Materia zbija się w, za przeproszeniem, kupy.
Za przeproszeniem, ale to twierdzenie o poziomie szczegółowości teorii humoralnej, która do czasów nowożytnych zamykała wiedzę o człowieku, że są 4 płyny - krew, flegma, żółć i czarna żółć (krew wrotna ze śledziony do wątroby) i te 4 elementy decydują o usposobieniu. Krew w górę (działanie), flegma zawsze w dół (spokój), od żółci bierze człeka cholera a od czarnej popada on w malencholię. Wszystko da się tym wytłumaczyć posteriori tylko nic apriori z tego nie idzie wywnioskować.
Grawitacyjne łączenie się w kupy, aczkolwiek jest wyjątkowo myślą nowożytną, od Newtona, a nie powstałą już w umysłach starożytnych, jest najprostszym krokiem samoorganizacji materii. Nie chcę przez to powiedzieć, że OTW jest prosta lub, tym bardziej, że w ogóle wiadomo JAK działa grawitacja, tylko że "zbijanie się w kupy" to pierwszy i najmniej skomplikowany krok.
Od czego przechodzisz niewymuszonym krokiem tanecznym do:
Natomiast warunków, które musiały być spełnione, żeby życie mogło przetrwać na Ziemi i rozwinąć się do postaci cywilizacji technicznej, było mnóstwo.
I tak, prawda "
Pisał o tym Lem we własnym komentarzu do Summy „Dwadzieścia lat później”. Pisał o tym tutaj ca piętnaście lat temu Hoko". Wiem jak było, było 5 lat okupacji i mógłbym rzec jak Hochwander w Misiu, że 28 filmów o tym zrobiłem, a robię 29 (tak z pamięci). Co prawda nie robiłem tylko oglądałem i nie 28 czy 29 tylko pewnie setki pop-sci-art. nt. przeczytałem na przestrzeni lekko licząc 30 lat i doszedłem do wniosku, jak w moim tu powyższym pierwszym wpisie po Twoim poście, że póki co to są w zasadzie zawody pływackie kijanek w przypustym wiadrze, którym się zdaje, że płyną przez otchłań i jeśli czegoś się nie znajdzie, to będzie można tylko zrobić o tym kolejne 29 filmów a nawet 129 lub 1029 filmów.
Tym niemniej samoorganizacja materii nie kończy się na produkcji katalogu gwiazd, gazowych olbrzymów, planet skalistych i pomniejszego gruzu pobudowlanego. Materia organizuje się, bodźcowana odpowiednio (światłem, ciepłem itd. zwłaszcza w regularnych interwałach, patrz Stanley Miller), w coraz bardziej złożone związki, w tym takie, które są budulcem życia. Natomiast kiedy już życie istnieje to, jak to opisuje teoria ewolucji, nieuchronnie komplikuje się nadal, czego nie będę rozwijał, ale gdzieś na tym forum także to zostało już ze 29 razy rozwinięte. Brakuje owszem, póki co naturalnego wytłumaczenia "boskiego zapłonu", czy też "bożej iskry" pomiędzy martwym a żywym. I tak, zbieranie się w kupy jest potwierdzone w kosmosie. Samoorganizacja martwa jest potwierdzona. Ewolucję znamy wyłącznie z własnego przykładu. Jednakże sensowna próba postawienia tezy, że na innej planecie z odpowiednimi warunkami miałoby nie dojść do powstania życia, podkreślam sensowna, wymagałaby by podania istotnego powodu, dlaczego życie nie mogłoby powstać. Skoro póki co sądzimy, że materia i chemia jest taka sama wszędzie i jak widać ma ona dążność do, a raczej bezwzględną konieczność samoorganizacji w coraz bardziej skomplikowane związki chemiczne. Trzeba by też powodu, dlaczego miałaby nie zachodzić ewolucja żywego. Nikt nie jest w stanie podać sensownego powodu wynikającego z samej natury materii, który by zatrzymał te procesy w innym miejscu niż Ziemia. A tylko powód wynikający z samej natury materii miałby sens, ponieważ każdy inny, szczególny powód, w rodzaju, że a na tej planecie za bardzo śmierdzi, a tamta ma kształt felerny nie jest powodem wobec ogromu Kosmosu. Brak, owszem, wymienionego zwornika w postaci "iskry bożej" tym niemniej to akurat sądzę da się zrobić albo pasywnie (odkrywając inne życie np. na księżycu Jowisza), albo aktywnie, to jest, mówiąc Lemem, stwarzając życie w retorcie. Jest to słaby dowód "na nie", że tego jeszcze nie wiadomo.
Rzucę tylko zajawkowo, że generalnie nie jest pewne, że życie na Ziemi powstało raz, sporo badaczy uważa, że byłoby to mniej prawdopodobne niż wielokrotne jego powstanie, co pączkuje na rozmaite podtematy jak życie RNA, którego się czynnie poszukuje, ponieważ są przesłanki, że takowe wciąż może się gdzieś ukrywać przed zeżarciem przez starszych RNA-braci. Że kod genetyczny, jaki jest podstawą życie jest sam w sobie efektem długiej ewolucji. Że eukarionty powstały nie jeden, a wiele razy (to raczej pewnik). Że wielokomórkowce powstały nie raz a wiele razy (takoż). Tak więc nawet na Ziemi widać zupełnie niesamowitą zdolność samoorganizacji materii (życia) do wciśnięcia się w każdą możliwość i szparę.
Jednak cywilizacja techniczna z szansą na kontakt, albo choćby na jednostronne wykrycie, musi używać fal elektromagnetycznych.
Musi czy nie musi to kwestia dyskusyjna, jednakże niewykrycie istniejących cywilizacji bo nie nadają przez megafon nie jest dowodem, że nie istnieją obce cywilizacje, nie jest więc argumentem nt. czy jesteśmy sami w Kosmosie.
Stąd pytanie: z jakiej odległości jesteśmy w stanie dziś wykryć cywilizację, która ma emisję elektromagnetyczną podobną do naszej, gdyby ta emisja zaczęła do nas docierać?
Czy to jest dziesięć lat świetlnych? Dwadzieścia? Pięćdziesiąt? Sto?[/b]
Za Arecibo mówiło się, że nasz cywilizacyjny szum elektromagnetyczny byłby wykryty z dziesiątków ly a gdyby wysłać wiązkę z Arecibo to z z tysięcy ly można by ją wykryć. Przy czym nie wiem, ale stawiam, że szum elektromagnetyczny, jaki rozsiewamy, może sukcesywnie z latami maleć ze względu na postęp techniczny, optymalizację i oszczędzanie prądu.
Loty kosmiczne, nawet z planety na jej księżyc, wymagają ogromnych ilości energii. Loty po układzie co najmniej o kilka rzędów wielkości więcej, międzyukładowe o kolejne kilka czy raczej kilkanaście rzędów wielkości więcej. Pomysł taki, że jakaś cywilizacja założyła sobie podwodną bazę na Ziemi i bawi się w chowanego z ziemlakami, mógł się wylęgnąć tylko w głowach hapeesów (homo PROTO sapiens).
Każdy Twój argument w powyższych 3 zdaniach można rozbić na atomy i anihilować (i vice versa), zaczynając od tego, że ulągł się on w głowie ziemlaka, który twierdziłby całkiem sensownie jakieś ledwie ćwierć wieku temu, że ze względu na koszty nic takiego jak tanie linie lotnicze nigdy nie powstanie. Nie chcę przez to powiedzieć, że są to głupie argumenty, tylko że brak im fundamentu, umocowania w szerszym kontekście, to jest w wiedzy, jak faktycznie jest, czym wracamy do kwestii, że póki się czegoś nie odkryje, to Hochwander może dowolnie dużo filmów na ten temat nakręcić.
Sprawa sprowadza się do dychotomii, czy życie MUSI (a nie: może) powstać, czy nie.