Ładne popularyzatorskie streszczenie tematu, ale cała konkluzja zdaje się pochodzić ze - wspomnianej u zarania wątku - pracy Bratsberga i Rogeberga (choć - wbrew jej autorom - zinterpretowana w duchu dysgenicznym)

.
Przy czym zastanawiam się na ile sensowne jest twierdzenie Frosta o wyższym średnim IQ w XIX wieku. Zasadniczo przecież źródła informacji o tamtej epoce to dzieła tworzone przez elity (nawet jeśli
wysadzone z siodła, lub - przeciwnie - ze świeżego awansu jak Thomas Hardy czy Przybyszewski - których rodziny przypisać trzeba jednak raczej do niższej klasy średniej, niż do typowego ludu). Wątpliwe, czy ktoś się wtedy zajmował życiem intelektualnym biedoty - takiej, jak mieszkańcy Powiśla ukazani w "Lalce" i
jej ekranizacjach. Ergo: zastanawiam się czy postulowany efekt Flynna nie brał się z rozszerzenia możliwości awansu - a więc i znalezienia się w
zasięgu wzroku badaczy - dla tych wszystkich Antków i Janków Muzykantów (czyli zdolnych jednostek spoza
grupy trzymającej władzę), a jego odwracanie się stąd, że
w polu zainteresowania znalazła się ostatecznie cała populacja (gdzie powszechny dostęp do edukacji oznaczał też - jak
ministra Hall przyznawała - niejaki uogólniony spadek poziomu tejże; stąd i część najbystrzejszych miała mniejsze szanse szlifowania umiejętności mierzonych przez IQ). Przy czym można też zadać pytanie jaki odsetek wysoce inteligentnych jest realnie potrzebny społeczeństwu (w jego obecnej formie) by dobrze funkcjonowało (w czasach feudalizmu, czy niewolnictwa, zdaje się, że niekoniecznie musiał być wielki - owszem, w efekcie wyglądało to jak wyglądało - tu też
fabularyzacja).