Autor Wątek: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]  (Przeczytany 199504 razy)

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4366
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #345 dnia: Marzec 16, 2013, 11:43:36 pm »
Znaczy - mowy końcowe? Pszebardzo...
Podobne, jak Maźka, wrażenie po pierwszej lekturze (dawno). Inne niż podróże - wspomnienia są bardziej mroczne. W podróżach, piętrzące się zagadki i tajemnice znajdują rozwiązania - logiczne, empiryczne, naukowe, jednoznaczne. W wspomnieniach niby też, ale zostaje znak zapytania (nie pomnę, czy i w dalszych, bazuję na Corcoranie). Tak, jakby z pisarza wyciekły skrywane obawy, niepokoje.
 A może tylko wątpliwości?
 Ciemna strona naukowej duszy Lema.
W tym znaczeniu, jeśli podróże nazwać oświeceniowo-pozytywistycznymi, wspomnienia jawią się jako „romantyczne” (ale nie w kontekście Maziek- Nexia).
Są bardziej „duszne” (zwłaszcza drugie). Za to, dużo mniej w nich żartów. Może wcale?
Miały być cytaty, to kończący:
„...że waha się, sam, w brudnym świetle nagiej żarówki, czy ocalić jakieś życie, jakąś miłość, i jestem pewny, że nigdy tego nie zrobi. Oprze się pokusom, bo chce być Bogiem, a jedyna boskość, jaką znamy, jest milczącą zgodą na każdy ludzki czyn, na każdą zbrodnię, i nie ma dla niej wyższej odpłaty nad ponawiający się pokoleniami bunt żelaznych skrzyń, kiedy utwierdzają się, pełne rozsądku, w myślach, że On nie istnieje. Wtedy uśmiecha się w milczeniu i wychodzi, zamykając za sobą szereg drzwi, a w pustce unosi się tylko słaby, jak głos konającej muchy, brzęk prądów.”

« Ostatnia zmiana: Marzec 17, 2013, 10:34:22 pm wysłana przez liv »
Leniwy wałkoń i wielki waleń mozolnie zgłębiał tajemnice bytu, nazbyt głębokie dla wielkich wałkoni i leniwych waleni.
Winnie the Pooh -  o Wieloryba Polikarpia rozmowach ze śmiercią

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4366
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #346 dnia: Marzec 19, 2013, 10:49:31 pm »
Chyba się więcej nie wyciśnie z tej cytryny.
Dawaj wariata de Cantora z tą jego nieskończonością.
Leniwy wałkoń i wielki waleń mozolnie zgłębiał tajemnice bytu, nazbyt głębokie dla wielkich wałkoni i leniwych waleni.
Winnie the Pooh -  o Wieloryba Polikarpia rozmowach ze śmiercią

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9472
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #347 dnia: Marzec 22, 2013, 01:23:26 am »
Czekaj, jednak się da... Pamiętasz przed startrekiem wstępnym te oto słowa?

"Chcecie, żebym znów coś opowiedział? Tak. Widzę, że Tarantoga wziął już swój blok stenograficzny... profesorze, czekaj. Kiedy ja naprawdę nie mam nic do opowiedzenia. Co? Nie - nie żartuję. A zresztą - mogę w końcu, raz, mieć chętkę przemilczenia takiego wieczoru - w waszym gronie?"

Czy ta rama narracyjna wieczoru w przyjacielskim gronie nie jest świadomą kontynuacją wellsowskiej tradycji? Znasz zapewne?

"Podróżnik w Czasie (tak bowiem wypada go nazwać) wyjaśniał nam oto pewien niezwykły problem. Jego szare lśniące oczy błyszczały, a twarz, blada zazwyczaj, ożywiła się jasnym rumieńcem. Ogień na kominku palii się jasno, a łagodne światło srebrnych lamp w kształcie lilii odbijało się w perełkach napoju musującego w szklankach. Fotele wykonane według projektu gospodarza, miast stanowić po prostu wygodne siedzenie, obejmowały nas i tuliły. Panowała tu atmosfera poobiedniego błogostanu, kiedy to myśli biegną z pewnym wdziękiem, wolne od więzów ścisłości. Tak leż biegły i jego myśli w ciągu wykładu, którego kolejne punkty podkreślał niejako cienkim wskazującym palcem, podczas gdyśmy siedzieli i niedbale podziwiali jego gorące przejęcie się tym. jakeśmy sądzili, nowym paradoksem i niezwykłe bogactwo jego umysłu."
"Wehikuł czasu"

Nie tylko zresztą... Dalej - jak pamiętamy - mowa jest o duchach i o przeżyciu, które wstrząsa światopoglądem bohatera... To znów odsyła nas w rejony czytanych - i analizowanych - przez Lema z lubością  ghost stories, sporo zaś z nich wpisane było w podobne ramy towarzyskiej gawędy*. Wspomnijmy tylko pierwsze zdania utworu rozpoczynającego rekomendowany przez Mistrza zbiorek "Opowieści starego antykwariusza" (acz tu narrator - w przeciwieństwie do Tichego - opowie nam cudzą przygodę):

"Miałem już kiedyś, sądzę, przyjemność opowiedzenia państwu historii przygody mego przyjaciela Dennistouna, która mu się zdarzyła, gdy szukał nowych nabytków dla muzeum w Cambridge."
M.R. James, "Mezzotinta"

(Przy czym w posłowiu do w/w "Opowieści..." Lem sam się określił miłośnika fantazji i apokryfu, jako inteligentnej zabawy co - jak sądzę - należy mieć na uwadze także analizując "Ze wspomnień...".)


* Kolejne przykłady:

"Ktoś poprosił o cygara. Rozmawialiśmy już od wielu godzin i rozmowa zaczynała zamierać; tytoniowy dym wsiąkał w ciężkie kotary, a wino w mózgi. Głowy zaczynały nam ciążyć. Jeżeli ktoś nie uczyni czegoś dla ożywienia naszego ociężałego ducha, to spotkanie dobiegnie końca w sposób naturalny, to znaczy my, jego uczestnicy, rozejdziemy się do łóżek. Nie było nikogo, kto opowiedziałby coś godnego uwagi, prawdopodobnie nie było nikogo, kto miałby coś znaczącego do opowiedzenia. Jones zapoznał nas z najdrobniejszymi szczegółami swojej ostatniej myśliwskiej przygody w Yorkshire. Pan Tomkins z Bostonu z pracowitą rozwlekłością mówił o zasadach pracy, których ścisłe przestrzeganie przyczyniło się do tego, że spółka kolejowa „Atchison, Tepeka i Santa Fe” nie tylko opanowała nowe obszary, zwiększyła swoje wpływy i transportowała stada bydła nie głodząc go na śmierć przed datą dostawy, lecz także od lat udawało jej się łudzić ludzi, którzy wykupili bilety, fałszywym przekonaniem, że właśnie ta spółka jest w stanie przewozić istoty ludzkie bez narażania ich życia.
Signior Tambola dokładał zaś wszelkich starań, by za pomocą argumentów, które moglibyśmy zbić bez zadawania sobie trudu, przekonać nas, że zjednoczenie tego kraju bynajmniej nie przypomina nowoczesnej torpedy, starannie zaprojektowanej, fachowo skonstruowanej z wykorzystaniem doświadczeń największych europejskich zbrojowni, a przeznaczonej do tego, by zręczne ręce skierowały ją do tego regionu, gdzie bez żadnej wątpliwości musi ona bezgłośnie eksplodować, niewidzialna i nie budząca strachu, powodując całkowity polityczny chaos.
Nie ma potrzeby wchodzić w dalsze szczegóły. W każdym razie konwersacja była do tego stopnia mało interesująca, że z pewnością znudziłaby przykutego do skały Prometeusza, a Tantala doprowadziłaby niechybnie do szaleństwa, Iksjona zaś (wybierającego mniejsze zło) mogłaby chyba zmusić do szukania wytchnienia raczej w prostych, lecz pouczających dialogach Herr Ollendorffa.
Siedzieliśmy za stołem od kilku godzin, znudzeni, zmęczeni; nikomu nie chciało się ruszyć.Ktoś poprosił o cygara. Instynktownie spojrzeliśmy na mówiącego. Brisbane był mężczyzną trzydziestopięcioletnim, znanym z daru przyciągania uwagi słuchaczy. Silny, choć w proporcjach jego sylwetki nie było niczego nadzwyczajnego, mimo że z pewnością był większy niż przeciętny mężczyzna — mierzył nieco ponad metr osiemdziesiąt, umiarkowanie szeroki w barach, ale nie zwalisty, jakkolwiek nie można by go nazwać szczupłym. Głowa mała, osadzona na muskularnym karku. Krzepkie dłonie z pewnością mogły zgniatać orzechy bez użycia dziadka, i to z łatwością. Kiedy zaś patrzyło się na niego z profilu, nie mogła ujść uwadze nadzwyczajna szerokość rękawów i niespotykanie szeroko sklepiona klatka piersiowa.
Był to jeden z tych mężczyzn, o których się mówi, że są niepozorni, to znaczy, że nawet jeśli wyglądają na bardzo silnych, w rzeczywistości i tak mają o wiele więcej krzepy. Dorzuć-my jeszcze inne cechy: mała głowa, wielki nos, rzadkie włosy, niebieskie oczy, kwadratowa szczęka i mały wąsik. Znali go wszyscy, więc kiedy poprosił o cygaro, od razu utkwiliśmy w nim spojrzenia.
— Tak, to bardzo dziwne — powiedział Brisbane.
Zamilkliśmy: głos Brisbane'a nie był mocny, ale miał tę szczególną zdolność przebijania się przez ogólny gwar rozmowy i przecinania jej niby nóż. Zamieniliśmy się w słuch. Brisbane zaś spostrzegłszy, że wzbudził naszą ciekawość, z namaszczeniem przypalał cygaro.
— Bardzo dziwne — ciągnął. — Ludzie zawsze są ciekawi, czy ktoś widział ducha? No, więc ja widziałem."

F. Marion Crawford, "Górna koja"

"— To tylko konwencja — niefrasobliwie powiedział Anthony Carling — w dodatku nie bardzo przekonywająca. Czas! W rzeczywistości nie ma czegoś takiego. Czas po prostu nie istnieje. To tylko nieskończenie mały punkt wieczności, podobnie jak przestrzeń jest nieskończenie małym punktem nieskończoności. Przyzwyczailiśmy się wierzyć, że czas jest osobliwym tunelem, przez który podróżujemy. Tunel wydaje się nam realny, ponieważ słyszymy łoskot, a wokół nas jest ciemność. Ale zanim wjechaliśmy do tunelu, istnieliśmy w nieskończonej światłości i podobnie będzie, gdy zeń wyjedziemy. Więc dlaczego mielibyśmy zwracać uwagę na hałas i ciemność, która otoczyła nas na chwilę?
Jak na wiernego wyznawcę ponadczasowych idei, które głosił z zapałem, akcentując słowa gwałtownymi ruchami pogrzebacza wzniecającego snopy iskier i ożywiającego ogień, Anthony miał wiele zrozumienia dla tego, co doczesne i skończone. Jak nikt z ludzi, których znałem, cenił smak życia i jego uciech. Tego wieczora uraczył nas wspaniałą kolacją podlaną znakomitym porto, a uprzyjemniał ją jeszcze swym zaraźliwym optymizmem."

E.F. Benson, "W metrze"
« Ostatnia zmiana: Marzec 22, 2013, 08:25:56 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4462
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #348 dnia: Marzec 26, 2013, 04:08:29 pm »
Czy ta rama narracyjna wieczoru w przyjacielskim gronie nie jest świadomą kontynuacją wellsowskiej tradycji?
(...)
Dalej - jak pamiętamy - mowa jest o duchach i o przeżyciu, które wstrząsa światopoglądem bohatera... To znów odsyła nas w rejony czytanych - i analizowanych - przez Lema z lubością  ghost stories, sporo zaś z nich wpisane było w podobne ramy towarzyskiej gawędy*.
Ano...to prawda, że te kolejne opowiadania (nie tylko Corcoran) mieszczą się w tych ramach - snucie opowieści, klimat: deszczowe mroki, dziwni nieznajomi itd.  Zresztą chyba w FiFie albo Moim poglądzie na literaturę Lem analizował ten typ literatury. Widocznie postanowił ją wypróbować:)
Jakby tu w końcu przejść do tych duszności deCantorowych?;)
Hm...może pomostem będzie Doyle? Się złożyło, że w tej zagadkowej Piątkowej był artykuł o Doyle'u - przez fortepiano nie zalinkuję, ale mniej niż więcej to samo można przeczytać w Wiki.
Jego życie mogłoby być wzorem dla postaci z tych opowiadań Lema. Młody człek kształcony w lekarskim kierunku, biorący udział w wielorybniczej wyprawie, piszący historie wsparte na logice - generalnie żyjący tu-i-teraz, przyziemnie, powszechnie znany. Podobno należał do Stowarzyszenia Racjonalistów
I nagle zwrot - po owych wstrząsających doświadczeniach pierwszowojennych (śmierci syna i innych bliskich osób) - odkrywa spirytyzm i zmienia się jego światoogląd - mamy przejście do ghost story i kontaktów ze zmarłym synem - z tym, że to specyficzny rodzaj GS -u : pisany przez życie:)
Niemniej mamy duszę (gorzej z kontaktami) - brakuje tylko patentu i udziałów w przedsiębiorstwie "Nieśmiertelność":)
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9472
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #349 dnia: Marzec 26, 2013, 05:27:43 pm »
Zresztą chyba w FiFie albo Moim poglądzie na literaturę Lem analizował ten typ literatury. Widocznie postanowił ją wypróbować:)

Ten typ literatury fascynował bodaj Lema całe życie pisał o nim w w/w, pisał jeszcze w "Wejściu na orbitę", polecał, krytycznie analizując, Grabińskiego, pisząc w posłowiu do opowiadań jego:

"Nie jest to jednak, jak można by sądzić, po prostu zderzenie fizyki z metafizyką. Proszę zważyć, że owe zjawiska kolidują dziś z nauką, lecz nie zawsze tak było. Dawniej kolidowały z wiarą religijną. A więc nie tylko fizyka, lecz i metafizyka (wiary systemowej) miała we „wiedzy tajemnej” przeciwnika. Gusła, uroki, czary, lewitacje sprawiały teologom kłopoty dużo wcześniej, nim jęły sprawiać je uczonym. Nawet reakcja pierwszych i drugich była dosyć podobna. Jedni usiłowali rzecz niejako prze milczeć, zatuszować, oddalić, skazać na wygnanie, drudzy natomiast gotowi byli podejmować próby oswojenia tych zjawisk. Oczywiście próba „ domestykacji” takich urągliwych fenomenów wewnątrz fizyki wyglądać musi inaczej niż wewnątrz metafizyki. W fizyce mówi się o promieniowaniach, o mechanizmie przyczynowym, o nieznanych formach energii, a w teologicznej metafizyce o duszach pokutujących, o diabelskich konszachtach itp.
A zatem istoty tych zjawisk nie stanowi dla nas ich natura metafizyczna. Istoty tej należy się dopatrywać w wywrotowej robocie, atakującej taki rodzaj ładu, który w danym momencie historycznym zinstytucjonalizował się jako naczelny.
Jest więc tak chyba: pierwej człowiek wznosi z największym trudem ład, a potem wystawia go na szwank chaosu. Najpierw wymienia ignorancję na wiedzę, a potem gotów jest wyzbyć się tej wiedzy na rzecz porażającej ignorancji, ponieważ jest ona tajemnicą. Jestem przekonany, że gdyby udało się dokumentnie zracjonalizować i przyswoić praktycznej wiedzy zjawiska pozazmysłowe, więc dokonać tym samym aktu ich „naturalizacji” , to utraciłyby natychmiast swą dotychczasową urokliwość, i w poszukiwaniu przyprawiającej o zamęt tajemnicy ludzie jęliby szukać Niedocieczonego gdzie indziej. Chodzi więc, jak sądzę, o określoną potrzebę właściwą człowiekowi, o potrzebę owej hybris, czyli przekraczającego miarę naruszenia ładu społecznego i kosmicznego, którą dawne społeczności zaspokajały zliturgizowanymi praktykami, np. orgiastycznego typu. Jest więc tak, że człowiek sam niejako wprowadza w uporządkowany przez siebie obraz świata porcje tajemniczego nieładu. Kiedy zaś to uczyni, bierze się do uładzenia takich zastrzyków chaosu — i ze zmagań tych powstaje osobliwa dialektyka historyczna. Kiedy mianowicie rozpoznana w danej epoce historycznej tajemnicza żywiołowość ulegnie z kolei należy­temu, bo właściwemu normalnym ludzkim praktykom, upo­rządkowaniu — kiedy np. powstaną już tablice astrologiczne, klasyfikacje czarów zawartych w księgach wiedzy tajemnej, gdy się skrystalizuje jakaś „ teoria spirytyzmu” lub tp. — czyli kiedy w pierwotny nieład zagadki wkroczy metoda, schemat i klucz, zawłaszczone tym sposobem i jakby oswojone już zjawiska zatracają swą pierwotną atrakcyjność i ulegają stopniowemu unieważnieniu, widomemu w postaci rosnącej na nie obojętności. Potem, w następnym wieku, następne pokolenia z ich nowymi rzecznikami Nie samowitego, wszczynają od nowa trud porządkowań, tak borykając się z Niedocieczonym, jakby nie mieli nigdy poprzedników. A ponieważ Tajemnicy przyprawia zawsze konkretne oblicze duch czasu, dawne upostaciowania Zagad­kowego Chaosu — widome w magiach, czarach i okultyzmach — obecnie zastępują pseudoracjonalne pogłoski o Kosmicznych Przybyszach czy Talerzach Latających. Zmienia się forma i treść konkretna, ale nie zmienia się istota pojedynku toczonego z Chaosem — zarazem pożądanym i likwidowanym zabiegami porządkowującymi. Zapewne, wszystkie doznane przez ludzi na tej drodze zawody mogą świadczyć o tym, że taki żywioł widmowy jest bardzo trudno pochwytny. Sądzę jednak, że daremność takich wysiłków (wszak nic nie zrodziła rzeczowego magia, tak samo jak nie dały rezultatu poszukiwania Gości Kosmicznych czy Latających Talerzy) świadczy o czymś całkowicie odmiennym, mianowicie o tym, że poczucie zagrożenia jakby dzikim żywiołem nieznanym jest ludziom niezbędne. Tym samym problem okazuje się poważny, skoro kwestia „potrzeby Niesamowitego” jest bodajże niesamowitsza od wilkołaków czy zjaw, którymi ta potrzeba była żywiona. A zatem opowieść grozy jest namiastką tej hybris, którą dawniej ludzie prokurowali sobie realnie, namiastką słabiutką, dziesiątą wodą po kisielu, toteż może być dziś tylko małokalibrową rozrywką."


I to samo dokładnie oferuje nam Lem obierając jednak Niesamowite z kiczowatych dekoracji, w które ubrała je literacka tradycja, czyniąc natomiast Niesamowitym realnym to jest możliwym jako solipsystyczna (+/-) alternatywa dla gmachu naukowej wiedzy, a tym samym unikając typowej dla literatury grozy pułapki, o której tak pisał:

"Czym są w opowieści niesamowitej widmowe żywioły, magie czarne i białe? O co idzie wkraczającemu w ich sferę bohaterowi? O nic ponad sposoby skutecznego działania. Bohater taki to zatem „ nieortodoksyjny technolog” , posługujący się energią „ pozagrobową” bądź „ piekielną” zamiast chemicznej lub cieplnej, zaklęciem jako „ urządzeniem nawodzącym” zamiast celownika optycznego bądź elektromagnetycznego, oraz wtajemniczeniem spirytystycznym czy też czarnoksięskim zamiast studiów politechnicznych — jako zapleczem teoretycznym działania. A kiedy — tak bywa często w tych opowieściach — podjęte działania zawodzą lub dają koszmarne w skutkach rykoszety ciemnych sił — mamy do czynienia z taką żywiołową katastrofą, której w sferze racjonalnych technik będzie odpowiadać na przykład burza piorunami spalająca sieć elektryczną lub powódź znosząca tamy.
Ze względu na te własności literatura niesamowita jest blisko spokrewniona z powieścią produkcyjną. Jak w produkcyjniaku nie idzie o żadne problemy pozawytwórcze, więc też o żadne zagadnienia psychologii postaci, tak w pisarstwie niesamowitym nie liczy się nic prócz pokazów pewnych działań i objawianej w nich sprawności albo niesprawności. I różnica w tym jedynie, że pokazy technik cukrowniczych bądź budowlanych mniej zajmują czytelnika od pokazów starć z żywiołem zaświatowym.
A więc w gruncie rzeczy osądzającemu literaturę niesamowitości może być wszystko jedno, czy jej centralne obiekty istnieją, czy nie istnieją, skoro piśmiennictwo to tak samo nie dociera do autentycznych spraw ludzkich, jak nie docierała do nich powieść produkcyjna. Wyrażając to samo nieco brutalniej: dowód istnienia zjaw, strzyg i demonów ani o włos nie polepszyłby marności niesamowitego gatunku. Przecież cukrownie i budowy na pewno są realne, lecz nie wpływa to na wartość produkcyjniaków."


Zauważywszy tedy, że Lem - w przeciwieństwie do poprzedników - dociera do autentycznych spraw ludzkich, możemy śmiało wziąć się za temat technologii duszy.


"Ze wspomnień Ijona Tichego II [Decantor, wynalazca duszy nieśmiertelnej]" (nadal ów owocny rok 1961).

Na starcie tam mamy: 'Jakieś sześć lat temu, po powrocie z podróży", jeśli uznać (a rosnący poziom intelektronicznych technologii to sugeruje), że z tej ostatniej, czyli z panicznej ucieczki przed internetami (bo merkańskie pudło jednak apokryficzne), to wyjdzie nam Lem jednak na optymistę  8).

Ledwo czas zostaje określony wpada do Tichego gość wieczorny, tak opisany:

"Był to rudzielec w sile wieku, z okropnym zezem, takim, że trudno było patrzeć w twarz, na domiar wszystkiego miał bowiem jedno oko zielone, drugie piwne. Podkreślało to jeszcze szczególny wyraz - jak gdyby w jego twarzy mieściło się dwu ludzi, jeden lękliwy i nerwowy, drugi - dominujący - arogant i bystry cynik; powstawało z tego zadziwiające pomieszanie, bo patrzał na mnie raz piwnym okiem, nieruchomym, niby zdziwionym, a raz zielonym, przymrużonym i przez to kpiącym."

Podczas gdy u Bułhakowa, jak pamiętamy, taki się facet na początku pojawił, który też z duszami miał do czynienia:

"Przede wszystkim opisywany nie utykał na żadną nogę, nie był ani mały, ani olbrzymi, tylko po prostu wysoki. Co zaś dotyczy zębów, to z lewej strony były koronki platynowe, a z prawej złote. Miał na sobie drogi szary garnitur i dobrane pod kolor zagraniczne pantofle. Szary beret dziarsko załamał nad uchem, pod pachą niósł laskę z czarną rączką w kształcie głowy pudla. Lat na oko miał ponad czterdzieści. Usta jak gdyby krzywe. Gładko wygolony. Brunet. Prawe oko czarne, lewe nie wiedzieć czemu zielone. Brwi czarne, ale jedna umieszczona wyżej niż druga. Słowem - cudzoziemiec."

Tyle ode mnie na starcie. Kto analizuje dalej? ;)
« Ostatnia zmiana: Marzec 26, 2013, 07:48:49 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4462
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #350 dnia: Kwiecień 04, 2013, 04:51:18 pm »
Diabelskie skojarzenie fajnie pasuje. Do kolorowych oczu mogę dodać jeno te od D. Bowie'go;)
Za to zaczepię o definicję duszy;) Parę razy wspominałam o książce My Zamiatina i wyciągnę ją ponownie, bo tak się mi dusznie pokojarzyło.
Lem - głosem De z Kantorka mówi:
My, obecnie, wiemy, że żadnej duszy nie ma. Istnieją tylko sieci nerwowych włókien, w których zachodzą pewne procesy związane z życiem. To, co odczuwa posiadacz takiej sieci, jego świadomość czuwająca - to jest właśnie dusza. Tak jest - a raczej tak było, dopóki się nie pojawiłem. A raczej, dopóki nie powiedziałem sobie: duszy nie ma. To udowodnione. Istnieje jednak potrzeba duszy nieśmiertelnej, pożądanie wiecznego trwania, głód nieskończonej rozciągłości osobowej w czasie, na przekór przemijaniu i rozpadaniu się wszystkiego. To spalające ludzkość od chwili jej narodzin pragnienie jest aż nadto realne.
(...)
Ilekroć jednak mówi się o czyjejś duszy, ma się, odruchowo, na myśli psychiczny stan tego człowieka w pełni dojrzałego, cieszącego się najlepszym zdrowiem - zrozumiałe więc, że ten stan wybrałem dla mego celu, i moja syntetyczna dusza jest utrwalonym raz na zawsze przekrojem aktualnej teraźniejszości normalnego, pełnego sił osobnika.

U Zamiatina rónież wiedzą, że duszy nie ma, ale:
Rzuciłem się do niego jak do kogoś najbliższego, prosto na ostrza - coś tam o bezsenności, snach, cieniu, żłtym świetle. Usta-nożyce połyskiwały, uśmiechały się.
- Źle z wami! Widocznie wytworzyła się wam dusza.
Dusza? To dziwne, starożytne, dawno zapomniane słowo. Mawiało się kiedyś „z
duszą na ramieniu”, „bezdusznie”, „wkładać w coś duszę”, ale dusza - -
- To... bardzo niebezpieczne? - wybełkotałem.
- Nieuleczalne - ucięły nożyce.
- Ale... właściwie na czym to polega? Jakoś nie... nie mogę sobie wyobrazić.
- Widzicie... Jakby to wam... Jesteście przecież matematykiem?
- Tak.
- No, więc - płaszczyzna, powierzchnia, o, takie lustro. A na powierzchni, widzicie, my dwaj - o, mrużymy oczy przed słońcem, i ta niebieska iskra elektryczna w żarówce, o, tam - mignął cień aero. Tylko na powierzchni, tylko na sekundę. Ale proszę sobie wyobrazić - jakiś ogień nagle roztopił tę nieprzeniknioną powierzchnię i nic się już po niej nie ślizga - wszystko przenika tam, do środka, w ten lustrzany świat, do którego w dzieciństwie zaglądamy z ciekawością - zapewniam was, dzieci wcale nie są takie głupie. Płaszczyzna stała się objętością, ciałem, światem, i oto wewnątrz lustra - wewnątrz was - słońce, i wir od śmigła aero, i wasze drżące usta, i czyjeś tam jeszcze. Rozumiecie: zimne lustro odbija, odrzuca, a to - wchłania, i wszystko zostawia ślad - na zawsze. Ledwie dostrzegalna zmarszczka na czyjejś twarzy - już na zawsze zostaje w was; usłyszeliście: w ciszy spadła kropla - słyszycie to również teraz...
- Tak, tak, rzeczywiście - złapałem go za rękę. Właśnie słyszałem: z kranu umywalki - krople powoli kapią w głąb ciszy. I wiedziałem - to na zawsze. Dobrze. Ale skąd nagle dusza?
Nie było, nie było - a tu masz... Dlaczego nikt nie ma, tylko ja...
Jeszcze mocniej uczepiłem się papierowej ręki: bałem się stracić koło ratunkowe.
- Dlaczego? A dlaczego nie macie piór ani skrzydeł - zaledwie kości łopatek - fundament pod skrzydła? Dlatego, że skrzydła są już niepotrzebne - jest aero, skrzydła by tylko przeszkadzały. Skrzydła są - żeby latać, a my już nie mamy gdzie: dolecieliśmy, znaleźliśmy. Czyż nie?

(trochę przydługie, ale może ktoś jeszcze nie czytał;) ).
Tak sobie pomyślałam - niby inaczej, a w sumie - w tak różnych książkach - podobnie.
Podobnie: dusza to stan psychiczny, proces.
Różnie: u Lema ten proces odtworzony i dusza jest wyzwoleniem, ocaleniem z doczesności - furtką  do wieczności. U Zamiatina ów proces to choroba, wyobraźnia, wspomnienie, emocje - coś doczesnego, z serii tu-i-teraz, a jednocześnie dającego wyzwolenie.
Podobnie: czym by nie była - przeraża, unieszczęśliwia. Sztucznie wytworzona ulega młotkowi, naturalnie wytworzona - ulega skalpelowi.
Czyli: mieć czy nie mieć? Oto jest pytanie;) Wnioski z Decantora i Delty są odmienne:) A może nie tak bardzo? :-\
Żadnych bredni, żadnych idiotycznych metafor, żadnych uczuć: tylko fakty.?;)
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4366
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #351 dnia: Kwiecień 04, 2013, 08:13:12 pm »
Problem z tą duszą, co?
Kwestia definicji. Jeszcze większy problem. Parafrazując Augustyna - gdy mnie nie pytają, czym jest dusza, to wiem.
Gdy pytają - nie wiem.
 (w oryginale "czas", zdaje się...)
Dekantorek wprowadził własną definicję, maksymalnie zredukowaną (ma tego świadomość, oszust jeden) i nazwał towar - "dusza".
"Sieć włókien nerwowych", "Procesy związane z życiem", "świadomość czuwająca", "aktywny stan umysłu".
Jakież to proste.
To pasuje do człowieka, krowy i rozwielitki.
Jak dla mnie brakuje tu "aktywnej" pamięci, której pony zwierzęta nie posiadają.
 I paru innych "zdolności", typowych tylko dla sapiensów, które powodują, że człowiek żyje w trzech czasach teraźniejszych.
 Jednocześnie.
Przeszłym, obecnym i przyszłym.  :)
Cytuj
Sztucznie wytworzona ulega młotkowi
A miała być nieśmiertelna, przetrwać kres kosmosu... - to się dopiero nazywa bubel.
Autor oczko puszcza, czy co innego?

A skoro otaczamy problem - co tak naprawdę utrwalił dekantorek?
Z użyciem  innych tekstów, moje trzy grosze...
 A raczej Wata.
Prosto z Łubianki.
 Czyli, trzymam za Olą "kurs wschodni".

Pieriekowka duszy (czyli czego?  Świadomości w trzech czasach?)
...na pewno uplanowali to specjaliści, uczniowie Pawłowa, a może nawet znawcy Zenu, bo tam, w Rosji, mnóstwo znakomitych znawców Wschodu i bynajmniej nie ekonomii, tylko właśnie filozofii i religii Wschodu. Prawdopodobnie oni wszyscy gdzieś tam pracowali, w tej najwyższej komórce, która opracowywała wzory terroru. To jest działanie na zasadzie Zenu i Pawłowa. Działanie szokami, kontrastami, żeby doprowadzić do konfuzji umysłu ze wszystkim.
Co jest zasadą wiary rewolucjonisty?
Żeby budować nowe, trzeba zburzyć od podstaw stare, od samych podstaw. Wykorzenić korzenie. Zburzyć fundamenty. W świecie materialistycznym, w ekonomii jest to łatwe do zrobienia. W świecie umysłowym, w świecie duszy burzyć nie można. Nie można zacząć od nihil, bo się nie da. Dusza, rzeczywiście nie znosi pustki ani przez moment. Przebudowę człowieka można zacząć tylko od konfuzji. Przebudować całą starą świadomość, całą starą duszę, powtarzam duszę, dlatego, ze wbrew przyjętemu mniemaniu, bolszewicy nigdy nie zaprzeczali istnieniu duszy. To był spór. „Pod znamieniem marksizma”, pamiętam jeszcze z młodych moich czasów, czytałem wielkie artykuły pawłowowców, refleksologow, przeciwko behawiorystom amerykańskim, że amerykanie zaprzeczają istnieniu duszy: dusza jest.
Cóż by to była za możliwość w ogóle bolszewizmu, gdyby duszy nie było.
Bolszewizm to jest przefasonowanie duszy. A jak jej nie ma, to co przefasonowywać.

« Ostatnia zmiana: Kwiecień 04, 2013, 08:18:50 pm wysłana przez liv »
Leniwy wałkoń i wielki waleń mozolnie zgłębiał tajemnice bytu, nazbyt głębokie dla wielkich wałkoni i leniwych waleni.
Winnie the Pooh -  o Wieloryba Polikarpia rozmowach ze śmiercią

maziek

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10638
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #352 dnia: Kwiecień 04, 2013, 09:02:22 pm »
Może roboczo załóżmy, że dusza to jest to, co trzeba dodać do mięsa, żeby mieć 100% danego człowieka. Taka ekspresowa.
Nie mam racji a i tak maździory witosieją w terpentynie!
Z Globalnym uważaj Pan, on tylko udaje tępotę! Potem wciąga do jamy i zagryza!© Remuszko.
Ukłony, maziek

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4462
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #353 dnia: Kwiecień 04, 2013, 10:17:49 pm »
Może roboczo załóżmy, że dusza to jest to, co trzeba dodać do mięsa, żeby mieć 100% danego człowieka. Taka ekspresowa.
To zakłada dualizm. Czyli Decantor nie zrobiłby niczego nadzwyczajnego - ponad rozdzielenie wiadomych - wcześniej zapodanych - pierwiastków;) A on ją wynalazł, stworzył. Jej nie było. On zrobił ten przekrój aktualnej teraźniejszości. Czas zatrzymany.
Cytuj
Sztucznie wytworzona ulega młotkowi
A miała być nieśmiertelna, przetrwać kres kosmosu... - to się dopiero nazywa bubel.
Autor oczko puszcza, czy co innego?
Bingo. Powiedzmy, że przedsiębiorstwo "Nieśmiertelność" musiałoby popracować nad czymś trwalszym niż syntetyczny kryształ;)
Cytuj
A skoro otaczamy problem - co tak naprawdę utrwalił dekantorek?
Świadomość w trzech czasach - bardzo ładnie. Taki kulawy transhumanizm - człek, którego świadomość przesadzili w kryształ, ale z odciętymi zmysłami - zatopiony we własnych myślach - ograniczonych do czasu, w którym się przetransformował. Nic nowego nie zagości w tym świecie. Prawdziwy wieczny solipsyzm - zależny od zamiatinowej wyobraźni, ile zdążyło nakapać - tyle będzie się wiecznie przelewać.

Bolszewizm to jest przefasonowanie duszy. A jak jej nie ma, to co przefasonowywać.
No właśnie - jak u Zamiatina - już nic. Powszechna bezwolna szczęśliwość: Skrzydła są - żeby latać, a my już nie mamy gdzie: dolecieliśmy, znaleźliśmy. Czyż nie?
Dusza jest już przefasonowana. Czyli dusza jako stan świadomości do urobienia - kiedy już niepotrzebna, bo wprowadza jeno niepokój... potrzebne jest status quo, by utrzymać matematyczny porządek. Można wyciąć pierwiastek z -1. Skalpel, młotek.
U Dekantora ta dusza w człeku to pamięć, proces uczenia, zapamiętywania - zakonserwowany w krysztale. To żadna przyprawa do mięsa...vegeta? brrr;)...to część tego mięsa. Tichy mówi:
(...) na dnie mojej cielesnej, krwistej duszy będzie tlała myśl o tym, że gdzieś w zapchanym rupieciami biurku, w pełnej szpargałów szufladzie spoczywa ludzki umysł, żywa świadomość tej nieszczęsnej kobiety, którą on zabił.
Ta dusza u Lema, to wg mnie taka skrzynka Corcorana, której odcięto bęben z nowymi bodźcami. Wariacja na temat in the cage of mind.



Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4366
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #354 dnia: Kwiecień 04, 2013, 10:42:22 pm »
Cytuj
Świadomość w trzech czasach - bardzo ładnie. Taki kulawy transhumanizm - człek, którego świadomość przesadzili w kryształ, ale z odciętymi zmysłami - zatopiony we własnych myślach - ograniczonych do czasu, w którym się przetransformował. Nic nowego nie zagości w tym świecie. Prawdziwy wieczny solipsyzm - zależny od zamiatinowej wyobraźni, ile zdążyło nakapać - tyle będzie się wiecznie przelewać.
W dwóch.
Tak zamknięta, jak ją zwał, nie ma przyszłości.
A nawet jednym - przeszłym.
Teraźniejszość zamieniona w wieczność traci sens.
Czyli można mielić jedynie przeszłość. Wyobraźcie sobie - nie ma jutra, pojutrza...kolacji, śniadanka, wiosny...Ja właśnie myślę...co jutro? Bo dziś wiadomo...już ch. Pewnie jutro też, ale wtedy pomyślę o pojutrzu.
 Co bym myślał "ja" wieczny, ale odcięty?
Cytuj
Może roboczo załóżmy, że dusza to jest to, co trzeba dodać do mięsa, żeby mieć 100% danego człowieka. Taka ekspresowa.
Człowieka czyli co?
Bo jest dużo przepisów. Pikantnie, łagodnie, po meksykańsku, gotowanego, smażonego...a może, duszonego. ;)
Vegeta? To uniwersalna?
Człowiek platoński po bolszewicku. W sosie cudzym. :)
Cytuj
Ta dusza u Lema, to wg mnie taka skrzynka Corcorana, której odcięto bęben z nowymi bodźcami. Wariacja na temat
Coś jakby - odwzajemniam bingo. :)
 Czyżby w opowiadaniach Lem wariował sobie? Wychodząc od złudzenia wolnej woli , teraz złudzenie duszy nieśmiertelnej (mam na myśli przymiotniki)...co dalej?
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 04, 2013, 10:48:42 pm wysłana przez liv »
Leniwy wałkoń i wielki waleń mozolnie zgłębiał tajemnice bytu, nazbyt głębokie dla wielkich wałkoni i leniwych waleni.
Winnie the Pooh -  o Wieloryba Polikarpia rozmowach ze śmiercią

maziek

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10638
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #355 dnia: Kwiecień 04, 2013, 11:18:34 pm »
No powiedzmy że masz człowieka i wyrywasz mu tę duszę (duszę właściwą a nie w sensie tego czegoś, tego wynalezionego urządzenia/przedmiotu, ono jest tylko łapaczem duszy albo futerałem na duszę). To co zostaje bez duszy jest ciałem, trupem. I, już poza opowiadaniem, jakby z tego urządzenia tchnąć tę dusze z powrotem w ciało, to byłby duchowo dokładnie ten sam człowiek, co przed wyrwaniem duszy. Kwestia czy ta dusza przez Pana Boga wynaleziona czy przez wariata jest poniekąd wtórna, o ile się zakłada, że w ogóle taka dychotomia (materii i ducha) istnieje. Bo można założyć, że nie istnieje i że nie można "przesiąść duszy", rozdzielić jej od ciała. Dusza nie musi być przy tym "duchowa" i niematerialna, może to być proces fizyczny, informatyczny, w każdym razie przesiadka świadomości mówiąc najprościej. Ten wariat przemieścił żonę z jednego ciała w drugie po prostu, tylko że to drugie było nietypowe. Trochę jak w tym opowiadaniu co to Trurl z Klapaucjuszem mieli aparat z rogami, którym można było wymienić osobowość z osobą, którą się ubodło. Koncept ten sam, tylko zamiast wymiany przesiadka i to jednokierunkowa. Chyba pokrętnie mi to wyszło :) ...
Nie mam racji a i tak maździory witosieją w terpentynie!
Z Globalnym uważaj Pan, on tylko udaje tępotę! Potem wciąga do jamy i zagryza!© Remuszko.
Ukłony, maziek

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4366
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #356 dnia: Kwiecień 05, 2013, 12:07:08 am »
To trochę podobnie jak tu:
Książka ta opowiada o losach Oktawiusza de Saville,młodzieńca nieszczęśliwie zakochanego w żonie polskiego hrabiego,Litwince Praskowii Łabińskiej. Hrabina nie odwzajemnia jego uczuć,a on sam popada w melancholię. Jednak sprawa nabiera całkiem innego światła,gdy w życiu Oktawiusza pojawia się zagadkowy doktor Baltazar Cherbonneau, który potrafi, w pewnym sensie, pomóc młodemu człowiekowi. Sprawa dotyczy "przeszczepu" duszy Oktawiusza do ciała hrabiego Łabińskiego i odwrotnie. Jednak,czy przyniesie to ukojenie młodemu Oktawiuszowi, który od tego momentu jest w ciele hrabiego przy swojej ukochanej?
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/100161/awatar
W książce są szczegóły techniczne.
Choć to romantyk. :)

Jest też film. Polski!
http://www.filmpolski.pl/fp/index.php/123761
Wprawdzie nie przesiadka, ale zamiana - oba ciała żywe. Ale to sprawa wtórna.
Pojawiły się jednak pewne inne, hmm...problemy.
Cytuj
Ten wariat przemieścił żonę z jednego ciała w drugie po prostu, tylko że to drugie było nietypowe
Wydaje się, że dusza bez ciała ludzkiego, to kiepski pomysł. Chrześcijaństwo miału czuja kombinując "zmartwychwstanie ciałem". A stan pomiędzy, tylko przejściowy. Te dusze w Hadesie...też nędza płacząca, choć herosów.
Jakośtak, bytowanie, nawet wieczne, ale niezmienne i w formie kryształka, wygląda mało pociągająco.
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 05, 2013, 12:35:59 am wysłana przez liv »
Leniwy wałkoń i wielki waleń mozolnie zgłębiał tajemnice bytu, nazbyt głębokie dla wielkich wałkoni i leniwych waleni.
Winnie the Pooh -  o Wieloryba Polikarpia rozmowach ze śmiercią

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9472
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #357 dnia: Kwiecień 05, 2013, 12:44:36 am »
Ta dusza u Lema, to wg mnie taka skrzynka Corcorana, której odcięto bęben z nowymi bodźcami.

W sumie jest to forma piekła dla takiej duszy, zdaniem mojem. W pewnym - inteligentnym nawet jak na ten gatunek lyteratury -  horrorze-z-domieszką-SF'a-i-fantasy pojawia się podobna wizja pozagrobowej samotności (motywowanej tam metafizycznie, nie technicznie, ale dającej identyczny efekt na wyjściu: dusza sama ze swoimi myślami); autor przedstawia rzecz jednak arcydobrodusznie i przez to nierealnie:

"- Rozumiem - powiedziała Brenda marszcząc brwi. - Przynajmniej wydaje mi się, że rozumiem. Więc szczęśliwi ludzie leżą, rozpamiętując dobre czasy, a nieszczęśliwi po prostu wyłączają się.
- Coś w tym rodzaju. Źli ludzie myślą o złych rzeczach, mordercy o morderstwach i tak dalej. Jak zwykli ludzie. Każdy ma swoje piekło. Ich myśli biegną normalnym torem. Powiedzmy, że za życia mieli przyziemne myśli. Nie poniżam ich - nie byli błyskotliwi, to wszystko. Są jeszcze ludzie nadzwyczajni, twórczy. Wielcy myśliciele, architekci, matematycy, pisarze - prawdziwi intelektualiści. Jak uważasz, o czym oni myślą?
Brenda patrzyła, próbując zrozumieć. Zatrzymała się, podniosła jasny, morski kamyk.
- Jeśli, powiedzmy, byli za życia wielkimi myślicielami, to myślą na swój niezwykły sposób.
- Zgadza się! - powiedział z naciskiem Harry. - Właśnie tak. Budowniczowie mostów budują w swych myślach mosty. Piękne, napowietrzne, łączące kontynenty. Muzycy komponują cudowne piosenki i melodie. Matematycy konstruują abstrakcyjne teorie, tak zadziwiające, że obejmują tajniki wszechświata. Zmarli prześcigają osiągnięcia swojego życia. Rozwijają pomysły do granic ideału. Doskonalą niedokończone - na co nigdy nie mieli czasu zażycia. Nikt im nie przeszkadza - nie ma zakłóceń z zewnątrz. Nikt ich nie kłopocze, nikt się nie miesza, nikt ich nie obchodzi/.../.
- /.../ Nie rozumiem, dlaczego ci zmarli ludzie chcą rozmawiać w twoim, no, nekroskopem? Czy on im nie przeszkadza?
- Nie - Harry potrząsnął głową - wręcz przeciwnie. Co za pożytek z czegoś pięknego, jeśli nie możesz powiedzieć czy pokazać komukolwiek co zrobiłeś? Dlaczego też oni lubią rozmawiać z nekroskopem - on docenia ich geniusz. Jest jedynym, który to potrafi. Jest przyjacielski, chce poznać ich cudowne odkrycia, fantastyczne wynalazki, które stworzyli!"

Brian Lumley "Nekroskop"

Po mojemu jednak taka izolacja byłaby koszmarem, wariacką kąpielą do kwadratu, z której w dodatku wynurzyć się można tylko w niebyt... Tichy ma rację mówiąc:
"- To okropne... /.../ Ślepy, głuchy, sparaliżowany... przez wieki
Pytanie zresztą czy taka dusza w krysztale może od tego zwariować, bo tak byłoby chyba dla niej lepiej, czy też z racji różnicy nośnika skazana jest na potworną w tym wypadku, niezmąconą świadomość?

A właśnie... Osobnego rozważenia wymaga wpływ "dusznego" ;) stanu istnienia na świadomość, w końcu byt ją określa, nie? ;) I tu podeprę się cytatem, a nawet paroma (wszystkie z jednej powieści):

"- Ale co z tym skanerem, który zbudowała dla was moja firma? Czy nie sporządzacie teraz pełnych wypisów mózgowych określonych ludzi?
- Osiągnęliśmy w tej dziedzinie znaczne postępy. Mamy prototyp zwany RICKGREEN, ale nie jesteśmy jeszcze gotowi do publicznej prezentacji. Znasz tego komika, Ricka Greena?
- Pewnie.
- Sporządziliśmy pełny zapis jego mózgu. Powstały system potrafi opowiadać kawały, które są równie śmieszne, jak opowiadane przez prawdziwego Ricka. I jeśli damy mu dostęp do wiadomości agencyjnych Canadian Press i UPI, umie nawet tworzyć nowe anegdoty na aktualne tematy.
- Dobra, to znaczy, że w zasadzie potraficie sklonować w krzemie określony ludzki umysł...
- Mamy dwudziesty pierwszy wiek, Peter. Używamy arsenku galu, nie krzemu.
- Jeśli tak mówisz.
- Poruszyłeś jednak kwestię, która czyni problem jędrnym - dotarliśmy do punktu, w którym potrafimy sklonować konkretny ludzki umysł. Szkoda, że podobna metoda nie powstała na czas, by można było skopiować umysł Stephena Hawkinga. Istnieje jednak bardzo niewiele zastosowań, do których przydatna jest wiedza tylko jednej osoby.
Większość systemów doradczych potrzebuje połączonych wiadomości wielu praktyków. Jak dotąd nie istnieje sposób, by połączyć, powiedzmy, Ricka Greena z Jerrym Seinfeldem albo zbudować sieć neuronalną łączącą cechy Stephena Hawkinga i Mordecaia Almimego. Choć wiążę z tą metodą wielkie nadzieje, podejrzewani, że większość kontraktów będzie polegała na sporządzaniu duplikatów mózgów autokratycznych prezydentów koncernów, przekonanych, że ich następcy będą zainteresowani tym, co będą mieli do powiedzenia po śmierci.
Peter skinął głową.
- Poza tym - ciągnął Sarkar - całkowite wypisy mózgowe to właściwie straszliwe marnotrawstwo środków. Kiedy tworzyliśmy RICKGREEN, byliśmy tak naprawdę zainteresowani wyłącznie jego poczuciem humoru, tymczasem system daje nam całą resztę wiedzy Ricka, wliczając w to jego sposoby wychowywania własnych dzieci, nieskończoną liczbę specjalistycznych wiadomości na temat modeli kolejek, które są jego hobby, a nawet jego metody gotowania, których nikt zdrowy na umyśle nie chciałby naśladować.
- Czy nie możecie odłączyć samego poczucia humoru?
- To trudne. Umiemy już dobrze dekodować to, co robią poszczególne sieci neuronalne, istnieje jednak wiele wzajemnych połączeń. Kiedy spróbowaliśmy skasować część dotyczącą wychowywania dzieci, przekonaliśmy się, że system przestał opowiadać kawały na temat życia rodzinnego.
- Ale potraficie sporządzić w komputerze dokładną kopię danego ludzkiego mózgu?
- To zupełnie nowa metoda, Peter. Niemniej jak dotąd kopie wydają się dokładne.
- I potraficie, przynajmniej do pewnego stopnia, zinterpretować funkcje rozmaitych wzajemnych połączeń neuronalnych?
- Tak-odparł Sarkar. - Ale to również przetestowaliśmy jedynie na prototypie RICKGREEN, a to ograniczony model.
- I kiedy już zidentyfikujecie daną funkcję, potraficie ją wykasować z całkowitej symulacji mózgowej?
- Jeśli nie zapomni się o tym, że wykasowanie jakiegoś elementu może zmienić reakcje czegoś innego, co wydaje się nie powiązane, powiedziałbym, że dotarliśmy już do tego punktu.
- W porządku - stwierdził Peter. - Pozwól, że zaproponuję ci pewien eksperyment.
Powiedzmy, że sporządzisz dwie kopie umysłu danej osoby. Z jednej z nich usuniesz wszystko, co jest związane z fizycznym ciałem - reakcje hormonalne, pragnienia seksualne i podobne sprawy. Z drugiej natomiast usuniesz wszystko, co wiąże się z degeneracją ciała, strachem przed starością i śmiercią i tak dalej.
Sarkar zjadł knedel z macy.
- Jaki byłby tego cel?
- Pierwsza symulacja odpowie na pytanie, które wszyscy mi zadają - jak naprawdę wygląda życie po śmierci? Jakie części ludzkiej psychiki potrafią przetrwać w oderwaniu od ciała? A skoro już się za to weźmiemy, pomyślałem, że zrobimy i drugą symulację - istotę, która wie, że jest fizycznie nieśmiertelna, jak ktoś, kto poddał się procesowi Life Unlimited.
Sarkar przestał poruszać szczękami. Otworzył szeroko usta, odsłaniając pozbawiony godności obraz żutego knedla.
- To... to niewiarygodne - powiedział wreszcie z pełną buzią. - Subhanallah, co za pomysł.
- Czy potrafiłbyś tego dokonać?
Sarkar przełknął ślinę.
- Może - stwierdził. - Elektroniczna eschatologia. Co za myśl.
- Musiałbyś zrobić dwa wypisy mózgowe.
- Wypis oczywiście zrobimy raz. Potem po prostu sporządzimy dwie kopie.
- Chciałeś powiedzieć jedną.
- Nie, dwie - odparł Sarkar. - Przecież wiesz, że nie nożna przeprowadzać doświadczenia bez próby kontrolnej.
- Masz rację - przyznał Peter, lekko zawstydzony. - Tak czy inaczej, zrobimy jedną kopię, którą zmodyfikujemy, by była symulacją życia po śmierci. Nazwijmy... nazwijmy ją Duchem. I drugą, która będzie symulacją nieśmiertelności.
- A trzecią zostawimy bez modyfikacji - dorzucił Sarkar. Podstawowa albo kontrolna wersja, którą będziemy mogli porównywać z oryginalną żywą osobą, aby się upewnić, że kopie nie tracą dokładności w miarę upływu czasu.
- Znakomicie - stwierdził Peter.
- Ale wiesz, Peter, to niekoniecznie będzie symulacja prawdziwego życia po śmierci.
To jest życie poza fizycznym ciałem, ale kto wie, czy fala duszy niesie ze sobą jakieś nasze wspomnienia? Oczywiście jeśli ich nie niesie, nie jest naprawdę znaczącą kontynuacją egzystencji. Bez naszej pamięci, naszej przeszłości, tego, czym byliśmy, nie byłaby tym, co rozpoznalibyśmy jako kontynuację tej samej osoby.
- Wiem o tym - odparł Peter. - Ale jeśli dusza w jakimś stopniu przypomina to, za co ludzie ją uważają - sam umysł, bez ciała - ta symulacja da nam wyobrażenie, czym tego rodzaju dusza mogłaby być. Będę wtedy w stanie powiedzieć coś istotnego, gdy następnym razem zapytają mnie: „Jak naprawdę wygląda życie po śmierci?”"


"- Załaduj Ducha.
- Załadowany. Polecenie?
- W porządku - powiedział Sarkar i zwrócił się ku Peterowi. - Duch ma symulować życie po śmierci. Aby to osiągnąć, zaczniemy od wyłączenia wszystkich funkcji czysto biologicznych. Nie będzie to oczywiście polegało na fizycznym usuwaniu części świadomego mózgu, a tylko na rozłączaniu rozmaitych sieci. By się przekonać, które połączenie możemy przeciąć, użyjemy Biblioteki Bodźców Dalhousie’a. To kanadyjska wersja zbioru standardowych obrazów i zapisów dźwięków stworzonego pierwotnie na Uniwersytecie Melbourne. Powszechnie używa się jej w testach psychologicznych. Gdy Duch będzie się stykał z kolejnymi obrazami i dźwiękami, będziemy rejestrować, które neurony zareagują impulsami.
Peter skinął głową.
- Bodźce są skatalogowane według typów emocji, które mają wywoływać: strach, wstręt, podniecenie seksualne, głód i tak dalej. Chcemy sprawdzić, które sieci neuronalne są pobudzane wyłącznie impulsami biologicznymi, a potem je wyzerować. Oczywiście musimy przejść przez wszystkie bodźce kilkakrotnie w przypadkowej kolejności z uwagi na potencjały czynnościowe. Sieci mogą się nie uaktywnić, jeśli podobną kombinację neuronów chwilę wcześniej pobudziło coś innego. Gdy już się z tym uporamy, powinniśmy otrzymać wersję twojego umysłu zbliżoną do tego, kim byłbyś, gdyby uwolniono cię od wszelkich trosk związanych z zaspokajaniem fizycznych potrzeb. Innymi słowy, gdybyś był martwy.
Potem powtórzymy ten proces z Ambrotosem, nieśmiertelną wersją. Z niej jednak usuniemy strach przed starością i kwestie związane ze starzeniem się i śmiercią.
- A co z wersją kontrolną?
- Zademonstruję jej identyczne obrazy i dźwięki, by zetknęła się z takimi samymi bodźcami jak pozostałe, ale nie wyzeruję żadnej z jej sieci."


"Przeszedł przez całe warstwy menu do eksperymentalnego systemu sztucznej inteligencji. Sarkar przygotował proste menu przywołujące kopie na pierwszy plan.
[F1] Duch (Życie po śmierci)
[F2] Ambrotos (Nieśmiertelność)
[F3] Kontrola (niezmodyfikowana)
Gdy spróbował dokonać wyboru, zdał sobie sprawę, że stanął przed tym samym pytaniem, na które próbowali wcześniej odpowiedzieć z Sarkarem. Która z wersji wysłucha go z największym zrozumieniem? Symulująca życie po śmierci? Czy istota pozbawiona fizycznego ciała potrafi naprawdę zrozumieć małżeńskie kłopoty? Kiedy w małżeństwie kierowano się emocjami, a kiedy rozumem? Jak wielką częścią emocji kierowały hormony?
A co z nieśmiertelną wersją? Nieśmiertelność mogła oznaczać trwałość. Być może nieśmiertelny miał szczególne zrozumienie dla problemów wierności. Ostatecznie małżeństwo podobno miało trwać wiecznie.
Wiecznie.
Pomyślał o Spenserze. I Susan Silverman. I Hawku. Lubił książki o nich. Kiedy jednak Robertowi B. Parkerowi po raz ostatni udało się wymyślić nową sytuację, w której mógł ich umieścić? Nowy element ich osobowości, który mógłby zbadać?
Stulecie z Cathy.
Tysiąclecie z Cathy.
Potrząsnął głową. Nie, nieśmiertelna wersja by tego nie zrozumiała.
Nieśmiertelność z pewnością nie dawała poczucia trwałości. W najmniejszym stopniu. Obdarzała perspektywą.
Długofalową."


"Dla Ducha, kopii symulującej życie po śmierci, nie istniało już nic takiego, jak biologiczny sen, rozróżnienie między świadomością a nieświadomością.
Osobie z krwi i kości sny zapewniały odmienną perspektywę, inną opinię na temat wydarzeń dnia. Duch jednak miał tylko jeden tryb działania, tylko jeden sposób patrzenia na wszechświat. Niemniej poszukiwał połączeń.
Cathy.
Jego żona. Z dawnych czasów.
Pamiętał, że była piękna... przynajmniej dla niego. Teraz jednak, gdy uwolnił się od biologicznych popędów, wspomnienie jej twarzy, jej figury, nie wywoływało żadnej estetycznej reakcji.
Cathy.
Zamiast marzeń sennych Duch oddawał się jałowej medytacji. Cathy. Czy to jest anagram czegoś? Nie, oczywiście, że nie. Ale chwileczkę. „Chaty”. No, proszę, nigdy dotąd na to nie wpadł.
Chaty miały przyjemne zarysy. Ich piękno było czymś, co nadal potrafił docenić.
Cathy coś zrobiła. Coś złego. Coś, co sprawiło mu ból.
Pamiętał oczywiście, co to było. Pamiętał ból w ten sam sposób, w który - jeśli zechciał - potrafił przywołać wspomnienie innych cierpień. Noga złamana na nartach. Skóra zdarta z kolana w dzieciństwie. Dwunaste z kolei uderzenie w głowę o tę nisko umieszczoną belkę na suficie w domku rodziców Cathy.
Wspomnienia.
Ale wreszcie przestał czuć ból.
Nie istniał odpowiedni organ.
Organ. Anagram grona.
Takie połączenia najlepiej znajduje się we śnie.
Duchowi zaczynało brakować snów."

Robert J. Sawyer "Eksperyment terminalny"
(b. zachwalany ongiś przez Oramusa)

ps.żeby nie było tak sierioznie, coś dla ciekawych jak też Decantor mógł mieć na imię... ::)
http://pt.wikipedia.org/wiki/Cubo_de_Cantor
http://fr.wikipedia.org/wiki/Paradoxe_de_Cantor
(Cubo, to prawie jak Kuba ;).)
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 05, 2013, 09:09:11 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4366
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #358 dnia: Kwiecień 06, 2013, 05:42:59 pm »
Cytuj
coś dla ciekawych jak też Decantor mógł mieć na imię... ::)
Bzdeorg Decantor dobrze brzmi. :)
Leniwy wałkoń i wielki waleń mozolnie zgłębiał tajemnice bytu, nazbyt głębokie dla wielkich wałkoni i leniwych waleni.
Winnie the Pooh -  o Wieloryba Polikarpia rozmowach ze śmiercią

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9472
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #359 dnia: Kwiecień 06, 2013, 07:09:33 pm »
Bzdeorg Decantor

Że niby...
http://bz.de.org/
?
::)

Skoro jednak wróciliśmy do naszego wynalazcy, zwróćmy jeszcze uwagę na jego specjalizację (ontogenetyka porównawcza):
http://pl.wikipedia.org/wiki/Ontogeneza
oraz stosunek do nauczania ("Katedry chwilowo nie obejmuję, ponieważ nie mam na to czasu. Zresztą nauczanie jest zajęciem jałowym do szpiku kości. Nikt nikogo nie może nauczyć.").

Do tego przyjrzyjmy się także reakcji Tichego na najście D.:
"Jego zachowanie było aroganckie, nie fanatyczne, a ja wolę fanatyków, jeśli już muszę wybierać."
sprzecznej najwidoczniej z dobrą radą patriarchy Voltaire'a:
"Pomyśl, że fanatycy są niebezpieczniejsi od szelmów. Wariatowi nigdy do rozumu nie przemówisz; a szelmie przemówisz."

Oraz deklarowanemu skąpstwu naszego Ijona ("ja jestem skąpy i mam odwagę się do tego przyznawać. Nie znaczy to, abym nie umiał poprzeć mymi środkami jakiejś sprawy, ale czynię to niechętnie, z wielkimi oporami i niejako przeciw sobie, bo robię wtedy to, o czym wiem, że tak robić należy."). (Można tu zresztą zadać nieładne pytanie: ile w tej sytuacji z lemowskich wątków autobiograficznych... Nie żebym zaraz twierdził, że Mistrza duszotwórcy nachodzili... 8))

I jeszcze... ola wspomniała
transhumanizm
Ten transhumanizm to jest dopiero watowo-livowe jest przefasonowanie duszy, o czym zresztą powyżej Sawyerem w sumie napomknąłem. Przestroisz parę parametrów i człek (?) zupełnie jak nie ten sam.
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 06, 2013, 08:02:58 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki