Autor Wątek: Najgorsze w SF  (Przeczytany 11976 razy)

Bladyrunner

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 507
    • Zobacz profil
Re: Najgorsze w SF
« Odpowiedź #15 dnia: Kwiecień 13, 2005, 10:07:35 am »
Niedawno przeczytałem książkę Ziemiańskiego. Wcześniej miałem już nieprzyjemność czytania kilku jego opowiadań, ale zastanawiałem się, czy aby poprostu źle nie trafiałem, wszak nie można ot tak człowieka skreślać, zwłaszcza, że ma tylu fanów co mogło by jednak wskazywać na jakiś poziom. Po zrealizowaniu tego karkołomnego przedsięwzięcia, jakim bez wątpienia było przebrnięcie przez wszystkie strony dzieła wspomnianego autora doszedłem do ostatecznego wniosku, iż jest on kompletnym grafomanem, a jedyne czym zjednuje sobie czytelników to permanentnie powtarzane kurwa. Tak więc fenomen Ziemiańskiego można by przez analogię porównać z fenomenem pewnego reżysera, prawdziwej chluby polskiej kinematografii czyli do Pasikowskiego. Radzę trzymać się z dala.

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10245
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Najgorsze w SF
« Odpowiedź #16 dnia: Październik 27, 2008, 11:47:35 pm »
Robert Silverberg - Bodaj najbardziej przereklamowany pisarz sf, jedyną w miarę przyzwoitą jego książką, jaką czytałem był "Człowiek w labiryncie", niektóre z jego dokonań są nawet znośne, ale po co czytać to co tylko znośne, a w przeważającej większości tragiczne.

Co do Silverberga to IMHO sprawa jest bardziej złożona. Facet jest inteligentny (vide jego felietony dla "NF") i jak na amerykańskiego autora SF ma znośny styl. Kłopot z nim jest taki, że nagina swój talent do najniższych czytelniczych oczekiwań i na czas pisania świadomie zapomina o posiadanej naukowej wiedzy. Zdarzają się ludzie inteligentni i o szerokich zainteresowaniach, których talent literacki jest na poziomie grafomana (Lovecraft, chyba też Asimov), ale z Silverbergiem jest inaczej, bo styl ma niezły. Mimo to włazi chyba w każdą utartą, nieoryginalną koleiną, w którą może wleźć pisarz SF, a do tego zaczynając powieści dość oryginalnie, kończy je bełkotem. (Przykro mi: w "Człowieku w labiryncie" problem Kontaktu z Obcymi rozwiązany jest za pomocą deus-ex-machina na poziomie słabszych odcinków "Star Treka", co pachnie ostrą infantylizacją tematu. W dodatku od samego początku można się domyślić tego finału. Fakt, że główny bohater jest nawet ciekawą postacią zgrzyta z tym infantylizmem tym bardziej.)

Swoją drogą ostatnio wznowione zostały (w jednym tomie) dwie uznawane za klasyczne powieści tego autora - "W dół, do ziemi" i "Czas przemian". Obie noszą ciężkie znamiona sztampy, a mimo to umieją wciągnąć, ale w obu fabuła w pewnym momencie przechodzi w bełkot. "W dół..." zaczyna się jak opowieść o urzędniku kolonialnym odwiedzającym niepodległe już - dajmy na to - Indie. Potem dostajemy powtórkę z "Jądra ciemności", w wydaniu infantylniejszym i wszystko to trzyma klimat, choć podobieństwo obcej przyrody do ziemskiej sięga granic absurdu, a obcość rozumnych Obcych polega na tym, że przypominają słonie i nie wstydzą się czynności fizjologicznych. Wszystko to daje się jeszcze przełknąć dzięki narratorskiej biegłości autora, niestety opus coronat niedorzeczny i przesiąknięty mistycyzmem a'la New Age finis.

"Czas przemian" znów zaczyna się ciekawie. Mamy humanoidalno-feudalną społeczność innej planety ("Star Trek", LeGuin, Strugaccy, Aldiss  etc.), która jednak budzi zaciekawienie, bowiem jest to społeczność nie uznająca indywidualizmu, nawet w mowie (styl trochę podobny jak w "Lodzie" Dukaja ;)). Temat tak ambitny, że pozwalający przymknąć oko na sztampowość kosmicznego feudalizmu* (w końcu LeGuin to wybaczamy) zostaje jednak zmarnowany, gdy autor wprowadza (znów deus maszynowy) narkotyk dający poczucie wspólnoty, a fabuła skręca w awanturniczo-romansową durnotę. Jeśli traktować serio maksymę Leszka Millera o zaczynaniu i kończeniu, trzeba zauważyć, iż finis znów jest fatalny, bo deusowato-machinowaty, acz tym razem przynajmniej pozostawiony w niedopowiedzeniu (co można liczyć na mały plus). Nie będę się dalej nad tym "Czasem..." pastwił, bo Mistrz zrobił to lepiej w "FiF". Zresztą nie jest to nawet rzecz całkiem zła (a już na pewno nie najgorsza), tylko szkoda, że autor tak dalece uległ eskapizmowi antyproblemowemu i rozwinął niebanalny problem tak naiwnie...

(Ciekawe jest natomiast, że z opowiadaniami Silverberg radzi sobie znacznie lepiej... Widać za krótkie są by zdążył zepsuć ;).)

Niedawno przeczytałem książkę Ziemiańskiego. Wcześniej miałem już nieprzyjemność czytania kilku jego opowiadań, ale zastanawiałem się, czy aby poprostu źle nie trafiałem, wszak nie można ot tak człowieka skreślać, zwłaszcza, że ma tylu fanów co mogło by jednak wskazywać na jakiś poziom. Po zrealizowaniu tego karkołomnego przedsięwzięcia, jakim bez wątpienia było przebrnięcie przez wszystkie strony dzieła wspomnianego autora doszedłem do ostatecznego wniosku, iż jest on kompletnym grafomanem, a jedyne czym zjednuje sobie czytelników to permanentnie powtarzane kurwa. Tak więc fenomen Ziemiańskiego można by przez analogię porównać z fenomenem pewnego reżysera, prawdziwej chluby polskiej kinematografii czyli do Pasikowskiego. Radzę trzymać się z dala.

Ha. Ziemiański i tak się rozwija. Zaczynał ze znacznie niższej (tak, to jednak możliwe) nuty:
http://www.fahrenheit.net.pl/archiwum/f41/38.html


* choć nie do końca: połączenie kultury braku indywiduaizmu ze, zbudowanym jak wiadomo na "silnych jednostkach", feudalizmem - to największe (bijące po oczach absurdem) zwichnięcie koncepcyjne w/w powieści
« Ostatnia zmiana: Październik 29, 2008, 06:57:54 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10245
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Najgorsze w SF
« Odpowiedź #17 dnia: Lipiec 31, 2010, 11:16:51 pm »
Orson Scott Card.  Totalny idiota.

Wybaczcie odgrzewanie, ale z tego co wyczytałem facet nie dość, że zgłupiał jeszcze bardziej, to stał się grafomanem bezczelnym, bo dla gotówki dopisującym coraz to nowe podcykle do enderowego cykliszcza (dodając coraz to nowe detale do starej fabuły, zaś z bohatera robiąc coraz większego "przepaka"):
http://www.esensja.pl/ksiazka/recenzje/tekst.html?id=9286
A ludziska, toto - co gorsza - kupują...
« Ostatnia zmiana: Lipiec 31, 2010, 11:30:03 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Luca

  • Juror
  • Full Member
  • *****
  • Wiadomości: 143
  • Odi profanum vulgus et arceo.
    • Zobacz profil
Re: Najgorsze w SF
« Odpowiedź #18 dnia: Sierpień 03, 2010, 05:35:24 pm »
Orson Scott Card.  Totalny idiota.

Wybaczcie odgrzewanie, ale z tego co wyczytałem facet nie dość, że zgłupiał jeszcze bardziej, to stał się grafomanem bezczelnym, bo dla gotówki dopisującym coraz to nowe podcykle do enderowego cykliszcza (dodając coraz to nowe detale do starej fabuły, zaś z bohatera robiąc coraz większego "przepaka"):
http://www.esensja.pl/ksiazka/recenzje/tekst.html?id=9286
A ludziska, toto - co gorsza - kupują...

A jam czytał "Grę Endera" oraz "Mówcę Umarłych" nawet nie raz i przyznam, że mi się bardzo podobało. Zwłaszcza ten drugi tom imponował mi zawsze rozmachem i swoją "gęstością" informacyjną. Czy to efekt mojego młodzieńczego zaślepienia (pierwsza odczytanie jeszcze chyba w podstawówce), czy też może O.S.Card`owi zdarzyło się jednak wyskrobać coś godniejszego, niż możnaby wnioskować po waszych mocno krytycznych uwagach odnośnie jego poziomu?

Dodam jeszcze, że czytałem również "Ksenocyd" (trzeci tom sagi), w którym czuć już było pewne obniżenie lotów i mocne kombinowanie. Po lekturze miałem pewność, że kontynuowanie cyklu poza tę księgę nie może skończyć się dobrze, więc i dalej brnąć nawet nie próbowałem...

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10245
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Najgorsze w SF
« Odpowiedź #19 dnia: Sierpień 03, 2010, 07:24:31 pm »
Luca, fajnie, że się odzywasz, brakowało mi na forum Twojego głosu :).

Teraz polemika:
A jam czytał "Grę Endera" oraz "Mówcę Umarłych" nawet nie raz i przyznam, że mi się bardzo podobało. Zwłaszcza ten drugi tom imponował mi zawsze rozmachem i swoją "gęstością" informacyjną.

Tzn. powiem tak... Pierwszy "Ender" to jeszcze arcydzieło na tle reszty, bo tam jest jeszcze relatwnie niezła psychologia (o ile przymkniemy oko, że dla śladowego realizmu choćby te dzieciaki powinny miec dychę wiecej). Da się je jeszcze jakoś przełknąć, zwł. jak się człowiek sam, za młodu, wyalienowanym geniuszem czuł ;D o ile przymknie się też oko na takie "kfiatki" jak "genialna" taktyka Endera na poziomie elemantarza kadetów i bzdurny wątek zdobycia władzy nad światem przez sieć (spóbujem tak? jest nas więcej... ;)).

Natomiast co do dalszych tomów... Pamiętam swoje zderzenie z pocżątkiem "Mówcy umarłych". No rozumiem, że szok i trauma, że strach przed pchaniem się z butami, ale że oni tych Obcych z orbity nie obserwowali? (Przecież obecnie już są satelity szpiegowskie osiągające przyzwoite rozdzielczości.) Że oni im DNA (czy co tam mieli) nie pobrali by zmapować? (Do tego czasu chyba powinny być maszynki, w które wrzucisz genotyp, otrzymasz fenotyp. A takie "pobranie" nie musi być inwazyjne.) No i "codzienna" warstwa technologiczna: pomijając ansible i loty nadświetlne to tam jest wszystko na poziomie staroświeckim już w czasach sukcesów Asimova. To jest taka SF-bez-technologii, mimo, że niby do gwiazd latają*.

Pamiętam też wywiad z Cardem: rozmówca zwracał uwagę, że teoria informacji, że fizyka kwantowa u niego i o szczegóły wizji pytał, a ten - ładniejszymi słowy - "panie, ja się na nauce nie znam, ja to z głowy pisałem"**. To mi wystarczyło.

ps. a "Endera" tymczasem na komiksy przerobili (dobrze mu tak :P):
http://marvel.com/endersgame


* oczywiscie, wiem, że nie cała SF technologią stoi, wystarczy przywołać Dicka, Le Guin, "Kirinyagę" (umiejacego też zresztą strasznie grafomanić: vide ten cykl o kosmicznym burdelu czy inne space westerny) Resnicka czy - hehe - "Solaris"; ale na moje oko nie ma u Carda myślowego bogactwa w innych dziedzinach, które by kompensowało technologiczny analfabetyzm tego autora

** nawiasem mówiąc całkowita umowność i/lub fikcyjność prezentowanych technologii to w amerykańskiej "S"F zjawisko dosć częste od jej zarania - dowody znajdziemy zarówno w twórczości jej "ojców założycieli" - "Doca" Smitha, Asimova, Van Vogta jak i dziś np. u Webera - częściowo jest to wynik pulpowych korzeni tego nurtu, częściowo jego - podnoszonej nieraz przez Lema - faktycznej baśniowości; Asimov też pisząc o robotach nie wierzył w ich powstanie
« Ostatnia zmiana: Sierpień 03, 2010, 10:20:41 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10245
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Najgorsze w SF
« Odpowiedź #20 dnia: Grudzień 11, 2010, 10:01:58 am »
Wielokroć zachwalałem na niniejszym Forum (co prawda warunkowo tj. jako jednookich między ślepymi) Grega Egana i Alastaira Reynoldsa. I owszem, nadal twierdzę, że na tle tego co dziś sprzedawane bywa jako SF, obaj panowie warci są zauważenia (acz ekstatyczne krzyki, że jeden czy drugi to nowy Lem czy nowy Clarke, to tylko krzyki, nic więcej). Tym niemniej obaj kwalifikują się także do wymienienia w niniejszym topicu.

Egan z fragmentem swoich (przeważnie całkiem dobrych) "Dywanów Wanga", wygrywa w kategorii Najgorsza Introdukcja Nadludzkiego Intelektu. Otóż nadludzko potężny byt wirtualny, żyjacy w komputerowym środowisku, wywodzący się od ludzi, ale wysoce ich przewyższajacy wszelkimi parametrami:

Czekając na tysiąckrotne klonowanie i rozproszenie w dziesięciu milionach sześciennych lat świetlnych, Paolo Venetti rozluźnił się w swojej ulubionej ceremonialnej kąpieli: w schodkowym sześciobocznym basenie umieszczonym na dziedzińcu z czarnego, nakrapianego złotem marmuru. Paolo przywdział pełną tradycyjną anatomię. Z początku była dość niewygodna, ale ciepłe prądy opływające plecy i ramiona z wolna wprowadziły go w przyjemne otępienie. Ten sam stan mógłby osiągnąć natychmiastowo, na żądanie. Jednak okazja wymagała raczej pełnego rytualnego prawdopodobieństwa, ozdobnej, łagodnej imitacji fizycznej przyczyny i skutku.
Kiedy zbliżała się chwila diaspory, niewielka szara jaszczurka przemknęła po dziedzińcu, skrobiąc pazurkami po marmurze. Przystanęła nad brzegiem basenu, a Paolo zachwycił się delikatnym rytmem jej oddechu. Obserwował, jak przygląda mu się przez chwilę, po czym odbiega i znika w otaczających dziedziniec winoroślach. Jego środowisko pełne było ptaków, owadów, gryzoni i małych gadów, dekoracyjnych z wyglądu, a także satysfakcjonujących zmysł bardziej abstrakcyjnej estetyki: przełamywały surową środkową symetrię samotnego obserwatora, zakotwiczały symulację przez jej percepcję z licznych punktów widzenia. Ontologiczne liny odciągów. Co prawda nikt nie pytał jaszczurek, czy chcą być klonowane. Wyruszały w drogę, czy tego chciały, czy nie.
Niebo nad dziedzińcem było ciepłe i niebieskie, bezchmurne i bezsłoneczne, izotropowe. Paolo czekał cierpliwie, gotów na każdy z pół tuzina rozmaitych losów.
Niewidoczny gong uderzył cicho trzy razy. Paolo roześmiał się zachwycony.
Jeden gong oznaczałby, że wciąż jest na Ziemi: rozczarowanie, oczywiście, ale miało to też swoje dobre strony. Każdy, na kim mu zależało, mieszkał w polis Cartera-Zimmermana, jednak nie wszyscy postanowili w tym samym stopniu uczestniczyć w diasporze. Jego ziemska jaźń nie straci nikogo. Świadomość, że pomógł bezpiecznie wysłać w drogę tysiąc statków, także dostarczyłaby mu satysfakcji. Natomiast pozostanie w rozległej, rozwiniętej na Ziemi społeczności, połączenie w czasie rzeczywistym z całą globalną kulturą samo w sobie byłoby atrakcją.
Dwa uderzenia znaczyłyby, że ten klon Cartera-Zimmermana osiągnął system planetarny pozbawiony życia. Zanim zdecydował, by obudzić się w takiej sytuacji, Paolo zbudował złożony - choć nieświadomy - model autopredykcyjny. Badanie garstki obcych, choćby i martwych, światów miało się prawdopodobnie okazać cennym doświadczeniem. Miałoby także tę niewątpliwą zaletę, że owo działanie nie byłoby hamowane przez liczne środki ostrożności konieczne wobec odkrycia obcego życia. Populacja C-Z byłaby o połowę mniejsza od oryginalnej i brakowałoby mu wielu najbliższych przyjaciół, był jednak przekonany, że szybko nawiązałby nowe przyjaźnie.
Cztery uderzenia gongu byłyby sygnałem odkrycia obcej inteligencji. Pięć - cywilizacji technicznej. Sześć - kosmicznych wędrowców.
Trzy uderzenia jednak oznaczały, że sondy zwiadowcze natrafiły na niewątpliwe oznaki życia, a to było wystarczającym powodem do radości. Aż do chwili przedstartowego klonowania - subiektywny moment przed dźwiękiem gongu - na Ziemię nie dotarły żadne dane o obcym życiu. Nie można było zagwarantować, że odnajdzie je którakolwiek część diaspory.


Pikne po prostu. Cuś pomiędzy przepychem-a'la-opera-mydlana, a standardowym wakacyjnym zdjęciem naszoklasowym. (Potem zresztą w tym basenie mamy też romantyczna scenę seksualna z udziałem tego samego bohatera.) Już widzę podobnie się pluskającego GOLEMa  :P

Reynolds natomiast wygrywa w kategorii Najgorszy Kapitan Statku Kosmicznego:

   Zaprowadzono nas do kapitana.
   Siedział na wielkim królewskim tronie, zawieszonym na długim bomie, umożliwiającym trójwymiarowe ruchy po wielkim mostku. Inni oficerowie mieli podobne fotele, ale gdy weszliśmy, przezornie odjechali na nich w stronę ściennych displejów wypełnionych skomplikowanymi diagramami. Stałem z Cahuellą na niskim wysuwalnym podeście, dochodzącym mniej więcej do środka kopuły mostku.
   - Pan... Cahuella - odezwał się mężczyzna na tronie. – Witam na pokładzie. Jestem kapitan Orcagna.
   Kapitan robił takie samo wrażenie jak jego statek. Ubrany od stóp do głów w błyszczącą czarną skórę, na nogach miał wysokie do kolan, czarne spiczaste buty. Dłonie w czarnych rękawiczkach złożył w piramidkę pod brodą. Z czarnego kołnierza tuniki wystawała głowa jak jajo. W przeciwieństwie do reszty załogantów czaszkę miał zupełnie łysą. Charakterystyczna twarz pozbawiona zmarszczek mogłaby należeć do dziecka... albo do trupa.
   - A pan? - spytał wysokim, niemal kobiecym głosem, skinąwszy ku mnie.
   - Tanner Mirabel - odparł Cahuella, nim zdążyłem otworzyć usta. - Mój osobisty spec od bezpieczeństwa. Idzie tam, gdzie ja. To nie...
   - ...podlega negocjacji. Tak, słyszałem. - Nieobecnym wzrokiem Orcagna wpatrywał się w jakiś tylko jemu widoczny obiekt zawieszony w powietrzu. - Tak, rozumiem... Tanner Mirabel. Były żołnierz, potem zatrudniony u Cahuelli. Powiedz mi, Mirabel: jesteś całkowicie pozbawiony moralności czy zupełnie nie wiesz, dla jakiego człowiek pracujesz?
   Cahuella również teraz pośpieszył z odpowiedzią.
   - Wyrzuty sumienia to nie jego sprawa.
   - Ale czy miałby je, gdyby wiedział? - Orcagna znowu spojrzał na mnie, ale z jego twarzy nie dało się nic wyczytać. Tak jakbyśmy rozmawiali o kukiełce poruszanej przez niecielesną inteligencję działającą w statkowej sieci komputerowej.
   - Powiedz mi, Mirabel, czy zdajesz sobie sprawę, że twój pracodawca jest uznany gdzieniegdzie za przestępcę wojennego?
   - Tylko przez hipokrytów, chętnie kupujących od niego broń, o ile nie sprzedaje jej innym.
   - Płaskie pole bitwy jest o wiele lepsze od każdego innego - przytoczył Cahuella swe ulubione powiedzonko.
   - Ale ty nie tylko handlujesz bronią - stwierdził Orcagna. Znów oglądał niewidoczny dla innych obiekt. - Kradniesz i zabijasz. Są dowody na twój udział przynajmniej w trzydziestu morderstwach związanych z czarnym rynkiem broni. W trzech przypadkach byłeś odpowiedzialny za redystrybucję broni, która powinna być wycofana na mocy układów pokojowych. Można udowodnić, że pośrednio przyczyniłeś się do przedłużenia, a nawet do ponownego wzniecenia czterech lub pięciu konfliktów terytorialnych, bliskich wówczas ugody. Twoje działanie spowodowało śmierć dziesiątków tysięcy ludzi. - Cahuella chciał zaprotestować, ale Orcagna nie zwracał na to uwagi. - Dla ciebie liczy się tylko zysk. Jesteś zupełnie pozbawiony moralności i poczucia dobra i zła. Fascynują cię gady, bo może widzisz w nich własną osobowość, a w istocie jesteś bezgranicznie próżny. - Kapitan podrapał się po brodzie. - Krótko mówiąc - kontynuował z lekkim uśmieszkiem - jesteś bardzo do mnie podobny. Z kimś takim mogę chyba robić interesy. - Spojrzał na mnie. - Ale powiedz mi, Mirabel, dlaczego dla niego pracujesz. W waszych życiorysach nie dostrzegam żadnych wspólnych elementów.
   - Płaci mi.

"Migotliwa Wstęga"

Noż ku***a jego... Ci dzisiejsi kapitanowie, jak z Tarantino wzięci - weź komiksowego gangstera i nazwij kosmonautą. Straszny kicz i to podany sierioznie, a nie z dickowską lekkością.


Basen i łysy gangster - obilcze współczesnej SF?

ps. i może byłbym mniej wściekły gdyby obaj w/w autorzy byli po prostu durniami, bo wtedy bym ich zwyczajnie nie czytał, a tak z miejscami interesującego* tekstu, w innych miejscach wyskakują takie kfiatki


* w końcu pan Nadludzki Cyfrowy Pluskacz Basenowy jest uczestnikiem wiarygodnie przedstawionego podejścia do Kontaktu z Obcym Rozumiem, a pan Kapitan Badass W Fetyszystycznych Ciuszkach dowodzi b. interesująco opisanym, wiarygodnym technicznie (i to na poziomie opisów ACC) statkiem podświetlnym, który lata po Kosmosie zaprezentowanym w sposób uwzględniajacy w swych założeniach wszelkie (wygłoszone w kontekście imperiów Asimova) uwagi Lema o wpływie nieprzekraczalności PŚ na politykę i socjologię
« Ostatnia zmiana: Grudzień 21, 2010, 11:40:10 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

maziek

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10940
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Re: Najgorsze w SF
« Odpowiedź #21 dnia: Grudzień 22, 2010, 09:51:13 pm »
To jest obrazek z gry Hitman ileśtam, który nie ma nic wspólnego z SF w sensie gatunku a ten łysy ze spluwą nie przyszedł się kąpać i nie jest rozluźniony.
Jest wolność, więc każdy ma prawo być idiotą!
© Krzysztof Grabowski, DEZERTER

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10245
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Najgorsze w SF
« Odpowiedź #22 dnia: Grudzień 22, 2010, 10:35:05 pm »
Inżynier, zawsze czepnie się jakichś detali... :P
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

maziek

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10940
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Re: Najgorsze w SF
« Odpowiedź #23 dnia: Grudzień 23, 2010, 08:39:08 am »
A, i zapomniałem - ten łysy nie jest gangsterem :) .
Jest wolność, więc każdy ma prawo być idiotą!
© Krzysztof Grabowski, DEZERTER

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10245
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Najgorsze w SF
« Odpowiedź #24 dnia: Lipiec 13, 2012, 09:05:30 pm »
Zaciekawiony informacją, że John C. Wright, autor reprezentowany na naszym rynku tylko jednym, ale sympatycznym i dość kunsztownym (choć błahym) opowiadaniem "Prawo gościnności", dopisał - zgodnie z obecną modą - ciąg dalszy klasycznej powieści "Świat Nie-A", znanego z "FiFy", Van Vogta sięgnąłem po owo vanvogtowe cudo.

Van Vogt - posądzany przez Lema, ale i D. Knighta np. o antyintelektualizm - zamarzył sobie tym razem napisać powieść idei. Ideę przewodnią wziął sobie z semantyki ogólniej A. Korzybskiego (postrzeganej zazwyczaj jako pseudonauka, acz do jej obrońców - i zwolenników - zaliczał się m.in. Buckminster Fuller). W efekcie wszystkie mądre spostrzeżenia protagonisty czy narratora (zahaczające o wielokroć dyskutowane tu tematy wpływu sensorium na świadomość, braku idealnej tożsamości pomiędzy rzeczywistością, a jej modelami, wreszcie nurtującym maźka pytaniem, czy możliwy jest umysł jakościowo lepszy od ludzkiego i na ile ludzki jest w stanie obejść swoje przyrodzone ograniczenia) idą na konto Korzybskiego właśnie, Van Vogta da się rozliczać tylko z fabuły. Ta zaś jest awanturniczo-kryminalno zagmatwana i nie dość, że sama nie trzyma się kupy stanowąc istne pomieszanie z poplątaniem, to jeszcze odkleja się od warstwy ideowej doczepionej do niej na siłę (w dyskusji z pewnym forumowiczem ze startrek.pl szydziłem swego czasu, ze jego koncepcja ambitnego kina rozrywkowego polega z grubsza na tym, by w czasie pojedynku kung fu oddający się mordobiciu przeciwnicy wykrzykiwali, bez większego zwiazku z kopaną fabułą, fragmenty z dzieł filozofów czy też z uniwersyteckiego podręcznika fizyki; u Van Vogta to prawie tak wygląda).

Niemniej jednak rzecz mimo, że - in toto - wypada chyba nawet gorzej niż międzyplanetarna bujda "Doc'a" Smitha, której nie zmogłem, godna jest z paru powodów uwagi. Po pierwsze autor bawi się w tle fabuły, nieogranymi wtedy, pomysłami klonowania i teleportacji (opisanej w sposób - od biedy - budzący poprawne skojarzenia ze splątaniem kwanotwym). Po drugie pewne myśli (choćby pośrednio umieszczona nawet w tytule logika niearystotelejska) - nawet jeśli przepisane od Korzybskiego - stanowiły dla masowego amerykańskiego czytelnika istotne novum (tworząc też - o czym dalej - podwaliny pod późniejsze sukcesy Dicka):

"- Czy jadłeś coś na pokładzie?
Gosseyn przez chwilę próbował sobie przypomnieć. Świat, który próbował odkryć, był niematerialny i równie nie istniejący, jak inne, jemu podobne. Wspomnienie nigdy nie było tożsame z pamiętanym zdarzeniem, ale u większości ludzi istnienie wspomnienia oznaczało, że istotnie zdarzył się fakt o podobnej strukturze. Jednak jego umysł nie zawierał niczego, co miało związek ze strukturą fizyczną. Nie jadł, na pewno nic nie jadł."


"Urwał nagłe. - Jaki więc jest ten podstawowy błąd?
Odpowiedź była natychmiastowa:
- Identyfikujesz swoją obecną tożsamość z Gosseynem, który został zabity. Masz pełne wspomnienie tej śmierci, sposobu, w jaki uderzały w ciebie kule i strumienie energii. Pomysł o tym. A potem pomyśl o credo nie-A, według którego nie ma we wszechświecie dwóch identycznych łudzi.
Gosseyn milczał. Za oknem drzewa, wyższe niż najwyższe drapacze chmur, wznosiły się w błękitną mgłę nieba, rzeka wito się bystro przez wiecznie zielony świat. Dziwna, monumentalna sceneria dla rozmowy o naturze rzeczy organicznych i nieorganicznych, molekularnych, atomowych, elektronicznych, neuronowych i fizykochemicznych, czymkolwiek są. Ogarnęło go głębokie zdumienie, ponieważ to on chyba nie pasował do tego wszechświata. Sam myślał już co najmniej kilkanaście razy o tym, o czym mówił Prescott
Był człowiekiem, który nie tylko twierdził, że posiada podobną strukturę, ale wręcz identyfikuje się z nieboszczykiem. A uważał tak, ponieważ miał pamięć i fizyczną postać Gilberta Gosseyna I, był Gilbertem Gosseynem I.
Każdy student filozofii, nawet w dawniejszych czasach, wiedział, że dwa pozornie identyczne krzesła różnią się na sto milionów sposobów, przy czym sposoby te nie muszą wcale być widoczne gołym okiem. W mózgu ludzkim liczba możliwych dróg, jaką może obrać impuls nerwowy, sięga od dziesiątej do dwudziestosiedmiotysięcznej potęgi. Nie da się powielić skomplikowanych wzorów nakreślonych w ciągu całego życia indywidualnych doświadczeń. Prawda ta wyjaśnia bez cienia wątpliwości, dlaczego w całej historii Ziemi nie było dwóch jednakowych zwierząt, płatków śniegu, kamieni, a nawet atomów."


(Z tymi atomami to chyba ściema  8).)

"To, co nazywasz rzeczą, nie jest nią... to coś więcej, to coś kompletnego w najszerszym tego słowa znaczeniu. Krzesło nie jest tylko krzesłem. Jest strukturą o niesłychanym stopniu skomplikowania chemicznego, atomowego, elektronicznego i tak dalej. Stąd, jeśli myślisz o nim tylko jako o krześle, zmuszasz swój układ nerwowy do dokonania czegoś, co Korzybski nazywa identyfikacją. I właśnie ogół tych identyfikacji czyni z człowieka neurotyka, bezrozumnego lub szaleńca."

Fajne jest też motto jednego z rozdziałów:

"Nauka to nic innego, jak tylko zdrowy rozsądek i solidne rozumowanie." - Stanisław Leszczyński, król Polski, 1763

Po trzecie wreszcie: Van Vogt przyjmujac za dobrą monetę nadzieje Korzybskiego wychodząc od jego filozofii przedstawia utopijne, acz nie idealne, społeczeństwo rządzone przez potężną Maszynę (będącą - co ciekawostka - szeregowym połączeniem modułów myślących, z których każdy ma możliwości na miarę ludzkiego mózgu; ponoć stanowi on bowiem nieprzekraczalny pułap jakościowy, dalej można tylko isć w ilość... i szybkość), która zresztą nie tyle sama włada, ile - w trakcie tzw. Igrzysk - egazaminuje kandydatów do urzędów badając ich poziom rozwoju intelektualnego (określany - po korzybsku - przez takie cechy jak, pokrewna buddyjsko-taoistycznej, zdolność przyjmowania nagich faktów, bez uprzedniego czynienia założeń czy automatycznych kategoryzacji, umiejętność wykraczania umysłem poza ograniczenia sensorium - gdym wyszkolony widzę ścianę, myślę: atomy ;), czy świadomość partykularności własnych racji i celów połączona z wczuwaniem i wmyślaniem się w cudze). Co owocuje tym, że kolonia na (sterraformowanej, co autor dopisał na potrzeby wydania z lat '70) Wenus, do której wstęp mają tylko najwyżej rozwinięci umysłowo funkcjonuje +/- w ten sposób:

"- Aby zrozumieć obecną sytuację polityczną, musisz sięgnąć umysłem do najdalszych granic tego, co rozumiesz pod pojęciem absolutnej demokracji. Na Wenus nie ma prezydenta, nie ma rządu, nie ma rządzących elit Wszystko odbywa się na zasadzie dobrowolnego udziału, każdy żyje sam dla siebie, ale współpracuje z innymi tak, aby wszelkie niezbędne prace zostały wykonane. Ludzie mogą jednak sami wybierać to, co robią. Możesz powiedzieć: no dobrze, a jeśli każdy wybierze ten sam zawód? To się nie zdarza. Ludność składa się z odpowiedzialnych obywateli, którzy, zanim wybiorą zawód, zasięgają informacji w kwestii społecznych potrzeb, jakie natęży zaspokoić.
Na przykład, jeśli detektyw odchodzi na emeryturę lub zmienia zawód, ogłasza z wyprzedzeniem swój zamiar lub, w przypadku jego śmierci, wszyscy dowiadują się, że to stanowisko jest wolne. Jeśli żyje, ludzie, którzy chcieliby zostać detektywami, przychodzą, aby przedyskutować swoje kwalifikacje z nim i między sobą. Ale niezależnie od tego, czy żyje, czy nie, jego posada zostanie przekazana w wyniku głosowania wśród kandydatów."


Ma przy tym jednak autor "Świata Nie-A" i dość rozsądku, by przytomnie zauważyć, że system taki da się sabotować i obchodzić, oraz, że nie wszyscy zechcą funkcjonować w takiej harmonii, od elit począwszy:

"Prezydent Hardie miał surowe, władcze spojrzenie i uśmiech człowieka, którego obowiązkiem jest odnosić się do innych uprzejmie i taktownie. Wargi miał wąskie. Wyglądało na to, że potrafi stanowczo uciąć rozmowę lub kierować ją na ściśle określony temat Był typem przywódczym, czujnym, wprawnym w używaniu władzy i autorytetu. Prezydent przemówił:
- Gosseyn, należymy do ludzi, którzy byliby skazani na przeciętność, gdyby chcieli dawać posłuch zasadom Maszyny i filozofii nie-A. Jesteśmy bardzo inteligentni i wszechstronnie uzdolnieni, ale w naszej naturze leży pewien brak skrupułów, który w normalnych warunkach uniemożliwia odniesienie sukcesu. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent historii zostało stworzone przez ludzi podobnych nam i zapewniam cię, że w tym przypadku będzie tak samo."


Dodać też trzeba, że mimo całej grafomanii treści Van Vogt, był - co przyznawał mu nawet Lem - pisarzem sprawnym stylistycznie, acz lubującym się w efekciarstwie, na dowód pozwolę sobie przytoczyć fragment jego innego słynnego utworu w oryginale:

"On and on Coeurl prowled! The black, moonless, almost-starless night yielded reluctantly before a grim reddish dawn that crept up from his left. A vague, dull light it was, that gave no sense of approaching warmth, no comfort, nothing but a cold, diffuse lightness, slowly revealing a nightmare landscape.
Black, jagged rock and black, unliving plain took form around him, as a pale-red sun peered at last above the grotesque horizon. It was then Coeurl recognized suddenly that he was on familiar ground.
He stopped short. Tenseness flamed along his nerves. His muscles pressed with sudden, unrelenting strength against his bones. His great forelegs — twice as long as his hindlegs — twitched with a shuddering movement that arched every razor-sharp claw. The thick tentacles that sprouted from his shoulders ceased their weaving undulation, and grew taut with anxious alertness."


"The Black Destroyer" (po naszemu "Zabójca z mroków");
opowiadnie rozbudowane potem w powieść "Misja miedzyplanetarna"

Tu czas chyba wrócić do Dicka. Mieszanka tandetnych dekoracji Sci-fi z filozofią, polityczne machinacje, zakłamywana rzeczywistość  - wszystko to, co znamy z PKD pojawiło się po raz pierwszy, w formie embrionalnej poniekąd, u Van Vogta właśnie, co zresztą Dick uczciwie przyznawał, widząc w autorze "Świata Nie-A" swego duchowego poprzednika. (Tu jeszcze dodam jako ciekawostkę, że wydanie owej powieści, z którym obcowałem jest wersją przerobioną i ulogicznioną by wyjść naprzeciw krytyce Knighta i, że - podobno - przeróbki owe - i tak mało co uporządkowały, odzierajac za to calość z fantasmagorycznego, chaotycznego, uroku. Dobrze zatem, że Koniolub nie musiał porządkować ;).)

Podsumowując: rzecz sama w sobie niewiele warta, z którą jednak warto ;) się - mimo wszystko - zapoznać.

ps. A'propos:
- o w/w "Misji...":
http://whenfallsthecoliseum.com/2009/06/08/now-read-this-a-e-van-vogts-the-voyage-of-the-space-beagle/
- kontrowersje wokół twórczości Van Vogta (jednen z głosów... Silverberga, hehe):
http://www.icshi.net/worlds/damon.htm
http://www.icshi.net/sevagram/articles/black-knight.php
http://www.asimovs.com/_issue_0904_05/ref.shtml
http://www.locusmag.com/Reviews/2009_10_01_archive.html
(Rzecz o tyle ciekawa, że Van Vogt początkowo należał - obok Asimova i Heinleina - do tzw. Wielkiej Trójki SF ery Campbella, a dopiero wspomniany atak Knighta - b. prominentnego krytyka SF, na którego opinie powoływał się nawet Lem - "detronizując" go spowodował zapotrzebowanie na "nowego Trzeciego Wielkiego", dzięki czemu miał szansę zabłysnąć Clarke.)
- O dopisce Wrighta:
http://www.icshi.net/sevagram/reviews/nulla-continuum.php
- oraz o w/w wrightowym "Prawie...":
http://www.sffaudio.com/?p=12808

Doedytowane: pisałem swego czasu, szydząc trochę z - wspomnianego i w tym wątku - Egana, że SF to swoiste porno naukowe (lub pseudonaukowe). Potwierdza to choćby okładka jeszcze bardziej znanej powieści Van Vogta:

Zwróćcie uwagę na to zestawienie podniet - panna, spluwa i atom ;D.

Zastanawiam się zresztą czasem czy fantastyka naukowa nie miałaby się lepiej, gdyby nigdy w jej ewolucji nie wystąpił etap amerykańskich groszowych czasopism lat '30, ale i późniejszego tzw. Złotego Wieku, czy - odwołując sie tylko do tradycji Verne'a, Wellsa, Żuławskiego, Forstera. Londona, Stapledona, Čapka, Huxley'a, nie byłaby może mniej liczna, jeśli chodzi o utwory, ale bogatsza intelektualnie i literacko (Bradbury czy Lem poradzili sobie jakoś bez getta SF, Clarke i Dick i tak stali w nim jedną nogą). Z drugiej jednak strony wystarczy jedno "The Last Question" Asimova, bym zdołał znaleźć rozgrzeszenie dla tych złotowiecznych, dorastajacych w oparach kiczu...
« Ostatnia zmiana: Lipiec 14, 2012, 03:02:11 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki