Zacisnąłem zęby i szukam jednookich wśród ślepych, ew. przeprowadzam wyboru miss/mistera garbatych, jak by to Mistrz ujął, czyli robię sobie rekolekcje z (szeroko pojętych) nowszych filmów SF.
Zacząłem od drugiej części nowej "Diuny" (wcześniej, dla wprowadzenia w klimat, odświeżając sobie wybrane sceny z pierwszej). Jak pierwsza jest b. poprawna, choć zimna, sterylna, tak druga - mimo scen zbiorowych - wydaje się jakaś kameralna, choć bardziej rozkłada ją, że te wszystkie kosmiczne feudały i quasi-arabscy wojownicy zachowują się i gadają jak współczesne amerykańskie nastolatki (do tego Jessica przeskakuje bez ładu i składu od słabości do siły, a Stilgar zredukowany jest do comic reliefu). Poza tym przez przepisanie watków i zmianę akcentów robi się z tego opowieść o tym, jak Paul zdobył władzę (i zrealizował zemstę) a stracił Chami, poprowadzona jednak b. na skróty (ot, protagonista ulega, wypija Wodę Życia i z chwili na chwilę zmienia się diametralnie). Pierwszej części dało się bronić, z drugą trudniej. Być może Mistrz był zbyt surowy, zwąc powieść Herberta bladą kalką wspomnień tzw. Lawrence'a z Arabii, ale do tej produkcji to już b. pasuje.
[Jeszcze wniosek z odświeżonych scen z "Diuny" części pierwszej. Bije tam po oczach (i przypomina, bo zaraz i powieściowy pierwowzór, i oryginalne "SW", i Asimov, i Van Vogt stają przed oczami) jak regresywna społecznie bywała amerykańska SF - co w niej najsilniej Le Guin krytykowała. Ot, same wielkie ludzie i ich intrygi, a reszta - pionki. (W "dwójce" się to zmienia za sprawą odmienionej Chani, co - mimo gwałtu na pierwowzorze - może i jakaś zaletę stanowi).]
Następne było "Elysium". Tu mamy realny, z życia wzięty, konflikt, b. dobre (mimo relatywnie niewielkiego budżetu) widoki, i przekonujące (niektóre) postacie (szef podziemia i główny szwarccharakter są komiksowi, pani sekretarz b. płaska). Konwencję akcyjniaka jeszcze można łyknąć (w końcu to nawiązanie do lat '80, gdy wiele takich było, z czego część z miejsca stała się klasyką ekranowej SF), pomniejsze dziury logiczne "przeoczyć"; gorzej, że pojawia się tu w całej krasie typowy dla sporej części SF problem skali. Przypadkiem wszystkie kluczowe dla rozwoju fabuły postacie działają akurat w LA. Poza tym pokazanymi na ekranie metodami to możnaby przejąć władzę w jakiejś futurystycznej arkologii, i to niewielkiej, ale nie nad potężną stacja kosmiczną, by potem jej zasobami uszczęśliwić całą - jeszcze ileś rzędów wielkości większą - Ziemię.
Z wspomnianych dotąd produkcji ta jest lepsza, ale choć Blomkamp chciał coś istotnego powiedzieć, poległ na etapie - JAK.