Autor Wątek: Lemowska fanfiction (spokojnie, nie moja ;) )  (Przeczytany 12266 razy)

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 11527
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Lemowska fanfiction (spokojnie, nie moja ;) )
« Odpowiedź #15 dnia: Marzec 08, 2017, 12:06:06 pm »
Bardziej Sapkowskiego... Owszem, tytuł niby do "Pamiętnika..." swoim początkiem nawiązuje, ale dalej, w treści, widać echa całych fraz z "Maladie", "Coś się kończy, coś się zaczyna...", a bodaj i "Złotego popołudnia"... No i tytułowe nazwisko z sapkowskiej rzeki (co to królewna Vanda się w niej utopiła, bo nikt jej nie chciał) wzięte...

Acz, jak już przy tego typu płodach amatorskoliterackich jesteśmy, to warto odnotować, że do Lema znów inny autor z tej animowej ;) strony stylistycznie nawiązywał, i to w bardziej znajomym miejscu ;):
http://www.startrek.pl/forum/index.php?action=vthread&forum=7&topic=1051&page=1#msg56898

ps. Pozwoliłem sobie przenieść Twój post i moją odpowiedź w stosowniejsze miejsce.
« Ostatnia zmiana: Marzec 08, 2017, 01:38:43 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 11527
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Lemowska fanfiction (spokojnie, nie moja ;) )
« Odpowiedź #16 dnia: Sierpień 14, 2017, 01:26:24 pm »
Dowiedziałem się ledwo co, że opowiadanie Iana Watsona "The Tale of Trurl and the Great TanGent", z tomiku "Lemistry", i u nas - jako "Opowieść o Trurlu i Wielkim Solaryście" - się ukazało:
http://katedra.nast.pl/ksiazka/14995/Watson-Ian-Opowiesc-Trurla/
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 11527
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Lemowska fanfiction (spokojnie, nie moja ;) )
« Odpowiedź #17 dnia: Maj 13, 2019, 10:40:27 am »
Zlinkowałem tu swego czasu "Appendix Solariana" Wiktora Żwikiewicza... Otóż odkryłem (z duuużym opóźnieniem, jak nic paradoksy einsteinowskie musiały się wdać ;) ), że w Sieci da się znaleźć (legalnie) całkiem sporo kawałków tegoż autora. Zatem linknę ;) i je, w celach poglądowych, bo wszak bywa często W.Ż. głoszony ogniwem pośrednim między Lemem a Dukajem (choć, prawdę powiedziawszy, uważam, że do Mistrza nie ma podejścia, a przy tym utwory - acz zazwyczaj dobrze zaczęte - dość często mu się pod koniec w oniryzmy rozłażą - problem podobny jak w "Arsenale" - jakby się za dużo "Odysei..." naoglądał):
https://polter.pl/ksiazki/W-cieniu-Sfinksa-–-Wiktor-Zwikiewicz-Krzysztof-Rogozinski-c23299
https://polter.pl/ksiazki/Suweren-–-motyw-falliczny-c23453
https://polter.pl/ksiazki/Sejmor-Srebrnoluski-–-Wiktor-Zwikiewicz-c23556
https://polter.pl/Zwierciadlo-nieba-–-Wiktor-Zwikiewicz-c23557
https://polter.pl/ksiazki/Happening-w-oliwnym-gaju-–-Wiktor-Zwikiewicz-c23694
https://polter.pl/ksiazki/Imago-Czesc-1-c23762
https://polter.pl/ksiazki/Imago-Czesc-2-c23818
https://polter.pl/ksiazki/Maszyna-–-Wiktor-Zwikiewicz-c23993
https://polter.pl/ksiazki/Zajebisty-singiel-–-Wiktor-Zwikiewicz-c24668
https://polter.pl/ksiazki/Sindbad-na-RQM-57-–-Wiktor-Zwikiewicz-c24719
https://polter.pl/ksiazki/Delirium-w-Tharsys-czesc-1-c24852
https://polter.pl/ksiazki/Delirium-w-Tharsys-czesc-2-c25089
https://polter.pl/ksiazki/Kosmodram-Machu-Picchu-rozdzialy-1-4-c25353
(I nie jest to nawet offtopic, albowiem sporo z w/w opowiadań stanowi zabytek ery, w której wszyscy - SFiarze, rodzimi - starali się Lemem pisać; np. znajome słowo mechaneurystyka gdzieś tam się przewija...)
« Ostatnia zmiana: Maj 13, 2019, 11:52:40 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 11527
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Lemowska fanfiction (spokojnie, nie moja ;) )
« Odpowiedź #18 dnia: Styczeń 10, 2020, 03:21:35 pm »
"Z dziennika Ilony Cichej z dziennika Ijona Tichego":
https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/14704
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 11527
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Lemowska fanfiction (spokojnie, nie moja ;) )
« Odpowiedź #19 dnia: Lipiec 15, 2020, 03:00:43 pm »
Miałem wątpliwości czy dać tu, czy do "O Lemie napisano...", ale chciałem odnotować, że w tym roku wśród nominowanych do Zajdla* (najbardziej znana z krajowych nagród SF, gdyby kto nie wiedział) opowiadań znalazło się jedno, zatytułowane "Na skaraju światów" (sic! tytuł nie zawiera literówki), którego autorem jest Dawid Cieśla. Pomysł wyjściowy średnio oryginalny - uruchomienie superkomputera kwantowego spowodowało, że potrzaskała struktura matematyczna świata, i odtąd w obszary innych matematyk (będące zarazem jakby wszechświatami alternatywnymi) można się wyprawiać, jak w Strefy u braci S. (i również fanty z nich przynosić); wygląda to z grubsza tak:

"Dwa dni po tym, jak pękła matematyka, a świat wywinęło na nice, przyszła do nas pani Komelowa i powiedziała, że trzeba uciekać na wieś, bo z głodu pomrzemy. Wówczas jeszcze większa część mostu Świętego Rocha tkwiła w geometrii na tyle pewnie, by można nim było dojść na Łacinę i dalej na wschód, ku polom i sadowi. Po przeciwnej stronie miasto wykrzywiło się zupełnie, ani podobne do ludzkiego tworu, ciche i nieruchome."

Dlaczego jednak o tym wspominam? Bo p. Cieśla najwidoczniej z naszych - nazwisko Lem pada w w/w tekście trzykrotnie (w dodatku dopisane zostały Mistrzowi - i nie tylko Jemu - apokryficzne, innoświatowe, dzieła - niestety, same tytuły, ale rozumiem nieśmiałość):

"Nie wszystko szło na handel. Adrian na przykład za nic nie chciał oddać swoich Sum Lema, o których przynudzał, gdy tylko nadarzyła się okazja.
– Summa technologiae to już zupełnie inny zbiór, mówię wam! Niby pomysł podobny, ale Summa historiae czy Summa oeconomiae to jednak bardziej filozofia, a tam…"


"Moimi pierwszymi klientami była para naukowców z Poczdamu. Chcieli coś mierzyć w co bardziej wypaczonych częściach miasta, płacili sto marek na dzień i wyglądali niczym roboty z książek Lema, obwieszeni blaszaną aparaturą z antenami, z szeregiem diod i pokręteł. Cały rynek gapił się na te dziwadła, jak łażą od budy do budy, uśmiechnięci pod wypomadowanymi wąsami, machając rękoma w pokracznej pantomimie. Ni w ząb nie szło ich zrozumieć."

"– Znowu się fantastyki naczytałeś. – Wypuściłam wstęgę dymu. – Kolejny Lem?
– Przenicowana Moskwa Strugackich. Co prawda pomysł podkradli, ale i tak…"


Pojawia się też luby skrót AMU, ale to już raczej z tej przyczyny, że rzecz ukazała się w antologii "AMU.net.100".

* Wszystkie można legalnie przeczytać, jak kto chce:
https://zajdel.art.pl/publikacje/zajdel-antologia-2019.pdf
« Ostatnia zmiana: Lipiec 15, 2020, 03:21:28 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 11527
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Lemowska fanfiction (spokojnie, nie moja ;) )
« Odpowiedź #20 dnia: Sierpień 17, 2020, 07:35:00 pm »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 5369
    • Zobacz profil
Odp: Lemowska fanfiction (spokojnie, nie moja ;) )
« Odpowiedź #21 dnia: Wrzesień 16, 2020, 06:47:20 pm »
Wędrując po różnych zakątkach netu wpadłem na plik, który trochę zawrócił mi w głowie. Są w nim zebrane wszystkie teksty z Ionem Tichym, ale do tego coś, co widzę po raz pierwszy; rzecz nazywa się
"Ijona Tichego podróż na Minimię" i jest ostatnią w cyklu podroży.
Czy ktoś słyszał o tym tekście?
Jeśli to podróbka to naprawdę niezła. Tichy ląduje na planecie Duraków (czyli prawników, od dura lex...) i jest to w istocie paszkwil na tę grupę zawodową.
Całość zaczyna się przedmową;
Podróż ostatnia
Przedmowa wydawcy
Z chwilą śmierci nestora nauk pozaziemskich prof. Astrala S. Tarantogi, powszechnie znanego jako autora „Kosmozofii”, ja, wcześniej zaufany depozytariusz, a teraz już zapisobierca testamentowy jego wyjątkowych zbiorów, znalazłem między nimi również maszynopisy „Dzienników Gwiazdowych” samego kawalera próżniowego Ijona Tichego.

etc

Przedmowa kończy się podpisem:
Prof. niezwyczajny doc. zrehab. nauk bezprawnych
sędzia w stanie wypoczynku
niedoszły Kawaler Orderu Cnoty Próżniowej
R.E.M.
(Nagrano na planecie Terra, w początku wieku 10.101 tutejszego sytemu binarnego.)


i dalej już fragmenty jakoby maszynopisu;
W niecałą godzinę później wysadzono mnie, nadal w kajdankach, na planecie skolonizowanej jeszcze w ubiegłym wieku przez wyznawców sekty prawniczej, zwanych Durakami lub Durami, a to z rygoryzmu w stosowaniu zasady „dura lex, sed lex”. Planetę Duraków, choć niedużą, umieszczano w almanachach kosmicznych z racji przodowania tak w liczbie wydawanych na niej konstytucji, ustaw, rozporządzeń, zarządzeń (i Bóg jeden wie jakich jeszcze aktów), jako też z racji najwyższych wskaźników osób skazanych za wszelkiego rodzaju występki i przewinienia w przeliczeniu na metr sześcienny zamieszkałego ciała niebieskiego.

Co to za dziwo?   ???
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 16, 2020, 06:54:06 pm wysłana przez liv »
Filutek mógłby niezbicie udowodnić że jest Filutkiem, jednak Filutkowi szkoda życia  na udowadnianie że jest Filutkiem, w końcu to nie jego problem.

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 5359
    • Zobacz profil
Odp: Lemowska fanfiction (spokojnie, nie moja ;) )
« Odpowiedź #22 dnia: Wrzesień 16, 2020, 07:04:44 pm »
Nie przypominam sobie takiej podróży.
Przeczytałam całość i o ile wstęp (uśmiercenie Tarantogi?) bardzo Lemowy - to opowiadanie im dalej w las, tym mniej charakterystycznych drzewek...w sensie są niepasowne zdania i zagrania...ale może to była chwila słabości (jeśli Lem)? całkiem zgrabna duralexowa historyjka (jeśli nieLem) ;)
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 5369
    • Zobacz profil
Odp: Lemowska fanfiction (spokojnie, nie moja ;) )
« Odpowiedź #23 dnia: Wrzesień 16, 2020, 07:19:16 pm »
Cytuj
to opowiadanie im dalej w las, tym mniej charakterystycznych drzewek...w sensie są niepasowne zdania i zagrania...ale może to była chwila słabości (jeśli Lem)? całkiem zgrabna duralexowa historyjka (jeśli nieLem)
Przystałbym na apokryf bez oporu, ale jedno zdanie utrudnia taki przystanek. A jeśli nawet to apokryf, należy docenić szczegół  ;)
"Ledwie uniknąłem wtedy nadciągającej burzy meteorów, a i tak miałem buciki pełne gwiezdnego pyłu."
Filutek mógłby niezbicie udowodnić że jest Filutkiem, jednak Filutkowi szkoda życia  na udowadnianie że jest Filutkiem, w końcu to nie jego problem.

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 11527
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Lemowska fanfiction (spokojnie, nie moja ;) )
« Odpowiedź #24 dnia: Wrzesień 16, 2020, 10:23:35 pm »
Jako, że prawa autorskie - z założenia - fanfiction nie obejmują (a nawet gdyby - krótkie utwory wolno dla celów kryt.-lit. przytaczać w całości), pozwolę sobie wkleić in toto "Podróż...", o której wspominacie:

Podróż ostatnia

Przedmowa wydawcy

Z chwilą śmierci nestora nauk pozaziemskich prof. Astrala S. Tarantogi, powszechnie znanego jako autora „Kosmozofii”, ja, wcześniej zaufany depozytariusz, a teraz już zapisobierca testamentowy jego wyjątkowych zbiorów, znalazłem między nimi również maszynopisy „Dzienników Gwiazdowych” samego kawalera próżniowego Ijona Tichego. Szczerze zaskoczony, odkryłem wśród tych osobny plik niepublikowanych nigdzie relacji podróżniczych. Zbadawszy przedmiot na tyle, ile pozwalały mi inne, mniej ważne, acz lepiej płatne obowiązki, uznałem, że niektóre z owych powieści nie zostały uwzględnione w dotychczasowych wydaniach li tylko z przyczyn leżących po stronie oszczędnych, by nie rzec – chciwych, wydawców. Nastawieni na zysk, skąpili na każdej ryzie, przewidując celnie, acz niemoralnie, że niecierpliwy czytelnik i tak zapłaci wyśrubowaną cenę za kolejny tom, niezależnie od tego, czy ów liczyć będzie stronic 608, czy 640. Tym sposobem, bodaj czy nie wyłącznie ze względów objętościowych, dyskwalifikowali niektóre z wartościowszych opowiadań, a – wziąwszy pod uwagę koszt papieru oszczędzonego na wielomilionowych nakładach – sami zarabiali krocie.
Jako że wraz z przejętymi materiałami spłynęło na mnie, niezasłużenie zresztą, dobrodziejstwo decydowania o wyzyskaniu majątkowych praw autorskich przynależnych zmarłemu, powziąłem zamiar ukazania szerszemu odbiorcy również i tych, nieznanych dotąd, przygód najsłynniejszego z kosmonarzy naszych czasów.
Ze względu na zażyłość, jaka łączyła autora wspomnień z nieodżałowanym profesorem oraz zważywszy ich wzajemne zaufanie, poczyniłem zawczasu wszelkie starania, by ustalić, czy dotychczasowe ukrywanie szeregu podróży nie jest również wynikiem jakich szczególnych życzeń Ijona Tichego albo jego zmarłego powiernika. Nie byłem też pewien, czy sam podróżnik życzyłby sobie obecnie upubliczniać tamte reportaże. Wątpliwości tej natury mogły być uzasadnione nasilającymi się z biegiem lat skłonnościami pilota do zarzucenia jakiejkolwiek wytwórczości i pozostawaniem w odosobnieniu. Zachowania owe w ostatnim czasie posunęły się tak daleko, że w nich – a nie w tak modnej dzisiaj abolicji cyberelektrycznej – wielu współczesnych biografów i komentatorów najnowszych wydań „Wizji lokalnej” oraz „Pokoju na Ziemi” upatruje przyczyny zwolnienia przez autora wszystkich wysłużonych robotów, łącznie z kuchennymi, jak też niezatrudniania nowych.
Dowiedziawszy się tedy, że sam zainteresowany od lat pozostaje w zagłębieniach czarnej dziury, ukrytej chytrze za Panną (łac. Virgo), uczyniłem jedyne, co możliwe w tych warunkach, to jest posłałem mu kurierem pismo o własnych zamiarach, oświadczywszy z ostrożności, że brak odpowiedzi w terminie dwutygodniowym przyjmę za dowód zaufania, równoznaczny z niezgłoszeniem zastrzeżeń co do mej swobody w wyborze. A że istota czarnej dziury objawia się tym, niestety, że nic, łącznie ze światłem, nie jest w stanie jej opuścić, słusznie przewidywałem, że adresat zaniecha wszelkich prób odwrotnej korespondencji. Jakoż i żadnych zastrzeżeń tą drogą nie zgłosił.
Uznałem zatem za stosowne, bo nienaruszające ani dobrego smaku, ani poprawności politycznej w stosunkach międzyplanetarnych, pokusić się o wydanie na łamach znanego wenusjańskiego pisma krytycznego „Literatura na Drodze Mlecznej” jednego z tekstów, pod tytułem roboczym „Ijona Tichego podróż na Minimię”. Zdarzenia tam przedstawione nastąpiły – według mych badań porównawczych – z najwyższym prawdopodobieństwem później, niż szeroko znana i komentowana wyprawa na Karelirię (Podróż jedenasta według systematyki prof. Tarantogi), ale przed wyjazdem na Meopserę (Podróż dwudziesta szósta – również według systematyki prof. Tarantogi, aczkolwiek on sam podniósł, tuż przed śmiercią, wcale rozumne argumenty, poddające w wątpliwość autentyzm tamtego ostatniego opowiadania i podejrzewał, że mógł je spisać niejaki Lem, znany XX-wieczny awanturnik i szalbierz).
Korzystając z okazji, szczerze chciałbym tu podziękować wszystkim oszczercom (choć na wymienianie ich imion i nazwisk szkoda mi czasu), twierdzącym, jakobym przez odkurzenie dzieł Ijona Tichego pragnął jedynie dorobić do skromnej pensji naukowej, żerując tym sposobem na pamięci sławnego wszechświatowca. Akurat! W rzeczywistości to właśnie owe niegodziwe (a nadto aż liczne pod mym adresem) zarzuty nadały ponowny rozgłos dokonaniom niezrównanego badacza szlaków międzygalaktycznych, który inaczej mógłby pozostać zapomniany przez młodsze pokolenia czytelników. Gdybym zaś sam w istocie gonił za zyskiem, hołdowałbym raczej gustom gawiedzi, żądnej rozrywki prymitywnej. Mógłbym przecież ujawnić nieznane szczegóły o pracach powszechnie szanowanego pilota, podjętych – prawda, że dorywczo i z konieczności – przy obsłudze Cewkowo-Halucynogennych Urządzeń Jądrowych w dzielnicach różowych halogenów na planecie Jednopłciowców. Nie mniejszą sensację wzbudziłoby ukazanie się drukiem wyznań naszego bohatera o własnoręcznym wydrążeniu tunelu międzyprzestrzennego pod bankiem rezerw galaktycznych w Gwiazdozbiorze Ósemkowym Wielkiej Niedźwiedzicy Orientu. O tych przygodach jednak ani myślę tu wspomnieć choćby jednym słowem – mając na uwadze przede wszystkim dobra osobiste żyjącego (w co wierzę) autora.


Prof. niezwyczajny doc. zrehab. nauk bezprawnych
sędzia w stanie wypoczynku
niedoszły Kawaler Orderu Cnoty Próżniowej
R.E.M.
(Nagrano na planecie Terra, w początku wieku 10.101 tutejszego
sytemu binarnego.)

Ijona Tichego podróż na Minimię

Właśnie przewracałem skarpetki na obudowie stosu atomowego, bo mi zawilgły w chmurach wodorowych, przez które skracałem drogę na Oriona, gdy do maszynowni wtoczył się pilot automatyczny i brzęknął, że ściga nas Policja Kosmiczna. Nie przeczuwając niczego złego, udałem się do sterowni i wyhamowałem silniki, stwierdziwszy, że istotnie zbliża się statek patrolowy z włączonym kogutkiem. Wykonując zatrzymanie według przepisów o ruchu międzyplanetarnym, kątem oka dostrzegłem, jak automatyczny uśmiechał się krzywo. Miał ten sam wyraz szyderczej stalowości, kiedy kilka godzin wcześniej zdejmowałem z silnika rakiety blokadę prędkościomierza, aby – korzystając jedynie z dobrej widoczności – podgonić marszruty, opóźnionej przez niedbalstwo Orionidów. (Zacne to plemię i gościnne, ale też z wyjątkowym lekceważeniem odnoszące się do zaleceń Komisji Urzędowej Tras Astralnych Starych co do niezwłocznego zapinania Pasa Oriona po każdym, choćby najlżejszym, jego poluzowaniu. Oczywiście Komisja sobie, a tamci sobie. I tak to przez ich brak staranności, leciałem złym kursem dobre dwa parseki, zanim spostrzegłem omyłkę w nawigacji, orientowanej na rozchwianą konstelację.) Musiałem więc ostro manewrować, a nadto podkręcić dysz, aby nadrobić stracony czas. Liczyłem, prawdę mówiąc, że przekroczenie dozwolonej prędkości o 15 do 20 procent nie będzie w ogóle wychwycone przez tolerancyjne radioradary, nastawione z dużą poprawką na poszukiwania naprawdę groźnych piratów próżniowych.
Widząc jednak ostrzegawcze znaki patrolu gwiezdnego, odłączyłem zasilanie autopilota, któremu pogarda zastygła na kwadratowym obliczu i sam przejąłem stery. Pomyślałem, że swoją drogą dobrze byłoby wysłać to stare autopudło na diagnostykę kliniczną. Może przy okazji technicy usunęliby raz na zawsze ten nieznośny grymas, o którym sam robot bezczelnie twierdził, że obrazuje tylko zwarcia na nieszczelnych przewodach w warunkach zwiększonej wilgotności.
Tymczasem rakieta patrolowa zrównała lot, zaczym kodem Morse’a zażądano ode mnie kolejno dokumentów rejestracyjnych, dziennika pokładowego oraz licencji pilota, które to niezwłocznie podałem przez rękawek, wysunięty w tym celu przez lufcik.
Zaniepokoiłem się dopiero usłyszawszy nakaz natychmiastowego lądowania na najbliższej asteroidzie. Tam przekonałem się, że załogę patrolu stanowiło dwóch grubych jegomościów, którzy – równie grubo – upewnili się co do mej tożsamości, po czym, ani zdążyłem się rozeznać, jak rozłożyli mnie na ostrych skałkach z rozbitym od upadku nosem i ze skrępowanymi rękami.
– Igraliśmy, igraliśmy, no i żeśmy się doigrali – rzekł grubszy z nich. Cokolwiek miało to znaczyć (mogli bowiem równie dobrze swawolić o mojej postawie krawawiąco-leżącej, jak i komentować skutki własnej nadgorliwości), znalazłem się w ich rakiecie na tzw. dołku, czyli w ciasnym pomieszczeniu na dolnym pokładzie tuż obok silnika, gdzie gorąc i zaduch były doprawdy niemiłosierne.
Służbista postawa funkcjonariuszy Policji Kosmicznej była dla mnie dużym zaskoczeniem, gdyż dotąd nie zdarzyło mi się być zatrzymanym za tak drobne wykroczenia. Zresztą, za poważniejsze otrzymywałem już ledwie pouczenia czy nagany (a i to pod warunkiem, że policjanci mnie nie rozpoznawali, gdyż w przeciwnym razie – jako osoba dość popularna – ustawiałem się raczej do wspólnej fotografii sygnowanej następnie mym autografem).
W niecałą godzinę później wysadzono mnie, nadal w kajdankach, na planecie skolonizowanej jeszcze w ubiegłym wieku przez wyznawców sekty prawniczej, zwanych Durakami lub Durami, a to z rygoryzmu w stosowaniu zasady „dura lex, sed lex”. Planetę Duraków, choć niedużą, umieszczano w almanachach kosmicznych z racji przodowania tak w liczbie wydawanych na niej konstytucji, ustaw, rozporządzeń, zarządzeń (i Bóg jeden wie jakich jeszcze aktów), jako też z racji najwyższych wskaźników osób skazanych za wszelkiego rodzaju występki i przewinienia w przeliczeniu na metr sześcienny zamieszkałego ciała niebieskiego.
Naturalnie, nie znałem przepisów lokalnego ruchu okołoplanetarnego, atoli domyślałem się, że nie stanowią sankcji sprzecznych z przyjętą Konwencją Galaktyczną o Ruchu Podświetlnym, gdzie zakazano kar cielesnych, a wskazano górną granicę grzywny za przekroczenie prędkości. Dlatego nie byłem specjalnie zmartwiony niechybnie czekającą karą, tym bardziej, że w niezbędniku zawsze woziłem gotówkę w znacznej ilości, którą rozsypywałem niekiedy w co biedniejszych przestrzeniach, aby opędzić się od natrętnego żebractwa próżniowego.
Większy mój niepokój budziła nieznana bliżej procedura sądowa. Obawiałem się szczególnie, że jej przewleczenie doprowadzi do dalszego opóźnienia w mych planach podróżnych, na co pozwolić już sobie nie mogłem żadną miarą.
Dlatego, choć wciąż aresztowany, z ulgą przyjąłem odwiedziny znudzonego obrońcy, przyznanego mi z urzędu, który pokrótce objaśnił mnie w zawiłościach postępowania przed sądem trzygodzinnym, czyli dyżurującym przez całą – tak właśnie długą – durną dobę. Zapewnił przy tym, że – jeżeli tylko przyznam się do postawionych zarzutów – egzekucja nałożonej kary nastąpi niezwłocznie, po czym nie będę musiał pozostawać na tej planecie ani chwili dłużej.
Co usłyszawszy, z wielką gorliwością podpisałem wszelkie przedłożone pisma i przygotowane przezeń oświadczenia.
I rzeczywiście, po niecałej kolejnej godzinie stanąłem przed durnym sędzią, który – nie zwracając na mnie większej uwagi – pośpiesznie odczytał dość długi dokument. Nie wiem, co bardziej mnie zdumiało: sam wyrok dziesięciu lat marsjańskich pozbawienia wolności (i to z nakazem wzmożonej pracy resocjalizacyjnej!), czy lista przypisanych mi czynów, według której miałem wyłudzić cztery (?!) satelity, kłamliwie obiecawszy – tak stało w wyroku – ich wyniesienie na orbitę, a w istocie przywłaszczywszy je przez wywóz w nieznanym kierunku! Jakby tego było mało, zdążyłem rzekomo zaciągnąć przed odlotem pożyczkę na pokaźną sumę od osoby, której – równie oszukańczo – miałem przyrzec małżeństwo, po to tylko by zniknąć wraz z jej niewinnością (i gotowizną, rzecz jasna).
Pouczony o możliwości odwołania, jako też o tym, że muszę je złożyć w ciągu 6 minut i 47 sekund, czyli przed upływem durnej doby od chwili zatrzymania, nagryzmoliłem pośpiesznie i nerwowo apelację, wskazując, że na planecie Duraków nie byłem nigdy wcześniej, jak i nie mam nic wspólnego z utratą niewinności jakiejś durnej młodej damy. Na marginesie nadmieniłem, że właśnie dwa lata marsjańskie temu skradziono mi na Ziemi dokumenty tożsamości i posługiwano się nimi potem w niecnych celach, gdy ja bawiłem incognito na Karelirii, co jest do sprawdzenia w takim to a takim urzędzie.
Sędzia przyjął odwołanie nawet nie rzuciwszy na nie okiem i poinformował mnie, że wyrok, choć nieprawomocny, jest obarczony rygorem natychmiastowej wykonalności, a to z racji wysokiej szkodliwości społecznej mych czynów i wielkiego stopnia ich uprawdopodobnienia dowodami z durnych dokumentów, a takoż mym własnym przyznaniem winy.
I tak, ledwie minęła trzygodzinna doba, pobrano ode mnie odciski palców oraz stóp, zawieszono na szyi blaszkę z kolejnym numerem aresztanckim i zesłano do miejsca wykonywania kary, gdzie nie pozostało mi nic innego, jak oczekiwać na wynik postępowania odwoławczego.
Zakładem karnym okazała się nieznana mi pustynna planetka pod nazwą Minimia; tak mała, że można byłoby przeoczyć ją bez trudu nawet na gwiezdnych mapach sztabowych. (Nie muszę chyba dodawać, że z uwagi na rozmiary nie jest w ogóle umieszczana w spisie ciał niebieskich kalendarza kosmonautycznego.) Co zwróciło w pierwszej kolejności mą uwagę na powierzchni maleńkiego globu, to nieprawdopodobna ciasnota. Osadzeni, w warunkach oczywistego przeludnienia, byli puszczeni całkiem samopas, jako że i tak nie mieli dokąd uciec, ani gdzie się ukryć. O rozmiarach tego osobliwego więzienia niech świadczy choćby to, że stojąc na równiku planetki, widać było głowy tych, co siedzieli na każdym z jej biegunów.
Strażnicy zbliżyli się do Minimii śmigłowcem próżniowym, skąd opuścili mnie na powierzchnię po drabince. Jeden z nich mrugnął wówczas do mnie szelmowsko okiem i szepnął.
– Nie martw się! twoim nowym przyjaciołom ciało ludzkie obrzydło już w jakiejkolwiek postaci. Nie musisz się więc bać ani o płucka, ani o schaby – po czym wybuchnął ordynarnym rechotem.
Wbrew uspokajającym słowom konwojenta (a może właśnie na ich skutek?) ogarnął mnie silny niepokój, by nie rzec: strach. Na wszelki wypadek postanowiłem nie spoufalać się z tubylcami, a w każdym razie mieć siebie i ich na najwyższej baczności.
Wydało się to zrazu łatwe, gdyż nie okazano mi najmniejszego zainteresowania. Przeciwnie – wszyscy ostentacyjnie odwrócili się do mnie bokiem. Byliby zapewne pokazali mi i plecy, gdyby nie to, że najwyraźniej nie chcieli również i do siebie wzajem skłaniać się twarzami, co wymuszało na nich dziwaczne, bo w teorii niewykonalne, boczenie się we wszystkich kierunkach jednocześnie.
Zadowolony, że nikt nie tyka mnie na moim metrze kwadratowym, pozostałem tam nieruchomo i zacząłem rozmyślać nad własnym położeniem. Pomimo dziesięcioletniego wyroku ciążącego już – acz nieprawomocnie – na mej kartotece, uznałem, że właśnie w durnym prawie cała nadzieja, o ile stosować się je będzie nadal z pieczołowitością. Nie wiedziałem tylko ile czasu potrwa sprawdzanie mojego alibi, ani sam tryb rozpoznania apelacji.
Mijały dni, tygodnie i miesiące (oczywiście według miary czasu Minimii, co oznaczało kilkanaście godzin ziemskich), a ja siedziałem na piasku, coraz bardziej poirytowany obecnością tłumu milczącego, naburmuszonego i boczącego się. Naraz usłyszałem za sobą głos:
– Ty jesteś tu nowy.
Ani pytanie, ani stwierdzenie, ani zagajenie rozmowy. Tylko tyle. Niemniej odwróciłem się z niejaką ulgą. Stał przede mną mały rudawy mężczyzna o niebieskich i fałszywych oczach, źle ukrytych za rogowymi okularami. Uznałem za stosowne odezwać się. Zacząłem więc ostrożnie:
– Istotnie. Jestem tu od niedawna.
Mały okularnik zmrużył oczy. Pogmerał palcami przy czubku nosa i zapytał skrzekliwym głosem:
– Wyrok prawomocny, czy nie?
Domyśliłem się, że interesuje go podstawa prawna mojego tutaj osadzenia, więc szczerze opisałem mu całe zdarzenie, oceniwszy wprzódy, że w tych okolicznościach prawda nie może mi nijak zaszkodzić.
– Taaak… – odrzekł i zamyślił się, drapiąc w głowę.
Skorzystałem z okazji i spróbowałem dowiedzieć się czegoś o miejscu i towarzystwie, w jakim miałem spędzić najbliższe tygodnie lub miesiące (a może nawet lata i to niekoniecznie według miejscowej miary czasu).
– Czy oni wszyscy – tu obiegłem oczyma widnokrąg – też odbywają kary?
 – Taaak… – znów, jakoś tak nijak, odparł ten rudy.
I zaraz zaskrzeczał sam z siebie, jak gdyby bał się, że zacznę zadawać pytania tamtym, a nie jemu (choć, po prawdzie, wcale nie miałem takiego zamiaru):
– Od nich niczego się nie dowiesz. Siedzą tu już tak długo, że nikt nawet nie wie ile. Teraz, zresztą, widać, nie osadza się tutaj skazańców. Od dawna. Tylko takich tymczasowych przywożą. Jak ty. I jak ja. Gdy wyrok się uprawomocni to nas przeniosą.
– Albo zwolnią – wtrąciłem z nadzieją.
– Taaak… – przyznał, choć bez przekonania.
A potem znów dodał:
– Może mi nie wierzysz, że ci tutaj nie będą chcieli z tobą rozmawiać? – i nie czekając na to, co odpowiem, objaśniał dalej – Oni mają wstręt do siebie nawzajem. I do ludzi w ogóle. Naukowo zbadane: wzór na tęsknotę określa, że jest ona uczuciem wprost proporcjonalnym do odległości miedzy osobami. No, że wraz z oddaleniem wzrasta. A nienawiść – odwrotnie. A pomyśl: ci tutaj już bliżej być nie mogą. I to trwa latami. Po takim czasie nikt już nie czuje się zobowiązany względem nikogo, niezależnie od tego, czy i co kto komu kiedyś zawdzięczał. A ile to ma wzajemnych żalów! O! Toż tu chwili nie masz, żeby jeden drugiemu w takim ścisku nie nadepnął na odcisk! A urazów to się już nie zapomina. Nigdy. I to samo w sobie już wystarcza. Więc ci wszyscy, po zakończeniu kary będą na zawsze uleczeni z jakiejkolwiek aktywności społecznej. Oto jest resocjalizacja. „Nulla societas - nullum crimen”, jak mówią na durnych uniwersytetach. Znasz łacinę?
– Na tyle, na ile – odparłem wykrętnie i aby zmienić temat zapytałem, starając się formą własnej wypowiedzi podkreślić brak zgody na zbytnią poufałość, szczególnie co do zwracania się „per ty”. Zacząłem tedy sondować rozmówcę, pytając:
– A pan może był, tzn. jest… prawnikiem?
Nie odpowiedział, tylko jakoś tak baczniej przyjrzał mi się, aż zrobiło mi się nieswojo. Udałem, że nie widzę jego badawczego wzroku i pośpiesznie ciągnąłem:
– Pan, jak rozumiem, zna tutejszą praktykę sądową. Zatem, jak pan uważa, ile czasu mogę czekać na rozpoznanie odwołania?
– Tak – stwierdził, nie wiedzieć o czym, mój tajemniczy rozmówca, tym razem stanowczo. Po czym nagle zmrużył oczy i pisnął przeraźliwie:
– Patrz pan!… – i wskazał palcem za moje plecy. Odwróciłem się gwałtownie starając się nadążyć za jego ruchem, a potem usłyszałem coś jakby uderzenie w głuchy dzwon i… więcej nie pamiętam.
Obudziłem się – trudno mi powiedzieć po jakim czasie – z potwornym bólem głowy. I z guzem wielkości śliwki. Po małym fałszywcu nie było śladu. Zniknął razem z moim ubraniem i blaszką identyfikacyjną. Nie ukradł mi tylko skarpet (których w końcu zapomniałem w ogóle zabrać z rakiety). Chcąc – nie chcąc, wcisnąłem się w jego porzucone ubranie, by nie świecić nagimi pośladkami, choć – musiałem przyznać w duchu rację strażnikowi – nie wzbudziły w otoczeniu nijakiej sensacji. Blaszkę złodzieja odkryłem w kieszeni spodni i wyrzuciłem z obrzydzeniem. Pozostawionych na piasku okularów łobuza również nie tknąłem.
Planetkę więzienną obszedłem później parę razy, przeciskając się przez gęstwinę osadzonych i zaglądając jednocześnie w ich twarze, co nie było łatwe, jeżeli wziąć pod uwagę ogólne rutynowe boczenie się. Żmudne poszukiwania doprowadziły mnie jedynie do stwierdzenia, że w jakiś niepojęty sposób rudzielec wraz z moim ubraniem opuścił Minimię, o ile nie zapadł się pod tutejszą ziemię.
Po jakichś kolejnych kilkunastu godzinach ziemskich nadleciał znany mi śmigłowiec straży więziennej, z którego opuszczono duży pojemnik samobieżny. Wywołało to niejakie ożywienie wśród pozostałych więźniów, którzy zaczęli wygrzebywać z piasku nieczystości i wrzucać je do pojemnika, wyjmując przy tym paczki z wodą i żywnością z innej jego części. Udałem się za pojazdem, pomimo roznoszonej przezeń coraz silniej nieprzyjemnej woni, gdyż uznałem, że jest to jedyna możliwość rozmowy ze strażnikami. Choć nie czułem z nimi nijakiej solidarności i brzydziłem się wszelkim donosem, oceniłem, że zachowanie współwięźnia oszusta usprawiedliwia mnie w udzieleniu im wiadomości oraz żądaniu wyjaśnień co do stanu, w jakim znalazłem się; ograbiony nawet z więziennej tożsamości i – najoczywiściej – wbrew durnemu prawu.
Gdy więc zaczęli ściągać pojemnik z powierzchni planety, chwyciłem się jego brzegu i w oparach świeżych produktów przemiany materii zostałem uniesiony do śmigłowca. Potworny smród wykręcał mi nozdrza, a głowa pękała pod guzem, jednakże gniew dodawał mi siły i odwagi. Załoga najpewniej w ogóle nie dopuszczała takiego zachowania ze strony więźnia, gdyż odkryła mą obecność dopiero na znacznej wysokości, gdy już podwieszono pojemnik pod podwoziem i zbierano się do odlotu. Śmigłowiec naraz wyciszył silnik, po czym pilot wychylił się przez okno i burknął:
– Co jest?! Bo zrucę!
Wyjaśniłem tedy pokrótce przyczynę mego wzburzenia.
– Taaaka sprawa… – mruknął i jego głowa znikła w kabinie.
Przez dobrą chwilę wisiałem tak, omdlały, aż wreszcie z drzwi śmigłowca opuszczono drabinkę, po której natychmiast wspiąłem się do kabiny.
– Pokażcie no się – rozkazał drugi z pilotów, po czym pokiwał głową, jak gdyby wszystko było jasne i krzyknął:
– No tak! To przecież was, znaczy się ciebie, to jest … pana, tu żeśmy wieźli ostatnio. Czyli… tamci zabrali… no… jak raz, nie tego!
– Taaaka sprawa… – dodał po swojemu pierwszy.

Zatem znalazłem się wkrótce na pobliskim księżycu, służącym za stróżówkę i magazyn zakładu karnego, ale i wysypisko wszelkich nieczystości. Przez jakiś czas załatwiano jeszcze formalności tyczące mojej osoby. Sprawdzano odciski kończyn, pytano o imię babki od strony matki, a potem kazano mi podać datę własnego urodzenia na wspak (dla utrudnienia) i takie tam. W końcu sprowadzono nawet (w celu okazania) mojego – pożal się Boże – durnego obrońcę. Od niego dowiedziałem się, w końcu, że apelację rozpoznano niezwłocznie, to jest przed upływem kolejnych trzech tamtejszych dób od wydania wyroku. Moje alibi, rzecz
jasna, potwierdzono. Cała rzecz skończyłaby się dla mnie rychlejszym uwolnieniem, gdyby nie przebiegłość obeznanego w prawie współosadzonego, który przywłaszczył moją tożsamość, domniemając mej niewinności, a najwidoczniej nie wierząc we własną. No cóż, wedle jego własnych słów, a i durnych kryteriów, nie był jeszcze zresocjalizowany.
– Życzę panu serdecznie powodzenia – rzekł adwokat na pożegnanie. – Do nas nie ma pan, chyba, no… nie może Pan, po prostu, mieć pretensji nijakich. Jak to mówią: „ignorantia iuris nocet” – zakończył zagadkowo i tyle go widziałem.
Dyrektor więzienia, który był w jednej osobie również kierownikiem śmietnika, zapewnił, że w ciągu kilku dni mój własny autopilot sprowadzi z policyjnego postojowiska zabezpieczoną tam rakietę, w związku z czym będę mógł kontynuować dalszą podróż już bez przeszkód.
– O ile nie naruszycie prawa! – dodał dobrodusznie, choć nie było to w tych okolicznościach ani miłe, ani śmieszne.
Tymczasem oferował gościnę, oddając do dyspozycji zgromadzone w magazynie więziennym paczki żywnościowe zarekwirowane osadzonym. Zapewniał, że po krótkim czasie przyzwyczaję się do nieprzyjemnej woni księżycowej, przez co nawet docenię tutejsze wieczorne krajobrazy radioaktywne.
Ja jednak, mając już i tak znaczne opóźnienie w stosunku do własnych planów podróżnych oraz nie mogąc znieść ogólnie nieczystej atmosfery, a także wzdrygając się na myśl o szyderczym obliczu mojego autopilota, wolałem zabrać się statkiem ciężarowym. Taki właśnie zatrzymał się na pobliskim wzgórzu dla opróżnienia swoich przewodów kanalizacyjnych, przepełnionych skutkiem choroby astronautycznej, na jaką cierpiała załoga. Dowiedziawszy się, że następnego dnia mają mijać Oriona ledwie o dwa tuziny jednostek astronomicznych, nie wahałem się ani chwili. Stamtąd spodziewałem się już bez trudu złapać lada jaki
kosmostop lub – w najgorszym razie – mieć do przejścia niewiele godzin świetlnych. I tak umościwszy sobie całkiem wygodne legowisko na poziomie pocztowym, opuściłem Układ Minimii, zasnąwszy na przesyłkach poleconych. Na koniec, dzięki uprzejmości astrocyklisty, napotkanego później na kosmostradzie, dotarłem wreszcie do celu, tak, że zdążyłem jeszcze na ostatnią część konferencji, organizowanej przez „Towarzystwo Opieki nad Małymi Planetami”, którego – o ironio – byłem honorowym członkiem. Warto przy tym podkreślić, że zmieniając środki przygodnego transportu, część drogi musiałem jednak pokonać pieszo (wciąż bez skarpet!) pod wyjątkowo uciążliwy wiatr słoneczny. Ledwie uniknąłem wtedy nadciągającej burzy meteorów, a i tak miałem buciki pełne gwiezdnego pyłu. Jeżeli w takich warunkach nie zawróciłem, to najmniej dlatego, żebym liczył na reklamowane przez sponsorów menu kolacyjne, w tym osławione przekąski z plandasów, do czego piła potem część nieżyczliwych kontrprelegentów. W istocie, bowiem, wytrwałem w podróży jedynie przez poczucie obowiązku osobistego wygłoszenia wykładu na temat „Małe jest piękne”, którym według programu miałem uroczyście zakończyć konferencję. Co czynić, gdy „noblesse oblige”? – jak mawiali dawni kosmonauci.
Uniknąć prelekcji nie wypadało mi też z innych przyczyn. Gościnny udział w konferencji zapowiedziała przecież zarówno drużyna skautów (w związku ze zdobywaniem odznaki „Kosmicznej Uczelni Przedszkolnej Astronomii”), jak i przedstawiciele „Stowarzyszenia YETI – Frustraci Anonimowi”. Młodych spod znaku „K.U.P.A” nie mogłem zawieść w żadnym wypadku, a to dla utrzymania wysokich wskaźników sprzedaży mych książek wśród tej grupy wiekowej. Rozczarowanie zaś „S.Y.F.A.” także nie wchodziło w grę, już choćby z racji niemożliwych do wyobrażenia skutków społecznych (przed czym ostrzegał mnie zawczasu ordynator wydziału Chirurgii Heliocentrycznego Układu Juranii). Wygłoszenie wspomnianego wykładu wobec tej sfrustrowanej delegacji miało bowiem najściślejszy związek z eksperymentalnym programem odzyskiwania przez jej członków wiary w męskość po nieudanym zabiegu ubogacenia własnej atrakcyjności w wieku średnim. No cóż – terapeutyczne wartości aury fantastyczno-naukowej w obecnym stanie wiedzy nadal pozostają dla takich pragnień przedłużeniem odpowiedniejszym, niż cokolwiek innego. W skuteczność innych metod, stosowanych w jakichkolwiek akcjach resocjalizacyjnych, nie wierzyłem zresztą nigdy.


[koniec maszynopisu]
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 17, 2020, 12:04:10 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki