Autor Wątek: Co tępora, to mores...!  (Przeczytany 128008 razy)

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10196
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Co tępora, to mores...!
« Odpowiedź #75 dnia: Czerwiec 29, 2014, 01:24:33 pm »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4696
    • Zobacz profil
Odp: Co tępora, to mores...!
« Odpowiedź #76 dnia: Lipiec 30, 2014, 12:20:25 am »
Cytuj
A to już obyczajowość nowa:
A tu stara...okołoangelusowy odprysk.
Gorąc, że...
Angelus - zupa
Leniwy wałkoń i wielki waleń mozolnie zgłębiał tajemnice bytu, nazbyt głębokie dla wielkich wałkoni i leniwych waleni.
Winnie the Pooh -  o Wieloryba Polikarpia rozmowach ze śmiercią

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4696
    • Zobacz profil
Odp: Co tępora, to mores...!
« Odpowiedź #77 dnia: Wrzesień 07, 2014, 02:12:17 pm »
Po zupie - łóżko. :)
Astolphe-Louis-Léonor de Custine, Petersburg, 22-07-1839.
 - Najmniej używanym sprzętem w domach rosyjskich jest łóżko. Służące sypiają w komórkach przypominających dawne loże portierów we Francji, służba męska gnieździ się na schodach, w westybulach, a podobno nawet w salonach, na poduszkach rzuconych na podłogę.
 - Dziś rano byłem z wizyta u księcia ***. Cierpi tak, że nie może wstać, mimo to nie ma na czym leżeć, chcę powiedzieć, że nie ma tego, co się nazywa łóżkiem w krajach o dawniejszej cywilizacji. Sam w tym pustym pałacu, spędza noce na drewnianej ławce przykrytej dywanem i paroma poduszkami...
 - Czasem mają paradne łóżko, przedmiot zbytku, który się demonstruje z szacunku dla europejskiej mody, ale z którego nie robi się użytku.
 - Cesarz wcale nie jest mniej narażony na zmęczenie niż ostatni z jego niewolników. Pokazano mi jego łóżko; twardość tego posłania zadziwiłaby naszych niewolników. Tu wszyscy ludzie muszą sobie powtarzać surową prawdę: że cel stworzenia nie znajduje się tutaj, na ziemi, a środkiem dojścia do niego nie jest przyjemność.

Leniwy wałkoń i wielki waleń mozolnie zgłębiał tajemnice bytu, nazbyt głębokie dla wielkich wałkoni i leniwych waleni.
Winnie the Pooh -  o Wieloryba Polikarpia rozmowach ze śmiercią

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10196
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Co tępora, to mores...!
« Odpowiedź #78 dnia: Październik 27, 2014, 09:48:30 am »
A na łóżku łap za laptopa, IPada czy inne cholerstwo ;):
http://wyborcza.pl/1,75477,16867043,Nowe_gwiazdy_sieci__Znany_fizyk_ma_juz_1_5_mln_fanow.html
Ot, drobny znak, znaczek raczej, czasu... Ale czemu się dziwić skoro już nawet maziek ma konto na Bukfejsie... 8)
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4696
    • Zobacz profil
Odp: Co tępora, to mores...!
« Odpowiedź #79 dnia: Listopad 08, 2014, 08:45:19 pm »
Cytuj
A na łóżku łap za laptopa, IPada czy inne cholerstwo ;):
I gładko, niepostrzeżenie, staniesz się Homo Zapiens.  :)

Towarzysze broni!
Ów wiek mroku już nastąpił. I jest to związane przede wszystkim z rolą, jaką w życiu człowieka zaczęły odgrywać tak zwane generatory wizualno-psychiczne; czyli przedmioty drugiego rodzaju.
( : )
Dla wyjaśnienia, co rozumiemy pod pojęciami obiekt numer jeden i obiekt numer dwa, posłużmy się prostym przykładem – telewizorem. Telewizor wyłączony jest obiektem numer jeden. To po prostu pudełko ze szklaną ścianką, na które możemy patrzeć lub nie – jak zechcemy. Kiedy wzrok człowieka pada na ciemny ekran, poruszeniami jego oczu kierują wyłącznie wewnętrzne bodźce nerwowe lub zachodzący w jego świadomości proces psychiczny. Na przykład, człowiek może zauważyć, że ekran jest upstrzony przez muchy. Albo pomyśleć, że warto by kupić telewizor dwa razy większy. Albo, że dobrze by było ustawić go w innym kącie. Niedziałający telewizor niczym się nie różni od przedmiotów, z którymi ludzie mieli do czynienia w czasach Buddy, czy był to kamień, czy kropla rosy na źdźble trawy, czy strzała z rozdwojonym grotem – słowem, wszystko to, co Budda przytaczał jako przykłady w swych naukach.

Kiedy jednak telewizor zostaje włączony, przeobraża się z obiektu numer jeden w obiekt numer dwa. Staje się zjawiskiem całkowicie innej natury. I chociaż patrzący na ekran nie dostrzega dobrze znanej metamorfozy, jest ona ogromna. Dla widza telewizor przestaje istnieć jako obiekt materialny, posiadający wagę, rozmiary i inne właściwości fizyczne. Zamiast tego widz ma wrażenie obecności w innej przestrzeni, dobrze znane wszystkim zebranym.
( : )
Problem polega tylko na tym, kto mianowicie jest obecny. Czy możemy powiedzieć, że sam widz? Powtórzmy pytanie, jest ono bowiem bardzo ważne – czy można powiedzieć, że telewizję ogląda ten człowiek, który ją ogląda?

My twierdzimy, że nie. A oto dlaczego. Kiedy człowiek oglądał wyłączony telewizor, poruszeniami jego oczu i strumieniem jego uwagi kierowały, może nawet chaotyczne, ale jego własne bodźce woluntarne. Ciemny ekran bez żadnego obrazu nie wywierał na nie żadnego wpływu, a jeśli nawet, to tylko jako tło.

Włączony telewizor praktycznie nigdy nie przekazuje statycznego widoku z jednej nieruchomej kamery, toteż obraz na nim nie jest tłem. Przeciwnie, obraz ten intensywnie się zmienia. Co kilka sekund następuje albo zmiana kadru, albo najazd kamery na jakiś przedmiot, albo przejście na inną kamerę – obraz jest bez przerwy modyfikowany przez operatora i stojącego za nim reżysera. Takie zmiany obrazu nazywamy technomodyfikacją

Teraz prosimy o szczególną uwagę, ponieważ następne twierdzenie dość trudno zrozumieć, choć jego sens jest bardzo prosty. Poza tym może powstać wrażenie, że mowa jest o czymś nieistotnym. Ośmielamy się zauważyć, że chodzi o najbardziej istotne zjawisko psychiczne końca drugiego tysiąclecia.

Odpowiednikiem zmiany zachodzącej na ekranie w wyniku rozmaitych technomodyfikacji może być umowny proces psychiczny, który skłoniłby patrzącego do przeniesienia uwagi z jednego wydarzenia na inne i wybrania z tego, co się dzieje, rzeczy najciekawszej, czyli do kierowania swoją uwagą tak, jak to czyni za niego grupa zdjęciowa. Powstaje podmiot wirtualny owego procesu psychicznego, obiekt, który w czasie programu telewizyjnego istnieje zamiast człowieka, wsuwając się w jego świadomość jak ręka w gumową rękawiczkę.

Przypomina to stan opętania przez ducha; różnica polega na tym, że ten duch nie istnieje – istnieją jedynie objawy opętania. Duch ten jest umowny, ale w momencie, gdy telewidz ufnie pozwala grupie zdjęciowej przełączać swą uwagę z obiektu na obiekt, staje się jak gdyby tym duchem, duch zaś, którego w rzeczywistości nie ma, opanowuje jego i miliony innych telewidzów.

Proces ten najstosowniej będzie nazwać próbą kolektywnego niebytu, jako że podmiot wirtualny, zastępujący własną świadomość widza, nie istnieje absolutnie – jest jedynie efektem, powstającym w wyniku kolektywnych wysiłków montażystów, operatorów i reżysera. Z drugiej strony, dla człowieka, oglądającego telewizję, nie ma nic bardziej realnego niż ów wirtualny podmiot.
( : )
Towarzysze broni!
Kondycja współczesnego człowieka nie jest po prostu opłakana – można powiedzieć, że w ogóle nie istnieje, albowiem człowieka prawie nie ma. Nie ma niczego, na co można by wskazać i powiedzieć: „Oto jest Homo Zapiens”. HZ – to po prostu szczątkowe jarzenie świetlówki uśpionej duszy; to film o zdjęciach do innego filmu, wyświetlany przez telewizor w pustym domu....

Tu całość wywodu, gdyż on długi;
http://kultura.org.pl/2002/07/wiktor-pielewin-generation-p-homo-zapiens-fragment/
A kończy się snergopodobnie, acz bez kosmicznych porywaczy.
Czyli Oramusem  :) ;
Oranus jest ze swej natury prymitywnym wirtualnym organizmem typu pasożytniczego. Jego niezwykłość polega jednak na tym, że nie przysysa się on do jakiegoś jednego organizmu-dawcy, ale czyni inne organizmy swymi komórkami. Każda jego komórka to ludzka istota o nieograniczonych możliwościach i przyrodzonym prawie do wolności. Paradoks polega na tym, że oranus jako organizm stoi o wiele niżej niż którakolwiek z jego komórek. Nie jest zdolny ani do myślenia abstrakcyjnego, ani nawet do autorefleksji.
« Ostatnia zmiana: Listopad 08, 2014, 08:50:31 pm wysłana przez liv »
Leniwy wałkoń i wielki waleń mozolnie zgłębiał tajemnice bytu, nazbyt głębokie dla wielkich wałkoni i leniwych waleni.
Winnie the Pooh -  o Wieloryba Polikarpia rozmowach ze śmiercią

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10196
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4815
    • Zobacz profil
Odp: Co tępora, to mores...!
« Odpowiedź #81 dnia: Grudzień 07, 2014, 05:24:18 pm »
Tak na marginesie Waszych rozważań nad obchodzeniem się z ludzkim ciałem po śmierci:
http://forum.lem.pl/index.php?topic=386.msg57687#msg57687
Ciało-cało-palenie...dowiedziałam się z właśnie czytanego o ciało-cało-gotowaniu.
Mos Teutonicus czyli - nomen omen - niemiecki zwyczaj.
Wyprawy krzyżowe.
Niektórym nie było dane powrócić - na żywo. Transport trwał długo. Ciało się psuło.
Tutaj ten pomysłowy mos : wygotować. Tym sposobem oddzielić ciało od kości.
Ciało zostawić w obcej ziemi (co z jego zmartwychwstaniem?). Higienicznie wyprawione kości - zabrać ze sobą i pochować w rodzinnych stronach.
http://en.wikipedia.org/wiki/Mos_Teutonicus
Podobno tak skończyli m.in.:
- Fryderyk I Barbarossa - tzn. po tym jak utonął podczas III wyprawy krzyżowej - koledzy go ugotowali żeby pozbyć się gnijących części i przewieźć resztę do domu.
-  Ludwik IX - uznany za świętego - wcześniej prawdopodobnie ugotowany. W winie.
W 1300 r papież Bonifacy (któren wyświęcił Ludwika) wydał bullę De Sepulturis, w której zakazał takich praktyk. Ale nie sekcji zwłok - co niektórzy uznali za równoważne.
http://edusens.blogspot.com/2014/10/sekcje-zwok-i-gotowanie-cia.html

Marginesik 2 -
Św. Dionizy.
Ścięty.
Przedstawiany z głową w ręku.
Patron Francji i cierpiących na...migreny i bóle głowy.
Amputacja byłaby jedynym lekiem?  :-\
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4696
    • Zobacz profil
Odp: Co tępora, to mores...!
« Odpowiedź #82 dnia: Grudzień 08, 2014, 01:46:53 am »
Rosół z cesarza - mniaaam...rudobrodego, już gorzej, chyba co fest oprawiony.
Ale tym blogiem o sekcjach specjalnych, ubawiłem się i wyszczerzając - nie wiedziałem.
Cytuj
Amputacja byłaby jedynym lekiem?  :-\
Poczekaj, jutro przejdzie - raz, dwa, pstryk.
Leniwy wałkoń i wielki waleń mozolnie zgłębiał tajemnice bytu, nazbyt głębokie dla wielkich wałkoni i leniwych waleni.
Winnie the Pooh -  o Wieloryba Polikarpia rozmowach ze śmiercią

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4815
    • Zobacz profil
Odp: Co tępora, to mores...!
« Odpowiedź #83 dnia: Styczeń 02, 2015, 10:54:03 pm »
Tja...kontynuując kulinarny wątek...nie McDrive, ale ta drivetradycja...
Dzisiaj zradiowo usłyszane - może jeszcze nie zwyczaj, ale idzie nowe - właściwie jedzie, bo drive thruuu:
W trzech amerykańskich miastach funkcjonują domy pogrzebowe typu "drive-through". To znaczy, że żałobnicy bez wychodzenia z samochodu, przez szybę, mogą pożegnać zmarłego.
(...)
W takim domu pogrzebowym trumna ze zmarłym wystawiona jest za szybą, umieszczoną w korytarzu, przez który bliscy zmarłego przejeżdżają samochodami. Żałobnicy zatrzymują się przy trumnie i jedyny wysiłek, jaki muszą wykonać, to wyjrzeć przez szybę.

http://www.polskie-cmentarze.pl/Warto-poczytac/Ciekawostki/Pogrzeb-typu-drive-through
http://www.tvn24.pl/wideo/z-anteny/16-09-usa-dom-pogrzebowy-dla-leniwych-oferuje-zalobnikom-usluge-drive-thru,1340855.html?playlist_id=18070

Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10196
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Co tępora, to mores...!
« Odpowiedź #84 dnia: Styczeń 02, 2015, 11:15:30 pm »
Marginesik 2 -
Św. Dionizy.
Ścięty.
Przedstawiany z głową w ręku.

Marginesik 3 -
Według legendy po ścięciu Dionizy trzymał własną głowę odrąbanymi z głową dłońmi co zaowocowało pierwszym przedstawieniem w ikonografii postaci męczennika trzymającego w rękach własną ściętą głowę (kefaloforia). - za Wikipedią.

Patron Francji i cierpiących na...migreny i bóle głowy.
Amputacja byłaby jedynym lekiem?  :-\

Z pewnością najskuteczniejszym...
" Powiedział śp. doktor Napierała, że na migrenę nie ma jak amputacja odnośnej części ciała. Ciach!"
::)

Zresztą nie ma co tracić głowy z powodu głowy straty, niejaki Holofernes się nie poddał:
"Holofernes (z brakującą głową): Ciekawe, jak ja teraz będę żył. Chyba żebym się przyzwyczaił."
znów Gałczy.

Rosół z cesarza - mniaaam...rudobrodego, już gorzej, chyba co fest oprawiony.

Nie znasz się... Narodowa kuchnia Parzybrocji Ci nie pasuje?  8)

"Największe jednak zainteresowanie pana Kleksa obudziła praca mężczyzn. Siedzieli oni przed domami dokoła kotłów i parzyli we wrzątku swoje brody. Kobiety podtrzymywały ogień na paleniskach, a od czasu do czasu zanurzały w kotłach drewniane chochle, mieszały wrzątek i próbowały jego smak.
Nietrudno było zauważyć, że każda z życiodajnych bród, w zależności od barwy, zawierała składniki o odrębnym smaku. Były więc brody pomidorowe, burakowe, fasolowe, cebulowe, szczawiowe, a z ich połączeń powstały inne, nader urozmaicone zupy. Stanowiły one wyłącznie pożywienie ludności Parzybrocji. Na tym jednak nie koniec. Każdy mężczyzna w miarę potrzeby smarował sobie brodę pomadą, stanowiącą odpowiednią przyprawę. Wśród pomad pan Kleks rozpoznał pomadę chrzanową, solną, pieprzową i majerankową, ale były i takie, których wielki uczony nie potrafił określić, chociaż dobrze znał się na kuchni.
- Genialne! Fantastyczne! - wołał raz po raz i biegał z łyżką od kotła do kotła kosztując wszystkich rodzajów zup.
Podziw jego jednak przekroczył wszelkie granice, gdy na ulicy ukazali się członkowie Ważnej Chochli i w różnych kotłach zanurzali po kolei swoje brody, dodając w ten sposób do zup odpowiednie porcje makaronu.
Po dostatecznym wyparzeniu bród ich właściciele powyciągali je z kotłów, a następnie wytarli ręcznikami do sucha. Dziewczęta przyniosły talerze. Jedne nalewały zupę, inne częstowały gości i rozdawały posiłek domownikom.
Zjawił się również Nadmakaron, którego powitano z ogromną czcią. Gawędząc z panem Kleksem, ten najwyższy dostojnik Parzybrocji wyjaśnił mu, że brody makaronowe są niesłychanie trudne do zaszczepienia i jedynie siedmiu szczególnie zasłużonych Parzybrodów może się nimi poszczycić, ale za to muszą użyczać makaronu pozostałej ludności, zwłaszcza do rosołu i zupy pomidorowej.
- Wybaczy Wasza Dostojność - rzekł pan Kleks z pewnym zakłopotaniem w głosie - jestem wprawdzie profesorem chemii na uniwersytecie w Salamance, ale chciałbym zapytać, czy brody, raz wyparzone, nadają się do dalszego użytku?
- Jak najbardziej - odparł Nadmakaron z pobłażliwym uśmiechem. - Substancje zawarte w parzybrodzkich brodach nie wyczerpują się nigdy, podobnie jak nie wyczerpują się bezwartościowe składniki pańskiej brody, chociażby wyparzył ją pan nawet trzy razy dziennie. To chyba oczywiste?... Chciałbym nadto wyjaśnić - ciągnął dalej Nadmakaron - że Parzybrodzi o różnych kolorach bród jednoczą się w bractwa celem wymiany i łączenia smaków. Przy czym siedem bractw tworzy krewniactwo. My, posiadacze bród makaronowych, obsługujemy wyłącznie krewniactwa, gdyż nie bylibyśmy w stanie zaopatrywać każdego kotła z osobna.
Bajdoci słuchali opowiadania Nadmakarona z ciekawością, ale bez zachwytu.
Pan Kleks, który wyjął właśnie z kieszeni aparat do odgadywania myśli, powiedział z przekąsem do swoich towarzyszy:
- Panowie, o ile mogę stwierdzić, myślicie wyłącznie o befsztykach i pieczeni wołowej. Przyjrzyjcie się jednak, jaka wspaniała rasa ludzi wyrosła na parzybrodzkich zupach. Mieszkańcy tego kraju nie układają wprawdzie bajek, ale za to łączą w sobie urodę ciała z pogodą ducha. Tak, tak, panowie, bezmięsna kuchnia wydelikaca podniebienia i wpływa znakomicie na porost bród."

Brzechwa "Podróże Pana Kleksa"

ps. A'propos Brzechwy:
http://wyborcza.pl/magazyn/1,132938,14017251,Brzechwy_zycie_niebajkowe.html

Tam zaś:

"- Brzechwa sugerował, że sam jest Panem Kleksem, ale Szancer, który znał ich obu, nie miał wątpliwości, że Ambroży Kleks to Franc Fiszer. Stąd rozłożysta czarna broda, frakosurduty uciapane kleksami, jak u Franca jedzeniem."

Oraz:

Tadeusz Konwicki, zainspirowany losem Brzechwy, napisał opowiadanie ''Kilka dni wojny, o której nie wiadomo, czy była''.
- ''Przecież ja się w pani tak strasznie kochałem, że aż przeżyłem wojnę'' - mówi bohater tego opowiadania. Jak wspomina Konwicki, amok miłosny anulował Brzechwie wojnę.
''Na ziemi ludzie prości/ Umierają z miłości'' - pisał Brzechwa.
- O Jance mówiono, że była zjawiskowo piękna. Kilkanaście lat młodsza od niego - to dla niej się odmłodził o dwa lata. Podawał, że urodził się w 1900 roku, a nie w 1898. Niby niewiele, ale inaczej brzmiało. W 1947 byli już małżeństwem. Janka rozwiodła się z mężem. Odbyło się to w miarę bezkonfliktowo, mąż przychodził nawet do państwa Brzechwów na karty. Kazimierz Brandys twierdzi, że po ślubie Brzechwa zaczął romansować z innymi kobietami, ale chyba i tak byli z Janką szczęśliwi.
''Chciałbym mieć żonę z drewna,/ Żeby nie była gniewna'' - zastrzegał w innym wierszu.
- On nie potrafił się złościć. Kiedy były spory, pierwszy wyciągał rękę, wychodził z pokoju i mówił: ''Wiem, że się pokłóciliśmy, ale nie pamiętam już, o co chodziło''. Podobno to Janka była pierwowzorem napisanej podczas wojny ''Pchły Szachrajki'', choć przyznawało się do tego kilka kobiet. Podobnie jak do ''Ballady o małej księżniczce'', którą Brzechwa napisał dla Janki: ''Lat temu trzysta na pewno/ Byłabyś dumną królewną...''. Jak się okazuje, ofiarował ją dwóm kobietom, pewnie co najmniej dwóm. Marianowicz był przekonany, że to wiersz dla Janki - żony. Ale inna Janka twierdziła, że dostała ten utwór z dedykacją ''Janusi za pocałunek'', kiedy poznała Brzechwę w czasie wojny w Mianocicach pod Krakowem, gdzie przyjeżdżała z Oskarem Schindlerem.
Brzechwa uciekł tam z Warszawy.
- W pierwszych miesiącach wojny przemieszkiwał w okolicach Marszałkowskiej - u tancerki, z którą był związany, bo z drugą żoną już się rozstał. Pod swoim adresem nie mógł, jego nazwisko pojawiło się w którejś z gadzinówek na liście poszukiwanych Żydów. Powszechnie było wiadomo, że Jan Brzechwa to mecenas Lesman, a Lesman to Żyd - administracyjnie przyjął nazwisko Brzechwa dopiero po wojnie.
W 1940 kilka miesięcy ukrywał się w Mianocicach, w majątku Heleny Oskierko-Haller. Miał tam spotkać Oskara Schindlera, który przyjeżdżał w gości. Kiedyś przy stole, widząc wychudzonego Brzechwę, ale nie znając go, Schindler powiedział: ''Kiedy ja tu przyjeżdżam, ten pan może bez obaw zasiadać z nami przy stole, ale jeśli przyjadą Niemcy - musiało to zabawnie brzmieć w ustach Schindlera - niech się nie pokazuje''. Potem Brzechwa ukrywał się w Opaczy pod Warszawą, wtedy najprawdopodobniej poznał Jankę, a w 1942 wrócił do Warszawy, gdzie wytrwał do upadku powstania warszawskiego.
Jakim cudem?
- Nie trafił do getta, nie chodził z opaską. Miał mocne papiery, pracując w niemieckiej firmie na Służewcu jako ogrodnik. Nie był też obrzezany. Może dlatego nie bał się chodzić po ulicach, chociaż kenkartę miał wystawioną na nazwisko Lesman - w czasie okupacji nie chował się pod pseudonimem. I doszliśmy do momentu, kiedy historia nie opiera się na faktach, dokumentach, ale na legendzie, że mógł przeżyć wojnę, bo jej nie zauważył.
W opowiadaniu Konwickiego bohater, idąc naprzeciw żandarmów, rzuca wesoło: ''Guten Morgen. Świat jest piękny'', wobec czego nie zatrzymują go. Żyd by się tak nie zachował.
- Jest też przytaczana przez Brandysa i Józefa Hena historia o słynnym torciku mocca, po który Brzechwa wrócił na gestapo. Kiedy kupił go w cukierni, podeszło do niego dwóch szmalcowników, obrzuciło wyzwiskami, że jest Żydem, i zaprowadziło na Szucha. Na gestapo Brzechwa powiedział, że jeśli chcą, mogą go rozstrzelać: ''Kobieta, którą kocham, nie chce się ze mną połączyć, a życie bez niej nie ma dla mnie wartości''. To było tak absurdalne, że ze śmiechem wyrzucono go za drzwi, ale przy budce wartowniczej Brzechwa przypomniał sobie, że zostawił na gestapo ciastko, więc z powrotem wszedł na trzecie piętro, zastukał i zabrał torcik.


oraz ps. do ps. o Fiszerze (piękne zresztą jak różne źródła podają różne wersje tych samych cytato-anegdot):
http://pl.wikipedia.org/wiki/Franciszek_Fiszer
http://pl.wikiquote.org/wiki/Franciszek_Fiszer
http://www.aict.art.pl/yorick-mainmenu-65/nr-26-maj-2010/1220-fiszer-albo-filozof-w-oparach-absurdu
http://jpilsudski.org/franc-fiszer-w-anegdocie

Taak... czy chaotyczne kombinacje efemerycznych pryncypów są w stanie zdeterminować neutralną cywitatywę absolutu dobrego i złego, czy nie są w stanie? Bo od tego ostatecznie wszystko zależy.
Ewentualnie... Czy abrakadabryczne elukubracje immanentnej negacji transcendentują nicość samą w sobie?
« Ostatnia zmiana: Styczeń 03, 2015, 03:19:05 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4696
    • Zobacz profil
Odp: Co tępora, to mores...!
« Odpowiedź #85 dnia: Styczeń 02, 2015, 11:57:49 pm »
Cytuj
Żałobnicy zatrzymują się przy trumnie i jedyny wysiłek, jaki muszą wykonać, to wyjrzeć przez szybę.
Następny krok - telepożegnanie.
Wygodnie, z fotela...
Cytuj
ale za to muszą użyczać makaronu pozostałej ludności, zwłaszcza do rosołu i zupy pomidorowej.
Cytuj
tak, tak, panowie, bezmięsna kuchnia wydelikaca podniebienia i wpływa znakomicie na porost bród."
Oj!
Doceniając szlachetność intencji, to jednak Brzechwa musiał omijać kuchnię szerokim łukiem. :)
Rosół...pomidorowa? Bezmięsne?
Jakiś cesarz musi być, niechby i padły.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Ros%C3%B3%C5%82
« Ostatnia zmiana: Styczeń 03, 2015, 12:04:45 am wysłana przez liv »
Leniwy wałkoń i wielki waleń mozolnie zgłębiał tajemnice bytu, nazbyt głębokie dla wielkich wałkoni i leniwych waleni.
Winnie the Pooh -  o Wieloryba Polikarpia rozmowach ze śmiercią

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10196
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Co tępora, to mores...!
« Odpowiedź #86 dnia: Styczeń 03, 2015, 12:20:20 am »
Doceniając szlachetność intencji, to jednak Brzechwa musiał omijać kuchnię szerokim łukiem. :)
Rosół...pomidorowa? Bezmięsne?

Mam wrażenie, że szło tylko o zupy parzybrodzkie... Choć dla ultraweganina pewnie i te genetycznie zmodyfikowane (kiedyś bym rzekł, że napromieniowane być musiały, ale trza podążać za modą ;)) kudły mogłyby za mięso robić... Znów dojdziemy do umownych granic... Bo na przykład po której stronie umieścić słynny bulion homeopatyczny, na który przepis przytaczał Tuwim w "Cicer cum caule" (te chude gołębie powieszone w oknie by ich cień padał do garnka, etc.)...? Ja tam ni wim...
« Ostatnia zmiana: Styczeń 03, 2015, 12:30:15 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4815
    • Zobacz profil
Odp: Co tępora, to mores...!
« Odpowiedź #87 dnia: Styczeń 03, 2015, 12:32:35 am »
Marginesik 3 -
Według legendy po ścięciu Dionizy trzymał własną głowę odrąbanymi z głową dłońmi
Hm...z głową mu odrąbali dłonie (nieuważnie zatykał uszy?), w których później trzymał tę głowę? Cud...
Następny krok - telepożegnanie.
Wygodnie, z fotela...
Zrób sobie kawkę...:
http://m.katowice.gazeta.pl/katowice/1,106509,16856103,Nie_musisz_przyjezdzac_na_pogrzeb__zobaczysz_go_w.html
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4696
    • Zobacz profil
Odp: Co tępora, to mores...!
« Odpowiedź #88 dnia: Styczeń 03, 2015, 01:30:13 am »
Cytuj
Zrób sobie kawkę...:
Nawet kawówkę
Ufff...szybko idzie.

Ja poruszyłaś ten temat, zaraz przypomniał się "ostatni oficjalny pogrzeb katolicki" we Lwowie, w 45-tym, czyli pod radziecką administracją i za jej zgodą.
"Z przejściem konduktu przez miasto z księdzem. A nawet trzema".
Kogoś znanego....kogo?
Ola nie zgaduje, bo wie.  :)
« Ostatnia zmiana: Styczeń 03, 2015, 01:33:18 am wysłana przez liv »
Leniwy wałkoń i wielki waleń mozolnie zgłębiał tajemnice bytu, nazbyt głębokie dla wielkich wałkoni i leniwych waleni.
Winnie the Pooh -  o Wieloryba Polikarpia rozmowach ze śmiercią

Q

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10196
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Co tępora, to mores...!
« Odpowiedź #89 dnia: Styczeń 03, 2015, 02:35:51 am »
Hm...z głową mu odrąbali dłonie (nieuważnie zatykał uszy?), w których później trzymał tę głowę? Cud...

No, cud nad cudy... bestóż święty... ::)

"ostatni oficjalny pogrzeb katolicki" we Lwowie, w 45-tym, czyli pod radziecką administracją i za jej zgodą.
"Z przejściem konduktu przez miasto z księdzem. A nawet trzema".
Kogoś znanego....kogo?

Strzelam... Banacha?

Edyta:
doguglałem sobie, ze celnie strzelałem:
http://www.eioba.pl/a/36hz/paz-krolowej-nauk

I tam znów ciekawostka, Steinhaus o Banachu:

"Myliłby się, kto wyobrażał sobie Banacha jako marzyciela, abnegata, apostoła czy ascetę. Był to realista, który nawet fizycznie nie przypominał kandydatów na świętych lub choćby tylko na świętoszków. Nie wiem, czy jeszcze istnieje, ale na pewno istniał jeszcze przed wojną ideał polskiego uczonego, utworzony nie tyle z obserwacji prawdziwych uczonych, co z potrzeb duchowych tej epoki, której wyrazicielem był Stefan Żeromski. Taki uczony miał z daleka od uciech światowych pracować dla nie bardzo określonego "społeczeństwa", przy czym bezskuteczność tej pracy z góry mu wybaczano, nie dbając o to, ale w innych krajach mierzono uczonych nie wielkością wyrzeczeń osobistych, lecz tym, co dali trwałego nauce. Inteligencja polska stała jeszcze miedzy dwiema wojnami pod sugestią tego cierpiętniczego ideału, ale Banach nigdy jej nie podlegał. Był zdrowy i silny, był realistą aż do cynizmu, ale dał nauce polskiej, a w szczególności matematyce polskiej, więcej niż ktokolwiek inny. Nikt bardziej niż on nie przyczynił się do rozwiania szkodliwego mniemania, że we współzawodnictwie naukowym można brak geniuszu (a choćby tylko brak talentu) zastąpić innymi zaletami, które zresztą mają tę właściwość, że trudno je stwierdzić. Banach zdawał sobie sprawę ze swojej wartości i z tego, jakie wartości stwarza. Akcentował swoje pochodzenie góralskie i miał dosyć lekceważący stosunek do typu ogólnie wykształconego inteligenta bez teki. Jego najważniejszą zasługą jest przełamanie raz na zawsze i zniszczenie do reszty kompleksu polegającego na poczuciu niższości Polaków w naukach ścisłych, maskującego się wywyższaniem jednostek miernych. Banach temu kompleksowi nigdy nie podlegał - łączył w sobie iskrę geniuszu z jakimś zadziwiającym imperatywem wewnętrznym, który mu mówił bezustannie słowami poety «Jest tylko jedno: żarliwa gloria rzemiosła»  - a matematycy wiedzą dobrze, że ich rzemiosło polega na tej samej tajemnicy, co rzemiosło poetów..."
« Ostatnia zmiana: Styczeń 03, 2015, 02:44:18 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki