5
« Ostatnia wiadomość wysłana przez maziek dnia Dzisiaj o 09:55:38 am »
Może postudiuję jeszcze ten temat głębiej, bo mnie zaciekawił (dziękuję), natomiast kwestia możliwości uniesienia lufy nie świadczy sama przez się o możliwości zwalczania celów ogniem pośrednim na względnie małym dystansie, ponieważ kluczowe jest, jaki najmniejszy zasięg może mieć strzał, żeby pociski nie przenosiły. To że można podnieść armatę zwiększa zasięg, ale tu chodzi o jego zmniejszenie przy zachowaniu w miarę stromotorowego upadku pocisku. Bo oczywiście zasięg można zmniejszyć opuszczając lufę, tylko to powoduje płaskotorowy lot pocisku i trudność w zwalczaniu celów zasłoniętych, zwłaszcza, jak się jest poniżej nich. A konkretnie zmniejszenie zasięgu w pożądany sposób wymaga zmniejszenia prędkości wylotowej. Mając karabin w rękach możesz go unieść i pionowo ale nie zmienia to postaci rzeczy, że trafienie w pionowy patyk 50 m od Ciebie jest względnie łatwe a w poziomy patyk - znacznie trudniejsze. Ponieważ małe błędy w podniesieniu przy strzale do pionowego patyka, przy praktycznie płaskotorowym locie pocisku na tym dystansie, nie mają znaczenia - trafisz w patyk trochę wyżej, lub trochę niżej, jeśli tylko kierunek dobry. Natomiast na tej samej zasadzie niewielkie błędy w podniesieniu przy strzale do poziomego patyka powodują, że nie trafisz. Jak sobie wyobrazisz, że strzelasz nie do poziomego patyka, a do dykty 2x2 m tak umocowanej, że widzisz ją stycznie (czyli widzisz tylko jej poziomą krawędź), to trafienie w jakiś określony punkt na jej powierzchni jest bardzo trudne. Jak sobie wyobrazisz, że dykta to zaplecze plaży, a ten punkt na jej powierzchni to działo w schronie, to zdaje mi się, że to jest właściwy model sytuacji.
Teraz, zdaje mi się, że w epoce przynajmniej część armat 150-coś a zwłaszcza 200-coś mm było rozdzielnie ładowanych, a na pewno dotyczyło to artylerii głównej (dział 350-coś mm i większych). Generalnie rozdzielne ładowanie (pocisk osobno, potem worki z ładunkiem miotającym) pozwala zmieniać prędkość wylotową i w związku z tym donośność. Pocisk leci po baliście i na granicy donośności zawsze spada stromotorowo. Dlatego zastrzegałem, że chodzi mi o haubice w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, bo np. Krab ma lufę 52 kalibry i prędkość wylotową nawet ponad 1000 m/s (czyli dużo) - więc może strzelać stromotorowo na 40-coś km, ale zmniejszając liczbę worków z prochem można też strzelać nawet tylko na 4-coś km.
Pytanie na ile było to możliwe w armatach morskich, bo filozofia strzelania, zwłaszcza z dużych kalibrów była taka, żeby pocisk na granicy zasięgu wszedł stromotorowo od góry przez pokład, gdzie nie ma pancernej burty i eksplodował wewnątrz. Czyli w zasadzie armaty morskie, przynajmniej tych większych kalibrów, były do tego przystosowane, pytanie tylko, jaki był minimalny zasięg, albo minimalna prędkość wylotowa. Ale o ile wiem, to armaty średniego kalibru były wówczas co prawda rozdzielnie ładowane, ale zwykle w systemie quick-fire, tzn. ładunek miotający był w łusce a nie w workach i nie wiem, czy te "łuski" były w odmianach różniących się ilością prochu.
A że wspierali dużo dłużej. Oczywiście paradoksalnie im dalej, tym lepiej mogli wspierać, zwłaszcza z większych kalibrów to i 30 km mogli - tylko im dalej, tym bardziej malała szansa celowego, punktowego trafienia więc raczej było to typowo artyleryjskie wsparcie, czyli młócka w nadziei, że w coś się trafi. Choć pamiętam jakieś wspomnienia amerykańskiego matrosa, który opowiadał, jak w D-day (ale przy widoczności celu) zabawiali się w zrzucanie wież z czołgów niemieckich.
PS i tak jeszcze z innej beczki to zdaje mi się, że przeceniasz nieco możliwość trafienia pośredniego z morza w nawet bardzo dobrze określony geometrycznie punkt na lądzie ogniem pośrednim. To nie jest artyleria lądowa. Działo znajduje się na okręcie, który nie ma dobrze określonej pozycji a w dodatku ta pozycja się stale zmienia o metr-metry na sekundę. Pomimo posiadania przez większe jednostki analogowych komputerów kierowania ogniem, które eliminowały chwiejbę własną oraz znosiły ruch wzajemny strzelającego i celu - to jednakże bazowały one na widoczności npla w celowniku.