniego - niemożliwego do podtrzymania - wybuchu aktywności.
Ożywienie nie było posuniętą do heroicznej krańcowości reanimacją. Było dozwolone tylko wtedy, gdy nie wchodziło w rachubę dłuższe przeżycie pacjenta, ponieważ każda metoda, która mogłaby do tego doprowadzić, poniosłaby fiasko.
Patolog patrzyła na ekran znajdujący się na jej wózku sprzętowym. Podążyłem za jej spojrzeniem - po ciemnym prostokącie latały wykresy chaotycznych fal mózgowych, a zmieniające wysokość słupki podawały ilość wypłukiwanych z ciała toksyn i produktów rozpadu. Łukowski z oczekiwaniem postąpił dwa kroki naprzód. Zrobiłem to samo.
Asystent wcisnął klawisz. Ofiara zadygotała i zakaszlała krwią - po części własną, ciemną i pełną skrzepów. Wykresy nabrały wyraźniej szych, ostrzejszych szczytów, zaraz jednak szpice się spłaszczyły, nabrały równiejszego rytmu.
Łukowski ujął dłoń ofiary i ścisnął ją - gest wydał mi się cyniczny, choć wiedziałem, że mógł być wyrazem impulsu prawdziwego współczucia. /.../
- Daniel? Danny? Słyszysz mnie? - spytał Łukowski.
Nie nastąpiła po tym widoczna reakcja fizyczna, jednak fale mózgowe zatańczyły. Daniel Cavolini studiował muzykę i miał dziewiętnaście lat. Znaleziono go około godziny jedenastej wieczór, nieprzytomnego i zakrwawionego, w kącie budynku stacji kolejowej Town Hali - z zegarkiem na ręku, notesem w kieszeni i w butach, co było mało logiczne, gdyby chodziło o nieudany napad rabunkowy. Od dwóch tygodni spędzałem każdą noc w wydziale zabójstw, czekając na podobną okazję. Zezwolenia na ożywienie wydawano tylko w przypadkach, gdy dowody wskazywały na to, że ofiara może wymienić nazwisko sprawcy - uważano, że metoda nie daje wielkich szans ani uzyskania użytecznego werbalnego opisu obcej osoby, ani sporządzenia jej portretu pamięciowego. Łukowski obudził sędziego pokoju tuż po północy - w tej samej chwili, gdy prognoza była jasna.
Im więcej ożywionych komórek zaczynało absorbować tlen, tym bardziej skóra Cavoliniego nabierała dziwnego odcienia szkarłatu. Nienaturalnej barwy molekuły transportowe zastępczej krwi były skuteczniejsze od hemoglobiny, ale tak samo jak pozostałe leki ożywiające - śmiertelnie toksyczne.
Asystent pani patolog wcisnął kilka kolejnych klawiszy. Cavolini znów się skręcił i zakaszlał. Cała operacja była balansowaniem na krawędzi - dla skoordynowania rytmu fal mózgowych potrzebne były lekkie uderzenia mózgu prądem, nadmiar bodźców z zewnątrz mógłby jednak wymazać zawartość pamięci krótkotrwałej. Po przekroczeniu granicy uznawanej przez prawo za śmierć głęboko w mózgu przy życiu mogą pozostać pojedyncze neurony, zachowując przez kilka minut schematy pobudzeń, reprezentujące ostatnie przeżycia. Ożywienie może chwilowo przywrócić infrastrukturę neuronalną, konieczną do wydobycia tych śladów, jeżeli jednak już zdążyły całkowicie zamrzeć - albo zostały zatarte próbami reanimacji - przesłuchanie nie miało sensu.
- Wszystko w porządku, Danny - powiedział uspokajającym tonem Łukowski. - Jesteś w szpitalu. Jesteś bezpieczny, musisz mi tylko powiedzieć jedno: kto ci to zrobił. Powiedz mi, kto trzymał nóż.
Z ust Cavoliniego wydobył się chrapliwy szept: pojedyncza, wypchnięta z gardła z przydechem sylaba, po której zapadła cisza.

Moja skóra skurczyła się w oczekiwaniu czegoś przerażającego, równocześnie jednak poczułem idiotyczny przypływ rozradowania - jakby coś we mnie nie chciało przyjąć do wiadomości, że ta oznaka życia nie jest oznaką nadziei.
Cavolini znów spróbował i druga próba okazała się bardziej udana. Sztuczny wydech, oddzielony od wolicjonalnej kontroli, sprawił, że dźwięk, który z siebie wydał, zabrzmiał jakby chwytał łapczywie powietrze. Efekt był żałosny - choć nie brakowało mu tlenu. Dźwięki, które wydobyły się z ust, były tak pokawałkowane i wymęczone, że nie umiałem odróżnić żadnego słowa, na szczęście Cavolini miał przyczepione do szyi czujniki piezoelektryczne podłączone do komputera. Odwróciłem się do ekranu.
DLACZEGO NIE WIDZĘ?
- Masz opatrunek na oczach - odpowiedział Łukowski.
- Pękło ci kilka naczyń krwionośnych, zostały pozszywane, ale możesz mi wierzyć, że nie zostaną trwałe ślady. Musisz jednak...
spokojnie leżeć i odpoczywać. Opowiedz mi, co się stało.
KTÓRA GODZINA? PROSZĘ... POWINIENEM ZADZWONIĆ DO DOMU I POWIEDZIEĆ...
- Rozmawialiśmy z twoimi rodzicami. Są właśnie w drodze, przyjadą najszybciej, jak im się uda.
Było to prawdą - gdyby jednak przybyli w ciągu najbliższej półtorej minuty, nie zostaliby wpuszczeni na salę.
- Czekałeś na pociąg do domu, prawda? Na czwartym peronie. Pamiętasz? Na pociąg do Strathfield o wpół do jedenastej.
Nie wsiadłeś jednak do niego. Co się stało? - Wzrok Łukowskiego przesunął się pod ekran z transkrypcjami mowy, gdzie komputer wypunktowywał kilka krzywych, ukazujących najważniejsze oznaki życia. Za mniej więcej minutę wszystkie dotrą do apogeum, po czym zaczną opadać.
MIAŁ NÓŻ. Prawa ręka Cavoliniego zaczęła podrygiwać, a martwe mięśnie twarzy po raz pierwszy ożyły, układając się w grymas bólu. CIĄGLE MNIE BOLI. POMÓŻCIE MI. Bioetyko spokojnie popatrzyło na szereg cyfr na ekranie, nie zamierzało jednak interweniować. Jakiekolwiek skuteczne działanie znieczulające stłumiłoby aktywność neuronalną tak mocno, że dalsze przesłuchanie nie byłoby możliwe. Gra szła o wszystko albo nic - można było albo brnąć dalej, albo zakończyć procedurę.
- Pielęgniarka zaraz ci poda środki przeciwbólowe - powiedział łagodnie Łukowski. - Wytrzymaj jeszcze trochę, to długo nie potrwa. Powiedz mi jedno: kto trzymał nóż? - Twarze obu mężczyzn świeciły od potu, ręka Łukowskiego była do łokcia ciemnoczerwona. Moim zdaniem, gdyby znalazł leżącego w kałuży krwi, konającego na asfalcie człowieka, zadałby mu te same pytania. Ciekawe, czy zaserwowałby mu te same uspokajające kłamstwa? - Kto to był, Danny?
MÓJ BRAT.
- Twój brat miał nóż?
NIE. NIE MIAŁ. NIE PAMIĘTAM, CO SIĘ STAŁO. SPYTAJ PÓŹNIEJ. ZA BARDZO KRĘCI MI SIĘ W GŁOWIE.
- Dlaczego powiedziałeś, że to był twój brat? Miał nóż czy nie miał?
OCZYWIŚCIE, ŻE TO NIE BYŁ ON. NIE MÓW NIKOMU, ŻE TAK POWIEDZIAŁEM. JEŻELI NIE BĘDZIESZ MI MĄCIŁ W GŁOWIE, ZARAZ SIĘ POZBIERAM. MOGĘ DOSTAĆ COŚ PRZECIWBÓLOWEGO? NATYCHMIAST?
Jego twarz rozmywała się i tężała, miękła i twardniała, jakby wyświetlano na niej film ukazujący sekwencję masek, przez co cierpienie stawało się stylizowane, abstrakcyjne. Zaczął poruszać głową do przodu i do tyłu - początkowo słabo, wkrótce jednak z szaleńczą prędkością i energią. Podejrzewałem, że ma jakiś uraz, a leki ożywiające nadmiernie pobudzają którąś uszkodzoną ścieżkę przekazu nerwowego.
W pewnym momencie sięgnął ręką do twarzy i zerwał zasłonę z oczu.
Natychmiast zamarł. Może w którymś momencie skóra twarzy zrobiła się nadwrażliwa i zasłona na oczach drażniła w niemożliwy do wytrzymania sposób? Zamrugał kilka razy, zmrużył oczy i popatrzył na jasne światła sali operacyjnej. Widziałem, jak zwężają się źrenice, a oczy zaczynają planowy ruch. Lekko uniósł głowę i popatrzył na Łukowskiego, następnie na siebie oraz swe niecodzienne ozdoby: jaskrawy przewód stymulatora serca; grube, plastikowe rury, którymi płynęła zastępcza krew; rany po ciosach nożem, pełne połyskujących, białych robaków. Wszyscy zamarli, nikt się nie odzywał, a Cavolini przyglądał się powbijanym w swą klatkę piersiową igłom i elektrodom, wypływającej z niego fali różowego płynu, sztucznemu otworowi do oddychania. Ekran z transkrypcją mowy był za nim, ale wszystko inne dało się objąć jednym spojrzeniem. W dwie sekundy wiedział - wyraźnie było widać, jak opada na niego ciężar zrozumienia. Otworzył usta, zaraz jednak je zamknął. Jego mina błyskawicznie się zmieniała - przez ból przebił się nagły błysk totalnego zaskoczenia, zastąpiony niemal natychmiast zrozumieniem absurdalnej sytuacji, w jakiej się znalazł. Przez ułamek sekundy wyglądał jak ktoś, kto podziwia błyskotliwy, złośliwy, krwawy żart, jaki zrobiono sobie jego kosztem. Potem zaczął mówić. Bardzo wyraźnie - przedzielając sylaby wymuszonymi, mechanicznymi westchnieniami. Powiedział:
- Nie... są... dzę... że... to... dob... ry... po... mysł...
nie... chcę... nic... wię... cej... mó... wić...
Zamknął oczy i opadł na stół. Oznaki życia szybko zanikały. Łukowski odwrócił się do patolog. Był szary jak popiół, ciągle jednak trzymał dłoń chłopaka.
- Jak mogła zadziałać siatkówka? Co ty zrobiłaś? Ty głupia... - Uniósł wolną dłoń, jakby chciał uderzyć, zatrzymał się jednak wpół ruchu. /.../ Patolog, która nie cofnęła się o krok, od wrzasnęła Łukowskiemu:
- Musiałeś go naciskać, tak?! Musiałeś naciskać, o bracie, choć wskaźnik hormonu stresu wchodził w czerwoną strefę?!
Zastanawiałem się, kto decyduje, jaki jest normalny poziom adrenaliny u człowieka, który zmarł od ciosów noża, ale poza tym jest rozluźniony Ktoś za moimi plecami wyrzucił z siebie długi ciąg niezbomych obscenizmów. Odwróciłem się i ujrzałem sanitariusza, który jechał z Cavolinim karetką-nie zauważyłem, że był cały czas na sali. Wbijał wzrok w podłogę, zaciskał pięści i trząsł się ze złości.
Łukowski złapał mnie za łokieć, brudząc mi ubranie syntetyczną krwią.
- Nakręcisz następnego, dobra? - powiedział szeptem, jakby miał nadzieję, że jego słowa nie trafią na ścieżkę dźwiękową. - Coś takiego jeszcze nigdy się nie wydarzyło - nigdy - a jeżeli pokażesz ludziom przypadek jeden na milion, tak jakby...
- Wydaje mi się, że wytyczne Komitetu Taylora dotyczące opcjonalnych ograniczeń wyraźnie mówią... - odezwało się nieśmiało bioetyko.
- Ktoś cię pytał o zdanie?! - wrzasnął na viego wściekły asystent. - Procedura to nie twój biznes, ty nieszczęsny...
W tym momencie gdzieś w głębi elektronicznych trzewi aparatury ożywiającej ryknął rozrywający uszy alarm. Asystent pochylił się nad sprzętem i zaczął walić w klawiaturę jak atakujące zepsutą zabawkę, sfrustrowane dziecko, aż hałas umilkł.
W ciszy, która nastąpiła, niemal zamknąłem oczy, wezwałem Świadka i zatrzymałem nagranie. Dość się napatrzyłem.
David Cavolini odzyskał przytomność i zaczął krzyczeć.
Patrzyłem, jak pompują go morfiną i czekają, aż wykończą go leki ożywiające."

"Stan Wyczerpania"

Wybaczcie długość (pociętego i tak) cytatu, wrzucam go jako ukłon w stronę - nieobcego i Lemowi - zamiłowania do makabry.

Co ciekawe Egan podaje tam też jakie były początki naukowego "opukiwania grobów":

“W 1888 roku chirurdzy policyjni sfotografowali siatkówkę jednej z ofiar Kuby Rozpruwacza - w ułudnej nadziei, że we wrażliwych na światło pigmentach zawartych w ludzkim oku uda im się odkryć twarz mordercy...”
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 07, 2012, 08:51:33 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Mariusz

  • Juror
  • YaBB Newbies
  • *****
  • Wiadomości: 44
    • Zobacz profil
Odp: Co wymyślił Lem... kompendium.
« Odpowiedź #81 dnia: Październik 24, 2010, 07:39:09 pm »
Znowu "Powrót z gwiazd" - optony/lektony nikogo już nie dziwią, a teraz jeszcze zrealizowano ubrania w spraju - http://www.guardian.co.uk/science/2010/sep/16/spray-on-clothing-t-shirt
Betryzacji na szczęście jeszcze nie ma...

NEXUS6

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 2215
  • MISTYK WYSTYGŁ, WYNIK: CYNIK
    • Zobacz profil
Odp: Co wymyślił Lem... kompendium.
« Odpowiedź #82 dnia: Sierpień 22, 2011, 09:31:51 pm »
Czytalem, ze gra Dead Space jest graficznie oparta na Solarisie Tarkowskiego, a i pomysly sa niektore wykorzystane z Solaris. Gral ktos w to? Podobne to to?

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10166
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4797
    • Zobacz profil
Odp: Co wymyślił Lem... kompendium.
« Odpowiedź #84 dnia: Grudzień 14, 2011, 12:42:38 am »
Pokój na Ziemi i zdalniki - zastanawiałam się czy Lem był tutaj rzeczywiście pierwszy - niemniej:
http://www.polskieradio.pl/23/267/Artykul/496801,Japonczycy-spelnia-marzenie-Lema
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10166
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Co wymyślił Lem... kompendium.
« Odpowiedź #85 dnia: Grudzień 14, 2011, 03:17:50 am »
http://www.polskieradio.pl/23/267/Artykul/496801,Japonczycy-spelnia-marzenie-Lema

Informacja nie pochodzi z "New Scientist", a z jedego z ich blogów, nie ma w niej ani słowa o Lemie, zaś sam zdalnik jest - na tle pokojowego - b. prymitywny, ale poza tym wszystko się zgadza ;) (i filmik jest ::) ):
http://www.newscientist.com/blogs/nstv/2011/12/body-sharing-robot.html
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10166
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Co wymyślił Lem... kompendium.
« Odpowiedź #86 dnia: Marzec 13, 2012, 08:50:26 pm »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Stanisław Remuszko

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 7986
    • Zobacz profil
Ludzi rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem : - )

maziek

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10890
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Odp: Co wymyślił Lem... kompendium.
« Odpowiedź #88 dnia: Marzec 16, 2012, 12:49:10 am »
Może to być dobry sposób absolutnie pewnego przesyłania tajnych informacji na Ziemi.
Jest wolność, więc każdy ma prawo być idiotą!
© Krzysztof Grabowski, DEZERTER

Stanisław Remuszko

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 7986
    • Zobacz profil
Odp: Co wymyślił Lem... kompendium.
« Odpowiedź #89 dnia: Marzec 16, 2012, 10:17:13 am »
Już po neutrinach dowiedziałem się o czymś WAŻNIEJSZYM z punktu widzenia tego Forum (czy Forum może mieć taki punkt?), czyli o Ekstelopedii Verstranda, w którą wczoraj zamieniła się Wielka Brytyjska Dwustuletnia. Oto kolejny przykład prekognicyjnego talentu Mistrza, chapeau bas!
VOSM
Ludzi rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem : - )