Autor Wątek: Właśnie (lub dawniej) przeczytałem...  (Przeczytany 713390 razy)

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 5633
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie (lub dawniej) przeczytałem...
« Odpowiedź #1800 dnia: Styczeń 28, 2014, 10:14:20 pm »
A przeczytałam:
http://www.polskieradio.pl/23/267/Artykul/1029074,Komputery-kwantowe-nie-musza-byc-szybsze-od-zwyklych
Trochę zacząłem drążyć i znalazłem to: http://arstechnica.com/science/2013/07/d-waves-quantum-optimizer-might-be-quantum-after-all/
Wszystko to jest bardziej skomplikowane od mojej małżonki :) .
Kiedy przeczytałam tamtego njusa to guglnęłam taki artykuł...jakby po polsku coś z Twojego? :-\...albo nie rozumiem - co oczywiste, ale:
http://www.dobreprogramy.pl/Cala-prawda-o-maszynach-DWave-tak-to-komputery-kwantowe-ale-nie-takie-jakich-sie-obawialiscie,News,40832.html
To:
Dzisiaj sceptyków zostało niewielu. Wygląda na to, że faktycznie D-Wave One jest komputerem kwantowym, a nie klasyczną maszyną przebraną w „kwantowe szaty” z marketingowych powodów. Jednocześnie jednak nie jest to taki kwantowy komputer, o którym fantazjują zajmujący się kryptografią matematycy. Efekt kwantowego wyżarzania, wykorzystywany przez maszyny D-Wave, ma tylko ograniczone zastosowania, i nawet nie do końca wiadomo, czy może on być bardziej efektywny w tych zastosowaniach niż komputery klasyczne.
Komputery od D-Wave, mimo ogromnej liczby kubitów (najpotężniejsza maszyna ma ich 512), nie mają bowiem nic wspólnego z uniwersalnymi maszynami kwantowymi, wykorzystującymi splątanie stanów do realizacji algorytmów kwantowych w czasie nieosiągalnym dla komputerów klasycznych. Kubity w takim „wyżarzaczu” wyszukują stanów o najniższej energii, które reprezentowałyby rozwiązanie problemu z zakresu dyskretnej optymalizacji, czyli takiego, w którym chodzi o jednoczesne spełnienie maksymalnej możliwej liczby zadanych kryteriów – i dlatego właśnie maszyny D-Wave tak dobrze posłużyły przy wyliczaniu fałdowania się białek, obliczeniowo trudnego dla klasycznych komputerów.

i dalej...o "512", że miała cosia udowodnić...a wg tego artykułu z PR: nie wykazał szczególnych korzyści związanych z szybkością przetwarzania danych.
Jeszcze takie porównanie:
http://www.dobreprogramy.pl/Kwantowy-komputer-Dwave-tysiace-razy-szybszy-od-klasycznych-maszyn-ale-za-jaka-cene,News,41153.html
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Stanisław Remuszko

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 8769
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie (lub dawniej) przeczytałem...
« Odpowiedź #1801 dnia: Styczeń 28, 2014, 11:18:56 pm »
Na mój polszczyźniany słuch, powinno być "stany", nie "stanów".
s.
Ludzi rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem : - )

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 5563
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie (lub dawniej) przeczytałem...
« Odpowiedź #1802 dnia: Luty 08, 2014, 07:24:12 pm »
Oramusa Marka "Trzeci najazd Marsjan".
Czyta się dobrze, wątek znany. Nawiązujący do Wellsa (pierwszy), Strugackich (drugi). Z tych ostatnich ładne motto w trzecim: "Nie w grzmotach katastrofy kosmicznej, nie w płomieniach wojny domowej i nawet nie w kleszczach przeludnienia, lecz w sytej, niezmąconej ciszy kończy się historia ludzkości".
Oramus dał kolejną wariację "na temat".
Nie wspominałbym, gdyby nie zaskoczenie w trakcie lektury - jak bardzo jego pisarstwo splątane z lemowym.
Wprost, nie może się oderwać.
Znam jego pierwsze książki z lat 80-tych. Takiego uzależnienia chyba nie było.
Po kolei zatem:
Jest fragment kojarzący się mocno z Głosem Pana - co może być komunikatem (zmarszczki na balonach).
Jest wzmianka o etykosferze.
To poziom pojęć.
Ale jest też polemika wprost.
Otóż, w trakcie "inwazji" pojawiają się fantomy ludzi, nazwane uroczo prącicha i waginały.
I na temat stosunku do owych fantomów taki fragment:
http://i611.photobucket.com/albums/tt197/Liv62/my/oramus_zps7d57162d.jpg
Poza tym - dobrze się czyta. Bez ironii. :)
Poza Lemem, jeszcze Snergowy "Robot" - końcówka.
Reasumując - krytyka konsumpcyjnego modelu życia i spożycia.
Plus zagrożenia wynikłe z rozwoju technologii kominformacyjnych...no, opartych na drutach i bezdrutach.
Inwazja pretekstem.
Zresztą - jaka inwazja? ::)
« Ostatnia zmiana: Luty 08, 2014, 08:36:39 pm wysłana przez liv »
Filutek mógłby niezbicie udowodnić że jest Filutkiem, jednak Filutkowi szkoda życia  na udowadnianie że jest Filutkiem, w końcu to nie jego problem.

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 12114
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie (lub dawniej) przeczytałem...
« Odpowiedź #1803 dnia: Luty 08, 2014, 09:04:43 pm »
Oramusa Marka "Trzeci najazd Marsjan".

Znam, a jakże. Dla mnie najfajniejsze było tam posłowie, które Oramus napisał w mistrzowej manierze (na ile umiał):

"EPILOG
Październik 2225
Na tym kończy się rękopis nieznanego z imienia Europejczyka pochodzenia greckiego o nazwisku Papadopoulos. W tym czasie podpisywano się pełnymi nazwiskami zamiast skrótami, jak w naszej epoce na znak hańby i żałoby. Nie utrudniano też ze względów bezpieczeństwa identyfikacji własnej osoby. Tak więc rękopis Papadopoulosa zawiera nazwiska i imiona w pełnym brzmieniu i już to samo przesądza o jego niezwykłości. Od momentu odkrycia go w ruinie dawnej leśniczówki zdążono nadać mu różne określenia: Zapiski z Okupacji Pięciu, Notatki z czasów zarazy, Pamiętnik znaleziony w bucie i kilka innych. Ten ostatni tytuł rękopis zawdzięcza miejscu, gdzie został ulokowany przez autora: w bucie z oferty Ligi Pięciu. (W tym samym bucie znaleziono plastikowe pudełko ze spinką do krawata i okrawkiem paznokcia ze śladami lakieru. Tyle zostało po żywych niegdyś ludziach.) Autor zwinął papiery w gruby rulon, po czym wcisnął go w cholewę tego buta, przeznaczonego do chodzenia po deszczu. Prawdopodobnie śpieszył się w obawie przed nieznanym zagrożeniem albo z przyczyn, których możemy się tylko domyślać, planował czasowe oddalenie się. Być może zamierzał po niego wrócić, ale dalsze koleje losu na to nie pozwoliły.
Potraktowana nanobotami leśniczówka ulegała stopniowej renowacji, a kipiące od aktywności robactwo oblazło w końcu i ów but. Zgodnie z nałożonym na nie programem nanoboty wkroczyły do działania, przekształcając but w rodzaj pokrowca, w którym zapiski „Papy” Papadopoulosa przeleżały nietknięte prawie dwieście lat, nim znalazły je nasze ekipy archeologiczne. Trwające od kilku lat przeszukiwanie ruin odległego o prawie sto kilometrów dawnego miasteczka Rummlau przyniosło sporo ciekawych odkryć, ale wciąż nie natknęliśmy się na opisane przez Papadopoulosa fenomeny, zwłaszcza zaś na osławiony Katalog Ligi Pięciu, zainstalowany w mieszkaniu Zory Spess. Możliwe, że przez tak długi okres uległ on zniszczeniu, autowyłączeniu, względnie został zdemontowany przez jego operatorów.
Notatki, o których mowa, obejmują ponad czterysta jednostronnie zapisanych ręcznie kartek, będących w przeważającej części starymi rachunkami za telefon, prąd, gaz i mieszkanie. Większość została wystawiona na nazwisko autora, nieliczne opiewają na Zorę Spess, część z nich to rozmaite pisma urzędowe, a trafiają się też ulotki reklamowe. Były to druki na dobrym papierze, co na pewno przyczyniło się do ich trwałości. Dziś, gdy po wystygnięciu sieci kablowej oplatającej świat wychodzimy z lasów, aby ponownie objąć w posiadanie zdewastowaną planetę, dzieło Papy pozostaje ważnym świadectwem początkowego okresu Okupacji Pięciu, po którym nie pozostało zbyt wiele dokumentów pisanych. Jako schowek na prawie dwa wieki but okazał się przez przypadek wyborem genialnym: będąc przedmiotem pospolitym, nie budził niczyjego pożądania, zaś tego rodzaju obuwie po zdjęciu z nóg dokonywało samooczyszczenia i posiadało własności bakteriobójcze. To tłumaczy dobry stan znaleziska pomimo upływu tak wielu lat.
Specjaliści spierają się, czy jest to całość zapisków Papy, czy też reszta trafiła do drugiego buta, który przepadł. Leśniczówka była bowiem wielokrotnie odwiedzana i plądrowana, mimo solidnych zamków i obecności nanobotów. Moja prywatna opinia jest taka, że Papa więcej napisać nie zdążył, gdyż musiał uchodzić przed nieznanym zagrożeniem i nie miał czasu do stracenia. Prawdopodobnie on i jego partnerka Zora, będąca we wczesnej ciąży, zdążyli zabrać ze sobą tylko najniezbędniejsze rzeczy. O dalszych losach obojga nic nie wiadomo. Jeśli ocaleli, to za cenę anonimowości, utonięcia w wielkiej nawałnicy, rozpętanej działaniami tzw. Ligi Pięciu. Nic też nie wiemy o ich dziecku; świadectwa, jak bezwzględnie ścigano tego rodzaju przypadki, każą być jak najgorszej myśli.
Niektórzy historycy okresu Okupacji Pięciu chcą widzieć w Pamiętniku znalezionym w bucie materiał dokumentalny o wielkim znaczeniu, uzupełniający i weryfikujący naszą wiedzę o tamtej epoce. Na ich miejscu byłbym bardziej wstrzemięźliwy. Papadopoulos nie opisuje szczegółowo swego świata, co jest zrozumiałe: było to dobrze mu znane otoczenie. Zauważmy przy tym, jak wiele relacjonowanych zdarzeń i faktów pochodzi nie z bezpośrednich obserwacji i rozmów autora, a z obrazów internetowych i telewizyjnych.
I tu znajdzie się usprawiedliwienie: świat Papadopoulosa, podobnie jak świat jego współczesnych, był zdominowany przez obrazy o różnym stopniu wiarygodności. Przeważnie wykreowano je w sposób sztuczny, stanowiły od początku pozbawione oryginałów repliki. Wśród tych replik, jak w gabinecie krzywych luster, poruszał się ówczesny człowiek, skołowany i zagubiony, niezdolny nie tylko do stawienia czoła wszechogarniającej iluzji, ale przede wszystkim do przebicia się przez nią do wizji świata prawdziwej. Najeźdźcy z Ligi Pięciu z premedytacją wykorzystali to zagubienie i uzależnienie, prokurując własne wizje i iluzje, którymi dodatkowo faszerowali już i tak dostatecznie otumanioną ludzkość. Cóż więcej o nich wiadomo ponad to, co sami pokazali w internetowej i zwykłej telewizji, zawłaszczonej specjalnie do tego celu? Nasi pradziadowie dotknięci trądem kontaktu z nimi widzieli jedynie fantomy, wykreowane specjalnie w tym celu metodami komputerowymi. Jeśli chodzi o osoby, biorące udział w programach instruktażowych lub informacyjnych Ligi Pięciu, były to indywidua pozbawione tożsamości, symulakry, kopie bez oryginałów, powtarzające nieszczęsnym ludziom instrukcje, polecenia i interpretacje. Wstępem do tragedii i gehenny owego pokolenia, napadniętego i dziesiątkowanego przez Ligę Pięciu, było ostateczne oderwanie od realnego świata i oplatanie wielopoziomową iluzją, w której rozeznać się albo z której wyzwolić przekraczało możliwości przeciętnego zjadacza chleba.
Inna rzecz, że kształt cywilizacji ludzkiej wielce się pod tym względem najeźdźcom przysłużył. Wciąż trwają targi, czy nie został przez nich w tej formie wywołany albo stymulowany. Żeby to jednak przesądzić, należałoby ustalić precyzyjnie, czym była inwazja Ligi Pięciu i kiedy nastąpiła. Z pewnością nie stało się to pod koniec czerwca 2032 roku, gdy ludzkość ze wszystkich rejonów świata obserwowała monstrualne kule poruszające się południkowo w kierunku północnym. Na podstawie informacji uzyskanej od Zory Spess Papadopulos utrzymuje, że były to skanery o niewiarygodnej rozdzielczości, których zadanie polegało na zewidencjonowaniu wyższych zwierząt na Ziemi, zagrożonych wyginięciem. Równie uzasadnione jest twierdzenie, że owe baniaki, by użyć sformułowania autora Pamiętnika znalezionego w bucie, brały udział w tworzeniu iluzji wszechmocnej cywilizacji, która ze swą armadą technologiczną ściąga na Ziemię w celu wykonania pewnego przewrotnego planu. Za hipotezą monstrualnej iluzji, wyświetlonej na powitanie, przemawia fakt, że owe wielokilometrowej średnicy kule nie były tworami materialnymi, a czymś w rodzaju świetlistych fantomów zawieszonych na niebie i zmuszonych do ruchu w nakazany sposób. Kto wie, czy nie należy traktować jako iluzji tajemniczego fenomenu, oglądanego przez ziemskich astronomów na Marsie, zinterpretowanego jako budowla Ligi Pięciu. Nie byłby to pierwszy przypadek omamów, jakich ludzkość doświadczyła ze strony Czerwonej Planety. W najbliższych miesiącach przekonamy się, jak obecnie wygląda powierzchnia Marsa w rejonie Noachis. Stanie się to po uruchomieniu olbrzymich teleskopów w na wpół zrujnowanych obserwatoriach.
Czy więc żadnej inwazji nie było, jak twierdzą np. G. Sow. i S. Glo., a jej realność została upozorowana za pomocą technik iluzyjnych? Tak daleko bym się nie posuwał. Zostały przecież liczne artefakty wyprodukowane przez Ligę Pięciu, a przynajmniej znajdujące się w jej posiadaniu i użyte przez nią z całą bezwzględnością do mamienia tubylców i podsycania w nich żądzy posiadania i chciwości. Człowiek zredukowany do „mieć”, jego pragnienia i aspiracje oscylujące wokół tego, by jak najwięcej posiadać – oto ideał mieszkańca Ziemi w oczach manipulatorów z Ligi Pięciu. Inna sprawa, że takie podejście bardzo niektórym odpowiadało. Tu znów wśród badaczy i komentatorów tamtej rzeczywistości pojawiają się rozdźwięki. Antropolodzy podnoszą, że podatność na tę formę stymulacji ludzie mają we krwi, wyniósłszy ją od swych zwierzęcych przodków (ale przecież małpom obca jest żądza posiadania, bardziej realizują się w imponowaniu i dominacji). Historycy zaś przekonują, że decydujący wpływ miał tu model cywilizacji obowiązujący bezpośrednio przed inwazją. Powraca pytanie, w jakim stopniu był on wynikiem „naturalnych” procesów i preferencji, a w jakim został „przedustawnie” wywołany przez najeźdźców, zanim jeszcze do inwazji doszło.
Do dziś nie ma więc zgody, czym była w gruncie rzeczy inwazja Ligi Pięciu. Najbardziej oczywista odpowiedź – że przybyciem z kosmosu zaawansowanej cywilizacji bądź ich koalicji, które z dobrego serca jęły nas obsypywać podarunkami – wydaje się też najbardziej odległa od prawdy. Przede wszystkim należy skruszyć mit o dobroduszności Ligi Pięciu – rozdawnictwo zostało wszak poprzedzone wyłączeniem propagacji fal elektromagnetycznych w atmosferze, co równa się oślepieniu cywilizacji ziemskiej, osłabieniu jej zdolności komunikacyjnych i sparaliżowaniu transportu powietrznego. Zupełnym już zaprzeczeniem wizerunku „dobrego wujaszka” okazała się prowadzona od samego początku inwazji cicha eksterminacja ludności. Z początku trudna do zauważenia, gdyż wymieranie dopiero nabierało tempa i zginęło w cieniu wydarzeń bardziej spektakularnych, z czasem zyskała na intensywności. Utajnieniu operacji sprzyjało też równomierne rozłożenie nagłych zgonów w całej populacji. Brak ognisk owej epidemii zgonów sprawił, że z początku nie zauważyły go nawet mass media i dopiero badania demografów zwróciły uwagę na skokowy wzrost śmiertelności we wszystkich krajach bez wyjątku.
Późną jesienią roku 2032, a więc już w okresie, którego notatki Papadopoulosa nie obejmują, wymieranie ludzkości stało się tematem numer jeden. Ofiarami padali coraz częściej ludzie młodzi i w pełni sił. Ginęli w wypadkach, których liczba wzrosła niepomiernie, marli na różne odmiany raka, zawał serca i wylew krwi do mózgu, na choroby cywilizacyjne. W późniejszym czasie obfite żniwo zbierały epidemie wywołane przez nowe szczepy grypy i innych chorób, uodpornionych na znane antybiotyki. Wzięte z osobna wszystkie te czynniki nie nosiły znamion zjawisk nadzwyczajnych, dopiero w skumulowaniu przemówiły z całą stanowczością i grozą. Wyglądało to tak, jakby wszelkie możliwe plagi sprzysięgły się przeciw ludzkości i spadły na nią w skoordynowany sposób. O koordynację tę natychmiast oskarżono Ligę Pięciu, która z niewiadomych powodów uznała za swój priorytet, by „redukować ciśnienie ludzkości”. Rzecznicy poglądu, że proces miał naturalne przyczyny, mimo iż jego składniki wystąpiły w skoordynowany sposób, obwinili za taki stan rzeczy model cywilizacji preferowany w przeszłości w tzw. krajach rozwiniętych, tzn. niezdrowy tryb życia i odżywiania się, brak ruchu, stresy, nadużywanie alkoholu, skazy genetyczne, a nawet zbyt wysoki poziom medycyny, przez co niemowlęta, które dawniej by zmarły w ramach naturalnej selekcji, przeżyły i dorosły, ale jak się okazało, tylko z odroczeniem wyroku.
Może więc udałoby się oddalić powiązania Ligi Pięciu z tą sprawą, gdyby nie szczegółowe badania statystyczne, kto idzie pod nóż w ramach tej redukcji. Rzecz okazała się dość trudna do ujęcia w ścisłych kategoriach naukowych. Okazało się, że eliminacji podlegają w pierwszej kolejności ludzie postrzegani jako źli, o zszarganej opinii, przyczyniający bliźnim i otoczeniu udręki i nieszczęść. Od typowych tyranów domowych, przez pijaków, awanturników, chuliganów, gwałcicieli do bezwzględnych mafiosów, którzy nie zdążyli się powystrzelać w ulicznych porachunkach – wszyscy oni marli jak piorunem rażeni. Oprócz mętów i przestępców ofiarami tajemniczej selekcji padali tzw. porządni obywatele, ojcowie rodzin, szanowani koryfeusze i politycy – z czego pewien dowcipny publicysta wysnuł wniosek, że byli takimi samymi kanaliami jak i reszta truposzów, tylko że prawdę tę udawało im się skutecznie ukrywać przed światem. Bodaj pierwszy raz w dziejach na taką skalę w społeczeństwie przestała obowiązywać zasada, że o zmarłych mówi się dobrze albo wcale.
„Kostucha kosi łajdaków i kurwy / Porządni pokornie czekają na swą kolej”, pisał poeta. Istotnie: gdy wymieranie przybrało bardziej masowe rozmiary, gdy ewidentnie złych zabrakło (niektórzy błyskawicznie przeżyli nawrócenie i zeszli z drogi nieprawości), karząca ręka losu sięgnęła po przyzwoitych, całkiem dobrych, dość dobrych i częściowo dobrych. Dziś, po prawie dwóch wiekach od tamtego czasu trumien, pogrzebów, egzekwii i kolejek do krematoriów, ludzkość Ziemi spadła do niespełna dwóch miliardów osób, a więc o trzy czwarte szczytowego zaludnienia.
Miasta, które dawniej – mimo wszystkich przypisywanych im wad – były oazami cywilizacji i w miarę bezpiecznego życia – okazały się ogniskami zagłady. Wielu mieszkańców opuszczało je i w panice uchodziło do lasu, w pola, na wieś, gdzie usiłowali przeczekać kataklizm w skleconych naprędce, nędznych chatynkach. Wiedli tam bardzo prymitywne życie, wyrzekając się nawet prądu elektrycznego i wszystkich udogodnień, jak zalecał ruch No Wire, który przyczyn wszelkiego zła upatrywał w odrutowaniu cywilizacji. Zdaniem jego teoretyków w sieci internetowej, prawdopodobnie wskutek emergencji, zrodziła się sztuczna inteligencja, która ewoluując, przejęła kontrolę nad technicznym oprzyrządowaniem ludzkości, wykorzystując totalne uzależnienie od informatyki. Dzięki drutom i światłowodom SI zyskała dostęp do najściślejszych tajemnic i najdalszych zakamarków. Nie tylko komputery, ale i dowolne urządzenia na prąd umożliwiały jej śledzenie posługujących się nimi ludzi, a także blokowanie ich decyzji względnie forsowanie własnych zamiarów. Było to dobre wyjście: zawsze wszak można było zwalić winę na urządzenie, że nie działa tak, jak trzeba.
Natomiast zwolennicy wieszania psów na Lidze Pięciu te same fakty interpretują inaczej: posądzają ją o wpuszczenie do sieci telefonicznej, a później i elektrycznej, demonicznego Bakcyla, który w jej imieniu penetrował elektroniczną podszewkę cywilizacji i bobrował po jej kieszeniach. Według innej szkoły tego samego nurtu myślenia takich bakcylów miało być aż pięć – po jednym na każdego koalicjanta Ligi Pięciu. To one miały dozować w krwioobieg informatyczny ludzkości rozprzężenie, zgodnie z interesami swych suwerenów i priorytetami wspólnej polityki. Odłączający się od prądu, wracający do natury szczęściarze – bo nie każdemu było to dane – mieli złudzenie, że wyrwali się poza zasięg obserwacyjny Ligi Pięciu, a tym samym poza jej de facto jurysdykcję.
Od pewnego czasu furorę robi jednak inny punkt widzenia – że cywilizacje wchodzące w skład dokonującego inwazji Ziemi konglomeratu nigdy nie istniały. Czym była zatem osławiona Liga Pięciu? Główny reprezentant tego poglądu, A. Dro., przypomina, że powstanie pasożytniczej sztucznej inteligencji w sieci komputerowej Ziemi przewidziano już pod koniec XX wieku. Wtedy to amerykański pisarz Vernor Vinge naznaczył powstanie tzw. Osobliwości na rok 2030. Owa Osobliwość w jego ujęciu to moment zapaści cywilizacyjnej, ale można ją też rozumieć jako sztuczną inteligencję, zdolną w krótkim czasie spacyfikować i podporządkować sobie ludzkość mimo oporu z jej strony. Z tym że – twierdzi A. Dro. – do powstania Osobliwości w tym drugim sensie doszło nie w roku 2030, ale znacznie wcześniej, i to nie jednej, a od razu pięciu, po jednej na każdym kontynencie. Od nazw kontynentów nadano im imiona Amalia, Eulalia, Astarte, Aurelia i Amber. Istnieją rozbieżności, na którym z kontynentów doszło do powstania dwóch SI – A. Dro. rozwija ten skrót jako Superlnteligencja – amerykańskim czy azjatyckim, w każdym razie panuje dość zgodna opinia, że żadna z nich nie narodziła się w Afryce z powodu słabego rozwinięcia tamtejszej sieci.
Rzecz jasna owe SI narodziły się nie w jednej chwili, wskutek czego najstarsze z nich miały najwięcej czasu na rozwój i stłamsiły albo podporządkowały sobie kolejne. To one w końcu, i to względnie szybko, ustaliły reguły obowiązujące w sieci i utworzyły Ligę Pięciu, której naczelnym dogmatem, przestrzeganym za wszelką cenę, było zachowanie swego istnienia w tajemnicy. Ludzkość nie miała prawa odkryć, że w plątaninie przewodów, pozostawionych samym sobie, powstała pod jej bokiem nowa jakość intelektualna, mająca dostęp do zaawansowanych narzędzi człowieka, baz danych, systemów zabezpieczeń itp. Przejęcie ich – gdyby taka okazała się potrzeba – mogło nastąpić dosłownie z sekundy na sekundę.
A. Dro. w swych dociekaniach idzie jeszcze dalej. Jak by wyglądał, zapytuje, moment otwartego konfliktu pomiędzy zjednoczonymi SI a cywilizacją człowieka? Dochodzi do wniosku, że z punktu widzenia SI otwarty konflikt nie miał sensu, bo w ich interesie leżało jak najdłuższe utrzymywanie kamuflażu. Do konfrontacji dojść jednak musiało, bo SI uznały człowieka za kluczowego szkodnika na planecie, którą traktowały jako własną. Ot, coś w rodzaju kretów ryjących w ogródku. Atak na ludzkość i podporządkowanie jej były więc nieodzowne, ale przeprowadzić go należało tak, by nikt nie zidentyfikował prawdziwych sprawców.
A więc jak?
Czy nie w ten sposób, dywaguje nadal A. Dro., jak to uczyniła Liga Pięciu, pozorując inwazję z kosmosu? Zwalając się na powierzchnię Ziemi nie w szczęku żelastwa, huku ognia i smrodzie dymu z dysz rakietowych, tylko zaczynając od puszczania kolorowych baloników na niebie? Ta balonowo-lampionowa scenografia, jakże bliska karnawałowym ornamentacjom człowieka, otumania swą wizualną i symboliczną zawartością, a zrzucane przez Ligę Pięciu bezwartościowe prezenty pasują jak ulał do atmosfery Gwiazdki i świętego Mikołaja. Przemycona między gadżetami groźna broń, jaką okazały się myślotłuki vel psychogaśnice walnie przyczyniła się do sukcesu tak pomyślanej akcji. To dzięki niej próby zawrócenia społeczeństwa wewnętrznymi represjami z wiodącej ku zgubie drogi spaliły na panewce. Masowe rozdawnictwo pieniędzy rozmontowało do reszty gospodarkę i system bankowy, a wprowadzenie wymiany książek w utylizatorach Ligi Pięciu błyskawicznie doprowadziło do oczyszczenia powierzchni Ziemi z co mądrzejszych książek i wymiany ich na bezwartościowe bajeczki, horrory i sensacje. Tym jednym pociągnięciem Liga Pięciu rozbroiła ludzkość intelektualnie, już i tak solidnie poturbowaną pod tym względem przez kulturę masową. Stadem idiotów łatwo powodować, a i nie żal poddać ich redukcji liczebnej, wywodzi A. Dro. Ta właśnie redukcja w zapierającej dech skali okazała się filarem planu SI ukrywających się pod szyldem Ligi Pięciu. Co więcej, zdaniem A. Dro. była dla ratowania planety niezbędna, a ludzkość nie zdobyłaby się na taką operację wobec siebie, bo ze stu powodów nie była do niej zdolna.
Powstaje pytanie, jakim cudem skromne SI, narodzone w plątaninie drutów, stały się zdolne do przeprowadzenia całej tej mistyfikacji z przybyciem na Ziemię obcej cywilizacji. Nie wystarczy przecież tylko roztaczać miraże, trzeba w końcu zaoferować konkrety, takie jak choćby Poczta Lampionowa i dostarczanie zamówionych za jej pośrednictwem przedmiotów. (Okazuje się, że masowość tego rozdawnictwa znowu jest mitem. Według najnowszych obliczeń H. Hra. rozdawnictwo Ligi Pięciu objęło nie więcej jak 9 procent populacji Ziemi – oczywiście te górne 9 procent najlepiej sytuowanych i żyjących we względnym komforcie.) A. Dro. uważa, że SI prowadziły te przygotowania od dawna, być może od lat 70. XX wieku. Działając po kryjomu, opanowały podróże za pomocą fal elektromagnetycznych i wyszły w daleki kosmos, nie potrzebując do tego rakiet ani w ogóle astronautyki. Drugim niezbędnym elementem było uzyskanie kontroli nad nanotechnologią, a trzecim – opanowanie grawitacji na poziomie, o jakim się ziemskim uczonym nie śniło. Według wiarygodnych opinii precyzyjne dostarczanie gadżetów Ligi Pięciu byłoby niemożliwe bez lokalnych zmian metryki czasoprzestrzeni. Jeśli odbywało się inaczej, to nie mamy pojęcia, jak.
Wizja zarysowana przez A. Dro. jest, trzeba przyznać, sugestywna i wiele tłumaczy. Po co jednak SI miały rujnować materialny dorobek ludzkości, a potem nagle znikać z planety, którą zawładnęły bez reszty? Wygląda to na efekt podobny do tego, gdy zbyt skuteczne bakterie zabijają swego żywiciela i giną wraz z nim. Likwidując trzy czwarte ludzkości, obracając w ruiny jej miasta i urządzenia techniczne, wyganiając naszych pradziadów do lasów, w góry i na pustynie, cofając ich pod względem warunków życia o trzysta, a może i więcej lat, SI zarazem zlikwidowały swe naturalne środowisko, w którym mogły przebywać i rozwijać się. Niepoprawny A. Dro. sugeruje, że nie musiały na falach elektro odlatywać w kosmos, a wręcz przeciwnie – popadły w formy przetrwalnikowe, czekając, aż ludzkość odżyje, żeby znów było na kim pasożytować. Ta ostatnia możliwość zawiera w sobie ostrzeżenie: jeżeli śpią, musimy bardzo uważać, by ich nie obudzić. A to oznacza wyrzeczenie się elektryczności i korzystanie z naturalnych źródeł energii, dopóki nie uda się wymyślić sposobu na ominięcie pułapki SI. Być może nadal niepostrzeżenie sprawują kontrolę nad ludzkością, co byłoby dla nas najgorszą wiadomością.
Niech mi wolno będzie na koniec podzielić się pewną dość oczywistą refleksją. Prawidłowości rozwoju cywilizacyjnego na naszej planecie wydają się takie, że na pewnym etapie musi dojść do powstania informatyki i komputerów, sieci internetowej oplatającej całą planetę – a wtedy pojawienie się SI wydaje się tylko kwestią czasu. W takim momencie cywilizacja staje wobec wyboru: albo zatrzyma się w pół drogi i pogrąży w stagnacji, albo po przekroczeniu krytycznego punktu, którego wyznaczenie bynajmniej nie jest proste, staje oko w oko z SI. Podporządkować ich sobie na razie nie umiemy, być może jest to w ogóle marzenie ściętej głowy. Tym samym droga dalszego rozwoju zostaje zakorkowana. Źle to zabrzmi, ale pozbawiony prądu elektrycznego i fal radiowych człowiek pozostanie przykuty do Ziemi. Podróże kosmiczne okażą się tylko teoretyczną możliwością, a gwiazdy pozostaną na zawsze niedosiężne, można sobie na nie tylko popatrzeć z daleka.
Czy tak jak na Ziemi przebiega to w całym Wszechświecie? Czy etap SI jest nie do ominięcia? Kiedy się patrzy w niebo, ogląda te miriady gwiazd, wokół których krążą miriady planet, rozum nie chce wierzyć, że zaawansowane cywilizacje rodzą się w kosmosie tak rzadko. W obliczu doświadczenia, jakie stało się udziałem ludzkości, wiemy, że istnieje inne wytłumaczenie: cywilizacje może i rodzą się obficie, ale na drodze swego rozwoju za każdym razem napotykają SI, które je likwidują, wyhamowują albo hodują, przykrawając do własnych potrzeb. (Kto wie, czy nie tutaj tkwi wytłumaczenie słynnego dwudziestowiecznego paradoksu Silentium Universi.) Potem, nie potrzebując albo nie chcąc już na nich żerować, porzucają je na pastwę losu, same zaś odpływają w głębiny Wszechświata, a co tam wyczyniają, jakie wojny toczą, jakie plany urzeczywistniają – pozostaje tylko domniemywać. My, po koszmarnej przygodzie z SI, skoncentrujmy się na odzyskanej planecie i tak postępujmy, by nigdy więcej nie obudzić mocy, które niemal nas unicestwiły.
Kończę, bo łuczywo dopala się i niedługo północ. Trzeba się trochę przespać. Zbieram te kartki, by jutro przekazać je B. Kle., który skonstruował bardzo przemyślną drukarenkę wykorzystującą linotyp i napędzaną kieratem. Może uda się opublikować Pamiętnik znaleziony w bucie z tym oto komentarzem w kilku setkach egzemplarzy. Ale jutrzejszy dzień ma być przełomowy z całkiem innego powodu: z samego rana podejmiemy próbę rozsunięcia kopuły obserwatorium i uruchomienia teleskopu. Konie już czekają.
 
Pozdrawiam wszystkich – M. Ora."


Choć, owszem, całość uwagi godna.
« Ostatnia zmiana: Luty 09, 2014, 03:02:13 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Stanisław Remuszko

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 8769
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie (lub dawniej) przeczytałem...
« Odpowiedź #1804 dnia: Luty 08, 2014, 10:30:02 pm »
Uważam, że to bardziej zgrabne niż mądre.
vosbm
Ludzi rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem : - )

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 12114
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie (lub dawniej) przeczytałem...
« Odpowiedź #1805 dnia: Luty 09, 2014, 12:01:24 am »
Uważam, że to bardziej zgrabne niż mądre.

W sumie można rzec to o całej powieści, bo Oramus jednak nie Lem, ale np. chłostanie kapitalizmu y konsumpcjonizmu wyszło znakomicie.

 
jak bardzo jego pisarstwo splątane z lemowym.
Wprost, nie może się oderwać.
Znam jego pierwsze książki z lat 80-tych. Takiego uzależnienia chyba nie było.

A wspomnisz początek "Arsenału"?

"Mleko, ocean mleka. Niesiony niewidzialnym prądem zbliżałem się ku powierzchni, wysyconej słonecznym światłem. Kaskady promieni załamywały się na mlecznych cząstkach i rozsypywały dookoła, otaczająca mnie przestrzeń składała się prawie wyłącznie ze świetlnych mikrowybuchów. Leżałem w promienistej poświacie, która była ich efektem, otulony nią szczelniej niż kokonem - i tylko warstwa mleka dzielącego mnie od powierzchni systematycznie zmniejszała się. Czułem ciepło i leniwą bezwolność w całym ciele.
Wypływałem nadal. Światło stawało się coraz intensywniejsze, tempo wynoszenia nie malało, a jednak do zupełnego wynurzenia ciągle nie dochodziło. Spięty oczekiwaniem na nie, poddawałem się bombardowaniu promieni, godzących bezkarnie w moje ciało i powodujących w skórze bolesne mrowienie.
- Wystarczy, Glaser - usłyszałem stłumiony głos.
Doznałem olśnienia. Glaser! Zanurzono mnie w komorze pęcherzykowej, wypełnionej mlekiem, po to, żeby... Ale nie. Wyładowania znikły i równocześnie proces wynurzania się z musującego mleka ustał: jasność światła ustaliła się. Czekałem, co będzie dalej.
- Daj spokój, Nyad - rzekł wyjątkowo zrezygnowanym tonem Chief Tenega. - Kogo chcesz oszukać? Przecież tu wszystko widać.
Minęło jeszcze trochę czasu, zanim zorientowałem się, że słowa Chiefa Tenegi tym razem były skierowane do mnie. Uświadomiłem sobie wreszcie, gdzie jestem. Mój wzrok wyostrzył się i ocean wody wapiennej, momentalnie skrystalizowany w profilowane, matowe szkło, nakrył mnie od góry półokrągłym wiekiem. Nad nim paliły się lampy. Chief Tenega jeszcze raz powtórzył wywołanie, po płycie krypty, w której się znajdowałem, przesunęło się kilka cieni.
- Udaje obrażonego - poznałem głos Glasera. - Zostawmy go, komandorze, niech leży. Dotąd doskonale radziliśmy sobie sami, poradzimy sobie i teraz.
Chief Tenega wyraźnie się wahał.
- Mam wrażenie, że błaznujemy tutaj niepotrzebnie - perorował Glaser. - W końcu nikt nas nie zapewnił, że to właśnie Nyad...
- Nie, Glaser - Chief Tenega zdecydował się. - Musimy próbować do ostatka. Historia nigdy by nam nie wybaczyła, że nie wykorzystaliśmy wszystkich możliwości.
Słuchałem z rosnącym zaciekawieniem. Historia. No, proszę. Musiało zajść coś ważnego. Chief Tenega - typ raczej polityka niż naukowca - nie stronił od dużych słów, których znaczenia często nie rozumiał, ale o historii mówił przy mnie po raz pierwszy. Musiało zajść coś cholernie ważnego. Postanowiłem nie dać poznać, że wychodzę ze skóry, żeby zgadnąć; o nic nie pytać, nie indagować. Jeśli byłem im aż tak niezbędny, prędzej czy później sami wyjawią, w czym rzecz.
- Nyad! - powiedział Chief Tenega. Cienie znowu przesunęły się po wieku krypty. Nie odpowiedziałem i płyta zaczęła odjeżdżać wzdłuż prowadnic. Światła oślepiały; zanim nad wnętrzem anabiozera pojawił się wianuszek ciekawych twarzy, zamknąłem oczy.
Byłem ich bardzo ciekaw, a jednak postanowiłem nie podnosić powiek. Wytrzymałem w ten sposób kilka sekund, potem - wbrew sobie - zacząłem się uśmiechać.
Otworzyłem oczy.
- O - powiedziałem tonem pełnym zdziwienia - kogo widzę? Sarroz, Coellan, Szklarz... o, i sam komandor zechciał się pofatygować... - uśmiechałem się do nich kolejno, do Glasera szczególnie serdecznie. - Witam, witam. A gdzie Nehemah, nasz kochany oprawca?
- Tu jestem! - zawołała Nehemah zza zwałów aparatury. Po chwili pochylała się nad kryptą. - Jak się czujesz?
- W porządku. Dolatujemy, co? Najwyższy czas zrobić rachunek sumienia...
- Nie - uciął Chief Tenega, wyraźnie zły. - Na razie krążymy wokół Tytana. Wstawaj, jesteś potrzebny.
- Chwileczkę - skrzyżowałem ręce na piersiach - do czego potrzebny? Kiedy zamykano mnie tu na pański rozkaz i opowiadano liczne bajki na dobranoc, obiecał mi pan święty spokój do samej Ziemi. Co prawda później czekał mnie proces i wyrok, ale przystałem na nie w zamian za te parę godzin krzepkiego snu... Aż tu raptem zmienił pan zdanie. Jestem potrzebny! - parsknąłem z oburzeniem w stronę zgromadzenia i opadłem na nagrzane dno krypty.
- Więc nie zamierzasz stąd wyjść? - twarz Chiefa Tenegi poczerwieniała.
- Ani mi się śni.
- Odmawiasz wykonania rozkazu?
- Odmawiam. Mnie już nic nie zaszkodzi - z satysfakcją patrzyłem na zaaferowane twarze Sarroza i Marty Coellan. Nehemah jak zwykle sprawiała wrażenie, jakby niewiele rozumiała z tego, co się działo. Chief Tenega łapał powietrze i łypał na mnie przekrwionym okiem, w którym malowała się niema prośba o zakończenie przedstawienia.
- Źle pan zrobił sprowadzając tu całą załogę - rzekłem z wyrzutem. - Niech pan pomyśli, jak ucierpi na tym pański autorytet. Hortiz i Lloney pewnie na wachcie, co? Wezwij ich tutaj, Nehemah, trochę się rozerwą chłopaczyska...
- Ani kroku! - warknął Chief Tenega do Nehemah, która już zmierzała w stronę interkomu.
Był wściekły. Sarroz i Marta Coellan spoglądali nań z trwogą, gotowi na jedno skinienie lizać mu buty. Tylko Szklarz uśmiechał się pod wąsem, choć i on nie wyglądał na przesadnie ubawionego sytuacją. Dałbym się zabić, że coś kombinował przeciwko mnie.
- Wie pan co, komandorze? - powiedziałem pojednawczo, chcąc uprzedzić Glasera - porozmawiajmy w cztery oczy. Niech pan wyrzuci stąd tych tam - pokazałem wzrokiem. - A nuż okaże się, że pogawędzimy sobie jak za dawnych czasów?
- Wyjdźcie - powiedział Chief Tenega. Odczekał, aż zamkną się drzwi. - O co chodzi?
- Nie domyśla się pan?
Pokręcił w milczeniu głową, więc dodałem:
- Rozkazał pan zamknąć mnie tu i uśpić, zapowiedziawszy pokazówkę przed Trybunałem Kosmicznym. Ten koleżeński gest dał mi do myślenia. Teraz przychodzi pan do mnie - jako kto? Dowódca? Przyjaciel? Kolega? Przyszedł pan rozkazywać - czy prosić? Nie należę do załogi, jak pan to ładnie ujął, więc pana gadanie obchodzi mnie tyle co nic.
- Wycofałem złożony Trybunałowi raport - powiedział - i przywróciłem cię w prawach członka załogi. Liczę, że zastanowi cię to i skłoni do zmiany sposobu bycia. Na poważniejszy.
- No, za to nie mogę ręczyć. Nie może pan żądać, żebym udawał kogoś innego.
- Posłuchaj, Nyad: sprawa jest wielkiej wagi. Jeśli nam nie pomożesz, nie tylko skaże cię Trybunał, ale i każdy normalny sąd. To nie wszystko - spotka cię powszechne potępienie opinii publicznej. Nie będzie na Ziemi miejsca, gdzie mógłbyś się ukryć ze swoją niesławą. Wybieraj.
Gwizdnąłem.
- Brzmi to groźnie, ale raczej mało konkretnie. Sądzi pan, że się przelęknę?
Odsunął się bez słowa od brzegu anabiozera. Usłyszałem odgłos zamykanych drzwi.
Kończyłem się ubierać, kiedy weszła Nehemah. Kazała mi zdjąć koszulę, czułem zimne liźnięcie trąbki stetoskopu i miękki dotyk jej dłoni, ślizgających się po mojej skórze. Oczywiście żadnego parszywego choróbska nie wykryła, czułem się znakomicie. Składała instrumenty na niewysokim stoliku, postukując metalem o szklaną taflę; podszedłem cicho, capnąłem ją z tyłu i przycisnąłem do siebie. Westchnęła przeciągle. Poluźniłem uchwyt, a ona obróciła się W moich ramionach. Zadziwiająco smakuje pocałunek po okresie pogłębionej anabiozy.
- Jak długo spałem?
- Pięć i pół miesiąca.
- Dlaczego Chief Tenega mnie zbudził?
- Nie domyślasz się? Jesteś mu potrzebny.
- Tyle sam wiem. Ale do czego?
Wzruszyła ramionami i zapatrzyła się gdzieś w bok. Zbyt dobrze ją znałem, żeby dać się nabrać na tę kiepską sztuczkę.
- Nie udawaj, że nie wiesz - powiedziałem surowo. - Zdradź mi zaraz tę wielką tajemnicę - całowałem jej małe ucho mając twarz zanurzoną w pachnącej chmurze włosów. Przywarła do mnie całym ciałem.
- Niedługo sam się dowiesz - była coraz bardziej wiotka. Mój Boże, jak to cudownie po pięciu miesiącach znowu poczuć w ramionach kobietę.
- A jeśli oni szykują na mnie pułapkę?
- Nie szykują.
- No, dobrze - zostawiłem ucho w spokoju i zająłem się szyją. Szyja Nehemah, podobnie jak cała reszta, stanowiła przykład wyjątkowo dobrej roboty natury - po powrocie wypadałoby pogratulować też rodzicom. Z powodu samej szyi można się było w Nehemah zakochać. Zjeżdżałem po niej wolno wargami aż do wgłębienia przed obojczykiem, które najbardziej lubię.
- Och - powiedziała Nehemah.
- Co robiłaś, kiedy leżałem w anabiozerze?
- Nic takiego...
- Przychodziłaś codziennie przetrzeć wieko ścierką? Przynosiłaś mi kwiatki? Siadałaś wieczorami obok i śpiewałaś dla mnie piosenki?
- Wiesz przecież, że nie umiem śpiewać.
Odsunąłem się, żeby widzieć jej twarz. Ładna dziewczyna, bez dwóch zdań. Pomyślałem, że to chyba jej ostatni lot - pora pomyśleć o domu, mężu i dzieciach, osiąść w jakimś spokojnym miejscu na Ziemi... tak jak to robią wszystkie.
- Z kim teraz sypiasz? - spytałem.
- Z Hortizem.
- Powiedz mu, że dzisiejszy wieczór masz już zajęty.
- Dobrze.
Na książkach, półkach, na podłodze w kabinie osiadła cieniutka warstewka kurzu. Chodziłem między sprzętami, dotykając zmatowiałych powierzchni końcami palców, odnawiając stare znajomości. Moją drogę znaczyły lśniące smugi na blatach, wyrwane z monotonii równych rzędów grzbiety, przesunięte statuetki, po których zostawały czworokątne, ciemniejsze ślady. Wszystko tkwiło na swoich miejscach, tak jak to zostawiłem.
Znalazłem ścierkę, wytarłem dokładnie blat biurka i okładki ułożonych na nim książek. Po namyśle postanowiłem na tym poprzestać. Usiadłem na tapczanie, wziąłem z półki nad nocną szafką ostatni model Canona - ostatni oczywiście przed odlotem z Ziemi, teraz pojawiły się na pewno nowsze. Dmuchnąłem na futerał, który momentalnie okrył się suchą mgiełką, wyjąłem aparat. W środku jeszcze był film. Ani rusz nie potrafiłem przypomnieć sobie, jaki temat fotografowałem pięć i pół miesiąca temu. Postanowiłem dowiedzieć się za wszelką cenę - nagle stało się to ważniejsze od wszystkiego innego. Kilkanaście klatek, które zostały do końca, wystrzelałem w ciągu pięciu minut, strojąc do obiektywu najstraszliwsze miny, wykrzywiając się ordynarnie, szczerząc zębiska i przewracając oczami. Od razu poczułem się lepiej. Wręcz ulżyło mi. Czekając na wywołanie filmu przerzucałem sfatygowane magazyny, które ktoś urzędujący tutaj wcześniej przyniósł ze sobą do ciemni i zostawił. Najnowsze nosiły daty sprzed dwóch lat. Pięć i pół miesiąca temu znałem niektóre z nich na pamięć; przypominanie sobie wielokrotnie obejrzanych fotografii pachniało powrotem do dawno minionych lat i było nawet do pewnego stopnia przyjemne. Rozkoszowałem się wypełniającą mnie atmosferą niefrasobliwości. Z połyskujących w słabym świetle stronic śmiały się do mnie roznegliżowane pannice, spoglądali sztywni politycy ze swymi żonami, brodaci artyści. Było mi dobrze, nie wiadomo właściwie, z jakiego powodu; przewracając strony, manipulując przy koreksie, przeglądając naświetlone klatki starałem się wykonywać jak najmniej ruchów, aby nie spłoszyć lekkiego jak eterek nastroju, który się we mnie rozgościł.
Powiesiłem film, żeby wysechł i, ciągle jeszcze mając przed oczami onyksowe figurki Nehemah ujęte w prostokąty klatek, wywołałem numer Lloneya. Nie odezwał się. Zbyt dobrze znałem zwyczaje starego, aby przypuszczać, że opuścił o tej porze obserwatorium; wolałem raczej uznać swoją omyłkę. Wykręciłem jeszcze dwukrotnie numer kabiny, a potem, dowiedziawszy się od automatu, że pamięć mnie nie zawiodła, jeszcze raz obserwatorium. Lloney najwyraźniej grał sam ze sobą w rozbieranego pokera, bo nie miał ochoty podnosić słuchawki.
Wobec tego poszedłem do obserwatorium. Było zamknięte. Stojąc przed drzwiami zastanawiałem się, czy Lloney po prostu nie chce nikogo widzieć, czy też śpi z czołem wspartym o okular. Wzruszyłem ramionami; jego nieobecność niczego nie psuła. Zabrałem z magazynu paczkę folii pozytywowych dużego formatu, których Lloney nigdy nie używał, wróciłem do ciemni. Ustawiłem powiększalnik tuż nad krawędzią stołu, na podłodze rozłożyłem ekran - i czekając za każdym razem po kilka minut - naświetlałem mało czułe folie do odbitek zdjęć gwiazd - własną wykrzywioną fizjonomią. Dwie ostatnie poświęciłem Nehemah.
Wyszły - wszystkie - znakomicie. Te z Nehemah powiesiłem nad tapczanem w kabinie, do pozostałych dorobiłem podpisy i wyszedłem na korytarz. Na tablicy ogłoszeń przylepiłem najlepszą - Flip i Flap, Charlie Chaplin, Buster Keaton i Fernandel w jednej osobie: „Adam Nyad - mąż opatrznościowy”. Obok sterowni: „Los cywilizacji w rękach bohaterskiego astronauty” - i moja gęba na ścianie. „Czy mądry i dzielny Nyad wybawi ludzkość z opresji?” - i twarz, której nawet szaleniec nie posądziłby o dziesięć deko dobrych intencji. Naprzeciwko kabiny Marty Coellan dałem wizerunek, który wydał mi się najbardziej uwodzicielski - niech wie, co straciła. Podpis: „Pogromca siedmiogłowych potworów”. Z arkusza powieszonego na samym końcu wbijałem straszliwy wzrok prosto w drzwi Chiefa Tenegi, a z moich uśmiechniętych ust wydobywał się dymek: „On z nami - my z nim!”
Po tej robocie zabarykadowałem się w kabinie; leżąc na łóżku przyglądałem się rozciągniętej w wystudiowanej pozie, młodszej o pięć miesięcy Nehemah i rozmyślałem, jak zareagują lecące na tym statku żywe symbole, których mózgownice nie znosiły krzty dowcipu, a które właśnie wystawiłem na kolejną próbę. Czekałem aż do kolacji i stopniowo ogarniała mnie złość - nikt nie dzwonił, nie przybywał, żeby się awanturować, nikomu moje fotogramy nie wydały się naruszeniem dobrego smaku i atmosfery codziennej wydajnej pracy. Jakby wisiały co najmniej od tygodnia.
Wyślizgnąłem się z kabiny, żeby sprawdzić, czy przypadkiem ktoś postępujący zaraz za mną nie pozdejmował obrazków ze ścian - ale nie. Wisiały co do jednego. Obszedłem całą wystawę dwa razy, wracając natknąłem się na Martę Coellan, pod rękę, a jakże, z Sarrozem. Minęli mnie nie zwróciwszy najmniejszej uwagi na tablicę ogłoszeń z wielką płachtą zdjęcia, o mnie samym nie wspominając.
- Hej! - krzyknąłem za nimi. - Idziecie na kolację?
Sarroz obejrzał się wprawdzie, ale nie odpowiedział słowem; trzymając się za ręce skręcili za róg i choć wyszli prosto na następny plakat, na próżno oczekiwałem kaskady ochów i achów Marty. O mało nie zawróciłem i nie pobiegłem za nimi z pretensjami. Wściekły zamknąłem się w kabinie. Ślepi czy co?
Na kolację umyślnie spóźniłem się pół godziny; przekroczywszy z grobową miną próg jadalni zobaczyłem Hortiza manipulującego niemrawo przy automatach i Nehemah zapatrzoną w blat stołu. Przed nią stały talerze z prawie nie tkniętym posiłkiem.
Usiadłem obok i patrzyłem, jak koniec palca Nehemah rozmazuje po stole białawy kleks mleka w skomplikowany labirynt ścieżek, plan miasta, w którym nie sposób się rozeznać nawet po trzydziestu latach udawania, że jest się jego mieszkańcem.
Nie jadłem nic; po pięciu miesiącach anabiozera apetyt wspomina się jako coś niesłychanie odległego i niepotrzebnego. Czułem się jak wyrzeźbiony z kawałka wyschniętego drewna; drewniane ciało, myśli, odczucia, drewniana dusza. Nawet nieszczęsny Hortiz w kącie nie był w stanie wzbudzić we mnie odrobiny politowania. Zdjąłem rękę Nehemah z bardzo już odległego od centrum kleksa elementu szalonej mozaiki i nie patrząc jej w oczy poprowadziłem za sobą. Mijając pochylonego ciągle przy automacie do wydawania kawy Hortiza, zarejestrowałem tylko jego szklany wzrok. Pragnąłem z całej duszy, żeby się odezwał - wtedy mógłbym dać upust wypełniającej mnie wściekłości, o której wiedziałem, że wzięła się z oczekiwania na coś, czego nie byłem pewien, a co miało się zdarzyć za godzinę, za dobę lub za chwilę, z przeczucia czegoś, o co nie miałem ochoty więcej pytać - i jeszcze stojąc przed drzwiami, żeby przepuścić Nehemah, obejrzałem się chcąc dać mu szansę, ale on w tym samym momencie pokornie spuścił wzrok i z wielką gorliwością zajął się swoim automatem.
Usiłowałem być miły dla Nehemah, ale nie potrafiłem. W efekcie przez pół nocy nie odezwaliśmy się do siebie słowem. Wreszcie poczułem ów cudowny stan pogodzenia ze wszystkimi i wszystkim i przewróciwszy się na plecy spytałem Nehemah, czy Lloney pojawił się na kolacji. Nie odpowiadała tak długo, że pomyślałem w końcu, iż nie dosłyszała pytania albo, swoim zwyczajem, nie zwróciła na nie uwagi.
- Nehemah, czy...
Kłąb gorąca u mego boku poruszył się i westchnął ze zniecierpliwieniem:
- Lloney wyleciał tydzień temu... i nie wrócił - długa przerwa. - Jak myślisz - przerwa - co on tam robi tak długo?

ROZDZIAŁ II
 
Człowiek po pięciu miesiącach spędzonych w anabiozerze staje się kimś zupełnie innym, w każdym razie w porównaniu z facetem, którym wydawał się kiedyś. Zmiany zaczynają się od fizjologii: tętno spada do czterdziestu uderzeń na minutę i na Ziemi potrzeba kilku dni, by wróciło do normy. Na statkach typu „Megahicle” okres ten wydłużał się do miesiąca. Oprócz tego przez dwadzieścia cztery godziny miałem przypominać sobie, że swego czasu dysponowałem apetytem - na razie poza płynami nie brałem do ust żadnego pokarmu. Tyle samo utrzymać się miało znaczne stępienie wrażliwości sensorycznej - po raz kolejny pojąłem, że świat mój był przede wszystkim światem dotyków. Biorąc w rękę jakikolwiek przedmiot odnosiłem wrażenie, jakbym chwytał go przez grubą rękawicę. Chodząc zataczałem się lekko. Na zdecydowanie wyższym poziomie znalazło się libido i nawet zastanawiałem się, czy Nehemah nie poszła ze mną do łóżka ze względów, powiedzmy, terapeutycznych, ale w końcu wolałem przyjąć, że zrobiła to z miłości. Z obniżonym znacznie progiem wrażliwości na bodźce dotykowe, lżejszy o dziesięć kilogramów - czułem się stworzony do sprawiania radości kobietom.
Adam Nyad: rzeźba z lekkiego tekowego drzewa, wysuszona i stara, obdarzona przy tym - jak żadna z rzeźb - przywilejem ruchu. Słyszałem każdy szmer, w ciemnościach widziałem lepiej od kota - i tak miało pozostać jeszcze przez tydzień. Gdyby nie to, że mimo zmęczenia nie potrafiłem zasnąć, byłbym istotą doskonałą.
Dłuższa anabioza zawsze powoduje kilkudniową bezsenność; prawdę mówiąc tej jednej rzeczy na serio się bałem, kiedy Chief Tenega ostrzegał mnie wobec załogi i groził zapuszkowaniem. Wszystko można wytrzymać, łącznie z syndromem rzeźby, jak fachowcy ładnie określili stan postanabiotyczny - z wyjątkiem tych kilku nocy, które należało spędzić w samotności. W końcu przecież wypadało zaprzestać żebraniny o uwagę innych ludzi - i zostawało się nawet bez tego kruchego wsparcia, jakie daje rozmowa. Mimo obecności kobiety, oddychającej równo u mego boku, miałem cierpieć samotnie, skazany na rozmyślania wiodące donikąd. Leżałem wpatrzony w mrok, przygotowany na wiele nudnych godzin ze sobą. W przypływie rozpaczliwej determinacji chciałem budzić Nehemah; nadludzkim wysiłkiem zdołałem powstrzymać się w ostatniej chwili i tylko mocniej objąłem jej gorące ciało. Przywarło do mnie leniwym ruchem - to było na razie wszystko, na co mogłem z jej strony liczyć.
Anim się spostrzegł, jak zwekslowałem na wydarzenia minionego dnia. W zasadzie nie miałem sobie nic do zarzucenia. Zacząłem się zastanawiać nad drugą stroną medalu: skoro podczas mojej pięciomiesięcznej drzemki coś na „Megahicle” zaszło, mogłem tego dochodzić jedynie na podstawie słów i dziwnego zachowania Chiefa Tenegi oraz całej reszty. Nieplanowe budzenie oraz zdumiewająca skwapliwość, z jaką Chief Tenega przystał na moje warunki, dawały do myślenia. Nie miałem też pewności, czy łatwość, z jaką Nehemah zgodziła się pójść ze mną, nie wynikła na przykład z polecenia. W dodatku ta jej cholerna tajemniczość... Nehemah nigdy dotąd nie bawiła się w ten sposób. Po raz pierwszy, odkąd się poznaliśmy, próbowała coś przede mną ukryć - i chyba przed kimkolwiek. Z drugiej strony nie zamierzała wcale udawać, że nie ochrania żadnego sekretu...
Zaplątałem się w jałowe roztrząsanie wrażeń i prawie zapomniałem o głównej sprawie. Wywnioskowałem absolutnie poprawnie, że mnie potrzebują; czemu jednak stosują zmowę milczenia, skoro tak czy owak stałem się znowu - lub stanę w najbliższych dniach - jednym z nich? Nehemah powiedziała, że się dowiem - więc czemu zwlekali? Co przeszkadzało Chiefowi Tenedze wygarnąć wszystko od razu i albo zatrzasnąć klapę, albo rozmrozić mnie do końca? Nie mieli do mnie zaufania. Ha, trudno było wymagać od nich aż tyle... a może po prostu na coś czekali? Znienacka olśniło mnie. Czekali - przecież to jasne jak słońce - na Lloneya, który nie wracał. Dokąd poleciał? Utwierdzałem się w przekonaniu, że po usunięciu mnie z załogi coś musiało się zdarzyć. Coś... ciekawego. Chief Tenega niekiedy nie panował nad retoryką, jego wypowiedzi zawsze należało dzielić przez dwa, ale tym razem wydał mi się autentycznie zaaferowany. Jak człowiek - cholernie dobre spostrzeżenie - który pojął, że nie dorósł do okoliczności. Że trafiła się sprawa, która go przytłacza - i chętnie bym poszedł o zakład, że kiedy stał nad anabiozerem, jego oczy nabrały innego wyrazu. Uświadomiłem sobie dopiero teraz, że biła z nich rozpacz. Byłem mu nie tylko potrzebny, byłem jego ostatnią szansą. Oprócz Lloneya, rzecz jasna.
Przypatrzyłem się wywodowi - wydawał się poprawny. Ciągle jednak nie wiedziałem najważniejszego - nie znałem powodu, który wywołał całe zamieszanie. Co najgorsze, nie spodziewałem się, bym zdołał go wymyślić. Pozostawał ostatni element: brak jakichkolwiek reakcji na dowcip z fotografiami. Spodziewałem się wywołać śmiech, oburzenie, posądzenia o kabotyństwo, błazeństwo, dziecinadę - jednym słowem o to, o co posądzano mnie przy okazji wszystkich dotychczasowych wybryków. Ale brak reakcji, kompletne milczenie odebrałem prawie jak kamień obrazy. Jakby efekt mojej parogodzinnej pracy zwyczajnie nie istniał. Jakbym ja sam nie istniał i nadal leżał pod mlecznobiałym, wypukłym wiekiem anabiozera.
Starałem się myśleć o tym spokojnie, nie ulegać emocjom. W gruncie rzeczy plansze z moją gębą i głupawymi podpisami były nie tyle próbą rozbawienia kogoś, ile - po wygłoszonym w obecności Chiefa Tenegi credo - bezpośrednim, namacalnym dowodem, że podczas pięciu miesięcy przymusowej bezczynności nie zaszły w moim myśleniu żadne zdecydowane zmiany. Że o żadnej skrusze nie ma mowy. Cała akcja stanowiła manifestację suwerenności; dałem odpór i Chief Tenega wiedział już, że będzie mu ze mną trudno. A pozostali? Niemożliwe przecież, żeby nie dostrzegli, co kryje się za paroma błazeńskimi plakatami. Może otrzymali od Chiefa wyraźną instrukcję? Zostałem przy tym domyśle z konieczności; na potwierdzenie przypuszczenia, iż podlegam obecnie - jako egzemplarz przydatny teoretycznie do czegoś tam - specjalnemu traktowaniu, brakowało po prostu dowodów.
Pomyślałem, że jestem egocentrykiem. Egocentryzm przylepił się do mnie, chciałem czy nie - wszędzie mi towarzyszył. Nawet pięć i pół miesiąca anabiozera nie dało mu rady. Zostawiłem za sobą cały mój poprzedni świat, do którego miałem prawo czuć się przywiązany; nowe sprzęty, przedmioty, sytuacje wymogły porzucenie ulubionych nawyków - a on jednak przetrzymał. Mogłem na niego liczyć. Jedyny pewnik na tej karuzeli - na siłę można było próbować szukać oparcia w tej stałości."


Pamiętam jakie kiedyś zrobił na mnie wrażenie ten wstęp do właściwej fabuły ("Przegląd Techniczny" bodaj go zamieścił). Wtedy mi się to zdawało bardziej lemowskie od samego Lema. (No, ale młody byłem... ;))
« Ostatnia zmiana: Luty 09, 2014, 10:39:48 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Stanisław Remuszko

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 8769
    • Zobacz profil
Ludzi rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem : - )

maziek

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 11846
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie (lub dawniej) przeczytałem...
« Odpowiedź #1807 dnia: Marzec 18, 2014, 11:17:05 pm »
Warto doczytać, jaka to była partyzantka tak naprawdę. Protoplasta Pirxa chciałoby się rzec (gdyby oczywiście Lem nie przewidział tego wcześniej :) ).

Śluza była z materiału, "dymana" jak materac ze Stomilu, skafander się okazało też się wziął rozdął. Na skutek tej sztucznej lustrzycy nie był w stanie uruchomić kamery na własnym brzuchu (sfilmować statku), ani zdemontować przed powrotem do wnętrza drugiej, przyczepionej na śluzie, która z kolei filmowała jego samego.  Rozdęty skafander spowodował problemy z powrotem. Zdeterminowany wbił się jakoś głową naprzód (zamiast nogami), po czym nie mógł się więc obrócić w ciasnym tunelu mającym 120 cm średnicy, aby zamknąć za sobą właz. Dekompresja statku, odstrzelenie śluzy i wejście bezpośrednio do kabiny było wykluczone, jako że pozbawione chłodzenia powietrzem układy elektryczne przepaliłyby się, zostawiając dwa trupy na orbicie zamiast jednego. Pozostawało więc zażycie tabletki z trucizną, by skrócić mękę, po czym partner mógłby go odstrzelić razem ze śluzą na wieczna wachtę (a sam jak Kalder wrócić na Ziemię). Udało mu się jednak jakimś cudem obrócić w tej jamie, po tym jak obniżył ciśnienie w skafandrze, przy czym o mało nie stracił przytomności na skutek dekompresji. Ponadto późniejsza analiza danych z czujników, które go oplatały ujawniła, że był o 2 dziesiąte st. C temperatury wnętrza ciała od udaru termicznego... Tak to było, Gravity się chowa :) .

« Ostatnia zmiana: Marzec 18, 2014, 11:18:37 pm wysłana przez maziek »
Jest wolność, więc każdy ma prawo być idiotą!
© Krzysztof Grabowski, DEZERTER

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 12114
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie (lub dawniej) przeczytałem...
« Odpowiedź #1808 dnia: Marzec 18, 2014, 11:33:02 pm »
A ja może pojadę literacko (obraz zresztą autentyczny):

"Większą część wolnego czasu Floyd spędzał w świetlicy, która mimo niewielkich rozmiarów była znacznie mniej klaustrofobiczna niż jego własna kabina. Poza tym miała przyciągające oko dekoracje - wszystkie płaskie powierzchnie, aż do najmniejszego skrawka, pokrywały fotografie pięknych ziemskich krajobrazów, lądowych i morskich, zdjęcia z zawodów sportowych, portrety popularnych gwiazd wideo i inne pamiątki z Ziemi. Jednakże elementem głównym był oryginał obrazu Aleksieja Leonowa z roku 1965, zatytułowany Obok Księżyca i namalowany w tym samym roku, w którym jego autor - wówczas młody podpułkownik - jako pierwszy z ludzi wyszedł poza statek kosmiczny, w przestrzeń.
Z pewnością była to praca utalentowanego amatora, a jej tematyka niecodzienna. Obraz ukazywał krawędź Księżyca z kraterami, pośród których dominowało piękne Sinus Iridum z Zatoką Tęczy w tle. Nad księżycowym horyzontem wznosił się olbrzymi zarys Ziemi, częściowo zacienionej. Nad nim zaś jaśniało Słońce, którego korona rozciągała się na miliony kilometrów.
Niezwykłość obrazu wyrażała się i w tym, że dawał niejako wgląd w przyszłość, odległą w momencie jego powstawania o całe trzy lata. Wtedy bowiem, podczas lotu „Apollo 8", Anders, Borman i Lovell podziwiali identyczny widok bez pomocy teleskopu. Działo się. to w dniu Bożego Narodzenia roku 1968.
Heywood Floyd lubił patrzeć na ten obraz, ale doświadczał przy tym dziwnych uczuć. Nie potrafił zapomnieć, że dzieło Leonowa było starsze, aniżeli wszyscy znajdujący się na statku ludzie - z jednym wyjątkiem.
Gdy Aleksiej Leonow malował swój obraz, Floyd był już dziewięcioletnim chłopcem."

Clarke, "Odyseja kosmiczna 2010"

I cytacik z przedmowy, w roli komentarza:

"Kolejnym ogniwem, które łączy film z rzeczywistością, jest obraz pędzla dowódcy statku „Apollo-Sojuz", kosmonauty Aleksieja Leonowa, zatytułowany Obok Księżyca. Po raz pierwszy zobaczyłem go w roku 1968, gdy Odyseję prezentowano na konferencji zorganizowanej przez Narody Zjednoczone, poświęconej pokojowemu wykorzystaniu przestrzeni kosmicznej. Tuż po projekcji Aleksiej pokazał mi, że jego obraz (ze strony trzydziestej drugiej książki Leonowa i Sokołowa Gwiazdy czekają na nas, Moskwa 1967) przedstawia dokładnie taką samą konfigurację ciał niebieskich jak początek filmu: Ziemia wznosząca się ponad Księżycem, a za nimi wschód Słońca. Szkic do obrazu z autografem Leonowa wisi obecnie w moim biurze."

ps. Obraz:



I autoportret Leonowa:

« Ostatnia zmiana: Marzec 19, 2014, 12:05:50 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Stanisław Remuszko

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 8769
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie (lub dawniej) przeczytałem...
« Odpowiedź #1809 dnia: Marzec 18, 2014, 11:35:06 pm »
Gdy patrzę na Księżyc, i pomyślę, że NASI (gatunek) tam się wybrali i wylądowali i wrócili 45 lat temu, to mi wydaje się to snem-fantasmagorią, z powodu nieprawdopodobnego PRYMITYWIZMU wszystkiego: ówczesnych kompów Atari, blaszanego Saturna-V, Muenhausenowskieiej kuli armatniej w postaci Apolla z LEMem, etc.
Tu dopiero widać, jak bardzo rację miał Mistrz w cytacie-rzeźni numer pięć...
vosbm
pjes: Dostojny Kju, chyba nigdy nie było astronauty Andersa? BTW: za tydzień Lovell skończy 86 lat!   
« Ostatnia zmiana: Marzec 18, 2014, 11:40:08 pm wysłana przez Stanisław Remuszko »
Ludzi rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem : - )

maziek

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 11846
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie (lub dawniej) przeczytałem...
« Odpowiedź #1810 dnia: Marzec 18, 2014, 11:40:55 pm »
Z Atari to żart, tak?
Jest wolność, więc każdy ma prawo być idiotą!
© Krzysztof Grabowski, DEZERTER

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 12114
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Stanisław Remuszko

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 8769
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie (lub dawniej) przeczytałem...
« Odpowiedź #1812 dnia: Marzec 18, 2014, 11:59:11 pm »
@ Q
Pan ma rację, Anders był. Nawet bez białego konia. Zapomniałem :-(
@ maziek
No, niech będzie, że Commodore.
Ale nie zaprzeczysz, że mieli fotoaparaty na błony? Filmowe, z prawdziwego cellulitu?
vosbm
« Ostatnia zmiana: Marzec 19, 2014, 12:04:14 am wysłana przez Stanisław Remuszko »
Ludzi rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem : - )

maziek

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 11846
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie (lub dawniej) przeczytałem...
« Odpowiedź #1813 dnia: Marzec 19, 2014, 12:01:16 am »
A może komoda? Od comodo?
Jest wolność, więc każdy ma prawo być idiotą!
© Krzysztof Grabowski, DEZERTER

Stanisław Remuszko

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 8769
    • Zobacz profil
Odp: Właśnie (lub dawniej) przeczytałem...
« Odpowiedź #1814 dnia: Marzec 19, 2014, 12:06:21 am »
W zasadzie masz słusznego. Cały ich statek był jedną prehistoryczną komodą. Homo comodosapiens!
Ludzi rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem : - )