seria ta jest dla mnie źródłem frustracji i rozczarowań.
Cóż, to jest taki przegląd klasyki SF (w tym tytułów dotąd w Polsce niewydawanych), a klasyka, jak to klasyka, zawiera arcydzieła (minimum w swojej klasie), zawiera też pozycje, które zrobily wrażenie prekursorstwem (choć dziś wypadają blado na tle wlasnych epigonów), czy po prostu dobrze sprzedawały się - lub wciąz sprzedają - jako czytadła. Podobnie zresztą z listami, których sporo tu wrzuciłem - da się z nich wyłuskać perełki, ale większość tytułów pozostaje ciekawostkami (góra wartymi odnotowania z powodu jakichś wpisanych w fabuly idei, czy - przeciwnie - ciekawego literacko opakowania głupot i banałów...).
Nevil Shute, Ostatni brzeg: pomysł wyjściowy niezły, realizacja - straszna chała, nie dziwię się, że zekranizowano
Shute był to inżynier lotnictwa, stąd wiedział o czym pisze, był to też pisarz drugo- (albo i trzecio-) rzędny, tworzący thrillery i romansidła, z tych mniej znanych:
https://en.wikipedia.org/wiki/Marazanhttps://en.wikipedia.org/wiki/A_Town_Like_AliceOt, miał to szczęście, czy też wyczucie, że sięgnąl po temat niefikcyjny, b. dramatyczny z natury, a przedstawił go unikając SF-owych klisz, za to sięgając po - łatwiwjsze w odbiorze dla masowej publiki - klisze melodramatyczne.
Henry Kuttner, Czytelniku, nienawidzę cię!: w młodości bawiły mnie te Galleghery, dzisiaj - nużą
Bo też poznaleś historie o Trurlu i Klapaucjuszu, w których podobne, ale lepiej podane?

(Skadinąd "Galleghery" to ten - dość częsty - rodzaj SF, ktory może bawić, a nawet czasem dawać do myślenia, ale o naukowy sens prezentowanych tam wynalazków trudno pytać. Baśń fantastyczna, jak zauważyl Mistrz.)
Clifford Simak, Czas jest najprostszą rzeczą: kiedyś drukowane w "Fantastyce", pamiętałem tylko, że mi się podobało - nie rozumiem, dlaczego
Simak to chyba taki Van Vogt- bis. Pisał (statystycznie) straszne bzdury, w ktore jednak potrafił czasem wpleść - podając je często w b. infantylnej formie - pomysły warte analiz. Zarazem jednak budował w tych swoich dzielach jakiś taki sympatyczny (i przez to czytelniczo pociągający) klimat.
Zady i walety jego metody widać najsilniej chyba w "Stacji tranzytowej" (zwanej też "...pośrednią"), gdzie mamy jakby zalążek arcydzieła SF sklejony z najgorszą
pulpą; dobrze chociaż, że bez gnającej na oślep akcji (w efekcie tyleż lubię tę powieść, co niepomiernie mnie irytuje).
Arthur C. Clarke, Koniec dzieciństwa: nie znałem, na tle konkurencji lepsze i pomysły, i jakość literacka
W zasadzie jest to smutne świadectwo intelektualnej wpadki, wybitnego przecież umysłu, bo mamy tam w roli punktu wyjścia "paranormalne" wierzenia i dość jaselkowe wyobrażenia religijne (w wersji ciut uszlachetnionej) - ot, Nadumysl Kosmiczny i dyabły w sumie sympatyczne. Oczywiście Clarke nawet w stanie umyslowego zaćmienia pozostał sobą, i dlatego rodzi się z tych jasełek refleksja transhumanistyczna, pre-"GOLEM..."-owa, gdzieś w tradycji dawnych cywilizacyjnych skal Wellsa i Stapledona, w dodatku opakowana w pewną dozę przytomnej socjologii. (Inna sprawa, że ja akurat - ceniąc i chwaląc Clarke'a - tego czytać nie mogę, bo zszedł tu do rzędu Simaka gdzieś.)
Daniel Keyes, Kwiaty dla Algernona: trochę naiwne, ale ma klimat i trzyma jakiś poziom
Tak. Centralna fabularnie procedura medyczna opisana jest b. ogólnikowo, ale podana tak, że czuje się naukowość tej fantastyki. Problematyka - realna (bo nawet jeśli odrzucimy warstwę SF, dostajemy skondensowany - i tym samym wyostrzony - obraz ludzkiej drogi, od dziecięctwa do finalnego niedołęstwa

). Narrator zaś na tyle wygodny, że trudno rozeznać, gdzie stylizacja, gdzie zaś literacka wpadka

.
Chyba jednak lepiej przyswajam bardziej współczesną fantastykę.
Jakie zatem tytuly z tego przedziału zyskały Twoje uznanie?