Autor Wątek: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]  (Przeczytany 198990 razy)

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9461
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #75 dnia: Styczeń 06, 2012, 05:18:05 pm »
maźku ja się zgadzam, że wiele się przetasuje (stąd pisałem o aktualnym zwieńczeniu, nie o jakiejś Kosmogenezy Teorii Ostatecznej; nie jestem pewien zresztą czy proces poznawczy kiedykolwiek znajdzie finał, chyba, że w postaci końca samych poznających), zgadzam się też, że z Hellera xiądz wylazł.

Ale do rozmowy o opowiadaniu, które o Stwórcy mówi i które na określonym (czasowo) fizycznym podglebiu wyrosło chyba to com cytował/linkował adekwatne...

Skoro jednak wolisz o obecnym stanie kosmologicznych dociekań mówić, to masz tu np. majowy dobiażdżek o Smolinie i Ungerze (fizyk z filozofo-politykiem pod pachę), którzy sugerują, że i wszechświaty po darwinowsku ewoluują (jako też - przy okazji - snują obawy, że większość dorobku XXwiecznej fizyki może wraz z dalszymi przetasowaniami pójść w cholerę śladem eteru czy cieplika):
http://www.polityka.pl/nauka/wszechswiat/1516098,1,zajrzec-w-historie-praw-fizyki.read
(Ha, zobaczymy co im z tych maksymalistycznych zamiarów wyjdzie.)

Edit: tu zaś masz jeszcze, sprzed lat paru, ze strony "Naukowca Nowego" ;) o tym jak się kosmolodzy kłócą (widać, że ich maszyna robiąca wszystko na N wyprodukowała, nałkowców jednych ;D); o ciemnej energii też jest:
http://www.newscientist.com/blog/space/2007/02/physicists-debate-nature-of-space-time.html
Ostatnie zdanko pozwolę sobie zacytować: "If nothing else, modern cosmology, with its outlandish and incredible-sounding ideas, is good fodder for comedy" ::).
« Ostatnia zmiana: Styczeń 06, 2012, 07:43:30 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Hokopoko

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 2338
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #76 dnia: Styczeń 07, 2012, 10:11:10 am »
(Swoją drogą na blogu Hoko czytałem kiedyś o tem, do czego wiersze Elektrybałta piły. Jakże mi tu Hoko z podobną analizą "Dzienników..." brakuje.)


Że niby co?

Jeśli Rabelais, to podobieństwa językowe wynikają pewnie z tego, że Boy, robiąc przekład, zerkał chyba na Paska, bo to był najlepszy punkt odniesienia. Ale melodia jest inna. I to można porównywać raczej do Cyberiady, bo w samych Dziennikach anachronizmów zbyt dużo nie ma (chyba że zapomniałem).

tzok

  • Juror
  • Senior Member
  • *****
  • Wiadomości: 405
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #77 dnia: Styczeń 07, 2012, 04:45:09 pm »
Pomysł skierowania elektronu wstecz w czasie Lem zapożyczył od "cząsteczek Feynmana". Również Hawking w swoich książkach popularnonaukowych rozważa możliwość upływu czasu w dwóch kierunkach (i też powołuje się w tym względzie na Feynmana)... A ja się zastanawiam czy użycie przez Feynmana liczb zespolonych nie jest tylko metodą matematyczną ułatawiającą rachunki? Być może zakładając, że cząsteczka zachowa się tak jakby poruszała się wstecz w czasie bardzo upraszcza sprawę i pozostaje zgodne z wszystkimi obserwacjami, itp. ale jednocześnie nie ma możliwości by coś takiego się wydarzyło?

Zastanawiam się więc nad tym - czy taką hipotezę da się zweryfikować? Możemy przewidywać wszystkie przyszłe konsekwencje, ale czy zgodność obserwacji z nimi wystaczy? W końcu model przewiduje też skutki w przeszłości... Nasuwa się schemat "obserwacja skutków przeszłych" -> "wydarzenie" -> "obserwacja skutków przyszłych". Ale nie wiadomo czy to jest realizowalne. Być może próba obserwacji przewidzianych skutków przeszłych zniweczy cały efekt? (Na myśl przychodzą analogie do dekoherencji kwantowej)... Wówczas pytanie jakie się rodzi to jaki będzie status takiego modelu? Wydaje się, że to najpełniejszy opis świata jaki mamy (zakładając, że wszystkie pozostałe elementy idealnie pasują do obserwacji), a z drugiej strony jest ten zakaz wbudowany w rzeczywistość by kiedykolwiek w pełni zweryfikować hipotezę.

maziek

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 10636
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #78 dnia: Styczeń 07, 2012, 04:54:58 pm »
Nie darmo niektórzy utrzymują, że strzałka czasu pojawia się dopiero makroskopowo, w termodynamice, a na poziomie fizyki kwantowej nie istnieje. O ile wiem, nie zaproponowano dotychczas żadnego przekonywającego argumentu za tym, że czas na tym poziomie biegnie w jedną stronę. Chociaż jak zwykle wszystko tkwi w definicji, całkiem jak z wolną wolą.

Co do "sztuczki matematycznej" o której piszesz to wedle tezy, iż cała fizyka jest tylko modelem - jest jak najbardziej ok. A co do plusów i minusów to pan Dirac przewidział w ten sposób istnienie pozytonu - bo mu minus wyskoczył (a konkretnie dwa pierwiastki równania, różniące się znakiem).

A co do weryfikacji - to w poprzednim wpisie o to mi mniej więcej chodziło, że trudno coś weryfikować, dobrze znając to w 4% ...

Nie mam racji a i tak maździory witosieją w terpentynie!
Z Globalnym uważaj Pan, on tylko udaje tępotę! Potem wciąga do jamy i zagryza!© Remuszko.
Ukłony, maziek

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9461
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #79 dnia: Styczeń 07, 2012, 06:35:13 pm »
Na Rabelais'ego powoływał się sam Lem (ten Alkofrybas we Wstępie). Na paru innych też.

A z cząstek wędrujących wstecz w czasie, to oczywiście nie możemy zapomnieć o tych słynnych hipotetycznych tachionach, co to ich nikt jeszcze pozytywnie nie zweryfikował, a od lat karierę nie tylko w SF robią.

Benford na przykład (ten słynny drugorzędno-trzeciorzędny ze złośliwej uwagi Lema) postulował ich użycie do wysyłania wiadomości w przeszłość (G. A. Benford, D. L. Book, and W. A. Newcomb "The Tachyonic Antitelephone" z 1970 r.), a potem z tego pomysłu swoją najlepszą SF zrobił. A w "StarTreku", Panie, to nawet tych tachionów używali do rozpędzania jachtu słonecznego do nadświetlnej ;D*.

Przy czym nie wiadomo czym te tachiony właściwie są, jeśli są. (Była hipoteza, że to neutrina, ale na to nie wygląda, bo neutrino jednak masę nieurojoną ma. Z tym, że znów neutrina podejrzewali ostatnio niektórzy o zdolność przekraczania PŚ, o czym gadaliśmy...)

Ze strzałką czasu znów, to pamiętam z pacholęctwa takie egzotyczne hipotezy (w "Problemach" bodaj referowane), że te strzałki mogą być czysto lokalne (co by szło wbrew zasadzie kopernikańskiej poniekąd), z czego nieboszczyk Bayley zrobił powieść "Kurs na zderzenie", w której Ziemia stała właśnie w obliczu zderzenia dwu strzałek i dwu żyjących zgodnie z ich kierunkiem cywilizacji (jedną była sfaszyzowana ludzkość, drugą coś jakby małpiatki). Edit: zdaje się, że te hipotezy wiodły się od pomysłów J.W. Dunne'a, jednego z pionierów inżynierii lotniczej, ale i mistyka wierzącego w prorocze sny i inne cuda (TU jego dzieło "The Serial Universe", z roku 1931, jak kto kuriozów spragniony ;)). (Niepotrzebnie zeń zresztą kpię aż tak chyba, bo żył w dość perwersyjnych czasach, wtedy wszyscy się nałogowo mistycyzowali.)



* czyli, że posłużyły za good fodder for comedy
« Ostatnia zmiana: Styczeń 08, 2012, 12:34:09 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Hokopoko

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 2338
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #80 dnia: Styczeń 08, 2012, 01:49:49 pm »
Na Rabelais'ego powoływał się sam Lem (ten Alkofrybas we Wstępie). Na paru innych też.

No właśnie, tych paru innych to tłumaczy. Tu idzie chyba raczej o typ opowieści, a nie jakieś konkretne wpływy.

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9461
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #81 dnia: Styczeń 08, 2012, 02:05:19 pm »
Hoko, nieno ja się zgadzam, że chodzi o typ, ale jak już do tych autorów nawiązywał (co raczej ;) oznacza, że ich czytał i cenił), to i prawdopodobieństwo wystąpienia bardziej bezpośrednich nawiązań, inspiracji, polemik jest niezerowe, a Ty w te klocki (wychwytywanie takich tropów) stanowczo lepszy ode mnie.
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4457
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #82 dnia: Styczeń 08, 2012, 05:48:26 pm »
Też uważam, że jest to nawiązanie do typu opowieści, a nie do konkretnych tropów. Zresztą podobnie rzecz ma się z Summą technologiae. Owszem - najbardziej w naszym kręgu kulturowym znana jest Summa theologiae św. Tomasza z Akwinu -  trudno nie zauważyć nawiązania. Niemniej - równie trudno mówić, iż Lem powołuje się tutaj na św. Tomasza i z nim konkretnie polemizuje. Wg mnie to nawiązanie ma szerszy kontekst - do scholastycznych sum średniowiecznych (nie tylko św. Tomasz je pisał), które systematyzowały zagadnienia charakterystyczne dla tamtego okresu. Stąd również podobieństwo w typie - próbie ujęcia całościowo zagadnień technologicznych - nie teologicznych - które Lema wysoce interesowały.
Zresztą jest komentarz samego Lema:
Stylizacja głównego bohatera Dzienników, Ijona Tichego, na barona Muenchausena, czy Guliwera, nie była świadomym zabiegiem pisarskim, mojej pracy nie poprzedzały żadne teoretyczne założenia, nie szukałem żadnych prefiguracji, wzorców, paradygmatów, tak jak rzeka nie antycypuje swojego koryta. Moje utwory pisały się same, byłem czym w rodzaju racjonalnie pracującego medium, ale nie przetwarzałem jakichkolwiek przedustawnie powziętych planów.
Pewnych fragmentów tej książki nie publikowano w krajach byłego bloku sowieckiego ze względów cenzuralnych, nie przywiązywałem jednak do tego specjalnej wagi.


EDIT: myślałam jeszcze nad nawiązaniami do Rabelais'ego:
Jeśli Rabelais, to podobieństwa językowe wynikają pewnie z tego, że Boy, robiąc przekład, zerkał chyba na Paska, bo to był najlepszy punkt odniesienia. Ale melodia jest inna. I to można porównywać raczej do Cyberiady, bo w samych Dziennikach anachronizmów zbyt dużo nie ma (chyba że zapomniałem).

Chyba nawet te podobieństwa językowe są względnie słabe - jednak język Rabelais'ego jest bardziej dosadny, "cielesny". Takoż i tematyka - jaki tam tęgi bibularz z Tichego?;) Poza tym stylizacja językowa u Lema rzeczywiście bardziej widoczna jest w Cyberiadzie.
Owszem - tematyka przeplata się jak w cytacie Q (o pozorach i sądzeniu po okładce) -  Rabelais polemizuje z cała rzeszą filozofów, poglądów itd. - pewnie dałoby się znaleźć powiązania z kpinami Lema z ludzkości. Jednak sposób opisu i pewna plebejskość są dalekie od przygód Tichego. Poza tym humor bywa tam skatologiczny. Nie wiem - może ktoś potrafi mnie przekonać, że Dziennikom blisko do Rabelais'ego :) Dla mnie pozostaje podobieństwo w typie: czyli ostrze satyry i groteski wymierzone w człeków. Hm...chyba prędzej powiązałabym jednak rzeczone Summy:)
« Ostatnia zmiana: Styczeń 10, 2012, 01:24:23 am wysłana przez olkapolka »
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9461
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #83 dnia: Styczeń 10, 2012, 02:32:06 am »
ola (jakoż i Hoko)

Zgadza się, że Lemowi zazwyczaj "samo się pisało" (o "Solaris" np. w tym kontekście mówiono/pisano nad wyraz często), ale też taka stylizacja niekoniecznie musi być zaraz świadoma... Podświadome*, a dające się wychwycić, nawiązanie do tego czy owego (wszystko mi jedno w treści czy formie), chętnie zobaczę wyłuskanym, przez tego, kto się na takim łuskaniu zna.
Przecież gdy mówilem o hipotezie praatomu (zarzuconej dziś zresztą, zdaje się) było mi wszystko jedno czy Lem od początku planował wpleść ją w tekst, czy sama mu się, - od niechcenia - w pewnym momencie wplotła. Chodziło o sam fakt.
I nie upieram się zaraz, że koniecznie Rabelais... Mamy jeszcze do wyboru, Swifta, Sałtykowa-Szczedrina, Voltaire'a, Diderota i opowieści wiadomego barona.

ps. to jak ciągniemy wątki jakie niesie ze sobą ta "Podróż...", czy ruszamy od jutra z kolejną?


* wszak do miłośników proustowsko-joyce'owskich strumieni skojarzeń mówię ;)
« Ostatnia zmiana: Styczeń 10, 2012, 01:37:32 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4361
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #84 dnia: Styczeń 10, 2012, 12:31:01 pm »
Cytuj
Zgadza się, że Lemowi zazwyczaj "samo się pisało" (o "Solaris" np. w tym kontekście mówiono/pisano nad wyraz często), ale też taka stylizacja niekoniecznie musi być zaraz świadoma... Podświadome*, a dające się wychwycić, nawiązanie do tego czy owego
Myślę podobnie.
Książki same się nie piszą - w sensie dosłownym.
Ten cytat:
Cytuj
Stylizacja głównego bohatera Dzienników, Ijona Tichego, na barona Muenchausena, czy Guliwera, nie była świadomym zabiegiem pisarskim, mojej pracy nie poprzedzały żadne teoretyczne założenia, nie szukałem żadnych prefiguracji, wzorców, paradygmatów, tak jak rzeka nie antycypuje swojego koryta. Moje utwory pisały się same, byłem czym w rodzaju racjonalnie pracującego medium, ale nie przetwarzałem jakichkolwiek przedustawnie powziętych planów.
Kluczowy zwrot - byłem medium.
Pośrednikiem.
Między kim?
Lemem świadomym a podświadomym?
Podświadomość, o ile istnieje, jest utkana z doznanych wrażeń i przeczytanych tekstów. Zepchniętych w mrok niepamięci, tam przetwarzanych dalej. Czasem wychodzących na powierzchnię w formie pomysłów, idei...
Czyżbyś ,Q, zamierzał odbyć odkrywczy spacer po podświadomości pisarza?
 :)
« Ostatnia zmiana: Styczeń 10, 2012, 12:41:53 pm wysłana przez liv »
Leniwy wałkoń i wielki waleń mozolnie zgłębiał tajemnice bytu, nazbyt głębokie dla wielkich wałkoni i leniwych waleni.
Winnie the Pooh -  o Wieloryba Polikarpia rozmowach ze śmiercią

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4457
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #85 dnia: Styczeń 10, 2012, 01:27:15 pm »
I nie upieram się zaraz, że koniecznie Rabelais...
A ja nie upieram się, że Ty się upierałeś - to nie było personalnie do Cię. Po prostu sądzę o podobieństwach Panów tak, jak wyżej napisałam - ktoś może mieć odmienne zdanie: chętnie posłucham:) Wczoraj już miałam napisać, że tkwi tutaj pewna sprzeczność:
- z jednej strony w przedmowie do Dzienników mamy przodków podanych na tacy,
- z drugiej: Lem mówi, że to mimochód.
Myślę sobie, że to pewnego rodzaju zabezpieczenie przed posądzaniem o wtórność - a przecież nie w tym rzecz. Raczej w nowatorskim ujęciu podróżniczego tematu, któren daje sposobność do snucia technicznych i filozoficznych pomysłów.
Każdemu możemy znaleźć nawiązania, korzenie, poprzedników itd. Mało tego - czytając książki różnych autorów czasem wydaje mi się, że kręcą się wokół tych samych tematów, to samo ich "gniecie", że czytam ciągle jedną książkę,  jeno na inny sposób napisaną. Z naciskiem na inne tony. Może oni po prostu należą do podobnego kręgu kulturowego, zajmują ich podobne problemy natury filozoficznej, charakteryzuje ich podobna przenikliwość myśli i trzeźwe spojrzenie na świat? Może to ja ich wybieram i tak mi się układają?Nie wiem. Ja nie widzę niczego złego w tym, że autor korzysta z pewnych wzorców, wpisuje się w tradycje literackie - o ile robi to nie odtwórczo, a twórczo: na swój niepowtarzalny sposób. I to łączy się z tym, co napisał liv:
Cytuj
Podświadomość, o ile istnieje, jest utkana z doznanych wrażeń i przeczytanych tekstów. Zepchniętych w mrok niepamięci, tam przetwarzanych dalej. Czasem wychodzących na powierzchnię w formie pomysłów, idei...
czyli przetworzenie, któremu autor nadaje swój rys. Uzupełnia to cytat z Gombrowicza (dawałam go już przy okazji dyskusji o interpretacji Solaris ) - z Dzienników:

idzie mi o zasadę zawartą w aforyzmie, że "styl to człowiek", że zatem styl szopenowski to organizacja duszy szopenowskiej, a styl Rabelais'go to rozwiązanie osobowości Rabelais'go.(..)Tak tedy z dzieła muszę wnioskować o twórcy; ale znów ta osobowość twórcy ułatwi mi i otworzy dzieło, wiążąc je nierozdzielnie z kimś...z czyimś konkretnym istnieniem.(..) musimy dojrzeć poza dziełem człowieka, twórcę, przynajmniej jako tzw. punkt odniesienia. Nie - na Boga! - żeby pytać "co chciał powiedzieć?" (...).Ale aby książka wyrastała nam z jakiejś - z czyjejś - rzeczywistości, z czyjegoś przeżycia.

Chyba wszyscy się zgadzamy, że to fajna zabawa wyszukiwać różne powiązania, myśli itd. ukryte w książkach - robiliśmy to już parę razy;) Ja po prostu napisałam co myślę o powiązaniu Lem- Rabelais:)
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9461
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #86 dnia: Styczeń 10, 2012, 02:59:37 pm »
Kluczowy zwrot - byłem medium.
Pośrednikiem.
Między kim?
Lemem świadomym a podświadomym?

Raczej Lemem podświadomym, a czytelnikami...

Podświadomość, o ile istnieje, jest utkana z doznanych wrażeń i przeczytanych tekstów. Zepchniętych w mrok niepamięci, tam przetwarzanych dalej. Czasem wychodzących na powierzchnię w formie pomysłów, idei...

Ja bym pozostał przy prostackim scjentyzmie ;) i powiedział, że to jest ta - dominująca - część mózgu, która pracuje bez udziału świadomości i podrzuca jej swoje produkty. (Z tym, że owszem mieści się w niej i to o czym wspomniałeś...)

Czyżbyś ,Q, zamierzał odbyć odkrywczy spacer po podświadomości pisarza?

Nie miałem śmiałości, chciałem przodem puścić Hoko w roli zdalnika ;D.

ps. sprzeciwów nie widzę ;), jak nikt nic fajnego nie dorzuci, do wieczora dopiszę tu co o "... dwudziestej" (choć zabawa na dobre zacznie się dla mnie gdy wejdziemy na etap "Ze wspomnień...").
« Ostatnia zmiana: Styczeń 11, 2012, 05:17:10 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Hokopoko

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 2338
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #87 dnia: Styczeń 10, 2012, 03:19:30 pm »

Nie miałem śmiałości, chciałem przodem puścić Hoko w roli zdalnika ;D.


Że niby jak co wybuchnie, to najpierw mi?  ::)

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9461
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #88 dnia: Styczeń 11, 2012, 07:28:28 am »
Tam zaraz wybuchnie...  :P
;)


Tymczasem - tadam ;) - "Podróż dwudziesta".

Wrócił z Hyjad (pewno był tam w "...dziewiętnastej"...).
Fotel, bonżurka, mleko wybiegające, ulica, ogródek, krzaczki - na Ziemi wszystko po staremu - no i piesek załatwia się pod drzewkiem z taką obojętnością wobec problemów Drogi Mlecznej, aż radość bierze.
Porządkował trofea. Niuanse regulańskiego wypychania.
Dysk mu wypadł.
Jajka chciał smażyć, ale nie mógł uciec od rakietowych skojarzeń.
Znów siebie spotkał.
Znów bucik.
Przesunięcie przestrzenne przy przemieszczaniu w czasie.
Rok 2661 (jak tam z tą chronologią przygód Tichego?).
Program TEOHIPHIP (Telechroniczna Optymalizacja Historii Powszechnej Hyperputerem).
Sam sobie nieźle podkadził (obejmiesz to zaszczytne stanowisko, bo oznacza niezwykłą odpowiedzialność przed ludźmi i historią, a jestem, tj. jesteś człowiekiem dzielnym i pełnym prawości).
Wynalazek biedaka Molterisa.
Chronotraki, czasowce i tempobile (powstaną).
Rozwój technologii wymaga nakladów i sluży celom innym niż indywidualne przygody (zerwanie z verne'owsko-wellsowską wizją SF).
Wyregulowano klimat, czas wyregulować historię. Dzieje powszechne wyreguluje się, oczyści, naprawi, wyrówna i udoskonali, zgodnie z zasadami humanitaryzmu, racjonalizmu i ogólnej estetyczności.
To nie ta przeszłość, w której każdy osioł chciał światem rządzić. Bez odpowiednich kwalifikacji nikt się nie pali do trudnego zadania. - optymistycznie jednak brzmi.
Pętla czasowa.
Przyczyna luk w numeracji "Podróży..." wyjaśniona (ponieważ jedne wyprawy odbywały się w przestrzeni, a inne w czasie, więc nie może być nawet i pierwszej; zawsze przecież można się cofnąć wstecz tam, gdzie żadnej nie było i pojechać gdzieś, wówczas ta, co była pierwsza, stanie się drugą, i tak bez końca!).
Zespół tichologiczny.
Kazał mu się wynosić, ten jednak zaraz wrócił.
Tichy (Tisi? Tichsi? ;)) zamknięty w kole czasu, aż się zgodzi.
Wikt z przyszłości pożywniejszy. Dżurdżudo.
Misja odpowiadała jego naturze (nie jestem zdziwiony ;)).
Trafil w przyszłość.
Rycerze, Beduini w burnusach, Indianie, kaleka iście breughelowski - wszystko ankieterzy. (Niektórzy wrócili wczoraj.)
Meble niewidzialne o idiotycznych kształtach (przypominają się mody z "Końca Wieczności" Asimova; tam też historię korygowali).
PIONTEK (Pion TechnicznoKalendarzowy).
P. Latton. Harry S. Totteles.
Histomandosi z brygadą awaryjnego zdejmowania z tronów.
Wszystkich wymienionych tu moich podwładnych musiałem się po kolei pozbyć; z każdym z nich łączą się w mej pamięci inne kryzysy w łonie Projektu; wspomnę o nich we właściwym czasie, aby ludzkość wiedziała, komu zawdzięcza swe tarapaty.
Eug. Clydes.
Plany poprawienia ewolucji planet. Trzy typy GENEZIS - BREKEKEK, KOAKS i KWAK.
KWAK uczynil Marsa wyschniętym i spękanym (kanały potem zacementowali).
Z Wenus miało się udać dzięki AMORKOWI, ale zawiodły DUPKI.
Ostatni błąd Wandenlackiera dał początek Układowi Słonecznemu. Późniejsi astronomowie dziwowali się, jaka gwiazda mogła przejść tak blisko Słońca, żeby wyrwać zeń protoplanetarną materię.
Hansjacob Plótzlich miał wyprostować oś Ziemi, a wywołał glacjały, spowodował powstanie Wielkiego Krateru Arizony i tzw. meteoryt tunguski to przez niego (nie przez Wenusjan jednak? ciekawe...).
Dyndall, szwagier Rosenbissera, wynalazca HAMUŁY - z pomocą Bummelanda - wybił co do nogi wszystkie jaszczury i Bóg wie ile innych jeszcze gatunków.
L. Nardeau de Vince.
Tichy coraz bardziej zniecierpliwiony. Podwładni tłumaczą się za jego plecami.
Gestimer, Starshit i Astroianni, TUMAN, kontrprzodek, i nie ma Ateny (został Pas Asteroidów).
Księżyc też zmasakrowali. I Atlantydę zatopili.
Tichy wkurzony. Zesłał winowajców w przeszłość.
De Vince słynny, bo bezskutecznie usiłował zbudować sobie chronocykl. Bosković zapoznany - zachował się rozsądniej, bo matematyk.
Fiasko pierwszej fazy Projektu.
P. Latton /.../ budził od początku /.../ pewną nieufność radykalizmem i bezkompromisowością swych poglądów.
Zlecił Goodlayowi rozruch Ewolucji Życia na Ziemi. Projekt HOPSA. (Reszta ekipy: H. Ohmer, H. Bosch, v. Eyck.)
Dostał anonimy.
Bawili się jak dzieci. Nikt nie myślał nawet o Rozumnym Człowieku, lecz o tym, by utrącać projekty kolegów, ledwo więc szedł w Przyrodę nowy okaz, już szykowano monstrum tak wyporządzone, żeby zatłukło produkt rywala, dowodząc jego lichoty. To, co nazwano “walką o byt”, wynikało z zawiści i intryganctwa. Urządzili coś pośredniego między panoptikum a cmentarzem.
Wyrób Człowieka Rozumnego z marginalnych odpadów.
Zabronił wszelkiego cudotwórstwa, by nie wprowadzać w błąd przyszłych pokoleń.
Wszystkich wyuzdanych projektantów rozesłałem na cztery wiatry, to jest czasy; potem doszło do hekatomby ich poronionych płodów, bo - nie dopracowane - powyzdychały milionami. To, co mówiono, jakobym kazał wytłuc te gatunki, należy do repertuaru oszczerstw, jakich mi nie skąpiono. (Ohmer za to, że sporządził m. innymi człekonia i kobietę-rybę, a jeszcze wyposażoną w wysoki s o p r a n do Tracji.)
Byly to jednak talenty.
Bosch nie powstrzymał się od niedyskrecji. W “Ogrodzie uciech ziemskich”, w “piekle muzycznym” (prawe skrzydło tryptyku) stoi w samym środku dwunastoosobowy chronobus.
Iliada z Odyseją to opowieści z kluczem; co do choleryka Zeusa. Jest to paszkwil na mnie. - Tichy znów jako bóg?
Goodlay przystąpił do DRABA.
Ubrdał sobie, że dla nastania harmonii potrzebne są dwa rozumne gatunki: lądowy i wodny. Co za idiotyzm! Toż musiałoby dojść do konfliktów! Powiedziałem mu: “Żadnej rozumnej istoty podwodnej nie będzie!” Delfin został więc już, jaki był, z tym swoim mózgiem na wyrost.
Zaaprobował małpę jako półprodukt.
Zamiast zlikwidować tę łysinę z tyłu, ogolił całą małpę, czyli zrobił na odwrót, no a co do miłości i płci, to już był z jego strony sabotaż. Sam wybór miejsca! Zresztą cóż się będę rozwodził nad tą dywersją. Jaki był jej efekt, każdy widzi. Natrudził się pan inżynier! Jakie te małpy były, takie były, ale przynajmniej jarosze. Przydał im mięsożerność.
Tymczasem... żeby sobie ułatwić życie, funkcjonariusze MOIRY, którym nie chciało się jeździć wciąż tam i z powrotem w czasie, pourządzali się w różnych starych zamkach, pałacach, po piwnicach, nie zachowując najmniejszych środków ostrożności, aż poszły gadki o duszach potępionych, o dzwonieniu łańcuchami (odgłos zapuszczanego chronocykla); o widmach (bo się nosili biało, jakby nie można było znaleźć lepszej barwy dla mundurów), namącili ludziom w głowach, powystraszali przenikaniem przez ściany i mury (odjazd w czasie zawsze tak wygląda, bo chronocykl stoi, a ziemia się dalej kręci), jednym słowem narozrabiali tak, aż się z tego narodził romantyzm.
Dalsze kary. Rosenbeisser, na zesłaniu postępował dosyć przyzwoicie (jako Julian Apostata).
Cesarzować jest łatwiej, niż kierować naprawą całych dziejów.
Tak zamknęła się druga faza Projektu.
Ekipa Tottelesa: Khand el Abr, Canne de la Breux, Guirre Andaule i G.I.R. Andoll. Zespołem zawiadywał bezpośrednio inż. dziejoczyńca Hemdreisser.
Zamiast do masowego budownictwa mieszkaniowego, doszło w ramach kultu jednostek do budowania na diabła nikomu niepotrzebnych grobowców różnym faraonom.
Zesłał cały zespół na Kretę. (Nie wiem, czy to prawda, co mówił mi Betterpart, że zesłańcy zwaśnili się, poszli hurmą na byłego szefa i zamknęli go w labiryncie. Nie wejrzałem w akta, więc, jak mówię, nie mam pewności, ale Hemdreisser nie wygląda mi na Minotaura.)
A. Donnai, wynalazca monoteizmu. (Bóg nikomu nie zaszkodzi.)
Inż. H. Yobb.
Donnai polecił wykonać zrzut 60 000 ton pęcaku podczas jakiejś pustynnej wędrówki Żydów; “dyskretna pomoc”, jaką miał im świadczyć, sprowadzała się do tylu ingerencji (otwierał i zamykał Morze Czerwone, na wrogów Judy wysyłał zdalnie sterowaną szarańczę), że podopiecznym się od tego w głowach przewróciło; uznali się za naród wybrany.
Każda ingerencja telechroniczna zapoczątkowuje lawinę zjawisk, której nie stłumi się bez użycia odpowiednich środków; wywołują one inną z kolei perturbację, i tak bez końca.
H. Yobb podobno poróżnił się z A. Donnaiem i ten tak mu dopiekał, aż poszła stąd legenda Hioba.
Najgorzej wyszli na tym eksperymencie Żydzi, bo uwierzyli w swą wyjątkową pozycję, więc kiedy się zwinęło Projekt, zakosztowali niejednej goryczy tak w ojczyźnie, jak podczas diaspory.
Projekt wchodził w fazę najsilniejszych przesileń.
Zorganizowali tajną chronicję, przeciw chuliganom czasowym.
Afera Mioteł. Bezlik średniowiecznych bajań o konszachtach z diabłami, o inkubach i sukkubach, o sabatach, procesy czarownic, kuszenia świętych itp., wzięły się z “dzikiej” chronomocji, uprawianej przez młodzież wyzbytą pionu moralnego.
Różne bezwstydnice /.../ śmiały wyruszać w XIII czy XII wiek w drastycznym dezabilu (topless), cóż więc dziwnego, że brano je w braku lepszych określeń za gołe wiedźmy, pędzące okrakiem na miotłach.
Bosch pomógł zdemaskować winnych - uwiecznił ich.
Winni odbywali karę jako kontestatorzy XXwieczni.
Betterpart wywołał wędrówki ludów i pogłoski o "talerzach latających".
Betterpart /.../ ulotnił się, to jest uciekł w XVIII wiek, bo mógł tam liczyć na swoich chronicjantów; /.../ został cesarzem Francji.
Wojna Tottelesa z Betterpartem - pół Europy leżało już w ruinie i zgliszczach.
Tichy sam dał radę Napoleonowi pod Waterloo. (Byłoż mi się zresztą czym chwalić!)
teraz już winni wykroczeń nie siedzieli biernie na swych stołkach, lecz uciekali pierwsi w głęboką przeszłość, szmuglując środki ułatwiające zdobycie famy czy aureoli niebywałych potęg (stąd się wzięli alchemicy, Cagliostro, Szymon Mag i dziesiątki innych).
Dochodziły mnie informacje, jakich nie mogłem w ogóle sprawdzić, np. że Atlantydy wcale nie zatopił rykoszet operacji GENEZIS, lecz dr Boloney, z premedytacją, bym nie mógł dojść tego, co tam narozrabiał.
Nie wiedział już, co jest skutkiem optymalizacji, co wynikiem jej zaniechania, a co malwersacją i samowolą sekularnych chronicjantów.
Wziął Wielką Historię Powszechną w dwunastu tomach i jął ją studiować.
Postanowił nasłać Reichplatza na Richelieu. Stwierdzię, że to ta sama osoba, ale było już za późno, bo już się wtarł w wyższe sfery dworskie i został szarą eminencją Ludwika XVI.
Dał mu jednak spokój nauczony trudnościami z Betterpartem.
Jął więc kierować wszystkich, którzy coś przeskrobali, w jedno miejsce i w jeden czas, mianowicie do starożytnej Grecji, efekt zaś był taki, że właśnie tam najprędzej rozwinęła się wysoka kultura; w takich Atenach okazało się więcej filozofów niż w całej reszcie Europy. Było to już po zesłaniu Lattona i Tottelesa.
Latton /.../ uprawiał własną politykę (wykład jej można znaleźć w jego Republice), skrajnie antydemokratyczną, co tam, opartą na ucisku, ot, Państwa Środka, kastowa struktura Indii, Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, a nawet to, że od 1868 roku Japończycy wierzą w boskość Mikada, jest jego sprawką. Co do tego, czy wyswatał niejaką Schicklgruber, aby urodziło się wiadome dziecko, które pół Europy puściło z dymem, nie mam zupełnej pewności.
Latton był projektantem państwa Azteków, Totteles zaś nasłał mu tam Hiszpanów.
kazałem opóźnić wyprawę Kolumba, a w Południowej Ameryce podhodować konie, bo jazda Corteza nie wytrzymałaby konnicy Indian, lecz nawalili kooperanci, konie powyzdychały jeszcze w czwartorzędzie, kiedy żadnych Indian nie było, więc nie miał kto ciągnąć wozów bojowych, jakkolwiek koło dostarczono w porę; co do Kolumba, udało mu się w 1492, bo posmarował kogo należało. Tak wyglądała ta optymalizacja.
Harry S. Totteles został, jak wiadomo, preceptorem młodego Aleksandra Macedońskiego.
główny księgowy uciekł przed kontrolą, zmówiwszy się ze znajomym płetwonurkiem, wyłowili złoto Montezumy z tego kanału, w którym zatonęło podczas ucieczki ludzi Corteza, i zaczęli w 1922 roku grać na giełdzie; kradzione nie tuczy i doprowadzili do słynnego krachu w r. 1929.
Nie uważam, żebym skrzywdził Arystotelesa, bo mnie zawdzięcza sławę, która za niedociągnięcia w Projekcie na pewno mu się nie należała. Toteż z kolei mówiono, że pod pozorem zsyłek i rotacji zaprowadziłem nepotyczną karuzelę i mam dla starych kumpli luksusowe synekury po wszystkich wiekach.
Nie mogę wdawać się w szczegóły, nie będę się więc rozwodził nad aluzjami do mojej osoby, zawartymi w pismach Platona i Arystotelesa.
Co do Spinozy, był to, przyznaję, bardzo porządny człowiek, ale dopuścił do krucjat, to znaczy, nie sam je spowodował.
Lówenherz (Lwie Serce).
Nie wiedziałem, co robić ze Spinozą, Grecja już trzeszczała od podobnych mu myślicieli, najpierw kazałem go puścić tam i z powrotem przez wszystkie stulecia, żeby się huśtał z czterdziestowiekową amplitudą, stąd poszła legenda o Żydzie Wiecznym Tułaczu
Rozpytywano mnie nieraz, czemu żaden z zesłańców nie przyznaje się do tego, skąd przybywa. Ładnie by na tym wyszedł. Toż każdy, kto by prawdę mówił, zaraz powędrowałby do czubków. Czy nie wzięto by przed XX wiekiem za wariata człowieka rozpowiadającego, że ze zwykłej wody można zrobić bombę, zdolną rozerwać cały glob na kawałki? A przecież przed XXIII wiekiem nie znano chronomocji. Ponadto takie wyznania obnażyłyby plagiatowość prac wielu zesłańców. Mieli zakaz przepowiadania przyszłości, lecz i tak niejedno wypaplali. W średniowieczu nie zwracano na to na szczęście uwagi (myślę o wzmiankach na temat odrzutowców i batyskafów u Bacona i o komputerach w ARS MAGNA Lulla), gorzej było z nieopatrznie zesłanymi w XX wiek; nazwawszy się “futurologami”, jęli zdradzać tajemnice służbowe.
A. Tylla, nowy szef MOIRY i jego system Babel.
Tylla powtórzył ten manewr “pomieszania języków”, rzucając grupy dywersyjne w XX wiek; zdyskredytowały one kandydatów na przepowiadaczy przyszłości, produkując rozmaite bajędy - tak zwaną science fiction - i wprowadziwszy w szereg futurologów naszego tajniaka, niejakiego McLuhana.
kiedy przeczytałem banialuki spreparowane przez MOIRĘ, które McLuhan miał rozpowszechnić jako “prognozy”, za głowę się złapałem, bo nie wydawało mi się możliwe, żeby ktokolwiek z mózgiem na właściwym miejscu mógł choć przez sekundę wziąć serio androny o “globalnej wsi”, ku jakiej świat niby zmierza, i dalsze nonsensy tkwiące w owym pasztecie.
Swift omyłkowo dostał dane księżycvów Marsa od agenta-krótkowidza. W szynku. (Ciekawe co agent pił? ;) )
inna rzecz z Platonem; zawsze przejmuje mnie litość, gdy czytam jego opowieść o jaskini, w której siedzi się plecami do świata, widząc na ścianach ledwo jego cienie. Cóż dziwnego w tym, że miał XXVII wiek za jedyną autentyczną rzeczywistość, a prymitywny czas, w jakim go uwięziłem, wydawał mu się “mroczną jaskinią”? A jego doktryna o wiedzy, stanowiącej tylko “przypominanie sobie” tego, co kiedyś, “przed życiem”, wiedziało się znacznie lepiej, jest aluzją jeszcze bardziej jaskrawą.
Widząc, co się dzieje, projektanci prześcigali się w wymyślaniu coraz dziwaczniejszych planów. Na przykład, żeby dostarczać potrzebującym ludom masy towarowej całymi chronociągami - lecz to wstrzymałoby wszelki postęp. To znów, by wziąć jaki milion światłych obywateli naszej współczesności i rzucić desantem w paleolit; wyborna myśl, lecz co miałem począć z ludzkością już siedzącą tam w jaskiniach?
Lektura tych planów wzbudziła we mnie podejrzenia przy lustracji XX wieku. Czy nie podtykano tam masowych środków zagłady? Podobno paru radykałów w Instytucie chciało skręcić czas w koło, żeby się nowożytność gdzieś po XXI wieku zrosła z prehistorią

Zrost wymagał uprzedniego wyburzenia cywilizacji istniejącej, “powrotu do Natury”, jakoż od połowy XX wieku narastało zdziczenie, porywanie, wysadzanie, młodzież z roku na rok kudłaciała, zezwierzęceniu ulegała cała erotyka, pojawiały się hordy obrosłych łachmaniarzy, oddające rykami cześć nie Słońcu już, lecz jakimś gwiazdom czy gwiazdorom, rozlegały się nawoływania do destrukcji techniki, nauki, nawet zwani naukowcami futurologowie głosili - z czyjego poduszczenia?!! - nadchodzącą katastrofę, upadek, kres, tu i tam budowano już nawet jaskinie, nazywając je, chyba dla niepoznaki, schronami.
Zesłał niejakiego Adia, który został jaskiniowym Casanovą i zrodził neandertalczyków.
Sąd nad Tichym, niektóre zarzuty nieprawdziwe (żadnego Brutusa nigdzie nie wysyłałem).
Nasłuchałem się za A. Donnaia, za krzak ognisty. Sodomę i Gomorę, za wikingów, za koła bojowych wozów małoazjatyckich, za brak kół u wozów południowoamerykańskich, za krucjaty, rzeź albigensów, Bertholda Schwarza z jego prochem (a gdzie go miałem zesłać, w starożytność, żeby się już w niej kartaczowano?), i tak dalej - bez końca. Nic się teraz szanownej radzie nie podobało, ani Reformacja, ani Kontrreformacja, a ci, którzy przedtem pchali się do mnie właśnie z tymi projektami, zapewniając o ich zbawiennym charakterze (Rosenbeisser niemal z klęczek błagał o zezwolenie na Reformację), siedzieli teraz jak na tureckim kazaniu.
Pozwoliłem sobie, wyznaję, na jedną szyderczą uwagę pod koniec wystąpienia. Powiedziałem mianowicie, że jedyny postęp i dóbro, jakie wykazują Dzieje po robotach Projektu, jest wyłącznie moją zasługą. Idzie bowiem o dodatnie skutki masowych zsyłek, jakie podejmowałem. Mnie zawdzięcza ludzkość Homera, Platona, Arystotelesa, Bosko vicia, Leonarda da Vinci, Boscha, Spinozę i niezliczonych anonimów, co wsparli jej twórczy wysiłek w stuleciach. Jakkolwiek srogi bywał los wygnańców, zasłużyli nań, a zarazem odkupili dzięki mnie swe winy przed Historią, bo wspierali ją podług sił - ale dopiero p o zdjęciu z wysokich stanowisk w Projekcie! Gdyby natomiast ktoś chciał sprawdzić, co równolegle zdziałali fachowcy Projektu, niechże popatrzy na Marsa, Jowisza, Wenerę, na zmasakrowany Księżyc, niech sobie obejrzy grób Atlantydy na dnie Atlantyku, niech podliczy ofiary obu wielkich epok lodowcowych, plag, epidemii, morów, wojen, religijnych fanatyzmów - jednym słowem, niechże się przypatrzy Historii Powszechnej, która po “naprawieniu” stała się jednym pobojowiskiem planów melioracyjnych, chaosem i zakłóceniem.
I. G. Noranz, M. Enguele.
Miało z tym być według słów pana profesora tak: przebadawszy zdalnym sondowaniem inteligencję wszystkich dzieci na przełomie XIX i XX wieku, nasz Hyperputer wykrył malców zdolnych w wieku młodzieńczym do sformułowania zasady równoważności materii i energii, kluczowej dla wyzwolenia mocy atomu. Byli to między innymi Pierre Solitaire, T. Adnokamenjak, Stanisław Razgłaz, John Onestone, Trofim OdincewBułyżnikow, Arystydes Monolapides i Giovanni Unopetra - oprócz małego Albertka Einsteina. Ośmieliłem się faworyzować tego ostatniego, bo mi się spodobała jego gra na skrzypcach; po latach doszło przez to do zrzucenia bomb w Japonii.
A przecież wybrał mniejsze zło.
H. Errod. Zesłany do Azji Mniejszej, gdzie się też dopuścił potwornych czynów.
Rosenbisser p.o. dyrektora. Pościągał pozostałych partaczy.
Tich wysłany w przeszłość, by zwerbował sam siebie.
Podwójne koło w czasie.
Bez honorów, bez pompy, bez jednego dobrego słowa podziękowania, bez jakiejkolwiek uroczystości pożegnalnej, w martwym milczeniu niedawnych współpracowników, co dotąd prawili mi od rana do wieczora same dusery i prześcigali się w podziwianiu mych horyzontów myślowych, a teraz odwracali się na mój widok plecami - poszedłem do hali startowej.
opuszczałem XXVII wiek bez gniewu czy goryczy, myśląc o tym tylko, jak się też powiedzie Telechroniczna Optymalizacja Historii Powszechnej - mojemu następcy.
« Ostatnia zmiana: Styczeń 11, 2012, 07:30:45 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9461
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Re: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« Odpowiedź #89 dnia: Styczeń 11, 2012, 08:17:57 am »
Jak przeczytałem powyższą wypiskę to sam się przestraszyłem, tyle tego. Trza to jakoś skomasować.

Co przeważa? Rozmaite gry słów (niektóre niecenzuralne - Rabelais jednak nie tak daleko ;)) i zabawy postaciami historycznymi oraz biblijnymi.  Widać ironiczne nawiązanie do przywołanej powieści Asimova o naprawianiu historii. Ma też rację ola, że jest to w sumie wariacja na temat znany z poprzedniej "Podróży..." (czemu więc dwie osobne, nie jedna?).

Pojawia się drobna wstawka kosmologiczna - tym razem, skromnie, idzie o ewolucję naszego Ukladu. Powtarzają się złośliwości pod adresem okrutnej, a partaczącej, Ewolucji. Dostaje się Platonowi i futurologom. Pobocznie obrywa także SF. Widać - mimo wszystko - podziw dla dzieł Leonarda. Zabawne przy tym, że Lem wprowadza też motyw ukrytych treści słynnych obrazów (doprowadzony potem do mimowolnej autoparodii u Browna) oraz spekulantów z przyszłości uczestniczących w słynnym krachu giełdowym I poł. XX w. (to znów zobaczymy potem w nieszczęsnym hyamsowym "TimeCopie").

Powracają motywy: jajecznicy, bucików, spotkania Tichego z samym sobą i wstydu przed cywilizacjami kosmicznymi, za krwawość naszych dziejów.

Gdybym jednak miał wysnuć z tego motka główną nić, rzekłbym, że jest to - do spółki z "... osiemnastą" - rzecz o niemożności naprawienia historii. Przebija z tych krotochwil straszliwy pesymizm, człowiek - wytwór Ewolucji, nie jest w stanie jej "przeskoczyć" (jaką by mądrością i potęgą technologii nie dysponował), stać go tylko na powtarzanie jej (błądzących) błędów. Kręci się więc w koło, nie mogąc znaleźć wyjścia.
Kumulacja zwykłych ludzkich pomyłek oraz różnokalibrowych intryg i podłostek nie różni się niczym, w efekcie, od kumulacji bezdusznych przypadków. Znaczy: zdaje nam się, żeśmy rozumni, a działamy równie na oślep co bezrozumna Natura? (Powraca też w tym motyw z Zaczontku, znanego później jako "Pamiętnik..." - plan wszechobejmujący w praktyce nie różni się niczym od bezplanowości.)

A Wasze refleksje?
« Ostatnia zmiana: Styczeń 11, 2012, 08:47:51 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki