Autor Wątek: Właśnie zobaczyłem...  (Przeczytany 637824 razy)

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4789
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie zobaczyłem...
« Odpowiedź #2205 dnia: Maj 22, 2013, 04:27:00 pm »
Moim zdaniem to się trzyma kupy, że to taka pupa, bo nie ma szczególnego sensu robienie robotów dokładnie kształtu ludzi.
Może sensu nie ma, ale robią. Sądzę, że to taki - jakby to rzec? - punkt honoru konstruktorów. Innokształtne roboty mogą być sprawniejsze, wydajniejsze itd, ale celem wg mnie będzie (jest!) stworzenie człekokształtnego, który pokona sprawnie schody, przeskoczy rów, zatańczy, zlokalizuje minę, przeniesie ciężki ładunek...whatever.
Cytuj
Spójrz, że te roboty, które mają coś robić nie odtwarzają dokładnie zwierząt ani ludzi, nawet jeśli korzystają z ogólnego planu ich budowy (ten koniorobot, gość wchodzący po schodach - popatrz na punkt mocowania ud - czy "antylopa").
Z powodu: ograniczeń konstrukcyjnych? braku ośrodka dowodzącego? ulepszeń? Te przesunięcia  ukryte pod jakowymś pokryciem - dają jednak ów ogólny plan. Sam powiedziałeś, że lustrzanki działają.
Cytuj
W zasadzie jaki zysk z upodobnienia robotów bojowych do żołnierzy? Każdy element "ludzkiego" ekwipunku jest dla takiej maszyny atechnicznym obciążeniem. Mogłyby nosić mundury i strzelać z broni etatowej (a ile przy tym problemów) ale po co?
Zysk z samego podobieństwa? Pewnie mizerny. Można wystrugać manekina. Natomiast zysk z upodobnienia i wprawienia w ruch - wymierny. Sprzęty (nie tylko wojskowe), otoczenie są dostosowane do ludzkiej sylwetki i motoryki. Dla zmylenia przeciwnika w terenie. To pierwsze, co przyszło mi do głowy. Ale sądzę, że kluczowe: dla prestiżu.
A z drugiej: po co drony? Na pewno nie "wszystko" i jasne, że nie musi być człekokształtny - ten bojowy - na marginesie mi przyszło, bo kiedyś czytałam:
http://wyborcza.p/1,75400,12168519,Etyka_zabijania__czyli_wszystko_o_robotach_bojowych.html
Mnie nie chodzi o to, że petman zostanie zawodowym żołnierzem (może tak, może nie), ale sądzę, że te wszystkie możliwości, które kryje, aż się proszą by je wykorzystac do czegoś więcej niż testowanie ubrań. Być może petman to bezmyślan kupa kabelków i złomu, która śmiga po bieżni - ale ikeowska pupa nie wyrwie się z fotela, by podać pilota, a petman może przebiec dowolny dystans by kupić pączka;)
Ja widzę zasadniczą różnicę między tłokiem, który wali w siedzisko z zadaną siła, a robotem który potrafi się przemieszczać, wykonywać zróżnicowane zadania itp. Dodaj do niego sieć, o której pisałeś w Akademii.
A dlaczego myśląc o petmanie, myślę o zastosowaniu w wojsku? A kto i dla kogo buduje tę Pupę?;)

W peesie chciałam dodać, że nie, nie mam paranoi, że jak robot to killer:)
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10158
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie zobaczyłem...
« Odpowiedź #2206 dnia: Maj 22, 2013, 04:50:27 pm »
Mówicie o robotach-testerach, o ubraniu... O wojsku, o pupie... A czemu nie o mordzie? I czemu to robot ma bić?

Znacie?

"Val Codo żywo wstał ze swego konfesjonału i przesiadłszy się naprzeciwko na środkowe miejsce tuż obok Julesa, jął opowiadać:
— Jak panom wiadomo, jadę do Rozporka. To jest mieścina nieduża, ale już głośna. Tam bowiem żyje pewien człowiek... pewien człowiek...
Tu położył poufale jedną dłoń na kolanie Juliusza, a drugą na kolanie Jana i mówił dalej z fanatyczną ekstazą:
— Albowiem jeszcze większą rozkoszą, proszę panów, niż bić po mordzie jest — brać w mordę!
Nachylili się ku niemu ponuro i zagadkowo.
— Tego właśnie człowieka w Rozporku wszyscy biją po mordzie: starosta, dyrektor seminarium, generałowie i oficerowie, poczmistrz, ksiądz pleban, zwykli obywatele, nawet Żydzi i dzieci. Bo, proszę panów, on ma twarz, która — jak się to mówi — sama się prosi, aby ją bić w mordę. On ma twarz — ot taką!!
Twarz jego, która już od paru chwil dziwnie się mieniła, ustaliła się wreszcie w kształt potwornej dyni, jednak o cerze nadzwyczajnej, posiadającej urok dojrzałego jabłka, lub świeżej brzoskwini. Rurką hermafrodytycznych ust dmuchał na trzech budrysów kłębami zimnego powietrza, wydymając przez to jeszcze bardziej swoje nabrzmiałe policzki. Oczy zanikły mu prawie na tym globusie, ale świecił ich wyraz kuszący i złośliwy.
W milczeniu mijały sekundy. Młodzieńcom tłukły się serca.
— Czy panowie nie czują — spytał jeszcze Val Codo, cedząc słowa — że tu jest cokolwiek za zimno? Czy nie warto by uczynić coś dla rozgrzewki?
Warknął, zatarł ręce przed nosami trzech towarzyszy i popluwając w dłonie, gotował się jakby do jakiejś roboty.
Pierwszy ocknął się François.
— Wal w gębę, kto w Boga wierzy! — zawołał.
— Buch w pysk! — przytwierdził siarczyście Jules.
— Buch w mordę! — zadecydował poważny Jean.
— Buch w mordę! — powtórzyli unisono jak w dramatach Rostworowskiego.
Uroczyście zdjęli rękawiczki.
Pierwszy odwinął się Jean i z ogromnym rozmachem lunął w piękną cerę pana Val Codo d'Amor. Z drugiej strony łupnął go z całej siły w oblicze Jules.
— Teraz ty mały! — rzekł prawnuk ks. Baudouina, wskazując na François.
Ten nie dał się prosić, wlazł na fotel i pięścią wyrżnął potwora w sam ryj.
Jean walił w cyferblat, Jules huknął go po fizjonomii, François wyrównał z drugiej strony, rypiąc go w papę.
Następnie Jean pomacał go w jadaczkę, Jules strzelił mu w jaszczyk, a François zamalował go w paszczękę.
— Zaczekajcie, panowie, chwilkę — rzekł niezrównany obiekt pyskobicia — zrobimy porządek z zębami.
I pociągnąwszy za czerwony sznureczek, wystający z ust, rozdziawił je jak mógł najszerzej. Z ust posypały się na ziemię wybite zęby, na kształt ryżu wysypującego się z dziur torebki powojennej.
Po tej operacji przystąpiono do dalszych rękoczynów. Zaczął na odmianę François: głasnął widziadło mocno po buzi; pośpieszył mu z posiłkami Jules i trzasnął to licho w ordynarny jego visage; zakończył Juan i gruchnął je w plugawe lice. Następnie już bez kolejki łomotali człowieka raźno w portal, psuli mu jego facjatę, ujeżdżali mu pięściami w bramę, kropili go w telefon, wlepiali mu apuchtiny, łaskotali go po gębuli, tłukli go w makutrę, i bęc, i bęc, łup, łup, szast, szast, bili go w mordę od ucha do ucha. Razy szły coraz raźniej, jak hepanie cepów na klepisku u coraz częściej nieznajomy pociągał za czerwony sznureczek, aby wypluć zbyteczne już zęby.
Ale w miarę swego rozjuszenia trzej sojusznicy czuli, jak morda Val Cody coraz bardziej twardnieje i przyszła im jedna i ta sama złowroga myśl:
— Beton!!
Wstrzymali się na chwilę i spojrzeli na siebie wzajemnie jakby po to, żeby się znowu porozumieć. Ale Val Codo nie dopuścił do tego. W chwili wolnej od brania w mordę, gęba jego rozszerzyła się nagle w śmiech szeroki jak u księżyca w pełni i coś zaryczało w nim, dudniąc triumfalnie, w piersiach, w brzuchu, aż do nóg. Tego nie mogli wytrzymać i jakby magnetycznie przyciągnięci, bili go dalej po mordzie, automatycznie opadając z sił i podwajając swe siły. Bili go pięściami i kantami dłoni już bez wyboru, po gębie, po głowie, w uszy, w kark, walili go we wszelkie walory jego przypuszczalnego ciała — a wszędzie znajdowali mordę!!
Aż im dłonie popuchły, a zza paznokci pokazała się krew.
Val Codo zaś rozparł się wygodnie na fotelu, ująwszy się łapami za wydatne uda, które odpowiednio rozszerzył.
Odpadli od niego jak opite pijawki i odpoczywali dychając ciężko.
On zapalił cygaro i czekał litościwie. Po czym jednak wyjął zegarek, zafrasował się i zagasiwszy cygaro, rzekł:
— Dojeżdżamy już do Rozporka; jeżeli panowie mają jeszcze trochę skorzystać, nie można zwlekać. Panowie już cokolwiek odpoczęli... Nuże, buch go w mordę!
— Buch go w mordę! — odpowiedziała zrozpaczonym szeptem nieszczęsna trójka i dźwignęła się jakby na rozkaz. Pomału jednak weszli znów we właściwy rytm, ale ręce nie trafiały już porządnie w cel, słaniali się na nogach, wzrok ich zamglił się, aż stała się rzecz straszna:
Zrazu przez pomyłkę, potem z coraz większym rozwścieczeniem zaczęli się wzajemnie między sobą prać i prażyć po mordach, odczuwając to jakby ulgę po nienaturalnej operacji, dokonywanej na bałwanie. Wleźli mu na kolana jak niesforne dzieci, szczypali i drapali się po twarzach, targali się za włosy, darli na sobie krawatki, a z pięknych futer leciał wyskubany puch...
— Rozporek!
Pociąg stanął nagle, szum i zamęt w głowach ustał a zmęczona trójka zapragnęła naraz snu. Val Codo zrzucił ich na kanapki, obmacał każdemu ubranie i wyciągnąwszy ich portfele, oznajmił:
— Jako honorarium biorę sobie od każdego z panów tylko ekwiwalent dwóch dolarów po kursie urzędowym. Bardzo tanio, a rzetelnie zapracowane. Reszty nie tykam.
I ciągnącymi krokami jak kaleka wysunął się powoli z przedziału. Pociąg stał jeszcze. Zwyciężeni zwycięzcy, odegnawszy sen, całym wysiłkiem woli rzucili się za nim na korytarzyk. Już go nie było. Otwarli okno, patrząc z wytężeniem w czarne zwały nocy, naładowane pod dachem peronu.
Jacyś posługacze wieźli coś na dużych taczkach. Był to czworogranny przedmiot kształtu szafy. Ktoś szedł przodem, niosąc pod pachą jakąś dużą kulę zawiniętą w szmaty.
— Czy odśrubowałeś mu łeb? — zapytano z tyłu.
— No, a jakże! Przykryjcie go teraz pokrowcem, aby się nie poziębił, wiecie, że niedawno miał zapalenie nerek.
— Niesmarowany wewnątrz oliwą!
— A więc jazda!
— Jazda! — zawołał także konduktor pociągu i dalsze zajścia na peronie w Rozporku pogrążyły się dla trzech młodych ludzi w paszczy niewiadomego.
Wrócili do przedziału i wśród sterty porozrzucanych futer szukali gorączkowo jakiegoś biletu wizytowego.
Wreszcie go znaleźli i podnosząc wysoko ku lampie, słabym wzrokiem wyczytali napis odmienny niż ten, który im został w omylnej widocznie pamięci. Napis głosił:


KOWADŁO MORDA
prawnuk księdza Baudouina
automat do bicia w mordę
wynajmuje się obywatelom
Rozporek, ul. Długie Uszy 1.44."

Karol Irzykowski "Kowadło Morda"

(pirxowa mnie trochę zainspirowała do sięgnięcia ponownego po to, tymi retro-robotami.)

ps. gdyby kto był ciekaw skąd w tym ksiądz - Cat-Mackiewicz wyjaśni lepiej niż ja:
http://www.concordia.republika.pl/honor.html
« Ostatnia zmiana: Maj 22, 2013, 11:45:23 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

maziek

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10882
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie zobaczyłem...
« Odpowiedź #2207 dnia: Maj 22, 2013, 09:07:16 pm »
Olkupolku, rzeczywiście może być tak, że ktoś by zechciał pokazać "a mnie stać, żeby sobie zrobić takiego robota, co gania w ludzkich ciuchach, szczyla z ludzkiego karabina, poci się pod pachami i płacze, jak funflowi łeb szrapnel urwie". Jednak nie sądzą, aby się ktoś aż tak napinał, aby wprowadzić to w życie gdzieś poza placem defiladowym, w każdym razie w najbliższym czasie. Taki android musi obecnie kosztować jak samolot myśliwski, a to jednakowoż są pieniądze, z którymi nawet USA się liczą.

Z tym dostosowaniem do ludzkiej motoryki i że jest jakiś zysk, że on będzie w naszych majtkach ganiał, to ja bym mocno polemizował. Samoloty bezzałogowe nie są podobne do załogowych - bo po co?
Jest wolność, więc każdy ma prawo być idiotą!
© Krzysztof Grabowski, DEZERTER

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4789
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie zobaczyłem...
« Odpowiedź #2208 dnia: Maj 23, 2013, 12:40:58 am »
Q - a kto był pierwszy Lem z robotami do bicia, czy Irzykowski z Kowadłem?
Żesz...zamiast insert to send;)I edita:
Olkupolku, rzeczywiście może być tak, że ktoś by zechciał pokazać "a mnie stać, żeby sobie zrobić takiego robota, co gania w ludzkich ciuchach, szczyla z ludzkiego karabina, poci się pod pachami i płacze, jak funflowi łeb szrapnel urwie". Jednak nie sądzą, aby się ktoś aż tak napinał, aby wprowadzić to w życie gdzieś poza placem defiladowym, w każdym razie w najbliższym czasie. Taki android musi obecnie kosztować jak samolot myśliwski, a to jednakowoż są pieniądze, z którymi nawet USA się liczą.

Z tym dostosowaniem do ludzkiej motoryki i że jest jakiś zysk, że on będzie w naszych majtkach ganiał, to ja bym mocno polemizował. Samoloty bezzałogowe nie są podobne do załogowych - bo po co?
Maziek, ale kto mówi o majtach ludzkich?;) Ja mówię o kształcie i zadaniach, które ma wykonywać .Nie mówię, że petman jest koroną robociego stworzenia - ale sądzę, że rozwiązania z tego projektu rozwiną się w kolejne humanoidalne roboty - wykraczające poza testowanie niedopiętych rozporków. Oczywiście, że w takich przedsięwzięciach pieniądze się liczą (ale zaraz...kto pisał o wbijaniu flagi na Marsie?;) ), a z nimi nawet USA. Ale ja - wbrew temu co piszesz - uważam, że trynd jest;) Wystarczy "humanoidalne" wpisać w gugla.
 DARPA stoi za konkursem na robota, który ma:
 umieć prowadzić pojazdy samochodowe, używać elektronarzędzi (aby przebić się przez betonową ścianę) i podejmować się operacji na umiarkowanie skomplikowanych mechanizmach. Celem jest stworzenie maszyny, która będzie w stanie posługiwać się narzędziami stworzonymi dla człowieka. Robot tego typu mógłby, na przykład, przejechać samochodem z punktu A do B, a w razie konieczności naprawić jego silnik nawet w warunkach silnego skażenia lub innych, uniemożliwiających lub utrudniających działanie człowiekowi.
DARPA nie upiera się jednak na humanoidalną formę maszyny. W grę wchodzą także roboty modułowe oraz takie, które zmieniają swój kształt w razie potrzeby. Maszyna nie musi być więc w ciągłej gotowości do wykonania każdego z zadań od razu. Może się do nich przygotować. Oprócz zaś wybijania betonowych ścian, prowadzenia samochodu (włącznie z wejściem do niego i operowaniem gazem, hamulcem i kierownicą) i naprawiania innych, prostszych mechanizmów zwycięski projekt musi radzić sobie także z pokonywaniem gruzowiska, odblokowywaniem przejść (podnoszenie gruzu ważącego do 5 kg), otwieraniem drzwi, wspinaniem się po drabinach, zakręcaniem zaworów... a wszystko to podczas jednej sesji na specjalnie spreparowanym w tym celu, miejscu katastrofy.

http://technologie.gazeta.pl/internet/1,104530,11519302,DARPA_tworzy_terminatora__Tylko_takiego_milego___.html
Tutaj z ich stronki:
http://www.darpa.mil/Our_Work/TTO/Programs/DARPA_Robotics_Challenge.aspx
To nie musi być humanoidalny robot, ale zobacz z lewej strony wizje pt. program images . Jest.
Może taka forma trafia do ludzi. Nie wiem. Ale w związku z tymi zawodami DARPA ma Atlasa:
http://www.bostondynamics.com/robot_Atlas.html
Jakby mu ubrać majty?;)
Czytałam - ale to może plotki (nie znalazłam info na ich stronie) - o dwunożnym projekcie DARPA  pt. Avatar:
http://technologie.gazeta.pl/internet/1,104530,11188995,To_juz_pewne__DARPA_otwiera_projekt_Avatar__Wart_raptem.html
Te projekty raczej wychodzą poza plac defilad. Nie mówiłam, że już jutro albo najdalej za pół roku:)

« Ostatnia zmiana: Maj 23, 2013, 12:55:34 am wysłana przez olkapolka »
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10158
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie zobaczyłem...
« Odpowiedź #2209 dnia: Maj 23, 2013, 12:49:44 am »
Q - a kto był pierwszy Lem z robotami do bicia, czy Irzykowski z Kowadłem?

Irzykowski wydał Kowadło (z innymi rzeczami*) gdy Lem, a raczej Lemcio mały miał coś +/- roczek... Więc sama zgadnij ;).

* w takim oto zbiorku, stanowiącym świadomą dyskusję z twórczością Grabińskiego (tak, znów kółeczko):
http://encyklopediafantastyki.pl/index.php?title=Spod_ciemnej_gwiazdy

Inna sprawa, że temat robotów w rodzimej prozie to stanowczo nie tylko Lem + getto eSeFowe... Tak np. pisał Brzechwa (ten po Lemie, bo w '65, a "Bajki..." w '64, ale... Bąbla wprowadził do literatury w '46, w "Akademii..."):

"- Adasiu - powiedział - chodź do mnie... Jesteś mi potrzebny!
Na to tylko czekałem. Skoczyłem do pokoju pana Kleksa, a on zamknął drzwi na klucz, stanął na jednej nodze i oświadczył uroczyście:
- Dzisiejszy dzień przejdzie do historii ludzkości. Zapamiętaj dobrze tę datę. Doprowadziłem moje wiekopomne dzieło do stanu doskonałości. Alojzy Bąbel nie różni się już niczym od prawdziwego człowieka. O, proszę!
Alojzy siedział na parapecie okna i pałaszował jajecznicę ze szczypiorkiem, a jego kanciasta i martwa zazwyczaj twarz nabrała rumieńców i wyrazu. Na mój widok Alojzy przyjaźnie uśmiechnął się, cmoknął ustami w moim kierunku, jakby mi posyłał całusa, i powiedział filuternie:
- Wieki nie widzieliśmy się, Adasiu, co? Trzy lata za karę przeleżałem rozmontowany w walizce pana Kleksa, trzy lata podróżowałem po świecie, wcielając się w różne postacie, trzy lata byłem Pierwszym Admirałem Floty na służbie u Pigularza II, od roku płatałem figle panu Kleksowi. Ale od dziś rozpoczynam normalne życie. Mam nadzieję, że więcej nie zrobię wam wstydu. Szare komórki, które są sprężyną prawidłowego myślenia, działają z idealną sprawnością. No, co tak patrzysz? Pierwszy raz widzisz prawdziwego człowieka?
- Brawo, Alojzy! - zawołał z aprobatą pan Kleks. - Muszę ci, Adasiu, powiedzieć, że kiedy mu wsączyłem do głowy olej Poczciwości i Posłuszeństwa, czyli olej P+P, uważałem dzieło za ukończone. Nie wziąłem jednak pod uwagę, że poszczególne elementy mechanizmu nie są dostatecznie zabezpieczone w rezultacie Alojzy pogubił kilka detali i stał się zdezelowanym automatem. Ale w ciągu ostatnich lat udało mi się dokonać wynalazku niezwykłej wagi. Przy pomocy nader skomplikowanych zabiegów chemicznych uzyskałem tworzywo całkowicie zbliżone do ludzkiej skóry, a następnie poddałem je działaniu promieni omega. Skóra się przyjęła i powlokła całą postać Alojzego. Osłona mechanizmu jest teraz niezawodna. Żadna sprężyna, żadna śrubka nie może wypaść!
Słuchałem słów pana Kleksa pełen podziwu dla jego genialnego umysłu. Na stole, gdzie przedtem leżała mapa z wykresami pogody, piętrzyły się skomplikowane instrumenty, retorty, miniaturowe aparaty promieniotwórcze, Całe naukowe laboratorium pana Kleksa, które nosił przy sobie w swoich przepaścistych kieszeniach. Był to nie lada bagaż, skoro nawet z zapasowych kieszeni w kalesonach wystawały metalowe części przyrządów do skrawania i łączenia skóry oraz szpryce napełnione cielistym barwnikiem.
Na życzenie pana Kleksa Alojzy popisywał się przede mną sprawnością umysłu i mięśni. Posiadał nieprzebrane zasoby wiadomości i śmiało mógł uchodzić za żywą encyklopedię. Omawiając szczegóły swojej konstrukcji powiedział:
- Wiesz, Adasiu, skóra ludzka jest najwspanialszym tworzywem. Nic nie może się z nią równać. Reaguje na dotyk, posiada elastyczność, jest nieprzemakalna, odporna na wahania temperatury, miękka, gładka. Ostatecznie sztuczne serce czy sztuczne płuca potrafi zmajstrować pierwszy lepszy student medycyny. To żadna filozofia. Ale na to, by z pospolitych składników uzyskać żywą skórę ludzką, trzeba być Ambrożym Kleksem, wielkim Ambrożym Kleksem.
Uczony, słysząc te pochwały, spuścił skromnie oczy i ruchem pełnym godności podciągnął kalesony, po czym zabrał się do wkładania spodni.
- Słuchaj, Alojzy - rzekł po chwili namysłu. - Cieszę się, że król zaprosił nas do siebie. Mam z nim parę spraw do omówienia. Przede wszystkim. jednak pragnę zaprezentować ciebie. Nie przez małostkową próżność, możesz być pewny. Byłoby to niegodne uczonego. Muszę jednak prosić króla, aby ci wybaczył twoje niedorzeczne zachowanie z przyprawioną nogą, W przeciwnym bowiem razie królewska straż schwyta cię i uwięzi.
- Mnie? Cha-cha-cha! - roześmiał się Alojzy. - Mogę jedną ręką podrzucić. sześciu mężczyzn na wysokość drzewa. Ale ma pan rację, panie profesorze. Prawdziwi ludzie nie powinni załatwiać spraw przy użyciu siły."


"Profesorze - odparł król siadając ponownie na swoim fotelu - nie mogę uwierzyć, że ten osobnik jest rzeczywiście automatem. To taki sam człowiek jak my dwaj!
Pan Kleks z tryumfującą miną pogłaskał się po brodzie, wziął Alojzego za rękę i podszedł z nim do Kwaternostra I.
- Trudno w to uwierzyć, nie przeczę - powiedział z godnością. - Wykonanie Alojzego jest niezwykle precyzyjne, a poprzez skórę nie sposób wyrobić sobie wyobrażenia o jego wewnętrznej konstrukcji. Ale tędy można zajrzeć... O, proszę.
Mówiąc to wyjął z kieszeni elektronową, a właściwie elektronajnowszą mikrokosmiczną lupę i zbliżył ją do źrenicy Alojzego. Król nieufnie zmrużył jedno oko, podczas gdy drugie przytknął do okularu lupy i zaniemówił z wrażenia. Po chwili jednak, nie odrywając wzroku od obrazu, który zobaczył, zaczął wykrzykiwać:
- Nieprawdopodobne! Zdumiewające! Widzę srebrne punkciki... Tysiące srebrnych punkcików... Tak!... To kółka! Obracają się... Co za mechanizm!... Teraz przesuwają się zadrukowane tasiemki... O, światełka!... Zapalają się i gasną... Cudowne!... A to co?... Ojej!... Widzę szare komórki!... Nie!... To miniaturowe ekraniki... Odbijają się w nich myśli Alojzego... Widzę tam siebie... Widocznie Alojzy pomyślał o mnie... Wprost nie do wiary... Co za ruch... Co za precyzja... Genialne!... Nareszcie wiem, jak wygląda mózg elektronowy!...
Pan Kleks przerwał pokaz i schował lupę do kieszeni.
/.../
Po tej rozmowie króla z Alojzym pan Kleks stanął dumnie na jednej nodze, lewą rękę przyłożył do kamizelki, prawą wyciągnął przed siebie i rzekł:
- Królu! Dokonałem w nauce przewrotu. Obaliłem błędne poglądy chemików, fizyków, biologów; odkryłem kleksyczne prawa przyrody, kleksyczne zasady budowy komórek, osiągnąłem nie znane dotąd wyżyny wiedzy, opracowałem własne teorie, dzięki którym udało mi się, pierwszemu w świecie, stworzyć sztucznego człowieka. Automaty mózgowe Patentończyków mogą wykonywać dwieście tysięcy działań na sekundę. Mój Alojzy działa z szybkością myśli. Dlatego stał się niemal równy człowiekowi. Powiadam "niemal", gdyż brak mu tylko jednej rzeczy: fantazji.
Król oszołomiony słowami pana Kleksa strącił z kolan Królewskiego Koguta, wybiegł z altanki i zawołał:
- Ministronowie, panie, panowie, proszę do mnie! Pragnę obwieścić wam rzecz niezwykłą! .
Pierwszy nadbiegł Trondodentron, przerażony, że nastąpił nowy zamach na króla. Tuż za nim, podskakując z właściwą sobie lekkością zjawił się Lewkonik. Niebawem też nadciągnęła reszta towarzystwa, a na końcu, zgodnie z głoszoną przez siebie dewizą, że prawdziwy dozorca nigdy się nie spieszy, kroczył Weronik.
- Czy mam wezwać straż? - zapytał premier z niepokojem.
- Masz słuchać! - rzekł uroczyście król wypinając klatkę piersiową, na której były wytatuowane jego zmyślone bohaterskie czyny. - Profesor Kleks zaprezentował mi swoje niezrównane arcydzieło. Chcę, aby każdy z was mÓgł je podziwiać. Oto Alojzy Bąbel, sztuczny, mechaniczny, uniwersalny człowiek, wykonany własnoręcznie przez naszego wielkiego uczonego. Alojzy, przedstaw się!
Alojzy ukłonił się z galanterią. Ministronowie obmacywali go ze wszystkich stron, wydając okrzyki zdumienia.
- Widziałem sztuczne ręce, sztuczne nogi - zauważył Fajatron - ale cały człowiek? Chciałbym usłyszeć go mówiącego.
- Panie ministronie - powiedział uprzejmie Alojzy - mogę wygłosić przemówienie trwające dwadzieścia cztery godziny bez przerwy, ale obawiam się, że znużyłbym obecne tutaj damy.
- Niezwykły okaz - rzekł Trąbatron. - Co za mechanizm!
- Fenomenalny! Rewelacyjny! - stwierdził Trondodentron.
- Ciekaw jestem, czy zna się również na hodowli kur - powiedział Paramontron.
- Znam 79 zasad wylęgu kurcząt oraz 43 sposoby krzyżowania kurzych ras i gatunków - rzekł skromnie Alojzy.
Wszyscy byli tak poruszeni i oszołomieni, że Hortensja przerwała swoje monologi, Piwonia przestała mówić wiersze, a nawet Dalia tym razem powstrzymała się od kichania. Jeden tylko Weronik nie mógł opanować czkawki, ale w przerwie zdołał wykrztusić:
- Żal mi go... Nie miał matki... Sierota...
Alojzy, gdy usłyszał te słowa, nagle posmutniał i zamrugał powiekami, jak gdyby był bliski płaczu.
- Nie martw się, Alojzy! - zawołał wesoło pan Kleks. - Ja jestem twoim ojcem i twoją matką. Wymyślę dla ciebie taki rodowód, jakiego nie powstydziłby się nawet król Kwaternoster I. Głowa do góry!
Królewski Kogut po raz drugi zatrzepotał skrzydłami i zapiał pięknym, donośnym głosem. Odpowiedziało mu pianie jeszcze wspanialsze i głośniejsze. Rozejrzeliśmy się dokoła, gdyż w pobliżu nie było żadnego innego koguta. I cóż myślicie? To Alojzy zabłysnął jedną ze swoich umiejętności.
Alamakotańczycy spojrzeli na niego z największym podziwem, natomiast pan Kleks wysoko zadarł głowę i rzekł uroczyście:
Królu, panie, panowie! Pokazałem wam moje dzieło, a teraz ujawnię wam moje zamysły. Patrzę w przyszłość. Gdybym miał odpowiednie warunki, w ciągu roku wykonałbym dokumentację wielkiej bąblowni. Za trzy lata mogłaby ruszyć seryjna produkcja Bąbli. Dzisiejszy dzień to przełom w dziejach ludzkości. Widzę oczami duszy tę świetlaną erę, kiedy każdy ministron, każdy księgowy, inżynier czy lekarz, ba każdy uczeń w szkole będzie miał do pomocy własnego Bąbla. Świat wkroczy w bąbloepokę. W roku dwutysięcznym już nie my, ale Bąble będą produkowali samych siebie. Zbąblizuję życie ludzkie od podstaw. Oto moja idea!
Pan Kleks mówił głosem natchnionym, oczy mu płonęły, a w brodzie rozlegał się trzask elektrycznych iskier.
Król wybiegł z altanki, objął wielkiego uczonego i zawołał:
- Profesorze, ja panu stworzę warunki do urzeczywistnienia pańskiego genialnego planu! Oddam do pana dyspozycji wszystkie kury i koguty, wszystkie jajka i zegarki, całe bogactwo Alamakoty. Od jutra możemy przystąpić do bąblobudowy.
Wszystkie oczy zwrócone były na Alojzego, Weronik otrzepywał mu z kurzu trzewiki, panny Lewkonikówny spoglądały jak urzeczone, gdy oto rozległ się tubalny głos premiera:
- Królu, pragnę zauważyć, że produkcja Bąbli stanie się dla nas posunięciem antyimportowym. Obejdziemy się bez zagranicznych specjalistów. Bąble nam ich zastąpią. Alamakota wysunie się na pierwsze miejsce wśród potęg świata. Musimy stworzyć gigantyczny bąblokombinat. Rada Ministronów przystąpi natychmiast do opracowania zasad zbąblowania gospodarki narodowej.
- Dziękuję. O to mi właśnie chodziło! - rzekł pan Kleks rozczesując palcami brodę.
/.../
Muszę wyznać, że przyjęcie u Kwaternostra I, pomimo że zjadłem kilka porcji lodów, porządnie mnie znudziło. Uczestniczyłem w pracach pana Kleksa nad konstrukcją Alojzego od samego początku, jeszcze w Akademii. Znałem teorie naukowe wielkiego uczonego, obecnie więc nie dowiedziałem się nic nowego. Zresztą, prawdę mówiąc, wolałem dawnego Alojzego z jego wadami technicznymi, kiedy wymykał się spod władzy pana Kleksa, był niesforny i płatał przeróżne nieobliczalne figle. Na moje oko bardziej wtedy przypominał prawdziwego człowieka niż teraz, odkąd mechanizm jego zaczął działać z doskonałą precyzją. Usunięcie błędów konstrukcyjnych pozbawiło Alojzego fantazji, ale, ostatecznie, było zgodne z zamierzeniami pana Kleksa."


"Kapitan wydał rozkaz powrotu i wtedy właśnie nagły poryw wichru potężnym uderzeniem roztrzaskał łódź o kadłub okrętu.
Rozległ się alarmowy sygnał "człowiek za burtą". Posypały się do morza koła ratunkowe. Marynarze uwijali się jak osy, niosąc pomoc tonącym towarzyszom. Ale oto zwabione łatwym żerem nadpłynęły rekiny. Sytuacja stawała się z każdą chwilą groźniejsza. Załoga zdwoiła wysiłki. Wreszcie zdołano wyłowić wszystkich marynarzy. Tylko jednego Zyzika fala odrzuciła daleko od okrętu.
- On zginie! - wołała rozpaczliwie Rezeda. - Ratujcie go! Przecież te rekiny pożrą biedaka!
Nawet pan Kleks stał bezradny, z przerażeniem w oczach.
Żaden z marynarzy nie odważył się pośpieszyć Zyzikowi na ratunek. I właśnie wtedy Pierwszy Admirał Floty, tak jak stał, w swoim białym mundurze przepasanym wielką wstęgą Koguta z gwiazdą, jednym susem przesadził poręcz burty i skoczył w spienione odmęty. Jego mechaniczne członki działały z błyskawiczną szybkością i nieomylną precyzją. Po kilku zamachach ramion Alojzy dosięgnął Zyzika, kilkoma uderzeniami pięści jak żelazną maczugą ogłuszył napastujące go rekiny i zanim zdążyliśmy ochłonąć z wrażenia, wniósł nieprzytomnego chłopca po sznurowej drabince na pokład.
Urządziliśmy Admirałowi huczną owację, a pan Kleks uściskał go ze łzami w oczach, mówiąc:
- Kochany Alojzy! Jesteś prawdziwym dziełem moich rąk. Panie, panowie, nie żyje ministron Alojzytron, Pierwszy Admirał Floty!
- Niech żyje!- krzyknęła wraz z nami cała załoga okrętu, a Weronik najgłośniej ze wszystkich.
Zyzik szybko odzyskał przytomność.
- Panie Admirale - zwrócił się do Alojzego - zawdzięczam panu życie, toteż może pan nim rozporządzać wszędzie i zawsze.
Alojzy spojrzał na niego z aprobatą, po czym przypiął mu na piersi jeden z własnych orderów.
Zasłużyłeś na wyróżnienie, chłopcze - powiedział. - Wysoko zajdziesz. Mianuję cię bosman-matem w marynarce Jego Królewskiej Mości.
Zyzik zaczerwienił się po uszy i nie mógł wykrztusić słowa. Powinszowałem mu nominacji, a pan Kleks mrugnął do niego porozumiewawczo i szepnął ponad moją głową:
- A nie mówiłem? Pa-ram-pam-pam!
Opisałem tę scenę nieco rozwlekle, w istocie jednak trwała ona minutę albo mniej. Przez cały ten czas Rezeda nie odstępowała pana Kleksa, wołając rozpaczliwie:
- Panie profesorze, błagam pana! Róbcie coś! Ratujcie mamę! Każda chwila jest droga! Boże, mój Boże, co za ludzie! Czy pan nie rozumie? Tam jest moja mama!
Wichura ustała, niebezpieczeństwo minęło - rzekł pan Kleks. - Musimy zachować spokój. Proszę pozwolić mi się zastanowić.
Po tych słowach stanął na jednej nodze, wypuścił brodę na wiatr i przy pomocy swego wszechwidzącego oka raz jeszcze zbadał sytuację.
- Admirale! - rzekł po chwili, bowiem w obecności załogi zawsze tytułował Alojzego wedle jego rangi. - Admirale, przewidywania moje były słuszne. Nie możemy zbliżyć się do wyspy, gdyż Multiflora musiałaby zejść na jej krawędzi, co wywołałoby zachwianie równowagi, a wystarczy najmniejszy przechył, żeby ten pływający pagórek wywrócił się do góry dnem. To jedno. Po wtóre nie zapominajmy, że dom, który tam widzimy, stanowi cały dobytek pana Lewkonika. Otóż mam myśl. Musimy ocalały cypel wyspy wraz ze wszystkim, co się na nim znajduje, wziąć na hol i w ten sposób przetransportować go do Alamakoty.
Alojzy, który już przedtem znalazł odpowiedni moment, żeby przebrać się w świeży mundur, zasalutował i po krótkim namyśle oświadczył:
- Panie profesorze, mój mózg rozważył zadany mu program. Zaraz go zrealizujemy. Kapitanie, zarządzam przeniesienie wszystkich lin okrętowych na lewą burtę. Załoga połączy je podwójnymi supłami w jedną całość. Podczas manewru brania na hol ogniomistrze wystrzelą kolejno piętnaście rakiet. Wykonać!
- Tak jest, panie Admirale! - krzyknął kapitan Tykwot, po czym przekazał rozkaz pierwszemu oficerowi.
- Linę trzeba będzie wystrzelić z wyrzutni, inaczej nie doleci - zauważył rezolutnie Zyzik.
Przenieśliśmy się wszyscy na dziób okrętu, żeby nie przeszkadzać marynarzom w pracy. Stos lin powiększał się z każdą chwilą, mechanicy wiązali ich końce w supły i zabezpieczali na stykach stalowymi uchwytami. Długość lin wynosiła łącznie ponad tysiąc metrów.
Ponieważ siła wiatru osłabła i fala stała się mniej groźna, kapitan przybliżył okręt do pływającej wyspy na odległość odpowiadającą długości liny.
Gdy praca była już skończona, Alojzy własnoręcznie zrobił na końcu liny olbrzymią pętlę. Marynarze, którzy mu pomagali - a było ich kilkunastu - ledwo uporali się z ciężarem tego konopnego węża.
I tu Alojzy dał olśniewający popis kleksycznej siły swych mięśni. Wystrzeliły w górę rakiety, a on chwycił pętlę w łuk prawego ramienia, zamachnął się ruchem dyskobola i wyrzucił linę jak lasso w kierunku widniejącego w oddali ciemnego wierzchołka wyspy.
Wyrwałem z rąk pierwszego oficera pryzmatyczną lunetę, spojrzałem w ślad za lecącą pętlą i wydałem okrzyk zdumienia. Zwoje lin na pokładzie rozwijały się z szaloną szybkością, puszczone w ruch gigantyczną, nadludzką siłą rzutu, a tam w oddali dojrzałem pętlę, która z niewiarygodną precyzją opasała czworobok domu.
Pan Kleks z rozrzewnieniem spoglądał na Pierwszego Admirała Floty, na wiekopomne dzieło swego umysłu. To, czego dokonał Alojzy, przekroczyło najśmielsze przewidywania jego twórcy.
Załoga osłupiała z podziwu. W oczach marynarzy można było wyczytać uwielbienie dla Admirała.
Weronik, który nieraz przecież sam popisywał się swoją niezwykłą siłą fizyczną, teraz był całkowicie olśniony wyczynem Alojzego. Nie tracąc jednak poczucia rzeczywistości, splunął w dłonie, potarł je, chwycił Admirała i trzykrotnie podrzucił go w górę. Załoga przyłączyła się do owacji i niewiele brakowało, żeby z admiralskiego munduru pozostały strzępy. W każdym razie trzeba było potem przez dłuższy czas zbierać pozrywane i rozsypane po całym pokładzie ordery Alojzego."


"Tryumf Pana Kleksa"
« Ostatnia zmiana: Maj 23, 2013, 01:51:08 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

maziek

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10882
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie zobaczyłem...
« Odpowiedź #2210 dnia: Maj 23, 2013, 09:48:01 pm »
Olkupolku, widać jasno, że jesteś w zmowie z tymi robotami, albo nawet jesteś...
Jestem głęboko przekonany, że nie będzie ludzkich robotów bojowych. Prędzej, jeśli, to do tłumienia zamieszek i innych sytuacji, gdzie liczy się nieletalna interakcja z kimś wyglądającym na ludzia.
Jest wolność, więc każdy ma prawo być idiotą!
© Krzysztof Grabowski, DEZERTER

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4789
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie zobaczyłem...
« Odpowiedź #2211 dnia: Maj 23, 2013, 10:10:08 pm »
Olkupolku, widać jasno, że jesteś w zmowie z tymi robotami, albo nawet jesteś...
Jestem głęboko przekonany, że nie będzie ludzkich robotów bojowych. Prędzej, jeśli, to do tłumienia zamieszek i innych sytuacji, gdzie liczy się nieletalna interakcja z kimś wyglądającym na ludzia.
Jednostka zmechanizowana OL1 nie upiera się przy pierwszym - że będą. Czas pokaże. Jak zdąży. Co do drugiego - zgadza się, że może tak być.
Jedno przy czym się upiera to fakt, iż petman to nie ostatnie słowo z Bostonu:)
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10158
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie zobaczyłem...
« Odpowiedź #2212 dnia: Maj 27, 2013, 12:19:30 am »
Taka mapka-zabaweczka do kalkulowania skali zniszczeń po odpaleniu bomby atomowej o zadanym rozmiarze:
http://nuclearsecrecy.com/nukemap/
Wbrew pozorom może dać do myślenia.
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

NEXUS6

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 2215
  • MISTYK WYSTYGŁ, WYNIK: CYNIK
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie zobaczyłem...
« Odpowiedź #2213 dnia: Maj 28, 2013, 10:05:41 pm »
Mapka fajna, nie jest az tak strasznie...
Wywiad z Lemem, bez montazu, b. fajny, nie wiem czy ten akurat byl linkowany. Lem mowi m. innymi o swoich doswiadczeniach alkoholowo-grzybowych  ;) , wyraza wprost opinie o pelnieniu waznej roli spolecznej przez religie (chyba czytal watek w rzezni ;) ) i inne ciekawe rzeczy, czesc oczywiscie powtorzona w innych wywiadach i ksiazkach, ale czesc inna.
https://www.youtube.com/watch?v=37K-P77tZXo

maziek

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10882
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie zobaczyłem...
« Odpowiedź #2214 dnia: Maj 29, 2013, 06:29:50 pm »
Obejrzałem z przyjemnością aczkolwiek mam wrażenie, że Lem mówił już to samo 20 razy a w tym wywiadzie 21-wszy - tak jakoś "deklamuje". Nie żebym słyszał to wcześniej, tylko ze sposobu mówienia. Uprzejma pobłażliwość przy tym.
Jest wolność, więc każdy ma prawo być idiotą!
© Krzysztof Grabowski, DEZERTER

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10158
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie zobaczyłem...
« Odpowiedź #2215 dnia: Maj 29, 2013, 09:17:32 pm »
Wywiad fajny, miło słuchać Lema, po prostu.

Mapka? Skojarzenia we mnie budzi... Mam bowiem kumpla-fizyka, który tuż po studiach pracował na podrzędnym stanowisku w czymś tam rządowym od epidemii i innych klęsk naturalno-nienaturalnych i robił (z wsparciem komputerowym) podobne kalkulacje co ta mapka. Zwykł rwać dziewczyny zaczynając dialog z nimi czy wiedzą co by się stało gdyby w ich okolicy bomba atomowa spadła. A potem opisywał z detalami...
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

wiesiol

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 1008
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie zobaczyłem...
« Odpowiedź #2216 dnia: Maj 30, 2013, 11:42:17 am »
Wywiad z Lemem, bez montazu, b. fajny, nie wiem czy ten akurat byl linkowany. Lem mowi m. innymi o swoich doswiadczeniach alkoholowo-grzybowych  ;) , wyraza wprost opinie o pelnieniu waznej roli spolecznej przez religie (chyba czytal watek w rzezni ;) ) i inne ciekawe rzeczy, czesc oczywiscie powtorzona w innych wywiadach i ksiazkach, ale czesc inna.
https://www.youtube.com/watch?v=37K-P77tZXo
Wyświetlenie linku owocuje wyświetleniem inszych wywiadów,można się zaoglądać.To chyba jedno z niewielu ostatnich wystąpień Mistrza.Zachwyca sprawność umysłu,życzę wszytkim forumowiczom w tym wieku tego samego.Choć czasem ciało odmawia posłuszeństwa,można być pod wrażeniem.Zgorzkniałość i rozczarowanie otaczającym światem wyziera i czasami jest tak,jakbym słuchał swoich myśli.
jak się mać skoro tego nikt nie pamięta

Stanisław Remuszko

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 7976
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie zobaczyłem...
« Odpowiedź #2217 dnia: Sierpień 03, 2013, 11:39:47 pm »
...w programie bibisi, jak syn Karol królowej* brytyjskiej Elżbiety (II) przechadzał się po zamku Windsor** opowiadając, jak mama tu zwykła spacerować, i poczułem się nieswojo, że można mieć tyle przestrzeni i przedmiotów tylko dla siebie - ale to pewnie z nieprzyzwyczajenia, bo gdybym tak miał od dziecka, to bym się czuł swojsko...
VOSBM
--------------
*król Karol kupił królowej Karolinie korale koloru koralowego [podczas suszy szosa sucha; suchą szosą Sasza szedł; poproszę spirytusiku najwydestylowaniuchniejszego; Jola lojalna i Lola nielojalna...]
**a (honourable) kuzynka Katarzyna z hrabstwa Sommerset rzekła mi kiedyś: phi, my jesteśmy starsi od Windsorów... Na południu Anglii prawie wszystko ma przynajmniej tysiąc lat. BTW: skąd wziął się Ford Anglia (nie England!) ? ? ?
« Ostatnia zmiana: Sierpień 04, 2013, 05:44:15 am wysłana przez Stanisław Remuszko »
Ludzi rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem : - )

Peterek

  • YaBB Newbies
  • **
  • Wiadomości: 38
  • Cóż to za Robot piękny i młody.
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie zobaczyłem...
« Odpowiedź #2218 dnia: Sierpień 04, 2013, 10:43:05 pm »
*król Karol kupił królowej Karolinie korale koloru koralowego [podczas suszy szosa sucha; suchą szosą Sasza szedł; poproszę spirytusiku najwydestylowaniuchniejszego; Jola lojalna i Lola nielojalna...]
.....i cóż że ze Szwecji.....

Stanisław Remuszko

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 7976
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie zobaczyłem...
« Odpowiedź #2219 dnia: Sierpień 04, 2013, 11:08:16 pm »
Brawo! Kudy marnemu stołowi spowyłamy itd. do cóżżeze...
VOSBM
pjes: Ol mogłaby podpowiedzieć cóś po ślunsku.
Maziek to prędzej się zes...nu wybije, niż Jolę wymówi szypko i potoczyście. A ja - potrafię!
Ludzi rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem : - )