Autor Wątek: Alfred Bester, Frederic Brown, Ray Bradbury - polecani przez Lema panowie B. ;)  (Przeczytany 3303 razy)

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10037
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Iżby nie było, że potrafimy się tylko (nie)pięknie różnić politycznie... Z dedykacją dla trxa, któren narzekał na nudę na Forum ;).

Zakładałem wątki o paru autorach SF, których Patron nasz chwalił, czas przypomnieć kolejnego. Alfred Bester, autor dwu kapitalnych, świetnych w swej klasie (znaczy: pierwszorzędnych utworów drugorzędnych) powieści i sporej ilości opowiadań SF.

Jego "Gwiazdy moim przeznaczeniem" i "Człowiek do przeróbki", choć wychodzą od jawnie nieprawdopodobnych założeń - konkretnie psi-fenomenów - bronią się logicznym wyciągnięciem konsekwencji z owych fenomenów fabularnego zaistnienia, arcysprawną narracją, dowcipem, rozmachem, niesłychaną barwnością i witalnością (dobre są jako literatura motywacyjna;) ), czynią też wrażenie Dicka-przed-Dickiem trochę.
BTW. Wszyscy lubiący SF lubią "Diunę", prawda? A jednak jak się przeczyta "Gwiazdy...", to ta "Diuna" wydaje się jakby trochę... wtórna? (W obu wypadkach mamy do czynienia z wysokooktanową space operą z ponadprzeciętnie rozbudowanym - zwł. jak na swe lata - tłem, którego cześcią są zapadajace w pamięć scenki z życia tamtejszych wyższych sfer. W obu wypadkach protagonista zaczyna od podążania za głosem zemsty, by skończyć jako figura mesjańska skłonna poświęcić siebie dla innych - acz Paul dopiero w "Mesjaszu..." nomen omen, obaj bohaterowie są zresztą wprost witani jako zbawcy przez pewne plemię. W obu wypadkach wreszcie mowa jest o czerpaniu z ukrytych możliwości człowieka, ciała jego, a ducha, by stać się bogom podobnym.)
Właśnie... ten Gully... Od nieudacznika do skutecznego intryganta pełnego żądzy zemsty. Potem od bezwzględnego gracza, do osoby zdolnej do szerszego spojrzenia i szlachetnego gestu. Wreszcie od tegoż do - jako rzekłem - figury mesjańskiej... (A pobrzmiewa w tym gdzieś taka - lemowska jakby - nuta, że im więcej wiesz i możesz, tym mniej chce ci się być wrednym.)

Opowiadania znów, nie mniej potoczyście pisane, skrzą się od humoru (za najlepsze z nich uważa się często "Fahrenheit radośnie", ale ono akurat - w przeciwieństwie do reszty - nigdy mnie jakoś nie ruszało).

I jeszcze jedno dzieło Bestera zasługuje na dostrzeżenie: oryginalny superłotr komiksowy - Vandal Savage, znany u nas z jednego odcinka, nie pomnę, animowanego "Supermana" czy też animowanych przygód "Justice League" (przechodził on zresztą w tymż odcinku ewolucję w stylu tej Foyle'a).

Dodać też koniecznie trzeba, że telepata-szwarccharakter z serialu "Babylon 5", nie dość, że nosi nazwisko Alfred Bester (sic!), to jeszcze wzorowany jest w sporym stopniu na Reichu z "Człowieka..." (pierwszej zresztą powieści wyróżnionej, b. istotną dla światka SF, nagrodą Hugo); hołdzik taki.

Zresztą... Bester może też służyć za przykład obracający w niwecz jeden z popularnych antylemowych mitów... Mawiano - jak wiadomo - o Lemie (za plecami), że zawistny niby o cudzy talent, etc. Tymczasem Bestera rozpropagował u nas właśnie Mistrz himself ryzykując nawet podpadnięcie władzy, że usiłuje importować płody tak imperialistycznego pisarza.

Na koniec wątek osobisty: miałem okazję wymienić w życiu parę zdań z tłumaczem tegoż autora:
http://www.fahrenheit.net.pl/forum/viewtopic.php?f=26&t=4137

Edit drobny: skoro o tłumaczach mowa... Otóż fragment besterowego "Hobson's Choice" w mistrzowym przekładzie (cyt. za "Fif-ą"):

"— Co — powiedział Addyer — podróże w czasie?
— Tak. Jasne.
— Ta rzecz — wskazał Addyer „radio” — to maszyna czasu?
— Coś z tego. Z grubsza.
— Ale to za małe. Siwy zaśmiał się.
— Co to za miejsce? Co tu robicie?
— Śmieszne — powiedział siwy. — Każdy spekulował sobie na temat tych podróży. Jakie to będzie używanie dla eksploracji, archeologii, badań historycznych, socjalnych i tak dalej, nikt nawet nie zgadł, jaki będzie prawdziwy użytek… terapia!
— Terapia? Lekarska terapia?
— Tak. Psychologiczna terapia dla nie przystosowanych, którzy nie reagują na żadne inne leczenie. Pozwalamy im emigrować. Ustawiamy stacje co ćwierć wieku. Takie jak ta.
— Nie rozumiem.
— To jest biuro imigracyjne.
— Wielki Boże! — Addyer zerwał się z fotela. — To przez was ten wzrost ludności? Tak? Zauważyłem go! Śmiertelność jest teraz taka wysoka, a przyrost taki niski, że wasze nadwyżki dają o sobie znać. Tak?
— Tak, panie Addyer.
— Tysiące was tu przybywają — skąd?
— Z przyszłości, naturalnie. Podróży w czasie nie zrealizowano przed C/H 127. Nie ustawiliśmy łańcucha stacji przed C/H 189.
— Ale ci, co się tak prędko ruszają? Pan mówił, że są z przeszłości?
— O, tak, ale pierwotnie jednak z przyszłości, po prostu zadecydowali, że za bardzo się cofnęli.
— Za bardzo? Siwy skinął.
— Zabawne te pomyłki, jakie ludzie robią. Czytając historię stają się nierealistyczni. Tracą kontakt z faktami. Gość, którego znałem… nie chciał się zadowolić niczym mniejszym, tylko czasem elżbietańskim. „Szekspir — mówił — dobra królowa Bess. Armada Hiszpańska. Drake i Hawkins i Raleigh. Najbardziej męski okres historii! Zloty wiek. To coś dla mnie.” Nie mogłem go przekonać, więceśmy go wysłali. Trudno.
— No?
— Och, umarł w trzy tygodnie. Wypił szklankę wody — tyfus.
— Nie zaszczepiliście go? Jak to, jeśli armia wysyła ludzi za ocean, to zawsze…
— Pewno, te tak. Dostał wszystkie możliwe zastrzyki. Ale choroby ewoluują i także się zmieniają. Powstają nowe odmiany. Stare znikają. Przez to wybuchają pandemie. Nasze zastrzyki nie pomogły przeciw elżbietańskiemu… przepraszam…
Zażarzyło się przy aparacie. Zjawił się nagi mężczyzna i wypadł przez drzwi. Zderzył się niemal z nagą dziewczyną, która wstawiła głowę w drzwi, uśmiechnęła się i odezwała dziwnym akcentem:
— Je vous prie de me pardonner. Qui estoit cette gentilhomme?
— Miałem rację — rzeki siwy. — To średniowieczna francuszczyzna. Nie mówią tak od Rabelais’go.
Powiedział do dziewczyny: — Środkowoangielski, proszę. Dialekt Amerykanów.
— O, przepraszam, mr. Jelling. Pokręciło mi się z lingwistyką.
Pokręciło — dobrze tak? Czy też mówi się…
— Hej! — zawołał Addyer.
— Tak się mówi, ale teraz — tylko prywatnie. Nie przed obcymi.
— O, tak, przypominam sobie…
 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
— Jestem przekonany, że były czasy, w których żyłoby mi się szczęśliwie — powiedział Addyer. — Myślałem o tym latami.
— Też! — parsknął mężczyzna. — Złudzenie. Wymień pan jeden,
— Rewolucja amerykańska.
— Fuj! Żadnej higieny. Lekarstw. Cholera w Filadelfii. Malaria w Nowym Jorku. Żadnych znieczuleń. Kara śmierci za setki drobnych przestępstw, nawet za wykroczenia. Żadnej książki ani muzyki, którą pan lubi. Żadnej profesji, którą pan zna. Spróbuj pan jeszcze raz.
— Epoka wiktoriańska.
— Jak tam pana zęby i oczy? W porządku? Lepiej, żeby były. Nie możemy przesłać pana mostków ani okularów. A etyka jak? Kiepska? Musi być, inaczej zdechnie pan w tym czasie podrzynania gardeł. Jak się pan odnosi do klasowych różnic? Były raczej wielkie. Jak z religią? Nie radzę być żydem albo katolikiem, kwakrem, w ogóle — żadną mniejszością. A jak z polityką? Jeżeli jest pan dziś reakcjonistą, sto lat wcześniej te same poglądy zrobią z pana niebezpiecznego radykała. Nie myślę, żeby pan był szczęśliwy.
— Byłbym bezpieczny.
— Nie, gdyby pan nie był bogaty, a nie możemy wysłać wstecz pieniędzy. Tylko ciało. Nie, Addyer, biedni umierali w tamtych czasach koło czterdziestki, tylko uprzywilejowani przeżywali. Pan by takim nie był.
— Nie — z moją wyższą wiedzą? Jelling skinął ze zniechęceniem.
— Wiedziałem, że to wypłynie wcześniej czy później. Co za wyższa
wiedza? Pana mgliste wyobrażenia o nauce i wynalazkach? Nie bądź pan szalony, Addyer. Korzysta pan z techniki, nie mając pojęcia o tym, jak ona działa.
— To nie musiałyby być mgliste wyobrażenia. Mógłbym się przygotować.
— Na przykład? Co takiego?
— No… powiedzmy radio. Mógłbym zbić majątek, odkrywając radio.
Jelling uśmiechnął się.
— Nie odkryłby pan radia, gdyby pan pierwej nie odkrył stu związanych technik, które wchodzą w radio. Musiałby pan stworzyć cały nowy świat przemysłu. Musiałby pan stworzyć prostownik próżniowy i przemysł, który by go produkował. Obwód heterodynowy — i tak dalej. Musiałby pan wynaleźć produkcję elektryczności i przesyłania, i prąd zmienny. Musiałby pan — ale po co o tym mówić? Czy mógłby pan wynaleźć silnik spalinowy przed rozwojem destylacji ropy naftowej?
— Boże! — sieknął Addyer.
— Jeszcze coś — dodał poważnie Jelling. — Mówiłem o narzędziach technicznych, ale język to też narzędzie — komunikacji. Czy pan nie rozumie, że żadne studiowanie nie mogłoby panu wskazać, jak mówiono przed wiekami? Jak Rzymianie wymawiali łacinę? Czy pan zna dialekty greckie? Mógłby się pan nauczyć myśleć i mówić po flamandzku, po galicku? Nigdy, byłby pan głuchoniemym.
— Nie myślałem tak o tym nigdy — rzekł Addyer.
— Eskapiści nigdy nie myślą. Wszystko, czego szukają, to byle pretekst, żeby uciec.
— A książki? Mógłbym się nauczyć na pamięć jakiejś sławnej…
— I co? Cofnąć się w czasie i uprzedzić prawdziwego autora? Antycypowałby pan publiczność także. Książka nie staje się wielka, dopóki publiczność nie jest gotowa jej pojąć. Nie przyniesie profitu, dopóki nie będą jej kupowali.
— A gdyby w przyszłość?
— Już powiedziałem panu. To ten sam problem, tylko na odwrót. Czy starożytny mógłby wyżyć w dwudziestym wieku? Ostałby się żywy w ruchu ulicznym? Umiałby prowadzić auto? Mówić? Przystosować się do tempa, do idei, do wszystkiego, co pan przyjmuje automatycznie? Nigdy,
— Dobrze — rzekł rozeźlony Addyer —jeśli tak, to po co te tłumy podróżują?
— One nie podróżują — odparł Jelling — one uciekają.
— Przed czym?
— Przed ich własnym czasem.
— Czemu?
— Nie lubią go.
— Dlaczego?
__ A pan lubi swój?
__ Dokąd oni się udają?
— Wszędzie, tylko nie tam, gdzie należą. Szukają złotego wieku, włóczęgi! Wiecznie bumlują przez wieki… fuj! Połowa żebraków, których pan widzi, to włóczęgi w czasie, co poutykali w fałszywym stuleciu…"


A wy co sądzicie o twórczości Bestera?
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 25, 2012, 05:21:17 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4666
    • Zobacz profil
Re: Alfred Bester
« Odpowiedź #1 dnia: Kwiecień 25, 2012, 04:18:10 pm »
BTW. Wszyscy lubiący SF lubią "Diunę", prawda?
Nie, nieprawda:) Lubię SF, nie lubię Diuny - nawet parę miesięcy temu zweryfikowałam się filmowo...negatywnie.
Nie lubię z powodów wymienionych przez Ciebie w dalszej części: wysokooktanowa (hę?;) ) space opera...czyli to już było, a teraz przerabiamy to w kosmicznej skali...tylko dodamy trochę dziwnych mocy i rzeczy...
Bester (czytałam jedno opowiadanie, więc marnie w temacie) - właściwie Lem mnie skutecznie zniechęcił;)

P.S. Właśnie: pierwszorzędny drugorzędny...może poszerzyć wątek o pierwszorzędnych? W sensie - skoro przywołałeś FiFę - tych, którzy wg Lema zasługują na uwagę: Stapledon, Borges i Bradbury?:)
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10037
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Alfred Bester, Frederic Brown, Ray Bradbury - polecani przez Lema panowie B.
« Odpowiedź #2 dnia: Kwiecień 25, 2012, 05:16:55 pm »
Bester (czytałam jedno opowiadanie, więc marnie w temacie) - właściwie Lem mnie skutecznie zniechęcił;)

Dziwne o tyle, że Lem był Bestera wielkim - jak na Lema - miłośnikiem.

Właśnie: pierwszorzędny drugorzędny...może poszerzyć wątek o pierwszorzędnych? W sensie - skoro przywołałeś FiFę - tych, którzy wg Lema zasługują na uwagę: Stapledon, Borges i Bradbury?:)

Stapledon i Borges to są gwiazdy tej wielkości, że jednak zasługują na osobne wątki (wątek?), ale Bradbury i - chwalony przez Mistrza w "Wejściu na orbitę" - Brown, jakoś się pomieszczą.

Bradbury'ego pamiętam najlepiej z nieznośnie melodramatycznych, a jednak łapiących za gardło - "Astropilota" (w sumie rzecz o reakcjach dziecka na kosmiczną służbę i takąż śmierć ojca) i "Ostatniej posługi" (facet pilnujący w muzeum techniki prototypu wehikułu czasu "wypożycza" go co noc i umierającym w zapomnieniu wielkim przynosi pociechę informując ich o tym, że ich dorobek, jednak, przetrwa) oraz "Ognistych balonów" (opowiastki b. umownej scenograficznie i zabarwionej religijnie, ale kręcącej się wokół tematu "minimum Kontaktowego" - okazuje się, że odrobina bezinteresownego współczucia starczy).

Brown znów to - w swej najlepszej dyspozycji - niestrudzony humorysta (prekursor stylu "Dzienników..." w jakimś sensie), wyśmiewający kretyńskie klisze, które SF znała już za jego czasów, a które pokutują w niej do dziś.
Oto fragment jego - wydanej w latach '40 ubiegłego już wieku - powieści "Ten zwariowany wszechświat", w której to redaktor groszowego czasopisma SF trafia do wszechświata alternatywnego ukształtowanego na modłę wyobrażeń (i marzeń) ówczesnych fanów i (zwykle młodych) autorów (stanowiącego zresztą pastisz światów amerykańskiej fantastyki lat '20 i '30). Pozwolę sobie zacytować biografię postaci, na którą się tam napotyka:

"Wziął Opowieść o Dopelle pióra Paula Gallico i zaczął czytać.
Trzeba się dowiedzieć wszystkiego o konkurencji.
W ciągu następnej godziny przekonał się, że współzawodnictwo było więcej niż trudne. Było niemożliwe.
Dopelle (zdawało się, że w ogóle nie miał imienia) był postacią po prostu niewiarygodną. Wydawało się, że miał wszystkie zalety i żadnych wad - Napoleona, Einsteina, Aleksandra Wielkiego, Edisona, Don Juana i Sir Lancelota. Miał dwadzieścia siedem lat!
Dzieje jego pierwszych siedemnastu lat życia były krótkie. Doskonały uczeń, przeskoczył kilka klas i ukończył z wyróżnieniem Harvard w wieku siedemnastu lat jako starosta roku i mimo stosunkowo młodego wieku najbardziej popularny z wychowanków.
Prymusi zazwyczaj nie cieszą się popularnością, ale Dopelle okazał się wyjątkiem. Nie był kujonem. Swoje wysokie noty zawdzięczał zdolności zapamiętywania wszystkiego, co usłyszał lub przeczytał, co oszczędzało mu konieczności ślęczenia nad podręcznikami.
Mimo znacznego obciążenia nauką (wysłuchał wszystkich możliwych wykładów) znalazł czas, by być kapitanem niepokonanej drużyny futbolowej. Sam zarabiał na studia i w trakcie ich stał się niezależny finansowo dzięki sześciu powieściom przygodowym, które napisał w wolnym czasie, a które od razu stały się bestsellerami i były nimi aż do chwili obecnej.
Zyski z tych książek (które, rzecz jasna, co do jednej zostały sfilmowane) umożliwiły mu nabycie krążownika kosmicznego i wyposażenie laboratorium, w którym podczas dwóch ostatnich lat studiów dokonał kilka ważnych wynalazków w dziedzinie techniki podróży i wojen kosmicznych.
Oto Dopelle w wieku siedemnastu lat - wtedy jeszcze stosunkowo młody. Jego kariera dopiero się rozpoczynała.
Po ukończeniu Harvardu poszedł do Szkoły Pilotażu Kosmicznego, wyszedł z niej jako porucznik i przez rok czy dwa szybko awansował. W wieku dwudziestu jeden lat był szefem kontrwywiadu i jedynym człowiekiem, któremu udało się dostać z misją szpiegowską do Układu Arktura i wrócić.
Większość informacji, jakie Ziemianie mieli o Arkturianach, pochodziła od niego.
Był niewiarygodnie dobrym kosmopilotem i żołnierzem. Raz po raz jego eskadra odpierała ataki Arkturian - przy czym Dopelle nie tylko dowodził walką, ale i brał w niej czynny udział. Ze względu na jego nieocenioną wiedzę naukową dowództwo prosiło go, by nie angażował się w walce. Jednak on najwidoczniej nie musiał już słuchać rozkazów i walczył przy każdej nadarzającej się okazji. Wydawało się, że szczęście mu wyjątkowo sprzyja. Jego jaskrawoczerwony statek kosmiczny Mściciel nigdy nie został trafiony.
W wieku dwudziestu trzech lat był generałem wszystkich sił Układu Słonecznego, ale dowodzenie wydawało się najmniej ważną dziedziną jego działalności. Z wyjątkiem sytuacji kryzysowych przekazywał dowództwo w inne ręce i spędzał czas szukając rozrywki w podniecających eskapadach szpiegowskich lub pracując w swym tajnym laboratorium na Księżycu. To jego praca umożliwiła Ziemi uzyskanie technologicznej równowagi, a nawet lekkiej przewagi nad Arkturianami.
Lista odkryć, jakich dokonał w tym laboratorium, była niewiarygodnie długa.
Chyba największym z nich było stworzenie sztucznego mózgu - Mekky. Dopelle wyposażył go w zdolności umysłowe przekraczające ludzkie możliwości. Mekky nie był człowiekiem (Gallico twierdził, że choć Mekky jest naprawdę rodzaju nijakiego, zawsze mówiono o nim w rodzaju męskim), lecz pod pewnymi względami go przewyższał. Potrafił czytać w myślach i przemawiać do ludzi, zarówno pojedynczych, jak i całych tłumów, telepatycznie. Potrafił nawet - z bliska - czytać w myślach Arkturian. Kilku ludzi telepatów też tego próbowało, ale wszyscy zwariowali, nim zdążyli zdać sprawę ze swoich odkryć.
Mekky potrafił też rozwiązać - niczym elektroniczna maszyna licząca - każdy problem, obojętnie jak trudny, jeśli tylko podano mu wszystkie dane.
Posiadał też zdolność teleportacji - natychmiastowego przenoszenia się w przestrzeni bez konieczności podróżowania statkiem kosmicznym.
To czyniło go nieocenionym emisariuszem, umożliwiając Dopelle'owi, gdziekolwiek był, utrzymywanie kontaktu ze swoją flotą kosmiczną i rządami Ziemi.
Pod koniec Gallico opisał krótko i wzruszająco romans między Dopelle'em a Betty Hadley. Wyglądało na to, że byli zaręczeni i bardzo w sobie zakochani, ale postanowili zaczekać ze ślubem do końca wojny.
Tymczasem Betty Hadley nadal pracowała jako redaktor najpopularniejszego magazynu romansów, robiąc to samo co wtedy, gdy poznali się z Dopelle'em i pokochali - podczas jednej z jego tajnych misji, gdy incognito przebywał w Nowym Jorku. Teraz cały świat podziwiał tę parę zakochanych, niecierpliwie oczekując końca wojny i dnia ich ślubu."


Pytanie jednak kimże ów - podobny w nachalnym nadczłowieczeństwie choćby osławionej Honor Harrington - Dopelle był? Oto odpowiedź:

"Jak naprawdę wyglądał Dopelle? Czy - jak we śnie - przypominał Errola Flynna? Czemu nie? Może Dopelle był Errolem Flynnem. Jeśli Keith nie zapomni, to sprawdzi i przekona się, czy jest tu jakiś Errol Flynn.
/.../
Keith szybko zamknął usta. Przez kilka sekund przypatrywał się Dopelle'owi. Później powiedział:
- Teraz pana poznaję - a przynajmniej mam wskazówkę, o co w tym wszystkim chodzi, i zaczyna mi się to układać w logiczną całość. Pan jest Joe Doppelberg - albo raczej dubler Doppelberga.
- A kim jest Joe Doppelberg?
- To fan science fiction z... stamtąd, skąd przybyłem. Pan wygląda tak jak on - a właściwie jest takim, jakim on chciałby być! Jest pan starszy, rzecz jasna, i tysiąc razy przystojniejszy, bardziej romantyczny i inteligentniejszy... Jest pan właśnie taki, jakim on chciałby być. Pan... on pisał do mnie długie listy, pełne zjadliwego humoru, do mojego działu, i nazywał mnie pan Rakieciarzem, i nie lubił naszych okładek, ponieważ potwory nie były dość okropne i...
Keith urwał i szczęka znów mu obwisła."


Jak widzimy, stanowil męską Mary Sue. (Smutne zresztą, że bohaterowie tego typu nadal w "eS"eFach straszą w ilościach hurtowych.)
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 25, 2012, 06:16:04 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4626
    • Zobacz profil
Re: Alfred Bester, Frederic Brown, Ray Bradbury - polecani przez Lema panowie B. ;)
« Odpowiedź #3 dnia: Kwiecień 25, 2012, 07:15:10 pm »
Cytuj
Nie, nieprawda:) Lubię SF, nie lubię Diuny - nawet parę miesięcy temu zweryfikowałam się filmowo...negatywnie.
hihi (zamiast słoneczka)
Diuna leży na półce od 27 lat. Parę prób sięgnięcia, zakończone na pomacaniu grzbietu tomu pierwszego.
 Film, niedooglądany, zniechęcił do reszty.
Zdaje się, że nie lubię sag.
Wszystkie kojarzą się z sagą rodu Forsyteów, Palliserów, czy innych Połanieckich.
Tyle, że fajne robaki. Więcej z filmu nie pamiętam.
A, walczyli o jakiś surowieć.
Ale zawsze o coś walczą - nuda.
Zaś Baudbery...
Fahrenheit - i film i książka bardzo.
Lubię papierowe książki.  :)
Kroniki marsjańskie zaskoczyły poetyckim klimatem.
Nastrojowe.
A, jak zaskoczyły, to już dobrze.
Więc podobałymisię.
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 25, 2012, 07:18:49 pm wysłana przez liv »
Leniwy wałkoń i wielki waleń mozolnie zgłębiał tajemnice bytu, nazbyt głębokie dla wielkich wałkoni i leniwych waleni.
Winnie the Pooh -  o Wieloryba Polikarpia rozmowach ze śmiercią

maziek

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10842
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Re: Alfred Bester, Frederic Brown, Ray Bradbury - polecani przez Lema panowie B. ;)
« Odpowiedź #4 dnia: Kwiecień 25, 2012, 07:33:46 pm »
... kojarzą się z sagą rodu Forsyteów, Palliserów...
... Polsilverów ...

;)
Jest wolność, więc każdy ma prawo być idiotą!
© Krzysztof Grabowski, DEZERTER

Smok Eustachy

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 653
    • Zobacz profil
Re: Alfred Bester, Frederic Brown, Ray Bradbury - polecani przez Lema panowie B. ;)
« Odpowiedź #5 dnia: Kwiecień 26, 2012, 12:22:13 am »
A ja chcę poczytać sobie opowieść o gwiezdnym krążowniku napędzanym przez kotły, z węglem, palaczami, zaworami itp...
Niestety Bestera słabo pamiętam, Browna chyba nie znam. Bradbury nawet fajny.

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4666
    • Zobacz profil
Re: Alfred Bester, Frederic Brown, Ray Bradbury - polecani przez Lema panowie B. ;)
« Odpowiedź #6 dnia: Kwiecień 26, 2012, 12:23:04 am »
Co to Panowie z tą pogodą dla bogaczy...marzy się?;)

Zdaje się, że nie lubię sag.

Otóż to:) Znaczy - zdaje się, że ja nie lubię;)

Burego mam zamiar powtarzająco doczytać - to może coś później - znaczy życie na gorąco;)

Bester (czytałam jedno opowiadanie, więc marnie w temacie) - właściwie Lem mnie skutecznie zniechęcił;)
Dziwne o tyle, że Lem był Bestera wielkim - jak na Lema - miłośnikiem.

Pisał o gwiazdach i przeznaczeniu. Zniechęcił mnie tą pierwszorzędną drugorzędnością i schematyczną space operą. W dodatku skalkowaną z Hrabiego Monte Ch. (nie to, że nie lubię, ale skoro już czytałam...). Cóż z tego, że jedną z lepszych w tym gatunku? Hm...ale skoro mówisz, że znośna i fragmenty w FiFie w miarę...może się kiedyś przełamię i spróbuję,

Masz rację, że Stapledon i Borges zasługują na osobny wątek...a trzej panowie B. - nie licząc  Blisha?;) - w wątku się pomieszczą.

Natomiast Brown - zgadzam się z łatką humorysty - dziennikowego prekursora.Czytałam jego wspomniany Ten zwariowany wszechświat, Precz z Marsjanami i opowiadania: Zwariowana planeta, Dowódca i Odpowiedź.
Dwa ostatnie - super krótkie. Dowódca - Max Champion - dokładnie o ...niczym. Nawet nie było śmieszne. Odpowiedź - troszkę uderza w lajkonika Lema - nie ma co pisać, bo można użyć więcej słów, niż ma samo opowiadanie;)

Precz z Marsjanami, którzy: każdy z osobna i wszyscy razem byli agresywni,aroganccy, bezczelni, brutalni, butni, chamscy, diaboliczni, dokuczliwi, drwiący, egoistyczni, fałszywi, feralni,gderliwi, grubiańscy, humorzaści, irytujący, jątrzący, kłótliwi, kostyczni, lekceważący, łotrowscy i miażdżący miłość. Byli natrętni, nieznośni, ordynarni, ohydni, paskudni, podli, rasistowscy, rzeźcy, sprośni, swarliwi,świńscy, trajkoczący, uszczypliwi, uparci, wredni, wrodzy, zepsuci, zezujący, złośliwi, źli oraz żarliwi w sprawianiu przykrości i kłopotów każdemu, z kim się zetknęli.
;)

A tak naprawdę byli po prostu...do bólu prawdomówni - żadnych tajemnic. Jednym z pozytywów ich pobytu tutaj było rozłożenie rynku SF;) Odbierają rację bytu kłamliwej polityce:) Koszmar dła człeków;)Wkminiają się (nazywjaą to kwimieniem) wszędzie. Trochę to pasuje do dżuntowania u Bestera.
Nic wielkiego, ale lekkie i dobrze się czyta: trochę trafnych obserwacji, trochę humoru i zakończenie nie takie znowu oczywiste;)

Ten zwariowany wszechświat, który rzeczywiście ładnie punktuje bzdury SF, pachnie Tichym:

Rok 1903. Profesor George Yariey, amerykański naukowiec z Harvardu, odkrył napęd międzygwiezdny.Przypadkowo!
Właśnie majstrował przy żoninej maszynie do szycia, zepsutej i przeznaczonej do śmietnika. Próbował przerobić ją tak, żeby pasek klinowy napędzał mały generator własnej roboty, który dałby mu potrzebny do jakiegoś doświadczenia fizycznego prąd o niskim napięciu i wysokiej częstotliwości.Wszystko popodłączał - "na szczęście pamiętał potem, co zrobił źle - i kilka razy zakręcił kołem, kiedy jego noga zamiast pedału trafiła w podłogę, a on sam o mało co nie spadł z krzesła.Maszyna do szycia, pedał i generator - wszystko zniknęło.


Generalnie Brown pokazuje człeka w krzywym..., ze sporym dystansem. Nic się nie zmieniło od lat. Fajna lektura na międzyczas;)
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10037
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Alfred Bester, Frederic Brown, Ray Bradbury - polecani przez Lema panowie B. ;)
« Odpowiedź #7 dnia: Kwiecień 26, 2012, 11:09:48 am »
A ja chcę poczytać sobie opowieść o gwiezdnym krążowniku napędzanym przez kotły, z węglem, palaczami, zaworami itp...

Steampunk znaczy. Coś w klimatach RPGa "Space: 1899".

Niestety Bestera słabo pamiętam, Browna chyba nie znam. Bradbury nawet fajny.

Browna zawsze możesz szybko nadrobić. Zwł, że krótkie formy preferował, nawet jego powieści nie liczą zbyt wielu stron ;).

Co to Panowie z tą pogodą dla bogaczy...marzy się?;)

Pogoda dla bogaczy, mówisz? 8) Tak to wygląda w wydaniu besterowym:

"Rezydencja Presteigna z Presteignów w Central Park była z okazji nadejścia Nowego Roku rzęsiście oświetlona. Urocze, antyczne żarówki elektryczne z zygzakowatymi żarnikami i o spiczastych bańkach rzucały wokół ciepłe światło. Na tę specjalną okazję usunięto jauntoszczelny labirynt i otwarto wielkie wrota wejściowe. Wnętrze budynku zasłonięto przed ciekawym wzrokiem zebranej na zewnątrz gawiedzi, wysadzanym klejnotami parawanem, ustawiając go tuż za wrotami.
Gapie szeptali miedzy sobą i witali okrzykami bardziej i mniej sławne klany i septy przybywające pod dom Presteigna autami, powozami, bryczkami i wszelkimi innymi rodzajami luksusowych środków transportu. Przed wrotami swej rezydencji stał sam Presteign – szpakowaty, przystojny, z nieodłącznym, bazyliszkowym uśmiechem na ustach – i witał towarzystwo. Ledwie jedna znakomitość przekroczyła gościnne progi i znikała za parawanem, a już z turkotem kół, w wehikule jeszcze fantastyczniejszym, podjeżdżała następna, jeszcze sławniejsza.
Colasowie przybyli w cygańskim wozie. Rodzina Esso (sześciu synów i trzy córki) wzbudziła zachwyt nadjeżdżając autobusem marki Greyhound, przykrytym szklanym dachem. Natomiast Greyhound przyjechał wózkiem akumulatorowym Edisona, niemalże depcząc im po piętach, co stało się przyczyną wielu żartów i przekomarzań przed wejściem. Kiedy jednak jako następny wysiadł ze swego napędzanego benzyną powoziku ESSO Edison z Westinghouse, zamykając tym samym kółko, śmiech na schodach przerodził się w ryk.
W chwili gdy grupka gości odwróciła się, aby wejść do domu Presteigna, uwagę wszystkich przykuł dochodzący z oddali zgiełk. Był to dudniący, bolesny dla uszu terkot młotów pneumatycznych i przeraźliwy, metaliczny jazgot. Hałas przybliżał się z każdą sekundą. Najdalsze kręgi gapiów rozstąpiły się, tworząc szeroki szpaler. Utworzoną w ten sposób aleją pędziła z turkotem ogromna ciężarówka. Sześciu ludzi zwalało z jej skrzyni drewniane belki. Za ciężarówką posuwała się dwudziestoosobowa brygada robotników, starannie układając te belki w rzędy.
Presteign i jego goście przyglądali się w osłupieniu rozgrywającej się na ich oczach scenie. Pełzając po ułożonych dopiero co belkach nadjeżdżała z wyciem i łomotem gigantyczna maszyna. Za nią układano równoległe nitki stalowych szyn. Brygada robotników z młotami kowalskimi i pneumatycznymi przytwierdzała szyny sworzniami do podkładów. Tor położono pod same wrota rezydencji Presteigna, spod których łagodnym łukiem wykręcał on z powrotem. Wyjąca maszyna, a z nią brygady robotników zniknęły w ciemnościach.
– Dobry Boże! – rozległ się wyraźny w zapadłej nagle ciszy glos Presteigna. Z domu wysypali się goście, ciekawi przyczyny hałasu.
Gdzieś w dali rozległ się przenikliwy gwizd. Torem nadjeżdżał człowiek na białym koniu, dzierżący w dłoni wielką, czerwoną flagę. Za nim sapała parowa lokomotywa, ciągnąca jeden odkryty wagon. Pociąg zatrzymał się przed wrotami rezydencji Presteigna. Ze stopnia wagonu zeskoczył konduktor, a za nim steward. Steward przystawił do drzwi wagonu schodki, po których zeszli na ziemie dama i gentleman w strojach wieczorowych.
– Nie powinno potrwać długo – zwrócił się gentleman do konduktora. – Proszę wrócić po nas za godzinę.
– Dobry Boże! – wykrzyknął znowu Presteign.
Pociąg posapując i dysząc odjechał. Przybyła para wstąpiła na schody.
– Dobry wieczór, Presteignie – odezwał się gentleman. – Strasznie mi przykro, że mój koń zrył kopytami twoje tereny, ale stare nowojorskie przepisy nadal wymagają noszenia przed pociągiem czerwonej flagi.
– Fourmyle! – krzyknęli goście.
– Fourmyle z Ceres! – wznieśli okrzyk gapie.
Przyjęcie u Presteigna miało już zapewniony sukces."

"Gwiazdy..."

Pisał o gwiazdach i przeznaczeniu. Zniechęcił mnie tą pierwszorzędną drugorzędnością i schematyczną space operą. W dodatku skalkowaną z Hrabiego Monte Ch. (nie to, że nie lubię, ale skoro już czytałam...). Cóż z tego, że jedną z lepszych w tym gatunku? Hm...ale skoro mówisz, że znośna i fragmenty w FiFie w miarę...może się kiedyś przełamię i spróbuję,

Rzeklbym, że wykonanie jest na tyle dobre, że przykrywa schemat (zaczynają się zresztą "Gwiazdy..." od klasycznej kosmicznej SF, godnej być fragmentem przygód Pirxa). To iście pre-dickowskie zamiłowanie do dziwacznego detalu, ten skrzący się humor. Nie są to arcydzieła, ale utwory lepsze od sporej części SF, o której na Forum ongiś gadaliśmy.

a trzej panowie B. - nie licząc  Blisha?;) - w wątku się pomieszczą.

W tytule się nie pomieścił, w wątku, who knows? ;)

opowiadania: Zwariowana planeta,

Na swój sposób cudna ta "Zwariowana...", prościutka historia o heroicznym dowócy bazy kosmicznej i pięknej dziewczynie, rozgrywająca też schemat planetarnej zagadki, ale tak oryginalnego - i z taką lekkością opisanego - świata w SF tamtych lat sobie nie przypominam. Az zacytuję:

"na Placydzie posługujemy się czasem ziemskim, bo czas miejscowy byłby tak pomylony jak wszystko na tej zwariowanej planecie. Najpierw mielibyśmy sześciogodzinny dzień, potem dwugodzinną noc, potem piętnastogodzinny dzień, potem jednogodzinną noc, potem... A, mniejsza z tym. Dość że niemożliwe jest zachowanie jakiejkolwiek rachuby czasu na planecie, która miota się jak oślepiony nietoperz, krążąc po orbicie przypominającej kształtem ósemkę, dokoła dwu niejednakowych słońc, które z kolei wirują jedno dookoła drugiego tak szybko i stosunkowo tak niedaleko siebie, że ziemscy astronomowie brali je za jedną gwiazdę aż do chwili, gdy przed dwudziestu laty wylądowała tu ekspedycja Blakesleya.
Rozumiecie, czas obrotu Placyda dokoła osi nie mieści się całkowitą liczbę razy w okresie jego obiegu po orbicie, a w połowie drogi pomiędzy dwoma słońcami znajduje się tak zwane pole Blakesleya, przestrzeń, w której promienie świetlne zmniejszają wielokrotnie swoją szybkość i pozostają w tyle, i... no... Jeśli nie czytaliście sprawozdania Blakesleya, chwyćcie się czegoś, zanim wam to powiem. Otóż Placyd jest jedyną znaną planetą, która sama sobie potrafi zaćmić obydwa słońca naraz, która co czterdzieści godzin pędzi na zderzenie z samą sobą, a potem samą siebie goni. Trudno wam się dziwić. Ja też w to nie wierzyłem i mało nie umarłem ze strachu, kiedy po raz pierwszy stanąłem na Placydzie i przyglądałem się, jak drugi identyczny Placyd pędzi nam naprzeciw i lada chwila nastąpi nieuniknione zderzenie. A przecież znałem sprawozdanie Blakesleya i wiedziałem, na czym polega zjawisko, którego jestem świadkiem. Mimo to doświadczyłem podobnych emocji jak widzowie pierwszych filmów, kiedy kamerę ustawiano przed nadjeżdżającym pociągiem i potem sala, widząc lokomotywę, która zaraz wpadnie w tłum, doznawała nieprzepartej chęci ucieczki, chociaż każdy doskonale wiedział, że naprawdę nie ma przed nim żadnej lokomotywy.
Ale zacząłem od owego rana. Otóż siedziałem przy swoim biurku, na którym rosła bujna zielona trawa, a pod nogami miałem - tak mi się przynajmniej zdawało - falującą taflę wody. Tylko że ta woda wcale nie była mokra. W trawie na biurku stała różowa doniczka, z której wystawała wetknięta nosem jaskrawozielona saturnijska jaszczurka. To w każdym razie widziałem, bo rozsądek mówił mi, że jest to po prostu mój kałamarz i pióro. Obok leżała makatka z wyhaftowanym równiutko napisem: Boże, miej w opiece nasz dom! Naprawdę był to radiogram, który właśnie nadszedł z Ziemskiego Centrum Eksploracji. Nie wiedziałem, o czym jest w nim mowa, gdyż przyszedłem do biura, kiedy znajdowaliśmy się już pod działaniem pola Blakesleya. Jednak wiedziałem oczywiście, że na pewno treści jego nie stanowią słowa: Boże, miej w opiece nasz dom!, które odczytałem na makatce. Ale było mi w tej chwili najzupełniej obojętne, o czym naprawdę jest mowa w radiogramie. Byłem wściekły i miałem już tego wszystkiego powyżej czubka głowy.
Może jednak lepiej będzie, jak wyjaśnię wszystko od początku. Placyd przecina to tak zwane pole Blakesleya, leżące w połowie drogi między Argylem I i Argylem II, dwoma słońcami, dokoła których zatacza ósemki. Ma to jakieś swoje naukowe wyjaśnienie, ale nie sposób go podać samymi słowami, bez zastosowania formuł matematycznych. W skrócie jednak wszystko sprowadza się do tego, że Argyl I zbudowany jest z materii, a Argyl II z antymaterii i pomiędzy nimi rozciąga się owo dość znacznych rozmiarów pole, w którym promienie świetlne zwalniają mniej więcej do szybkości dźwięku i pozostają w tyle. Skutek jest taki, że jeśli jakieś ciało porusza się z szybkością większą niż dźwięk - a tak właśnie jest w wypadku Placyda - to obraz tego ciała staje się dostrzegalny dopiero wówczas, gdy ono samo dawno nas już minęło. Potrzeba całych dwudziestu sześciu godzin, ażeby obraz Placyda przebrnął przez pole Blakesleya. Przez ten czas prawdziwy Placyd zdążył już okrążyć jedno ze swoich słońc i w drodze powrotnej natyka się na swój własny obraz. W pewnym miejscu dwa obrazy poruszające się w dwu przeciwnych kierunkach znajdują się w takiej pozycji, że w polu pomiędzy nimi następuje zaćmienie obydwu słońc. Nieco dalej Placyd pędzi ku niechybnemu zderzeniu z samym sobą, przyprawiając o śmiertelne przerażenie każdego obserwatora, nawet jeśli jest on w pełni świadomy istoty zjawiska, które rozgrywa się przed jego oczyma. Poczekajcie, wytłumaczę wam to inaczej, jeśli jeszcze nie dostaliście zawrotu głowy. Wyobraźcie sobie, że pędzi wam naprzeciw staroświecka lokomotywa, tyle tylko że porusza się z szybkością znacznie większą od szybkości dźwięku. Gdy jest od was w odległości mili, wydaje przeraźliwy gwizd. Ale dopiero kiedy was minie i zniknie, dopiero wówczas ten gwizd dobiegnie do was z tego miejsca oddalonego o milę, w którym lokomotywy nie ma już od świętej pamięci. Będzie to złudzenie słuchowe wywołane przez ciało poruszające się z szybkością większą od dźwięku. Otóż to, co wam przed chwilą opisałem, jest złudzeniem wzrokowym, wywołanym przez ciało niebieskie krążące po orbicie w kształcie ósemki z szybkością większą od własnego obrazu.
Ale to jeszcze nie jest najgorsze. Ostatecznie można się zamknąć w domu i w ten sposób uniknąć przykrych sensacji, jakich dostarczają zaćmienia i pozorne zderzenia. Ale nie da się uniknąć objawów psychofizycznych, jakie oddziaływanie pola Blakesleya wywołuje w organizmie ludzkim. Owe doznania psychofizyczne to znowu coś innego. Pole Blakesleya mianowicie działa jakoś zakłócająco na nerwy wzrokowe czy też na ośrodki mózgowe, z którymi te nerwy są połączone i trochę to przypomina działanie niektórych narkotyków. Dość że człowiek ma... niezupełnie można to nazwać halucynacjami, bo na ogół nie tyle widzi się przedmioty, których nie ma, ile przedmioty rzeczywiście istniejące, które przybierają złudne fantastyczne kształty.
Na przykład teraz. Zdawałem sobie doskonale sprawę, że biurko, przy którym siedzę, bynajmniej nie jest porośnięte trawą, lecz po prostu pokryte szkłem; że pod nogami mam zwykłą płytę z plastiplatu, a nie falującą taflę wodną; że na biurku przede mną stoi nie różowa doniczka z saturnijską jaszczurką, tylko staroświecki dwudziestowieczny kałamarz z wetkniętym piórem; i że makatka z napisem: Boże, miej w opiece nasz dom! jest radiogramem na zwykłym radiotypowym papierze. Mogłem się o tym ponad wszelką wątpliwość przekonać za pomocą dotyku, gdyż pole Blakesleya oddziałuje tylko na zmysł wzroku.
Oczywiście, można po prostu zamknąć oczy. Ale normalnie nie robi się tego, bo nawet przy pełnym nasileniu zjawiska Blakesleya wzrok pozwala się jednak z grubsza rozeznać w odległości i rozmiarach przedmiotów, a jeśli ponadto człowiek znajduje się w znajomym otoczeniu, pamięć i rozsądek powiedzą mu, co naprawdę ma przed oczami.
Tak więc kiedy drzwi się otwarły i stanął w nich potwór o dwóch głowach, wiedziałem, że jest to Reagan. Reagan nie jest potworem o dwóch głowach, ale poznałem go po krokach."


i dalej, bo to nie koniec tamtejszych niezwykłości:

"Popatrzyła przed siebie, na zabudowania miasteczka. - Nie rozumiem, dlaczego budujecie tyle maleńkich domków zamiast postawić kilka większych?
- Dlatego że żywot budynku na Placydzie trwa przeciętnie jakieś trzy tygodnie. I nigdy nie wiadomo, kiedy który się zawali i czy akurat nie będzie kogoś wewnątrz. To nasz najpoważniejszy problem. Radzimy sobie w ten sposób, że budujemy domki możliwie małe i lekkie, z wyjątkiem fundamentów, które powinny być jak najsolidniejsze. Dzięki temu nikt dotąd nie doznał poważniejszych obrażeń na skutek zawalenia się domku, ale... O, czujesz?
- Jakieś drgania? Co to, trzęsienie ziemi?
- Nie. Stado ptaków.
- Stado ptaków?
Nie mogłem pohamować śmiechu na widok jej miny.
- Tak, zwariowana planeta ten nasz Placyd. Pamiętasz, przed chwilą powiedziałaś, że czujesz się tak lekko, jakbyś płynęła w powietrzu. W pewnym sensie tak jest naprawdę. Widzisz, Placyd to jedno z tych wyjątkowych ciał niebieskich, które oprócz normalnej materii zawierają materię ciężką. Materię o naruszonej strukturze molekularnej, tak ciężką, że nie uniosłabyś małego kamyczka o takiej konsystencji. Całe jądro Placyda jest uformowane z materii ciężkiej i dlatego właśnie taka mała planeta, o powierzchni wszystkiego dwa razy większej od powierzchni Manhattanu, ma siłę ciężkości równą mniej więcej trzem czwartym siły ciężkości Ziemi. W dodatku na owym ciężkim jądrze istnieją jakieś formy życia, życia zwierzęcego, pozbawionego inteligencji. Między innymi żyją tam ptaki o strukturze molekularnej podobnej do struktury jądra, tak gęstej, że normalną materię przemieszczając się równie łatwo jak my przez powietrze. Po prostu fruwają w niej, tak jak ptaki ziemskie fruwają w powietrzu. Z ich punktu widzenia my spacerujemy właśnie po powierzchni atmosfery Placyda.
- I to ich przelot powoduje drgania, od których zawalają się domy?
- I owszem, ale nie to jest jeszcze najgorsze... Dziurawią fundamenty, bez względu na to, z czego je robimy. Wszystkie materiały, jakimi rozporządzamy, to dla nich po prostu gaz. Przez żelazo czy stal przelatują z taką samą łatwością jak przez piasek albo glinę. Właśnie otrzymaliśmy z Ziemi transport jakiegoś specjalnie twardego stopu, no, te pręty, o które pytałem Reagana... Ale jeśli mam być szczery, bardzo wątpię, czy to coś pomoże.
- A czy te ptaki nie są niebezpieczne? To znaczy, pomijając już to, że wywracają domy, czy nie zdarza się, że taki ptak z rozpędu wyleci z ziemi i wzbije się trochę w powietrze? I jak akurat napotka kogoś na swojej drodze, to po prostu przeleci przez niego?
- Tak, teoretycznie mogłoby się to zdarzyć. Ale się nie zdarza. Widzisz, one nigdy nie podlatują bliżej jak na parę cali do powierzchni gruntu. Muszą mieć jakiś zmysł, który je ostrzega, że zbliżają się do skraju swojej atmosfery. Coś takiego jak z nietoperzami. Wiesz naturalnie, że nietoperze potrafią latać w zupełnej ciemności i nigdy na nic nie wpadną.
- Tak, mają coś takiego jak radar.
- Zupełnie jak radar, tylko że posługują się falami dźwiękowymi, a nie radiowymi. Otóż ptaki widgie muszą mieć podobny zmysł, tylko wyczulony na inne niebezpieczeństwo: atmosferę Placyda, która jest dla nich czymś takim jak dla nas próżnia. Tak, są zbudowane z ciężkiej materii i nie mogłyby fruwać ani w ogóle żyć w powietrzu, tak jak ziemskie ptaki nie mogłyby żyć ani fruwać w próżni."


nic dziwnego, że:

"To zwariowana planeta ten cały Placyd i jak człowiek posiedzi tu za długo, sam gotów dostać pomieszania zmysłów. Co dziesiąty pracownik Ziemskiego Centrum Eksploracji po roku albo dwóch pobytu tutaj idzie na kurację do szpitala dla nerwowo chorych."

a z drugiej strony mogę powtórzyć tylko za bohaterem opowiadania:

"Zwariowana planeta ten Placyd. Ale mimo wszystko lubię ją."

Odpowiedź - troszkę uderza w lajkonika Lema - nie ma co pisać, bo można użyć więcej słów, niż ma samo opowiadanie;)

Ale polecić wypada. ;)

Ten zwariowany wszechświat, który rzeczywiście ładnie punktuje bzdury SF, pachnie Tichym:

Rok 1903. Profesor George Yariey, amerykański naukowiec z Harvardu, odkrył napęd międzygwiezdny.Przypadkowo!
Właśnie majstrował przy żoninej maszynie do szycia, zepsutej i przeznaczonej do śmietnika. Próbował przerobić ją tak, żeby pasek klinowy napędzał mały generator własnej roboty, który dałby mu potrzebny do jakiegoś doświadczenia fizycznego prąd o niskim napięciu i wysokiej częstotliwości.Wszystko popodłączał - "na szczęście pamiętał potem, co zrobił źle - i kilka razy zakręcił kołem, kiedy jego noga zamiast pedału trafiła w podłogę, a on sam o mało co nie spadł z krzesła.Maszyna do szycia, pedał i generator - wszystko zniknęło.

Taak, piękny ten naped nadświetlny, nie dość, że humor niezłej próby, to jeszcze demaskacja chciejstwa i naiwności SF.
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 26, 2012, 12:08:42 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki