Stanisław Lem - Forum

Polski => Forum po polsku => Wątek zaczęty przez: skrzat w Marzec 17, 2016, 04:33:23 pm

Tytuł: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: skrzat w Marzec 17, 2016, 04:33:23 pm
Próbujemy na tym etapie stworzyć listę najważniejszych książek, które spełniają przynajmniej jeden z poniższych kryteriów:

Innymi słowy, próbujemy zrekonstruować bibliotekę Lema, gdyby mogła zawierać tylko kilkadziesiąt najcenniejszych pozycji. Proponuję, aby ograniczyć się do utworów istniejących oraz tych, które Stanisław Lem wartościował dodatnio. Propozycje powinny zostać jakoś uzasadnione, przede wszystkim poprzez podanie, gdzie i kiedy Lem się do nich odwołuje bądź w jakich utworach Lema widać ich wyraźny wpływ. Najważniejsze, żeby to były książki najważniejsze!

Uwaga: na początku posta proszę podawać zawsze tytuł rekomendowanej bądź omawianej (jeśli np. polemizujemy z daną propozycją) książki.

Lista tytułów według nazwiska autora:


Lista tytułów w porządku alfabetycznym:

Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: skrzat w Marzec 17, 2016, 04:50:28 pm
"Dzieje zachodniej filozofii" Bertrand Russell

Cytuj
— Ongiś był w telewizji program pt. „Bezludna wyspa”, w którym Nina Terentiew zadawała wybitnym postaciom naszej kultury m.in. pytanie o to, jaką książkę zabraliby ze sobą na bezludną wyspę. Naszą rozmowę o pańskich gustach literackich, czy może szerzej — estetycznych, pragnąłbym zacząć od tego właśnie pytania.
— Jedną? Tylko jedną? Zapewne byłaby to bardzo gruba, potężna historia filozofii. Mówiąc jednak o historii filozofii, nie mam na myśli książki najlepszej, ale konkretną: "A History of Western Philosophy" Bertranda Russella. Spyta pan zaraz oczywiście, dlaczego. Po pierwsze jest to pozycja znakomita, a po drugie napisał ją człowiek, który nie kryje swoich sympatii i antypatii, dając im jawny wyraz i posuwając się do tego, że kłóci się nawet z Platonem. Przyzna pan, że jest coś zabawnego w kłótni z filozofem, który nie żyje od dwudziestu kilku wieków, ale ta intensywność zaangażowania w problematykę ontyczną, epistemiczną, a także moralną jest mi doprawdy bliska. Dzięki temu jego książka nie jest dla mnie martwą literą, ale czymś organicznie żywym. Za to na przykład Arystoteles pozostawia mnie zupełnie obojętnym. Nigdy nie mogłem wyczuć tego człowieka. Nigdy nie udało mi się wymacać jego duchowej ektoplazmy, w przeciwieństwie do Platona, który był bardzo mądrym, a zarazem niesympatycznym człowiekiem.

"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "Gusta i dysgusta", str.164
Cytuj
Czytam właśnie Innego B. Mądrego faceta, "History of Western Philosophy" Russella mianowicie, którą b. lubię, gdyż on tam niszczy sukinsyna Hegla, którego nie znoszę, nadętego bęcwała, i innych filozofów; jest to przednia robota, toteż nic dziwnego, że wielu filozofów Russell książką tą Rozwścieczył, ponieważ on filozofię traktuje z humorem, co ekspertów do Szału doprowadza...

"Sława i Fortuna. Listy Stanisława Lema do Michaela Kandla", list z dnia 7 grudnia 1972

Cytuj
czytam wciąż po kawałku, jak Biblię — History of Western Philosophy Russella

"Sława i Fortuna. Listy Stanisława Lema do Michaela Kandla", list z dnia 28 lutego 1973
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 17, 2016, 07:40:33 pm
Czy na takim poziomie wypada pytać o rzeczy dla znawców elementarne?
[Dla mnie: czy ta pozycja została (gdzie, kiedy) wydana po polsku?]
R.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: liv w Marzec 17, 2016, 07:50:24 pm
"Lalka" Bolesław Prus
Cytuj
Z przyjemnością czytam znów Lalkę, która czytałem już ze czterdzieści razy.
"Świat na krawędzi' T. Fiałkowski s.148
Chyba podobny trop co do "Wspólnego pokoju" Uniłowskiego. Pieczołowite odtworzenie minionego plus parę innych. Dużo innych, bo to też moja ceniona.
Tak naprawdę, to chciałem wrzucić "Upadek" Camusa. Pamięta mi się spory fragment zachwytów, zazdrość, że nie on to napisał i zalecenia dla adeptów aktorstwa by spróbowali zagrać taki monolog....trudniej niż krzesło.  ???
Jak znajdę to wrzucę, chyba, że ktoś uprzedzi z cytatami.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 17, 2016, 08:58:54 pm
Najpierw przekopiuję wczorajszego: "Henderson, król deszczu" S. Bellow
Cytuj
- (..)Bardzo dobrą książką jest Mr Sammler's Planet Saula Bellowa...
- Nie Herzog?
- Herzog mi się w ogóle nie podobał. Za to dość przypadła mi do gustu Henderson the Rain King - znakomita książka, może nawet najlepsza! Jeśli chodzi o takie drobne różnice odczuwania pomiędzy poszczególnymi pozycjami, to nie mogę powiedzieć już nic więcej. To się może wiąże z następującą rzeczą: Bellow należy do wielkiej triady utalentowanych pisarzy amerykańskich pochodzenia żydowskiego, do których należy także Bernard Malamud i Philip Roth. Ja tego po prostu nie znoszę - te nieustanne erekcje, spermy, kobiece piersi i problemy dojrzewających młodzików żydowskich. W tym składzie chemicznym jest to dla mnie okropne.
"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "Gusta i dysgusta", str. 172/173
Motto do Biblioteki?;) I w ogólności o wymienionych autorach: Russell, Kafka
Cytuj
Istnieją, jak wiadomo, książki, które lubimy i szanujemy, takie, które lubimy, ale których nie szanujemy, takie, które szanujemy, ale których nie lubimy, oraz na koniec zarówno nie lubiane i nie szanowane. (Dla mnie należą do 1. kategorii książki, NIE WSZYSTKIE, Bertranda Russella; do drugiej Simeona, do trzeciej Kafki, do czwartej np. książki typowe science fiction). To samo dotyczy naszego stosunku do innych ludzi.
"Listy albo opór materii", list do Michaela Kandla z dnia 9 lutego 1975, str. 235

Nasuwa się pytanie co z Kafką, którego szanujemy, ale nie lubimy?:)

Dostojewski:
Cytuj
(...) a tuż po nim Dostojewski, któremu Lem siedzi na plecach na barana (huckepack, mówią na tę pozycję Niemcy).
"Listy albo opór materii", list do Michaela Kandla z dnia 18 kwietnia 1977, str. 255

P.S. 
Cytuj
czy ta pozycja została (gdzie, kiedy) wydana po polsku?]
Tak, ja mam z 2012, wydawnictwo Aletheia (to chyba zresztą jedyne polskie wydanie :-\) - z notką na okładce, że to książka, którą Lem zabrałby na bezludną wyspę - jak w skrzatowym cytacie:)
http://allegro.pl/listing/listing.php?order=m&string=bertrand+russell+dzieje+zachodniej+filozofii&sourceid=Mozilla-search&bmatch=base-relevance-uni-1-1-0229 (http://allegro.pl/listing/listing.php?order=m&string=bertrand+russell+dzieje+zachodniej+filozofii&sourceid=Mozilla-search&bmatch=base-relevance-uni-1-1-0229)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 17, 2016, 10:08:23 pm
Dzięki, Ol.
Po wpisach widzę, że wypada.
R.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 17, 2016, 10:50:49 pm
"Wspomnienia człowieka z lochu", Dostojewski
Cytuj
jednym z najosobliwszych utworów Dostojewskiego, rzeczy stosunkowo niewielkiej, stojącej jak gdyby nieco na osobności, a przecież nad wszelką wątpliwość wybitnej — choćby przez swą niezwykłą ryzykowność. Mam na myśli Wspomnienia człowieka z lochu. W samej rzeczy Mackiewicz zlekceważył po prostu ten utwór, może dlatego, ponieważ jest on właśnie mało „rosyjski”, a może dlatego, że jego najbardziej ważką część pierwszą, stojącą na pograniczu filozoficzno–maniackiej eseistyki raczej niż wśród obszarów dramatu, stanowią „nagie”, pozbawione bohaterów ludzkich wywody małego, zdeptanego przez życie człowieczka, wypowiadającego przeraźliwe prawdy, którymi po dziś dzień żywi się cała „czarna” literatura świata. Ona jest zawarta w tej małej książeczce, jak drzewo zawiera się w drobnym nasionku. W tej zaciekłej, obolałej, z jakąś masochistyczną pasją prowadzonej polemice z wszelkim optymizmem społecznym, z meliorystami każdej maści, używa Dostojewski argumentów, które nie zwietrzały po dziś dzień, przetrwały upadek caratu, odejście w niepamięć całej epoki historycznej, gdyż zostały wizjonersko wycelowane w ów spór ludzki, który, przybierając rozmaite maski w różnych czasach, nigdy nie traci na aktualności, a dziś, w obliczu rozszerzającego się rozziewu między osiągnięciami nauki a wielkim do nich nieprzygotowaniem ludzkości, jest, jak może nigdy jeszcze, aktualny.

"Rozprawy i szkice", "O Dostojewskim niepowściągliwie"

"Imię róży", Umberto Eco
Cytuj
jego problemowe zainteresowania są bliskie moim, bo skierowane na węzłowe kwestie współczesności, tyle że z przeciwnym stron skali czasowej
/.../
Każda powieść prawdziwa w głębokim sensie jest powie­ścią o czasie, w którym ją napisano, a nie o czasie, w który została skierowana autorską decyzją.
/.../
Zawiść, do jakiej się przyznałem poczynając omawiać Imię róży, to świadomość sytuacji autora, który zamierzony przez siebie świat musi budować na własną rękę, skoro za wieżę obserwacyjną wziął sobie przyszłość. Tak na przykład moja ostatnia powieść Wizja lokalna jest nieporównanie uboższa od Imienia róży co do ilości wprowadzonych elementów, konstytutywnych dla konstruowanego w niej świata, oraz co do ilości gier w tym świecie uprawianych. Wynika to trywialnie z sytuacji, w której autor albo ma, jak Umberto Eco, do dyspozycji całe biblioteki autentyczne, albo, jak ja, może, a raczej musi sobie spo­rządzić biblioteki przez siebie wymyślone. Ponadto, jak wspomnia­łem, sama sprawdzalność przedstawionego świata uwierzytelnia utwór osadzony w przeszłości i pozwala czytelnikowi spojrzeć na ten świat „z góry", bo z wiedzy obiegowej, jaką każdy dziś dysponuje. Książka posiadająca rzeczywiście wartość prognostyczną nie może w niej być rozpoznana ani oceniona. To jej ryzyko ma własność niezbywalną.

"Filozofia przypadku", wyd. 3

"The First and Last Men", Olaf Stapledon
Cytuj
Cytowany wyżej Olaf Stapledon ze swoją, w The First and Last Men ukazaną, miliardy lat obejmującą wizją losu człowieka, pozostał całkowicie osamotniony w tej próbie odważnego spojrzenia w czekającą ludzkość otchłań czasu.

"Wejście na orbitę", część "Reakcje łańcuchowe", "Przemiany nauki"

Cytuj
Jeden z najmądrzejszych, Olaf Stapledon (bawił w Polsce na kongresie wrocławskim w 1948 roku), napisał książkę, której akcja obejmuje dwa miliardy lat — całe dzieje ludzkości. Odważnie, nieprawdaż?

"Wejście na orbitę", część "Gwiazdy nawigacyjne", "Science fiction"

"Dziwny John" ("Odd John"), Olaf Stapledon
Cytuj
rodak Wellsa, Olaf Stapledon, nie miał już w trzydzieści lat potem żadnych szans, by zostać osądzonym podług swoich szczytowych osiągnięć. Rozmachem wizji i jej ideową głębią co najmniej dwukrotnie, tj. dwoma dziełami, Wellsa przewyższył: nie może to być kwestionowane przez nikogo, kto zapoznał się z takimi książkami Stapledona, jak Odd John i First and Last Men.

"Fantastyka i futurologia", "V. Socjologia Science Fiction"

Philip K. Dick, Arkadij i Borys Strugaccy, Arthur C. Clarke
Cytuj
An original and interesting mind was Philip Dick, however he also had some difficulty in making a name for himself. Initially he had been more popular in France and later his fame spread to the US. Also, his works were of "uneven quality". I once wrote an essay for some US magazine, which started with the words: "Science fiction is garbage with exceptions and Dick is one of them." I do not see many "titans of the mind" in this discipline. There may be a few outstanding scientists, who sometimes write science fiction, I know one who works in the field of cosmology... I have not mentioned his name, hence I may state: he is a physicists of the second rank and a writer of the third. There have also been cases when writers of the first order, such as Wells, have entered the domain of science fiction. I am of a very good opinion about the Strugatsky brothers, although the ending of the "Picnic at the Roadside" does not seem very convincing. This book makes me a bit jealous in the sense that "I should have written it". From the narration point of view it is extremely fascinating, although the authors have overdone it a bit. This work is so good because it presents an entirely new approach to a classic topic, developed earlier by Wells in his "War of the Worlds" - the theme of invasion of Earth. Clarke is also quite a mind, however he seems more inclined toward the engineering domain rather than the abstract-theoretical one. He also had a few great ideas, one in particular: the satellites revolving in geo-stationary orbits and serving as radio and TV transmitters. He once said he bitterly regretted he had not patented this idea - he would have made a fortune by now.

Wywiad (http://english.lem.pl/home/reading/interviews/shargh-daily-newspaper) dla magazynu "Shargh"

"Torpeda czasu", Antoni Słonimski
Cytuj
Książka, którą tym — może zaskakującym czytelnika — wstępem poprzedzam, powstała właśnie w najpierwszych, młodzieńczych, dziewiczych latach życia Science Fiction. Napisał ją młodzieniec 28–letni, wyszła, kiedy miałem dwa lata, nie muszę więc wyjaśniać, czemu jej wtedy nie przeczytałem. Jakże zdumiewającą świeżością, zapewne naiwną, ale urzekającą tym właśnie, odcina się od wielkiego, przybrudzonego tła współczesnej nam, sprofesjonalizowanej, fantastyki! Widać z niej, jak bardzo wszystko było jeszcze w owym zaraniu możliwe, jak nic nie zdeterminowane — była to przygoda myśli po prostu, nie wiedząca nic o istnieniu notowań jej giełdowych na księgarskich rynkach. Gdy miałem — gimnazjalista — lat czternaście czy szesnaście, znałem Słonimskiego z „Wiadomości Literackich” jako następcę Prusa w „Kronikach tygodniowych”, a bodaj w 1939 czytałem — w odcinku — jego Dwa końce świata, powieść fantastyczną, nic o tym nie wiedząc, że kilkanaście lat wcześniej napisał Torpedę czasu.
/.../
Książka tedy w warstwie takich wątków literackich trochę zwietrzała, ale uczyniła to z wdziękiem, z gracją, która ma w sobie coś zarazem anachronicznie bawiącego i poważnie wzruszającego, ponieważ wszystko tam bardzo solennie, uczciwie, do końca przemyślane.

"Przedmowa do Torpedy czasu", potem powtórzona w "Rozprawach i szkicach"

"Wojna światów" H. G. Wells
Cytuj
Wojna światów, najświetniejsze dzieło H. G. Wellsa, jest zarazem jedną z nielicznych powieści, które, wykraczając poza fantastyczność swych założeń, weszły do skarbca literatury światowej. To dubeltowe twierdzenie domaga się uzasadnienia. Najpierw zaskakuje swoją częścią pierwszą, ponieważ Wells dał wiele książek, a ta należy do najwcześniejszych (powstała jako czwarta z kolei, po Wehikule czasu, Człowieku niewidzialnym i Wyspie doktora Moreau — w roku 1897). Jak o tym mówi dedykacja, pomysł zawdzięczał swemu bratu; planował rzecz długo i starannie, dwudziesto—ośmioletni, wędrując pieszo i rowerem po wzgórzach Wokingu, żeby rozpoznać tereny inwazji marsjańskiej, badał więc topografię okolicy niczym strateg w przeddzień bitwy. Sumienności takiej można pozazdrościć — lecz nie da się do niej sprowadzić wizjonerskiej mocy Wojny światów. Tysiące autorów atakowało po Wellsie temat, którego on był pierwoodkrywcą — starcia ludzkości z pozaziemską inteligencją — i oto, po tylu dziesiątkach lat, książka ta nadal wznosi się nad mrowiem Science Fiction jak szczyt, tylko raz jeden osiągnięty. Toteż bez przesady trzeba wyznać, że im więcej poznaje się tekstów nowożytnej fantastyki, w tym wyższym stopniu przychodzi podziwiać nadrzędność pozycji, co tę fantastykę zapoczątkowała.

"Posłowie do Wojny światów H. G. Wellsa", potem powtórzone w "Rozprawach i szkicach"

"Ubik", P. K. Dick
Cytuj
Tym większa szkoda, że krytyka nie pokazała myślowych konsekwencji Dickowego dzieła i nie nazwała szans, tkwiących w jego możliwej kontynuacji, szans i konsekwencji korzystnych nie tylko dla autora, lecz dla całego gatunku, Dick bowiem dostarczył nam nie tyle doskonałych spełnień, ile fascynujących zapowiedzi.

"Posłowie do Ubika Ph. Dicka", potem powtórzone w "Rozprawach i szkicach"

"Niesamowite opowieści" S. Grabiński (zwł. "Kochanka Szamoty" i utwory z części "Demon Ruchu")
Cytuj
Grabiński dał niewiele utworów tak świetnych jak Kochanka Szamoty, lecz dał ich dość, by nie zostać zapomnianym pisarzem.

"Posłowie do Niesamowitych opowieści S.Grabińskiego", potem powtórzone w "Rozprawach i szkicach"
Cytuj
Ocalała przede wszystkim nowelistyka Grabińskiego. Dobrze brzmią nam te zwłaszcza nowele cyklu Demon Ruchu, w których pierwiastek ponadnaturalny objawia się dyskretnie, w dwuznacznych upośrednieniach. Nic tak nie uszkadza grozy zaświata, jak pokazy, by tak rzec, panoramicznie otwarte.

"Posłowie do Niesamowitych opowieści S.Grabińskiego", potem powtórzone w "Rozprawach i szkicach"

Edgar Allan Poe
Cytuj
H. G. Wellsowi odpowiada w niesamowitym temacie — Edgar Allan Poe. Dzieła obu tych autorów pozostały do dziś nie tylko żywotne, lecz pod wieloma względami nieprześcignione przez następców.

"Posłowie do Niesamowitych opowieści S.Grabińskiego", potem powtórzone w "Rozprawach i szkicach"

"Na Srebrnym Globie", J. Żuławski (część pierwsza)
Cytuj
Po raz pierwszy czytałem  Na srebrnym globie niedługo po Trylogii. Umiałem wtedy czytać tak jak, obawiam się, nigdy już nie będę umiał. Byłem pochłaniaczem książek żarliwym i bezwzględnym w walce z domowym porządkiem, który usiłował mi rozłamać lekturę na części, gdy ja w żaden sposób nie mogłem się od niej oderwać. I gnając przez stronice sprawdzałem co jakiś czas trwożliwym dotykiem czy aby wiele jeszcze zostało do końca. Płomienie wzniecone w dwunastoletniej głowie gasły zazwyczaj szybko, ale ta historia księżycowa przez lata paliła się we mnie ognistym śladem. Ciągnęło mnie do niej do jej „dobrych miejsc”, czytałem ją i czytałem wciąż na nowo, rozstać się nie mogłem ze wspaniałą grozą Księżyca, oblegałem ukochane strony, z których wiał tajemniczy, lodowaty mrok bezdennych szczelin skalnych, wracałem do gruzów zagadkowego miasta na pustyni, do wstrząsającej katastrofy drugiego pocisku ziemskiego, szperałem w tekście jak badacz, jak poszukiwacz skarbów, łowiący chciwie ziarenka złota w przemywanym piasku.

"Przedmowa Stanisława Lema" do w/w książki

"Zwycięzca" J. Żuławski
Cytuj
Gdyby Żuławski pisał stylem neutralnym, nie narzucającym się leksykalnie i syntaktycznie, podobnie np. jak Wells (a tworzyli obaj mniej więcej w tym samym czasie), powstałby pod jego piórem utwór stanowiący gwiazdę pierwszej wielkości w fantastyce światowej. Nic mi nie wiadomo o tym, by powieść Żuławskiego była tłumaczona na języki obce — w każdym razie bibliografie SF jej nie notują. (Podobno była tłumaczona na niemiecki.) To. co podówczas powstawało w Europie jako fantastyka naukowa, nie może się z trylogią księżycową równać; tak np. książki Kurta Lasswitza nie mają żadnych wartości literackich.
Na podkreślenie zasługuje przedmiotowa wynalazczość Żuławskiego. Nie znam w Science Fiction kreacji „Innych”, która by stać mogła obok jego szernów, poczynając już od samej, świetnie brzmiącej nazwy, kojarzącej się z tajemniczym mrokiem (może przez podobieństwo fonematyczne słowa „szern” do słowa „czerń”?), poprzez ich budowę cielesną, ich rażącą mcc, umiejscowiona w niesamowitych — względem pokrytego futrem ciała — białych, nagich —dłoniach, których dotyk przyprawia o wstrząs elektryczny — aż po relacje powstałe między nimi i ludźmi. Od udaru, wywołanego dotknięciem ich dłoni, kobiety poczynały dzieworódczo, a dzieci przychodzące tak na świat, zwane morcami miały płomienne znamiona tam, gdzie szern matkę dotknął. W czasach skrajnego zniewolenia musiała płacić społeczność ludzka haracz złożony z kobiet — aby rodziły szernom niewolników — a gdy się kobiety te starzały, szernowie zwracali je ludziom. Jako rodzicielki morców były zabijane; straszliwa to historia, a przecież jakoś prawdopodobna. Splotu podobnych zależności, co by łączył ziemską kolonię z planetarnymi tubylcami, nikt w Science Ficticn nie powtórzył, tj. nie wynalazł po raz drugi. Mają też szernowie Żuławskiego własną kulturę i mitologie, w której miejsce centralne — globu znienawidzonego — należy się Ziemi, jako że to ona wyssała powietrze z półkuli Księżyca skierowanej w ziemską stronę. Wszystkie te elementy fantastyczne składają się na spójny system, przez to ważny, że koncepcja wpisania mitu chrystianicznego w pewną konstelację wydarzeń o tyle mogła się uwiarygodnić, o ile faktograficzny, quasi–realny, a nie natarczywie alegoryczny charakter mają poszczególne partykuły tych zdarzeń.

"Fantastyka i futurologia", tom 2, "IX. Utopia i futurologia", "Modele socjoinwolucji"

"Lewa ręka ciemności", Ursula K. Le Guin
Cytuj
Wydarzeniem roku stalą się powieść Urszuli LeGuin „The Left Hand of Darkness” („Lewa ręka ciemności”). Autorka jest córką znanego antropologa amerykańskiego Kroebera. Powieść stanowi opowiedzianą w pierwszej osobie historię człowieka, który pełni na planecie Winter funkcję samotnego wysłannika oficjalnego, mającego nakłonić mieszkańców planety do wstąpienia w obręb Wspólnoty Planetarnej. Działa w pojedynkę, zgodnie z politycznym obyczajem Wspólnoty, gdyż decyzja, jaką podejmą mieszkańcy planety Winter, winna być dobrowolna; zbliżone motywy — posłowania u obcych społeczności kosmicznych — można znaleźć w SF. Oryginalną wartością książki jest hipoteza antropologiczna dotycząca seksualizmu Winteryjczyków (albo Getheńczyków, podług miana, jakim się sami określają). Getheńczycy stanowią odległą w czasie i przestrzeni odrośl gatunku Homo Sapiens, która niegdyś uległa przekształceniu urzeczywistnionemu — jak się wydaje — zgodnie z planami inżynierii biologicznej ciała (lecz nie są oni tego świadomi). Cała różnica cielesna pomiędzy ludźmi a Getheńczykami sprowadza się do biologii pici. Getheńczycy, podobnie jak liczne niższe ssaki ziemskie, przeżywają okresowo ruję (raz na miesiąc), a poza czasem jej trwania są plciowo bierni. Inaczej jednak niż wszystkie niższe ssaki nie mają trwale określonej pici, lecz objawiają znamiona męskości lub kobiecości zgodnie z nie dającą się z góry przewidzieć losową pracą gruczołów dokrewnych. Tak więc każdy Getheńczyk jest „latentnym obojnakiem”, a podczas rui stać się może kobietą lub mężczyzną. Poza rują (zwaną „kemmer”) przedstawia obojnaka o silnie zredukowanych narządach płciowych. Jedynie wówczas, gdy we „wcieleniu kobiecym” ulegnie zapłodnieniu, doznaje stabilizacji tej pici poprzez okres ciąży i porodu aż do zakończenia laktacji. Tak więc każdy Getheńczyk może być w ciągu życia zarówno ojcem, jak matką. W okresie międzyplciowym (zwanym „somer”) nie okazuje potencji seksualnej i nie jest też określony płciowo pod względem psychicznym. Gdy rozpoczyna się ruja, Getheńczyk może udać się do tak zwanego „kemmerhouse”, przybytku dostępnego powszechnie, w którym dochodzi do powstawania seksualnych par, albo też może trwać w bardziej stałym związku, podobnym do monogamicznego, z wyróżnionym osobnikiem. Jest taka monogamia możliwa dzięki temu, że osobnik, u którego cechy płciowe determinują się przy zachodzeniu rui wcześniej, indukuje u swego partnera podczas „wstępnej gry płciowej” powstanie płci o znaku przeciwnym (a więc, jeśli jako pierwszy staje się jeden obojnak samcem, jego partner zostanie samicą, et vice versa: jakkolwiek powieść nie powiada tego wyraźnie, przy niedoskonałej synchronizacji okresów „kemmer” i „somer”, gdy raz jeden, a raz drugi partner jako pierwszy wykazywać będzie zdeterminowaną płciowo aktywność, możliwe jest, iż w tym samym monogamicznym związku role męska i kobieca będą się zmieniały kolejno; byłaby to bardzo niezwykła forma „monogamii”, skoro pozostaje zachowana identyczność osób w takiej formie „małżeństwa”, ale niekoniecznie — identyczność płci). Tak osobliwa dynamika seksualna Getheńczyków stanowi jedynie tło akcji właściwej, obracającej się wokół intrygi politycznej, to jest zmagania o wprowadzenie Gethenu do Planetarnej Wspólnoty, zakończonego „happy endem” po licznych przygodach. Powieść jest napisana z literacką biegłością oraz kompetencją antropologiczną, raczej rzadko spotykaną w SF; prezentuje znaczne bogactwo uszczegółowienia getheńskiej kultury, przedstawia strzępy miejscowej historii, obyczajowości, cytuje tamtejsze sagi, legendy, podaje wiele lokalnych nazw, miejscowy kalendarz, wspomina o wierzeniach itp. Gethen to planeta ziemiopodobna, ale przeżywająca okres zlodowacenia; istnieją na niej dwa wielkie państwa, monarchia konstytucyjna o rysach feudalnych wbrew posiadaniu dość rozwiniętej technologii (pojazdy elektryczne, radio) oraz biurokratycznie scentralizowana autokracja: narrator zwiedza kolejno oba te państwa i w obu doznaje wielu przygód. Utwór, zasługując na uznanie, zadowala się, niestety, potraktowaniem „innego seksualizmu” Getheńczyków jako zjawiska raczej egzotycznego aniżeli ontologicznego.

"Fantastyka i futurologia", wyd.1, "Przypisy końcowe", przypis 12

"Wydziedziczeni" Ursula K. Le Guin
Cytuj
pisarstwo Ursuli Le Guin objawiało we wszystkich fazach rozwoju większy umiar, dyscyplinę, ład, powściągliwość, rzekłbym - rozumną i ciepłą gospodarność.
Największy rozgłos przyniosła jej powieść wydana przed trzema laty, Wydziedziczeni. Jest to ambitna próba wymodelowania pod szkłem fantastycznej izolacji najbardziej palących dylematów politycznych naszego wieku. Zestawiła w niej, jako modele rozmyślnie wyodrębnione, bo osadzone na okrążających się (niczym Ziemia z Księżycem) planetach - dwie antagonistyczne formacje, kapitalizm i anarchizm. Społeczność kapitalistyczna pozbyła się swych radykałów, posyłając, a właściwie - zsyłając ich na glob mniejszy, ubogi, niemal pustynny, i w takich warunkach rozrasta się kolektywistyczna bezpaństwowość, w której niełatwo żyć, ale też ciężar egzystencji po równi rozkłada się w niej na wszystkich. Podtytuł powieści brzmi: Dwuznaczna utopia. Jakoż nie jest anarchia Le Guin rajem. Bohater powieści to genialny fizyk, który w ubogiej społeczności nie może rozwinąć w pełni swych uzdolnień.

"Posłowie" do "Czarnoksiężnika z Archipelagu" U.L.G

"Czarnoksiężnik z Archipelagu", Ursula K. Le Guin
Cytuj
W posłowiu do Opowieści niesamowitych Grabińskiego wspomniałem o służbach, jakie fantastyka niesamowita mogłaby pełnić pozarozrywkowo.
Czarnoksiężnik z Archipelagu jest znakomitym przykładem takich właśnie służb. Jest to opowieść o naukach, pobieranych przez młodzieńca z wymyślonej krainy u fikcyjnych mędrców władających fantastycznym kunsztem czarnoksięskim. Zarazem jest to opowieść realistyczna - o kształtowaniu się osobowości, o dorastaniu wśród przeciwieństw, o tym, jak zapalczywa lekkomyślność staje się dojrzałością. Jest to wreszcie figuralna przypowieść o tym, jak można dorosnąć do sprostania własnej śmierci, nie popadając ani w nędzny strach, ani w głupią butę. Narracja toczy się czysto i spokojnie, w kameralnym ściszeniu. Zachowała swoje brzmienie w przekładzie, za który należy się wdzięczność Stanisławowi Barańczakowi, bo nie uronił ani krzty poetyckości Czarnoksiężnika. Sugestywny jest w nim nastrój przymglonego Archipelagu wśród burzliwych wód Północy, a wręcz znakomita - naturalność przejść od skromnego mozołu żeglarzy i rybaków do pojawień zaświatowego żywiołu. Żywioł ten nie jest tylko tradycyjnym sztafażem baśni, stanowi bowiem przebraną w niesamowity strój, alegorycznie potraktowaną potęgę odpowiadającą rzeczywistym potęgom, jakie człowiek wyzwala w Naturze. Czary okazują się równie ułomne, wątpliwe i obusieczne, jak naukowe odkrycia. Przypomnę zbawczą przemianę młodego Geda w ptaka, która wyzwala go wprawdzie z opresji, ale sama staje się dlań nowym zagrożeniem. Toż to wręcz modelowa sytuacja ludzkiego poznania, bo i nauka, obdarzając nas nowymi swobodami, jednocześnie wprowadza nas w nowe zagrożenia. Tym właśnie obojnaczym stosunkiem do wyzwalanych mocy zdobywa Czarnoksiężnik doskonalszą jednolitość i większą wiarygodność od Wydziedziczonych.

"Posłowie" do w/w powieści

Ray Bradbury i Fredric Brown (o tym drugim jest przy tym mowa, że strasznie nierówny)
Cytuj
Zestawiać takich autorów jak E. F. Russel i Bradbury — to tyle, jakby się porównywało Leblanca z Dostojewskim, Arsena Lupina z Raskolnikowem. Ostatecznie obie te postacie znajdowały się w kolizji z prawem i posiadały „racje moralne”, dla których się tak działo. Przykład wygląda nieprawdopodobnie, ale jest wykładnikiem sytuacji, zdarzającej się w science fiction, i to wcale nierzadko. Wspólnota tematu zdaje się tu tworzyć podstawę do takich zestawień, w najwyższym stopniu niesprawiedliwych. Jeszcze raz okazuje się, że temat jest niczym. Bradbury pozornie poddaje mu się, ulega konwencji, w rzeczywistości przezwycięża ją swoim nieporównanym wizjonerstwem, darem nadawania blasku, świeżości motywom i sytuacjom najbardziej ogranym. Odnosi się wrażenie, jakby intryga była dla niego tylko drabiną Jakubową, po której wprowadza czytelnika do nieba (częściej do piekła), zarazem cechuje go oszczędność i zborność środków (po tym poznaje się pisarza), dająca rezultaty większe od nagromadzenia całych eksplodujących Galaktyk w opowiadaniach fantastyczno–naukowych wyrobników.
Drugi po nim — Frederick Brown, pod względem temperamentu antyteza Bradbury’ego, twórca kostycznej groteski, geometrycznie suchego paradoksu, bez szczypty romantyki, szyderca zresztą raczej dobroduszny, o tyle tylko daje się wymienić jednym tchem z Bradburym, że obaj przedstawiają nieczęsty w science fiction typ szczęśliwych eksperymentatorów–poszukiwaczy. Dlatego właśnie obaj, wbrew własnym definicjom, nie utrzymują w swych utworach „scientyficznej” czystości gatunku, balansując na pograniczach fantasy, science fiction, filozoficznej bajki, a plonem takich „wykroczeń” bywają ich rzeczy najlepsze.

"Wejście na orbitę", część "Gwiazdy nawigacyjne", "Science fiction"

"Opowieści starego antykwariusza", M.R. James
Cytuj
Będąc miłośnikiem fantazji i apokryfu, jako inteligentnej zabawy, odczuwając natomiast w obliczu nerwicy lękowej bądź wiary w gusła raczej odruch psychiatry niż literata, zalecam przeciw Lovecraftowi Jamesa, jako twórcę pokrytych patyną zeszłowiecznych zabawek, nie wyzbytych ani wdzięku, ani morału.

"Posłowie" do w/w zbioru

"Gwiazdy moim przeznaczeniem", A. Bester
Cytuj
Przynależność powieści Bestera do literatury zwanej drugorzędną nie ulega wątpliwości. Gdyby Science Fiction jako gatunek wyodrębniony osobno nie istniała, powieść tę wypadłoby umieścić w okolicach dzieł Dumasa, lecz nie jako utwór względem nich wtórny. Stereotyp romansu przygodowego, który wendetę przedstawia, ma swój pułap nieprzekraczalny. Lecz można go rozmaicie wcielać w narrację: można to także doskonale robić, i w tym sensie istnieje pierwszorzędna powieść drugiego rzędu. Taką jest właśnie Stars My Destination. W swojej klasie jest ona znakomita. Znamy zoilów tak właśnie oceniających Sienkiewiczowską Trylogię. Ale centralne wartości Trylogii, gdyby się ją chciało porównać z książką Bestera, są inaczej zlokalizowane: mistrzem języka przede wszystkim jest Sienkiewicz. Na tym polu Bester wyników rewelacyjnych nie osiąga. Cała jego inwencja bije ze sfery przedmiotowej, w niej bowiem konstruuje on imponujące świeżością fantastyczne obiekty i zajścia. Nie można jednak powiedzieć, że wszystkie sam je powynajdywał; nie, większość konceptów przejął od plejady poprzedników, to jednak, co tamci miernie lub dobrze robili, potrafił zebrać, zorganizować i złączyć świetnie tak, że „całość nie równa się sumie części”.
Błyskotliwy, oszałamiający, monstrualny jest świat tej książki; gdyby inaczej była napisana, okazałby się potworny — ale narracja nad wszelkimi okropieństwami przenosi nas z chyżością utrudniającą zastanowienie refleksyjne. Ten świat, tak doskonale pozbawiony wszelkich ideałów i złudzeń, tak dynamicznie sprawny, cyniczny i skorumpowany do granicy, przy której cechy te uzyskują charakter wszechobecnej normy, nikogo już nie oburzającej, nie wzywającej do świętego boju.

"Fantastyka i futurologia", tom 2, "III. Kosmos i fantastyka", "Space fiction i struktury narracji"

Kłopot mam natomiast z "Lolitą" Nabokova, poświęca jej Mistrz arcyciekawą analizę, ale konkluzja jest raczej dwuznaczna:
Cytuj
Przecież książka otwiera się czującemu i rozumnemu czytelnikowi (o znawcach wszak mowa!) od razu, mówi mu wszystko, co ma do powiedzenia, i jakież to tajemnicze procesy zajść jeszcze muszą, aby z ust jego wyrwał się, po miesiącach czy latach, okrzyk zachwytu? Ile wart jest ów zachwyt, przybywający z takim opóźnieniem? Dlaczego mamy wierzyć w jego autentyczność? Dlaczego to, co było hermetyczne, nudne, nic niewarte albo trywialne, skandalizujące, bezwstydne czy wreszcie zbyteczne i jałowe — staje się głosem epoki, spowiedzią dziecięcia wieku, nowym, wstrząsającym nami odkryciem człowieka, jakiegośmy nie znali?
Wszystkie te pytania stawiałem sobie po zamknięciu Lolity Nabokova, książki, która parę lat temu była zarazem ewenementem i skandalem literackim.

"Rozprawy i szkice", "Lolita, czyli Stawrogin i Beatrycze"

Z czego: Bestera i Jamesa nie liczyłbym z całą pewnością do górnego królestwa literatury, nad Brownem też bym się - co najmniej - wahał, ale wszak Mistrz polecał...

I jeszcze dorzucę osobno, jako mającego wpływ, acz potraktowanego z perspektywy czasu raczej ironiczne:

Rainer Maria Rilke
Cytuj
Byłem wtedy pod znacznym wpływem Rilkego, więc moja stylistyka była jakby dziesiątą wodą po tym poecie.

Komentarz Lema do "Obłoku Magellana", cytowany na stronie głównej

ps. Warto też chyba przypomnieć tytuły serii "Stanisław Lem poleca" dublujące się zresztą z tym, co przytoczyłem.

Z wydanych są to:
- Philip K. Dick – "Ubik",
- Stefan Grabiński – "Niesamowite opowieści"
- M. R. James – "Opowieści starego antykwariusza"
- Arkadij i Boris Strugaccy – "Piknik na skraju drogi. Las"

Z planowanych:
- Ursula K. Le Guin – "Czarnoksiężnik z Archipelagu",
- Alfred Bester – "Gwiazdy moim przeznaczeniem"
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 17, 2016, 10:55:42 pm
o Kju mogę rzec z podziwem (za Mistrzem): ten Go czytał!
R.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 18, 2016, 01:13:34 am
Ja jednak trochę inaczej widzę ten wątek - niż Q:)
Dla mnie to nie index FiFy.
Ponadczasowość, światoogląd...wyjątkowość. Hm.
Wg mnie Lem nie tyle czerpał z SF, co wykorzystywał ją.
Ślady, wpływy innych u Lema, przeplatanie tematów to dla mnie przede wszystkim (ale nie tylko - oczywiście) tematy z Dostojewskiego Gombrowicza i Witkacego.
Także mi gdzieś, kiedyś - bliskie.
[czekam aż mnie ktoś wyprowadzi z błądzącego błędu - chętnie podyskutuję:)]
Cytatów o w/w Panach w różnych książkach Lema, wywiadach - jest mnóstwo. Nie ma sensu ich wszystkich tutaj przytaczać.
Wypowiedzi Lema o Dostojewskim cytowałam wielokrotnie - jako, że sama mam lekki odchył w jego kierunku:)
Może tylko dodam (bo cytat z Tako rzecze Lem powielałam tu wielokrotnie oraz ten z Dialogów - kto czytał, ten wie:)...jeden - z listów do M. Kandla:
"Notatki z podziemia" Fiodor Dostojewski
Cytuj
Z Dostojewskim całkiem inna sprawa, gdyż był on znów całkiem zwyczajnym geniuszem, czyli gdy chciał pisać idiotyzmy, to mu nie wychodziły, zupełny król Midas, czego się tknął, obracał w złoto, z wizyty u starej kurwy umiał zrobić metafizykę najwyższego lotu (Historia o mokrym śniegu ) - inna rzecz, że jak CZASEM się poślizgnął, to już NA CAŁEGO - na pysk. Och, on był jak taka największa baba, z tych, wie Pan, rosyjskich zabawek, taka, co ma wszystkie inne baby w sobie. Nie można go skutecznie transcendować. Zawsze człowiek w końcu uwięzgnie.
"Sława i Fortuna. Listy Stanisława Lema do Michaela Kandla", list z dnia 10 listopada 1972, str. 104
Dopisuję:
- "Dzienniki" Gombrowicz
Cytuj
Grunt to, żeby pisarz miał taką monomanię, która okaże się dość obszerna dla kosmosu spraw wszelkich. Gombrowicz, którego Dzienniki niczym Biblię sobie czytam co jakiś czas, był dość w tym względzie zamożny.
"Sława i Fortuna. Listy Stanisława Lema do Michaela Kandla", list z dnia 1 sierpnia 1972, str.79
Cytuj
To b. dobrze, że Pan Gombrowicza ceni, bo to największy polski prozaik naszego stulecia.
"Sława i Fortuna. Listy Stanisława Lema do Michaela Kandla", list z dnia 30 maja 1972, str. 53
Co do śladów w twórczości:
Cytuj
Zabawne, że wersja angielska Pamiętnika znalezionego w wannie wydała się Panu strawniejsza od polskiej. To jest oczywiście Kafka, ale przepuszczony przez Gombrowicza.
"Sława i Fortuna. Listy Stanisława Lema do Michaela Kandla", list z dnia 26 kwietnia 1972, str. 40
I taki...dosyć ważny - może najważniejszy z gombrowiczwsko-lemowych;)
Cytuj
Trzy Prawa Lema powiadają, że: 1) Nikt nic nie czyta; 2) Jeśli ktoś czyta, to nic nie rozumie; 3) Jeśli ktoś coś czyta i rozumie, to natychmiast zapomina. Jest to rozwinięta postać spostrzeżenia Gombrowicza.
"Sława i Fortuna. Listy Stanisława Lema do Michaela Kandla", list z dnia 16 lutego 1978, str.621
Ze str. 477 dowiadujemy się, że:  ["nikt nikogo nie czyta!" - mawiał Gombrowicz i było coś na rzeczy.
List z 16 czerwca 1976, str. 473
O Witkacym może innym razem...tylko krótko:
- "Nienasycenie", "Pożegnanie jesieni" Witkacy
Cytuj
Jestem gorącym entuzjastą Nienasycenia i Pożegnania jesieni, ale traktowanych łącznie, przynoszących wizję całościową.
"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "Gusta i dysgusta", str. 192

P.S. Mam prośbę - moglibyście Wasze cytaty uzupełnić stronami, z których pochodzą? Łatwiej byłoby je odnaleźć:)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 18, 2016, 02:36:40 am
Ja jednak trochę inaczej widzę ten wątek - niż Q:)
Dla mnie to nie index FiFy.
Ponadczasowość, światoogląd...wyjątkowość. Hm.
Wg mnie Lem nie tyle czerpał z SF, co wykorzystywał ją.

Tylko widzisz... Starałem się właśnie by to nie był indeks "Fif'y", a po prostu pozycje, które Lem uznał za istotne intelektualnie z tego, czy innego powodu. Zresztą... dzielenie na "SF" i literaturę wysoką jest dokładnie wbrew temu co sam Lem pisał. Lem, bowiem, uważał, że nie przyjęty temat decyduje o jakości utworu, a jego... cóż... jakość.

"Zestawiać takich autorów jak E. F. Russel i Bradbury — to tyle, jakby się porównywało Leblanca z Dostojewskim, Arsena Lupina z Raskolnikowem. Ostatecznie obie te postacie znajdowały się w kolizji z prawem i posiadały „racje moralne”, dla których się tak działo. Przykład wygląda nieprawdopodobnie, ale jest wykładnikiem sytuacji, zdarzającej się w science fiction, i to wcale nierzadko. Wspólnota tematu zdaje się tu tworzyć podstawę do takich zestawień, w najwyższym stopniu niesprawiedliwych."

"Nieraz już szukałem sposobu przedstawienia życiorysu Science Fiction i zawsze okazywało się, że czyste literackie kryteria nie wystarczają. Może należałoby opisać jej koleje językiem rozumiejącym światłego psychologa, który bez skandalizowania, ale i bez czułostkowości, ukazuje to, co się w XIX wieku nazywało upadkiem porządnej kobiety.
Historia literatury, podobnie jak kronika towarzyska, pewne sprawy okrywa dokładnym milczeniem. W wielkiej Literary History of the United States (Mc Millan Company, New York, 1515 stron, 59 autorów, 6 redaktorów) — której ostatnie z 1964 roku wydanie leży na moim biurku — na próżno by szukać w rzeczowym indeksie hasła Science Fiction. W spisie omawianych autorów (56 szpalt najdrobniejszej czcionki) nie ma ani jednego nazwiska pisarza tego gatunku — z wyjątkiem H. G. Wellsa, zacytowanego zresztą w związku z jego „pozafantastyczną” działalnością. Są jednak w tym tomie wymienieni pisarze i pisarki, których oprócz historyka ze stopniem uniwersyteckim nie zna nikt — postaci czwartorzędne, ale z „dobrego towarzystwa”.
Zarazem obecności Science Fiction na rynku książkowym USA nie dostrzec niepodobna. Książki te wychodzą w masowych nakładach, w takiej ilości, że wszystkich nie przeczyta nawet maniak rakietowy, zaprzysiężony gwiazdoman. Należy do nich doliczyć dwakroć tyle utworów w magazynach i publikacjach specjalnych. Piszą te utwory setki ludzi, setki mózgów wytłaczają z siebie do ostatniego atomu pomysłowość, kulminującą w stwarzaniu wizji najbardziej groteskowych, szokujących, dramatycznych — czy sama liczba w tym trudzie mrówczym zaangażowanych nie powinna gwarantować, że choć część owych dzieł godna jest wstępu do Literary History of the United States? Byłożby milczenie jej tylko wynikiem uniwersyteckiego zarozumialstwa, lekceważącej nonszalancji profesjonałów, kiperstwa akademickiego, zakamieniałego w konserwatyzmie, ślepego na wartości gatunku, który jest — jak głoszą jego wyznawcy — solą nowoczesności, prawdziwym lustrem przemian naszego świata?
Obawiam się, że nie problem „zlokalizowania winy” należy badać, lecz tylko w miarę pouczających, w miarę żałosnych losów owej literackiej istoty, co — choćby w dziełach Wellsa — tak świetnie się przecież na przełomie wieku zapowiadała.
Otóż zdarzyło się ze Science Fiction — nie w jednym miejscu i czasie, lecz to klęski nie umniejsza — szereg niedobrych rzeczy, które jej życie złamały. Ona sama nie bardzo nawet, zauważmy, zdaje sobie z nich sprawę — tym gorzej dla niej.
Zapadła mianowicie — prawie już u początków — na dwuznaczną rozrywkowość, a gdy zaczęła się podobać, dostała olbrzymich nakładów; powodzenie zaszkodziło jej reputacji, lecz brnęła dalej — puściła się z powieścią kryminalną, aż wreszcie wylądowała w brukowych magazynach, gdyż okazała się niezwykle „chodliwym” towarem.
Aby — przed zstąpieniem w ślad za Science Fiction do podejrzanych jej przybytków — jeszcze przez chwilę ogarnąć rzecz z ptasiej perspektywy, to, w jaki sposób poszczególne gatunki literackie zdobywają sobie rangę w hierarchii całej literatury, jest, przyznajmy, sprawą tyleż ciekawą, co niejasną. Kiedyś powieść była rodzajem literackim o wiele „gorszym” od poezji i na miano „epiki” mógł sobie zasłużyć poemat, ale nie jakaś historia opisująca prozą perypetie codzienności. Dramat, dzięki dobremu greckiemu pochodzeniu, jako szlachetnie urodzony, nigdy nie grał roli arywisty — lecz na przykładzie powieści daje się badać kariera, wychodząca z nizin, pięcie się wzwyż, które własnym, olbrzymim wysiłkiem zdobywa sobie wreszcie szacunek powszechny. Gdy jednak koryta poszczególnych gatunków w ocenie społecznej definitywnie zastygną, utwór, powstający wewnątrz jednego z nich, jeśli to jest gatunek choć trochę podejrzanej konduity, nie może nobilitować niczego prócz siebie. Innymi słowy: Zbrodnia i kara nie jest uważana za znakomitą powieść kryminalną, ponieważ ramy naszej klasyfikacji takiego ustalenia nie dopuszczają. Dostojewski w obrębie „powieściowej kryminalistyki” się nie zmieścił, przekroczył granicę — lecz uczynił to we własnym, a nie gatunku imieniu. Gdy zatem „gatunkowo” utwór nawet daje się zaklasyfikować do „kryminałów”, jak książki Chestertona, ale gdy zarazem go cenimy, natychmiastową decyzją konstatuje się, że „kryminalność” jego (albo w innym wypadku, „romansowość”) jest tylko pretekstem, udaniem autorskim, dowodem pisarskiego wyrafinowania subtelnego, lecz nie — rozpusty. W ten sposób gatunek nadal zachowuje znamiona podejrzanego prowadzenia się, a książkę ocalamy dla „prawdziwej literatury”. I wilk jest syty, i owca cała.
Z biegiem czasu jednak przekroczyć książce — najlepszej nawet — granicę gatunkowego getta staje się coraz trudniej. Wspomnieliśmy Zbrodnię i karę, przypomnijmy więc sobie postać występującej w niej Soni, prostytutki o sercu czystym i szlachetnej duszy; skądinąd jednak dobrze wiadomo, że klienci podobnych osób nie w takich kontaktują się z nimi sytuacjach, które sprzyjałyby wyjawieniu wyższych walorów duszy i serca, a bardzo trudno wykryć w kimś lub w czymś to, czego się nie szuka. Zresztą — trudno i darmo — wykonywanie każdej profesji ma swoje konsekwencje nieuchronne; zachować — jak Sonia — czystość wewnętrzną nie tylko łatwo nie jest, ale zakrawa to — niestety — na niemożliwość prawie, ponieważ każdy staje się w końcu taki, jak ci, z którymi przestaje. Rozpoczynają się wszak procesy przystosowania nieuchronne, na których służbę idą umiejętności skądinąd dobrze urodzone, cenne, jak bystrość, inteligencja, wdzięk, talent podobania się — to wszystko, w co była Science Fiction od urodzenia bogato wyposażona. Lekko przejaskrawiając powiemy, że rozrywkowość gatunku jest szczególnym rodzajem służby, takim, w którym ten, kto rozrywki dostarcza, ją ma przede wszystkim sprezentować odbiorcy, a nie siebie, nie swoją osobowość, bo ta się nie liczy. A przecież sztuka do tego właśnie się sprowadza i tym jest szlachetniejsza, w im jawniejszym stopniu artysta staje się przed nami, jako pewien człowiek, niepowtarzalny, który to i w taki sposób ma nam do powiedzenia, że go w tym nikt nie zastąpi; dojść ma do kontaktu najbardziej osobistego, intymnego nawet, ale na poziomie, który wszelką uległość, płaskie schlebianie gustom wyklucza. Stajemy się powiernikami prawd autorskiego przeżycia, które utwór nam komunikuje w największym zaufaniu, w sekrecie nieomal — a nie nabywcami towaru z metra i sztuki.
Mówiliśmy już mimochodem o dwuznaczności, jaka cechuje pozycję Science Fiction, ponieważ nie jest tak, jakoby się ona dokładnie w ten sam sposób wulgarny puszczała, tak się z żadnymi względami nie liczyła, takim przepojona bezwstydem działała, jak, powiedzmy, powieścidła pornograficzne lub „czarne” powieści kryminalne. Była to istota dobrze urodzona przecież, z rodziców pełnych uczoności i fantazji, o rodowodzie sięgającym klechd, mitów, baśni, a zarazem — racjonalności encyklopedystów i empiryczności filozofów angielskich, dysponowała też błyskotliwością dyskursywną, umiała być poważna lub drwiąca i stała — tak przynajmniej można było sądzić — przed zgoła olśniewającą karierą. Mogła wszak pójść racą w górę, ku elitarnym wyżynom wtajemniczania w najgłębsze problemy nauki i filozofii człowieka, w — jakże doniosłą dzisiaj — moralną problematykę technologii działającej, mogłyby się wewnątrz niej toczyć olbrzymie dyskusje o prawdy trwałe naszego rodzaju, mogłyby tam powstawać całe metafizyki w przyszłość skierowane, a przeszłość odzwierciedlające. Wszystko to być mogło, ale nie stało się, gdyż każdy omal z talentów, każda z cnót w powiciu już była lekko naznaczona piętnem potencjalnego przynajmniej nadpsucia — czy upadku po prostu.
Najpierw — naturalnie — należałoby powiedzieć wiele o przyczynach ekonomicznych, którym w sposób wyłączny (jak można by mniemać) nieszczęsna Sonia Dostojewskiego zawdzięczała swoje zejście na ulicę. Lecz zauważmy trochę marginesowo, ale doprawdy nie cynicznie, że ekonomia ekonomią, a gdyby nie walory pewne, na ulicy właśnie popłatne, żałosna ta w dół schodząca kariera okazałaby się niemożliwą, gdyż taki na przykład garb zmusiłby Sonię do zachowania cnoty nie tylko duchowej. Otóż Science Fiction objawiła się światu nie tylko inteligencją obdarzona przeszywającą, ale i urodą, dosyć, dodajmy, łatwą, a przynajmniej nie aż tak trudną, żeby nie mogła liczyć na odbiór masowy. Przyczyny popularności bywają rozmaite — niekiedy są tylko rezultatem posłusznego nakazom mody snobizmu — dotyczy to, po części przynajmniej, zgody, z lekka zrezygnowanej, szerokich kręgów odbiorczych na malarstwo abstrakcyjne. O ileż jednak wygodniej jest, kiedy można — występując w szanownej roli konesera sztuk — zarazem i modzie hołdować snobistycznej, i sobie w cichości ducha dogadzać — przed aktami naturalistycznej szkoły, które tak umieją urozmaicać przeżycia odbiorcze, jak tego żaden akt Picassa nie uczyni. Są to sprawy drażliwe trochę, zapewne, lecz trudno je przemilczeć. Rolę reklamującą seksu odgrywała — w początkach drogi życiowej Science Fiction — przygoda zawsze w niej obecna. Gdyż jako awanturnicze i przygodowe, sensacyjne nawet, można było odbierać wszystkie bez mała powieści Wellsa. Można było zamykać oczy na ich filozoficzną, scjentystyczną problematykę, a przecież stać się pilnym, z uszami czerwonymi, czytelnikiem Wojny światów czy Wyspy doktora Moreau. A jeśli moje wywody wydają się naciągane, oto dowód, którym się legitymują: powieści Wellsa wychodzą w USA — w tych samych seriach, w jakich „szeregowa” SF się pojawia, ale wychodzą tak tylko jego fantastyczne książki. I podobnie z Poego, powiedzmy, „wydłubuje się” to, co będzie pasowało do zbiorów „Horror–Stories”, albowiem gatunek zdominował autorów, podporządkował ich sobie, szczelnie otorbił, tak że co za jego granicę „wystaje”, ulega amputacji. A przecież dla każdego czytelnika Wellsa czy Poego jasne jest, że się ich książki liczą jako pewna myślowa, pojęciowa całość, lecz prawa gatunku okazały się silniejsze od wewnętrznej mocy spójnej utworów nawet pisarzy tej miary. Więc „łatwiejszej” urodzie zawdzięczać musi Wells to, że część jego książek prowadzi skarlały tryb życia wewnątrz kolorowych okładek, „wessana” w głąb Science Fiction; więc ulega dzieło autorskie rozdarciu, które wyobrazić sobie możemy, myśląc, jakby się Tomasz Mann prezentował „rozbity” na utwory „O hochsztaplerach”, „O lekarzach” czy „O muzykach”."


"Prawdziwej literatury aż tak się nie szufladkuje. Faust nie stoi na półce pod hasłem „Czarownice, Diabły, Romanse Łóżkowe” ani Pan Tadeusz pod napisem „Awantury w domach jednorodzinnych”. Trzeba pierwszego szukać pod „Goethe”, drugiego pod „Mickiewicz”."

I otóż - za Mistrzem - postuluję, by Wellsa i godnych jego następców - w szereg których Lem sam się stawiał - nie poddawać przymusowemu skarleniu i nie wypychać z listy "bo to SF". To jest idealnie sprzeczne z lemowskim do tych utworów podejściem.

Ślady, wpływy innych u Lema, przeplatanie tematów to dla mnie przede wszystkim (ale nie tylko - oczywiście) tematy z Dostojewskiego Gombrowicza i Witkacego.
Także mi gdzieś, kiedyś - bliskie.

Rozumiem, wybierasz to, co Ci bliskie i może nawet masz wrażenie, że dobierając Mistrzowi tych właśnie, godnych, towarzyszy zapobiegasz wtłoczeniu Go w szeregi karłów.

Tylko, że inspiracje są rozmaite... Można się inspirować cudzą myślą - o czym wspomniałaś, ale też można stylem czy metodą. I tak na przykład, mógł się Mistrz inspirować myślą gombrowiczową (co ładnie przytoczyłaś), mógł też jednak inspirować stylem pisania Żuławskiego (który był jeszcze z tych nie ugettowionych SFiarzy zresztą, bo miał też doktorat z filozofii, dramaty pisał i wiersze... przy czym jakoś mniej się to ponadczasowe okazało niż bujda księżycowa, którą stworzył, co znów każe uważać z szufladkowaniem ;)) - co zresztą udowodnić jestem w stanie bez trudu zestawiając stosowne opisy nieziemskich pejzaży, czy metodą - najmniejszego w tym szeregu może - Browna (pisać SF, która tyleż na wybornej znajomości SF bazuje, co SF dokumentnie wyśmiewa).

Pamiętajmy też przy tym o Lemowej uniwersalności. Są w takim np. "Głosie Pana" wątki, które da się omawiać porównując je do saganowego "Kontaktu" (naiwnej, miejscami, szmiry, ale napisanej przez fachowca i usiłującej mierzyć się z tym samym, b. poważnym, naukowym tematem), są i inne (np. wątku Eeney'a), dla, których lepszym kontekstem będą PRLowskie powieści z kluczem, a i dla porównań z Gombrowiczem miejsce się znajdzie, bo i tu, i u niego, mowa jest o ułomnych, ludzkich próbach ogarniania Rzeczywistości...

Zresztą niezbyt rozumiem Twoje przeciwstawienie czerpania - wykorzystywaniu. Przecież czerpie się, by wykorzystać. Choć wykorzystać można na różne sposoby.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 18, 2016, 02:47:07 am
Wiesz, że znam te cytaty i stanowisko Lema o SF, literaturze mniejszej i większej, szatkowaniu tego i wtłaczaniu w ramki itd itp.
Pewnie sama to gdzieś tu cytowałam - może nawet Tobie - w dyskusji o Tarkowskim.
Cytuj
I otóż - za Mistrzem - postuluję, by Wellsa i godnych jego następców - w szereg których Lem sam się stawiał - nie poddawać przymusowemu skarleniu i nie wypychać z listy "bo to SF"
Kompletnie nie o to mi chodzi.
W innym miejscu przykładamy miarki.
Cytuj
Rozumiem, wybierasz to, co Ci bliskie i może nawet masz wrażenie, że dobierając Mistrzowi tych właśnie, godnych, towarzyszy zapobiegasz wtłoczeniu Go w szeregi karłów.
Nikogo w nic nie wtłaczam.
Ok - sorry. I vicevers. Z wybierankami.
Ale dlatego się nie dogadamy w tym wątku:)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: skrzat w Marzec 18, 2016, 10:25:11 am
Częściowo uzupełniłem listę, ale możecie też spokojnie sami edytować mój post, chyba moderatorzy mają takie uprawnienia?

Merytorycznie muszę się przygotować i trochę doczytać, aby uzasadnić, dlaczego pominąłem np. Bestera, czy Stappledona. Zgadzam się jednak, że sama wzmianka w "Fantastyce i futurologii", czy również w jakimś wywiadzie, to trochę za mało. Szukamy książek, które przetrwały próbę czasu i weszły na stałe do panteonu literackiego.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 18, 2016, 10:27:02 am
Być może rozwścieczę Adwersarzy (i innych prawdziwie zainteresowanych), lecz są to spory i sprawy mi raczej obce i dlatego nic tu po mnie aktywnym.
Natomiast jako biorca jestem zaciekawiony jak najbardziej, czego dowodem jest wczorajszy zakup polecanego sir Russela. Dzięki, Ol, i Mister Skrzat :-) 
R.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: skrzat w Marzec 18, 2016, 10:30:27 am
Być może rozwścieczę Adwersarzy (i innych prawdziwie zainteresowanych), lecz są to spory i sprawy mi raczej obce i dlatego nic tu po mnie aktywnym.
Natomiast jako biorca jestem zaciekawiony jak najbardziej, czego dowodem jest wczorajszy zakup polecanego sir Russela. Dzięki, Ol, i Mister Skrzat :-) 
R.

Za ile Pan go kupił? Pytam, bo też wczoraj zamówiłem za 70 pln :-)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: skrzat w Marzec 18, 2016, 10:46:40 am
P.S. Mam prośbę - moglibyście Wasze cytaty uzupełnić stronami, z których pochodzą? Łatwiej byłoby je odnaleźć:)

Tutaj mam problem, bo wszystkie książki Lema przeglądam w wersji elektronicznej, bezstronicowej, ale też o tym myślałem, postaram się pouzupełniać strony z wydań "Gazety Wyborczej".
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: .chmura w Marzec 18, 2016, 12:46:46 pm
Kłopot mam natomiast z "Lolitą" Nabokova, poświęca jej Mistrz arcyciekawą analizę, ale konkluzja jest raczej dwuznaczna:
Cytuj
Przecież książka otwiera się czującemu i rozumnemu czytelnikowi (o znawcach wszak mowa!) od razu, mówi mu wszystko, co ma do powiedzenia, i jakież to tajemnicze procesy zajść jeszcze muszą, aby z ust jego wyrwał się, po miesiącach czy latach, okrzyk zachwytu? Ile wart jest ów zachwyt, przybywający z takim opóźnieniem? Dlaczego mamy wierzyć w jego autentyczność? Dlaczego to, co było hermetyczne, nudne, nic niewarte albo trywialne, skandalizujące, bezwstydne czy wreszcie zbyteczne i jałowe — staje się głosem epoki, spowiedzią dziecięcia wieku, nowym, wstrząsającym nami odkryciem człowieka, jakiegośmy nie znali?
Wszystkie te pytania stawiałem sobie po zamknięciu Lolity Nabokova, książki, która parę lat temu była zarazem ewenementem i skandalem literackim.
"Rozprawy i szkice", "Lolita, czyli Stawrogin i Beatrycze"
Jeśli dobrze rozumiem, słowami: „Kłopot mam natomiast z "Lolitą" Nabokova, poświęca jej Mistrz arcyciekawą analizę, ale konkluzja jest raczej dwuznaczna” Q waha się, czy Lolita spełnia warunki obecności na wiadomej liście.
*
Myślę, że Q źle sklasyfikował zacytowane przez siebie słowa, uznając je za Lema „konkluzję”. Moim zdaniem nie jest to Mistrza konkluzja wywodów nt. Nabokova Lolity. To nie jest konkluzja, to nie jest Lolity ocena, tylko to jest punkt wyjścia analizy fenomenu Lolity. Nie przypadkiem cytowane słowa padają na drugiej z 27 stron Lemowej recenzji, a nie na jej końcu. Tymi słowami Mistrz nie ocenia Lolity. Tymi słowami dziwi się, jak to jest możliwe, że książki wybitne nie od razu rozpoznane zostają jako wybitne. Lolita jest dla Mistrza jednym z przykładów takiej intrygującej sytuacji. 
*
Że Mistrz miał książkę Nabokova za „wybitną” jest – moim zdaniem – w miarę jasne. Wszak lokuje Lolitę obok dzieł Prousta, Musila, Conrada, pisze o „uznaniu”, ba, „entuzjazmie” „znamienitych pisarzy i krytyków” (s. 200), którzy „wykazują nam, iż Lolita jest dziełem na miarę światową” (s. 201). Recenzja Lolity jest najdłuższą z wszystkich recenzji umieszczonych w drugiej części 21. tomu Dzieł.
*
Poza wszystkim, myślę, że z Nabokovem miał Mistrz kłopoty podobne do kłopotów z Tarkowskim. W swojej recenzji Lolity koncentruje się na technikaliach, nie na estetyce. Na przykład, celnie i odkrywczo podkreśla pokrewieństwo Dostojewskiego potworów (Swidrygajłow, Stawrogin) z Humbertem Humbertem, które nie sprowadza się bynajmniej do zainteresowania małymi dziewczynkami. (A przecież Nabokov szydził z Dostojewskiego jako pisarza!). Natomiast nie ma tu prawie analizy walorów estetycznych książki, dla samego Nabokova najważniejszego z aspektów dzieł literackich. 
*
Zawsze ciekawiło mnie, co Nabokov miałby do powiedzenia o Mistrzu… O ile wiem, nie przeczytał ani jednego Jego słowa. Mistrza z epoki Astronautów wyniośle wytarzałby w smole i pierzu, to w miarę pewne. Jak jednak ten, uzależniony od Piękna kryjącego się w szczelinach między słowami, nałogowiec zareagowałby na fenomen Maski? 
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 18, 2016, 01:21:23 pm
Ale dlatego się nie dogadamy w tym wątku:)

Ale... może dogadać się nie musimy? Może - dzięki różnorodności spojrzeń - zaoferujemy skrzatowi większy wybór?:)

Merytorycznie muszę się przygotować i trochę doczytać, aby uzasadnić, dlaczego pominąłem np. Bestera, czy Stappledona. Zgadzam się jednak, że sama wzmianka w "Fantastyce i futurologii", czy również w jakimś wywiadzie, to trochę za mało. Szukamy książek, które przetrwały próbę czasu i weszły na stałe do panteonu literackiego.

Bestera nie będę bronił, bo różne są rodzaje ponadczasowości i omawianie np. Dostojewskiego z Dumasem na przemian dziwnie by wyglądało, choć obaj - każdy na swój sposób - w literaturze nieśmiertelni.

Stapledona jednak bym bronił - sądzę bowiem, że bez niego i jego - nie zawsze udanych - prób nie byłoby i "GOLEMa...", i 3/4 tego co w zachodniej SF wartościowe (np. u Clarke'a). Owszem, jest to autor zapomniany, o czym pisze sam Lem, ale zdaje się, że niesprawiedliwie jednak...

Jeśli dobrze rozumiem, słowami: „Kłopot mam natomiast z "Lolitą" Nabokova, poświęca jej Mistrz arcyciekawą analizę, ale konkluzja jest raczej dwuznaczna” Q waha się, czy Lolita spełnia warunki obecności na wiadomej liście.
*
Myślę, że Q źle sklasyfikował zacytowane przez siebie słowa, uznając je za Lema „konkluzję”. Moim zdaniem nie jest to Mistrza konkluzja wywodów nt. Nabokova Lolity. To nie jest konkluzja, to nie jest Lolity ocena, tylko to jest punkt wyjścia analizy fenomenu Lolity. Nie przypadkiem cytowane słowa padają na drugiej z 27 stron Lemowej recenzji, a nie na jej końcu. Tymi słowami Mistrz nie ocenia Lolity. Tymi słowami dziwi się, jak to jest możliwe, że książki wybitne nie od razu rozpoznane zostają jako wybitne. Lolita jest dla Mistrza jednym z przykładów takiej intrygującej sytuacji. 
*
Że Mistrz miał książkę Nabokova za „wybitną” jest – moim zdaniem – w miarę jasne. Wszak lokuje Lolitę obok dzieł Prousta, Musila, Conrada, pisze o „uznaniu”, ba, „entuzjazmie” „znamienitych pisarzy i krytyków” (s. 200), którzy „wykazują nam, iż Lolita jest dziełem na miarę światową” (s. 201). Recenzja Lolity jest najdłuższą z wszystkich recenzji umieszczonych w drugiej części 21. tomu Dzieł.
*
Poza wszystkim, myślę, że z Nabokovem miał Mistrz kłopoty podobne do kłopotów z Tarkowskim. W swojej recenzji Lolity koncentruje się na technikaliach, nie na estetyce. Na przykład, celnie i odkrywczo podkreśla pokrewieństwo Dostojewskiego potworów (Swidrygajłow, Stawrogin) z Humbertem Humbertem, które nie sprowadza się bynajmniej do zainteresowania małymi dziewczynkami. (A przecież Nabokov szydził z Dostojewskiego jako pisarza!). Natomiast nie ma tu prawie analizy walorów estetycznych książki, dla samego Nabokova najważniejszego z aspektów dzieł literackich.

Konkluzja... Może i użyłem tego słowa niezręcznie - miło Cię znów widzieć chmuro :) - ale jakoś mi pasowało, właśnie dlatego, że widać tu najwyraźniej ten - jak napisałeś - kłopot Lema z Nabokovem. Owszem, Mistrz pisze o zachwycie krytyków, owszem, zestawia z Dostojewskim, którego wysoko ceni (acz robi to jakby bardziej analitycznie, mniej wartościująco - porównuje wątki, bohaterów), ale finał jego wywodu jest prawie taki sam, jak początek - przyglądanie się. Nie ma tych - charakterystycznych dla Lema - ostrych sądów, którymi potrafił wyrazić co myśli niepochlebnego o autorach renomowanych. Nie ma też jednoznacznej pochwały - której przykładów sporo już przytoczyliśmy. Jest taki jakby wyciszony namysł, od początku do końca. Co dość nietypowe dla eseistyki Mistrza. Tak nietypowe, że aż warte odnotowania. nie wiem tylko czy na tej liście?
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 18, 2016, 01:22:47 pm
Chyba za 66, ale wraz z wysyłką! Przepraszam, spieszę się, nie mam czasu sprawdzać.
R.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 18, 2016, 02:10:35 pm
Oj skrzacieskrzacie - wolałam jednak notatki z podziemia:)
P.S. Mam prośbę - moglibyście Wasze cytaty uzupełnić stronami, z których pochodzą? Łatwiej byłoby je odnaleźć:)
Tutaj mam problem, bo wszystkie książki Lema przeglądam w wersji elektronicznej, bezstronicowej, ale też o tym myślałem, postaram się pouzupełniać strony z wydań "Gazety Wyborczej
Listy, wywiady mam głównie papierowe - jeśli trafię na Twoje cytaty - to uzupełnię strony. Zresztą nie było ich w wyborczym wydaniu.

Może uzasadnię skąd moja niechęć - w tym wątku - do literatury SF (bo przecież nie jako takiej - czytałam, czytam, oglądam SF - lubię) - dla mnie zupełną podstawą  i odnośnikiem w trudnej do uchwycenia sprawie gustów literackich Lema jest rozdział z Tako rzecze Lem.
Tam dosyć jasno został sprecyzowany stosunek Lema do różnych gatunków literackich. Tego co miało na niego wpływ w dzieciństwie, co przetrwało, co go rozczarowało, co kształtowało.
Łatwo zrozumieć, że ponadczasowym topem topów nie jest dla niego literatura - w potocznym rozumieniu - SF.
Bereś kieruje go na te tory i wyciąga z niego opinie o kilku nazwiskach. Ale właśnie: wyciąga. Aż do widocznego zdenerwowania  u Lema - podsumowującego swoją pracę w obszarze amerykańskiej SF, na str. 205:
Cytuj
przez parę lat zachowywałem się jak misjonarz w burdelu, pragnący nawracać upadłe panienki.
Co do: "Lolita" Nabokov
Że Mistrz miał książkę Nabokova za „wybitną” jest – moim zdaniem – w miarę jasne.
i
Owszem, Mistrz pisze o zachwycie krytyków, owszem, zestawia z Dostojewskim, którego wysoko ceni (acz robi to jakby bardziej analitycznie, mniej wartościująco - porównuje wątki, bohaterów), ale finał jego wywodu jest prawie taki sam, jak początek - przyglądanie się. Nie ma tych - charakterystycznych dla Lema - ostrych sądów, którymi potrafił wyrazić co sądzi niepochlebnego o autorach renomowanych. Nie ma też jednoznacznej pochwały - której przykładów sporo już przytoczyliśmy. Jest taki jakby wyciszony namysł, od początku do końca. Co dość nietypowe dla eseistyki Mistrza. Tak nietypowe, że aż warte odnotowania. nie wiem tylko czy na tej liście?
Cytuj
Odpowiadają mi też nieliczne książki Nabokova, a szczególnie Lolita, która była bardzo starannie wyważona, w przeciwieństwie do na przykład Bladego ognia, gdzie daje o sobie znać pewne zakłócenie proporcji. Nabokov potrafi robić to tak świetnie, z taką lodowatą precyzją, że aż mnie odrzuca. To są często rzeczy wręcz niewytłumaczalne.
"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "Gusta i dysgusta", str. 174
Jeszcze w kilku miejscach o Nabokovie - w listach do Kandla, Mrożka (czytam tylko Heralad Tribune i Nabokova;))
Myślę, że Lolita sobie zasłużyła na to miejsce - albo ogólniej: Nabokov.
Zawsze ciekawiło mnie, co Nabokov miałby do powiedzenia o Mistrzu… O ile wiem, nie przeczytał ani jednego Jego słowa. Mistrza z epoki Astronautów wyniośle wytarzałby w smole i pierzu, to w miarę pewne. Jak jednak ten, uzależniony od Piękna kryjącego się w szczelinach między słowami, nałogowiec zareagowałby na fenomen Maski? 
Napisałby, że jak na pisarza SF, to całkiem zgrabne?;)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 18, 2016, 02:18:34 pm
Zatem może jeszcze w obronie Stapledona...

olka, napisała(ś) ironicznie o indeksie "Fif'y". Zgoda, nachylanie się nad każdą bzdurną opisaną w niej space operą byłoby marnowaniem czasu, jednak Stapledon akurat jest jednym z tych pisarzy, po wyrzuceniu których z tegoż indeksu gmach "Fantastyki i futurologii" zawali się w kilku istotnych miejscach.

Pozwolę sobie - trochę na szybko i nieporządnie - zarzucić Was, olko i skrzacie, cytatami z pierwszego wydania:
Cytuj
Fatalnym przywilejem takich udeptywaczy tematu eschatologicznego jest dewaluowanie znaczeń, jakie pierwotnie okrążały cenne książki typu Wojny światów albo Pierwszych i ostatnich ludzi.
Cytuj
Gdy Stapledon w kilkadziesiąt lat po Wellsie stworzył swój „kosmiczny mit” człowieka, już nawet literackokrytyczne bibliografie nie wchłonęły jego dzieła.
Sprawa finalnego wygnania kosmicznego tematu z literatury była przesądzona.
Nadzwyczajny stan zawężenia świadomości — jako rozeznań — na tym polu jest ostatecznie taki, że akt tematycznego i pojęciowego ostracyzmu w ogóle nie został rozpoznany jako kulturowy błąd.
Cytuj
Jeden z najwybitniejszych ojców współczesnej Science Fiction, Olaf Stapledon, dał oprócz dwu powieści, jakie uważnie rozbieramy w innych rozdziałach tej książki, utwór, który miał być niejako summą kosmicznej fantastyki. Jest to Starmaker, rzecz napisana w roku 1937, więc jedna z ostatnich pozycji Stapledona. Stanowiąc skarbnicę pomysłów, którymi może się SF żywić przez lata cale, esej ten (trudno bowiem nazwać Sprawcę Gwiazd powieścią) przedstawia raczej monstrualny (ale imponujący) niewypał.
Cytuj
The Starmaker jest ultymatywną podróżą; jak z kosza wzlatującego balonu rozpościera się widok coraz większy, tak ze stanowiska narracyjnego coraz bardziej monumentalna otwiera się panorama spraw i prac kosmicznych. Ta kosmopsychogonia ma swoje miejsca świetne — i dziwaczne tylko (np. obraz gwiazd, gniewnie ścierających protuberancjami życie z powierzchni planet, jest groteskowy i przywodzi na myśl odkurzanie piórkiem). Stapledon produkuje też mnóstwo psychozoicznych potworków, bo nie uwzględnia tego prawa ewolucji, które sprawia, że rozum, będąc organem adaptacji nadzwyczaj przyspieszającym procesy przystosowawcze względem biegnących dzięki grze doboru naturalnego, raz wyniknąwszy, uniemożliwia jakieś np. wyrastanie skrzydeł, bo ewolucyjnie trzeba na takie zajście czekać i miliony lat, natomiast technicznie opanować sztukę lotu można w czasie tysiące razy krótszym. Lecz mankamenty takie nie są najistotniejsze, bo stanowią tylko kroki przewodu zmierzającego wzwyż, ku postaci Sprawcy Gwiazd. Ta Najwyższa Istota miała swoją młodość jako erę niedojrzałości i natworzyła wówczas mnóstwo Uniwersów „nieudanych”, jak gdyby bawiąc się takim działaniem. W różnych epokach bytowania Sprawcy rozmaicie zachodziło w Nim ścieranie się pierwiastków dobra i zła, a zarazem — czynnego wkraczania w Stworzone bądź tylko kontemplowania jego procesów. Mamy do czynienia z koncepcją Boga Ewoluującego, która nieuchronnie zakłada Jego niedoskonałość startową — ta zaś implikuje istnienie praw, którym Stwórca Kosmosów podlegał, bo skoro mógł dorastać i dojrzewać, to nie tak, żeby sam sobie nadał taką własność. Stapledon okazuje się więc systemotwórcą mistycznym, którego płód ma jakość logiczną dosyć wątpliwą. Kosmos aktualny, dzieło Sprawcy już okrzepłego, to palenisko olbrzymich sił, cywilizacje rodzących i niszczących je naprzemiennie; ilość upadków, ruin, szkód, aberracji ewolucyjnych i socjalnych dorównuje gigantyzmem — ogromowi samego Wszechświata, z jego skupiskami Galaktyk i chmur gwiazdowych. Sprawca Gwiazd dąży do upsychiczniania Tworzonego, nie bezpośrednio jednak, a tylko nadając mu taką właśnie możliwość rozwojową. Dlatego świadomość wynikała i w wirach protoplanetarnych, i w wielkich słońcach, w biosferze chłodnych ciał i na skorupie gwiazd ginących cieplną śmiercią. Wszystkie owe świadomości, o ile w toku egzystencji nie wykoleiły się, nie zginęły ani nie uległy zniszczeniu przez inne, czyhające na nie w niezliczonej postaci, wydostają się na taki wreszcie poziom jasności, na którym już się mogą kontaktować z innymi, przez co powstaje z wolna — z pola ich styków — jak gdyby jeden Umysł Kosmiczny. O czym On sobie myśli — nie wiadomo.
Na planie logicznym największe zastrzeżenie budzi podwójny psychizm Bytu: Stapledon nie zadowala się wszak wcieleniem świadomości w układy materialne — od insektów, przez ludzi, do mgławic — lecz ponad całą materią stawia Sprawcę Gwiazd, którego działania można dwojako wykładać. Ponieważ On światy stwarza, ponieważ im, gdy wynikną, tylko patronuje kontemplacyjnie, to, chociaż Stapledon nie życzy sobie takiej wykładni Jego uczynków, choć usiłuje zamknąć do niej czytelnikowi dostęp, podkreślając uporczywie, że motywacja aktywności Sprawcy nie jest dostępna człowiekowi, przecież musi być jedno z dwojga:
1) Albo stosunek Sprawcy do Sprawianego jest wyłącznie Jego decyzjami determinowany, więc w tych decyzjach manifestuje się Jego aksjologia (nie robi przecież tego, czego nie chce robić: ewentualność Sprawcy pomieszanego wykluczam jako trywialną), i to jest aksjologia dosyć dziwna, bo wydaje On swe stworzenia na niezliczone męki, jakkolwiek tylko pośrednio. Zgotował im byt doczesny jedynie: raz, kiedyś, sporządził Trójcę Światów Sprzężonych taką, że Doczesność podłączył do Raju i Piekła, lecz to był tylko lokalny prototyp, który upowszechnieniu nie podlegał. Tak więc „zgeneralizowana transcendencja” nie oczekuje świadomych bytów Kosmosu: nie będzie pozadoczesnych bilansów, remanentów ani zapłat. Tak Sprawca swobodnie postanowił.
2) Albo też Sprawca sam nie jest doskonale wolny, lecz działa pod kompulsją, czy to tajemnej mocy, czy wcielonych weń (religijnych?) aksjomatów, przez co tak, a nie inaczej postępować musi.
Pierwsza wykładnia wiedzie do takiej „teologii behawiorystycznej”, której tezy brzmią dosyć makabrycznie. Przez „teologię behawiorystyczną” rozumiemy tu po prostu odtworzenie aksjomatyki postanowień co do naczelnych wartości — w oparciu o zachowanie Sprawcy Gwiazd. Nie wiadomo wprawdzie, co On sobie myśli, ale wiadomo przynajmniej, co robi. Otóż najwyraźniej stawia ponad Dobro Stwarzanego jako Świadomości — maksymalizację różnorodnościową kreowanych fenomenów panpsychicznych, czyli stosunek Jego do Kreacji nie jest zwierzchnie etycznie zdeterminowany, lecz ludycznie bądź estetycznie. Działa bowiem tak, jak gdyby mniemał, że najlepiej jest wtedy, kiedy się jak najwięcej tworzy, a w samej rzeczy zbilansowanie dwu takich odrębnych Uniwersów, że w jednym panuje samo tylko Dobro, w drugim zaś ponadto jeszcze i Zło może się przejawić, wykazuje, iż pod względem różnorodności ten pierwszy Kosmos jest od drugiego znacznie uboższy fenomenalistycznie. Jeśli więc i nie jest nawet Sprawca Gwiazd Kreatorem–Sadystą, to w każdym razie moralne kryteria czynów podporządkowuje takim, którym moralna jakość jest obca. Ważniejsze jest bowiem dlań to, żeby się jak najrozmaiciej działo, od tego, żeby się Kreowanemu najlepiej powodziło. Wygląda tedy na eksperymentatora niewszechwiednego. Zaiste, mieszkać w świecie, co ma takiego patrona, to nader umiarkowana przyjemność.
Druga wykładnia prowadzi do hierarchii bogów, czyli do regressus ad infinitum, bo implikuje pytania o to, kto stworzył prawa rządzące zachowaniem samego Sprawcy? Kto ustanowił dlań aksjomaty? Kto wcielił weń pierwiastki Dobra i Zła? Jeśli instancja wyższa, która to uczyniła, sama też nie była ani wolna, ani doskonała, musi być jeszcze wyższa — itd. Stapledon, czując obecność takiej matni interpretacyjnej, stara się z niej wyjść poprzez zamknięcie członów wywodu w koło. Pokazuje np., że skazany na unicestwienie, jeśli jest tylko rozwinięty dostatecznie duchem, końca tego nie ma nikomu za złe, nie lęka się go ani od myśli o nim nie cierpi. Jakoż pewne wspaniałe cywilizacje w obliczu fizycznej zagłady — np. wywołanej inwazją „złych”, „obłąkanych” światów — nawet nie próbują walczyć z niebezpieczeństwem, lecz idą w zatracenie ze spokojną radością. Cywilizacja taka, zdolna już do duchowego obcowania ze wszystkimi świadomościami Kosmosu, traktuje siebie jako lejtmotyw w olbrzymiej symfonii Wszechświata. Zdobywając się na dystans wobec samej siebie, pojmuje, że jest tylko jedną nuta owej muzyki wspaniałej, dźwiękiem drobnym, choć zarazem konstytutywnym względem całości. Dobre to jako metafora, ale nie jako metafizyka. Stanowisko takie jest nadaniem pierwiastkowi estetycznemu najwyższej wartości: nie sama zagłada, co prawda, jest estetyczna, lecz zgoda na nią. Dlaczego? W czym jej wartość? Zdaje się, w tym, że: a) tak się nad samym sobą (tj. nad instynktem samozachowawczym) zwycięstwo odnosi, b) tak się wykazuje zrozumienie najwyższych rysów Ontycznego Ładu. Ale dlaczego właśnie zwalczenie chęci trwania własnego jest rzeczą lepszą aniżeli zwalczanie „najwyższych rysów Ontycznego Ładu”? Jeżeli nawet Sprawca urządził sobie Wszechświat jako muzykę, dlaczego mamy Mu pomagać w tym właśnie, żeby ona była możliwie harmonijna podług określonego przezeń kontrapunktu, zamiast Mu tę muzykę popsuć, a przy okazji siebie samych uratować? W teodycei Stapledona brak elementu miłości Stwórcy, ponieważ był to schizotymik introwertywny; toteż typowym dla schizotymii sposobem chłodne jakości estetyczne przenosi nad żar uczuć. Lecz formuła charakterologiczna, wyjaśniająca, czemu Stapledon tak rzecz napisał, nie ratuje przecież nielogiczności tej rzeczy.
Koncepcja Sprawcy Gwiazd u podstawy skażona jest następującym błędem logicznym: Albo zwierzchnią wartość nadają egzystencji sankcje, które w tejże egzystencji nie tkwią, czyli transcendentalne — wtedy intelekt, poszukujący tych sankcji, musi wykraczać poza granice doczesności, ale żeby mógł bezopornie zaaprobować Najwyższą Instancję, musi być ona — doskonała. Doskonałość oznacza bowiem dla rozumu poznającego koniec dociekań. Natomiast zaledwie powiemy, że Najwyższe nie jest doskonałe, powstaje zaraz pytanie o to, co je ogranicza, co perfekcję narusza, pytanie tym samym implikujące hipotezę Instancji jeszcze wyższego rzędu. Wtedy system, co się miał zewrzeć w całość jak koło, okazuje się nie zamknięty.
Albo też usensownia egzystencję — ona sama. Lecz wówczas wszystko, co próbuje jej patronować z zewnątrz, co ją stworzyło, nie będąc grą ślepych sił natury, lecz właśnie — świadomym czynem sprawczym, staje się jednym zakwestionowaniem immanentnych wartości bytowych. Gdyż naprawdę wolny i w wolności tej suwerenny może być ten tylko, kto sobie sam cele ustanawia; jeżeli stworzono go z rozmysłem, to rozmysł ów nie mógł być doskonale ateleologiczny względem niego. Albowiem akt stworzenia świadomej istoty sam musi być świadomy swojej sensowności. Jeżeli świadomy nie jest, znaczy to, że Stwórca działał bezmyślnie (tj. losowo, a tym samym — bezaksjologicznie). Pierwsze rozwiązanie naprowadza na ideę bóstw ułomnych (którą na pół serio wykładałem w kilku utworach, np. w Solaris i w Pamiętniku). Bóstwa ułomne są mniej lub bardziej człekokształtne duchowo. Ułomność ich oznacza przede wszystkim ograniczenie sprawczej potencji. Ograniczenie to trzeba koniecznie gdzieś ulokować. Albo w układzie hierarchii metafizycznym (istnieją wtedy bóstwa „coraz mniej ułomne” jako „coraz wyższe” — ich ciąg zaś perfekcję Wszechmocy i Wszechwiedzy aproksymuje), albo w układzie czysto materialnym (pierwszy jest wtedy Kosmos, poczynający w sobie właściwej grze ślepych sił istoty, co stopniowo mogą stawać się Bogami dla innych istot — i to jest właściwie antyteologiczna „teologia”, bo wszak Najwyższą Instancją okazuje się wtedy Kosmos materialny, który żadnych immanentnych sensów nie posiada).
W sposób poprawny logicznie z układu nazwanych dychotomii interpretacyjnych nie może się teodycea wydostać. Toteż koncepcja Sprawcy Gwiazd jest antynomiczna, jako że Stapledon pragnie utworzyć kompromis tam, gdzie tertium non datur.
Cytuj
Jakkolwiek porażkę artystyczną i intelektualną stanowi Sprawca Gwiazd, chodzi przecież o klęskę poniesioną w tytanicznym boju. Widać też wyraźnie drogę wzwyż, po jakiej szedł Stapledon od powieści o „nadczłowieku” — poprzez historię ludzkości — aż po rzecz „o powszechnych dziejach Kosmosu”.
Cytuj
właściwie jedynym pisarzem, który poświęcił znaczną połać swojego dzieła kwestiom przyszłości wiar ziemskich, pozostaje do dzisiaj rodak Wellsa, Olaf Stapledon, jako twórca (prócz Sprawcy Gwiazd) epopei fantastycznej o losach naszego gatunku na przestrzeni miliardów lat. On jeden, w książce zaliczanej obiegowo do fantastyki, uzmysławiał nieuchronną przemijalność symboliki historycznie powstających i tak samo wygasających wiar; w First and Last Men chrześcijaństwo znajduje się w „kulturowej czołówce” rozwoju zaledwie przez „kilka okrążeń” — a potem ginie bezpowrotnie po „ledwo” parudziesięciu tysiącach lat, jego zaś miejsce zajmują najzupełniej odmienne formy metafizyk. Trendem wykrywalnym w kolejnych religiach ludzkości przyszłej, jak je sobie wyobrażał socjolog Stapledon, jest właśnie wznoszenie się pułapu symbolicznego wiar poprzez sublimację i generalizację pojęciową jednocześnie. Im faza cywilizacyjnie u Stapledona wyższa, w tym większym stopniu wiara (jeśli w ogóle praktykowana intensywnie) okazuje się pewna tajemnicą, lokalizowaną ogólnokosmicznie oraz pozadocześnie, a zarazem w tym mniejszym stopniu staje się doktrynalizacji podległa. Niewyraźnie zarysowującą się granicą tego ciągu ewolucyjnego miałaby być jak gdyby „świadomość kosmiczna”, ku której Uniwersum zdaje się ciążyć (co zresztą przypomina trochę rysy koncepcji Teilhardowskiej).
Stapledonowi więc zawdzięczamy jedyną pozycję, usiłującą zawrzeć problematykę „futurologiczną” wiary religijnej. Na tym tle antyintelektualizm konformistyczny Amerykanów zdobywa szczególną wymowę. Stapledon bowiem jak gdyby mimochodem, bo wcale nie koncentrując na tej rzeczy uwagi (ma ją za aż taką oczywistość!), pokazuje, że przy bardzo silnych wahaniach cykli cywilizacyjnych, wręcz kataklizmatycznie urywanych, ponowne odradzanie się wiar, w postaci tożsamej z przedkatastrofainą, praktycznie zachodzić nie powinno
Cytuj
Aby jeszcze zacytować Stapledona — uważa on, że metafizyczna potrzeba jest trwale wkorzeniona w człowieka, lecz kształty konkretne, w jakich znajduje wyraz ów imperatyw, są konstytuowane historycznym momentem i razem z formacją historyczną giną. Niezmienna pozostaje tylko sama owa potrzeba jako coś w rodzaju metafizycznego „dążenia” oraz nadto: potrzeba ekspresji symbolicznej — transcendencji. Ten imperatyw jest niezmiennikiem; wszystko inne, tkwiąc niezbywalnie w strumieniu czasu, podmywającego i niszczącego znaki dawnych wiar i związane z nimi nadzieje, prędzej czy później obumiera, porzucane przez ludzkość naprzód idącą, aż te opustoszałe formy staja się martwym znakiem z amputowaną semantyką.
Cytuj
wartości książek przedstawiających dzieciństwo i młodość nadczłowieka są silnie ograniczone, a jedyną pozycją, która właściwie cały temat wypełnia i tworzy, jest Odd John Olafa Stapledona. Nikt rzeczy od niego lepszej nie napisał i nie zdaje się też nic zapowiadać, żeby Stapledona miał ktoś prześcignąć. Oto treść książki wydanej w 1936 roku: Dziwny John jest dzieckiem rodziców wcale przeciętnych; stanowi zapewne rezultat biologicznej mutacji. Rozwija się z umysłowym i fizycznym „przyśpieszeniem”; już jako podrostek przewyższa intelektualnie dorosłe osoby swego otoczenia, czasem szuka kontaktów pośród ludzi wybitnych (raz będzie to znany poeta, raz — wielki przemysłowiec), ale za powiernika wybiera sobie kogoś po prostu „zacnego i dobrego” (u Stapledona człowiekiem tym jest narrator, dobrodusznym stoicyzmem przypominający nieco Mannowskiego Serenusa Zeitbloma; ów chwyt filtrowania wiadomości o geniuszu przez umysł osobnika przeciętnego — jako autorskiego porte parole — zdaje się konstrukcyjnie narzucać; chyba nieprzypadkowo użył go Mann w Doktorze Faustusie). Zresztą Odd John nazywa powiernika „Fido, old thing”, a to jest imię, jakim się psy wabi.
Podrostek okazuje się ekscentryczny, genialny, zdobywczy, niezrównoważony i nieraz agresywny; dochodząc względnie rychło samoświadomości, pojmuje, że stanowi izolowany egzemplarz Homo Superior, a w związku z tym przechodzi rozmaite kryzysy duchowe, np. okres niechęci, pogardy i nawet nienawiści dla „bezmyślnej trzody” Homo Sapiens; okres współczucia i rozumienia, przychylności, w którym postanawia dopomóc człowiekowi w jego psychosocjalnych kłopotach; okres „ucieczki w siebie” podczas wypraw w góry, samotnych medytacji, badania własnych możliwości; i wreszcie okres konkretnych postanowień, gdy decyduje się odszukać na całej Ziemi istoty sobie podobne i założyć społeczność takich wybranych na odległej wyspie oceanicznej.
Zadanie udaje się wykonać. Wybranych rozpoznaje John na odległość dzięki potędze telepatycznej, lecz nie wszyscy nadludzie akceptują jego plany; powstaje kolonia na wyspie, założona zresztą sposobem morderczo okrutnym (młodzi nadludzie skłaniają tubylców hipnotycznie do popełnienia samobójstwa zbiorowego, bo im jest wyspa potrzebna), lecz stanu izolacji niepodobna utrzymać długo. Pojawiają się ciekawi, potem — wojenne okręty różnych państw, przychodzi do konfliktów coraz ostrzejszych, ostatnia zaś próba zbrojnej interwencji kończy się całkowitym unicestwieniem wyspy wraz z jej wszystkimi mieszkańcami.
Ten szkielet fabularny przejęła SF w kawałkach i powtarzała go nieoryginalnymi sposobami.
O jakości książki nie powiada on nic; tym, co jej wartość stanowi, jest postać Dziwnego Johna jako udany portret „nadczłowieka” w okresie „burzy i naporu” młodości. Postać to bogata; powieść roi się od myśli i uwag Johna, złośliwych, ponurych, ironicznych, adresowanych najczęściej do cywilizacji Homo, do jego egzystencjalnych wysiłków, jego przeszłości i przyszłości. Jednym słowem, rzecz zawiera credo supermana, ale także przeświecający poprzez tę intelektualną konstrukcję — zarys jego osobowości, która do przyjemnych nie należy; naturalnie tak powinno być. Wspomniana książka Shirasa to w zestawieniu z Odd Johnem typowy „młodzieżowiec” z galerią ulizanych geniuszków; mimo że znaczny wysiłek, włożony przez Shirasa w konstruowanie superdzieci, nie ze wszystkim się zmarnował, wielu kwestii wszakże Shiras nawet nie śmiał dotykać np. kwestii dojrzewania, także seksualnego; Stapledon dał sobie z nią radę). Credo supermana Stapledonowskiego pokrywa się chyba dość znacznie z przekonaniami żywionymi przez autora, o czym świadczy jego daleko posunięta zbieżność z całym tenorem ideowo—pojęciowym największej książki Stapledona — First and Last Men. Zapewne, jest to szkic światopoglądu, który przeszedł wszystkie odkształcenia, beletryzacją wywołane; chodzi o rodzaj „wzmocnionego” credo, bo myśli wyjaskrawiono, przeciągnięto lub ich umyślnie nie dopowiedziano, aby wywarły na czytelniku wrażenie większe, niżby wynikało z ich czysto dyskursywnej zawartości; ale to są wszak dobre prawa pisarza: licentia poetica obowiązuje też w intelektualnym wymiarze dzieła. Sądzę, że wznowienie metody „próbek” może dać chociaż pewne wyobrażenie o klimacie książki. Po mszy w katedrze John tyle ma do powiedzenia:

Jakie piękne by to było, gdyby tylko umieli się powstrzymać od żądania, żeby ich Bóg był ludzki! […] Och, oczywiście, to wszystko jest bebechowate. Ten ksiądz! Sposób, w jaki bije pokłony przed ołtarzem, wystarczy, by pokazać, co to za sorta. Cała rzecz jest wykręcona intelektualnie i emocjonalnie, ale — więc, czy nie słyszysz echa czegoś niefałszywego, co zaszło przed wiekami i było słuszne i wspaniałe? Myślę, że to się przytrafiło Jezusowi i jego przyjaciołom…

Po powrocie z „pustyni”, tj. z medytacji w górach:

Zawsze umiałem radować się realnością i „porządnością” moich własnych cierpień i trosk, nawet kiedy nimi pogardzałem. Ale teraz stanąłem wobec innego rodzaju okropieństwa, takiego, że nie mogłem go uładzić. Moje dylematy były dotąd izolowanymi, czasowymi frustracjami, ale teraz widziałem całą moją przyszłość jako coś znacznie bardziej żywego i umęczonego niż wszystko, co sobie wyobrażałem. Widzisz, tak wyraźnie wiedziałem, że jestem jedyny, znacznie silniej przebudzony od wszystkich. Zacząłem rozumieć siebie i odkrywać w sobie różne nowe, dziwaczne umiejętności, i w tym samym czasie widziałem wyraźnie, że stoję przed dzikim gatunkiem, który nie będzie mnie nigdy tolerował i prędzej lub później rozwali mnie samą brutalną masą. A kiedy powiedziałem sobie, że to nie ma w końcu znaczenia, i że jestem tylko małym nadętym mikrobem, lamentującym nad niczym, coś krzyczało we mnie, że jeśli nawet ja się nie liczę, rzeczy, które mógłbym zrobić, piękno, które bym mógł zrobić, i to oddanie, które zaczynałem pojmować, to się wszystko bardzo liczy i musi być doprowadzone do dojrzałości. I wiedziałem, że nie będzie dojrzałości, że nigdy nie zostaną zrobione te wspaniale rzeczy, które do mnie należą, i to był rodzaj agonii zupełnie innej od wszystkiego, co poznał dotychczas mój niedowarzony mózg.

O elicie intelektualnej:

Widzisz, powiedział, oni naprawdę są przywódcami myśli albo przywódcami mody myślowej. Co myślą i czują w tym roku, to reszta będzie myślała i czuła za rok. A niektórzy, zgodnie ze standardem Homo Sap., naprawdę są umysłami pierwszej klasy albo mogliby być nimi w innych warunkach (oczywiście większość to plewy, ale te się nie liczą). No, a sytuacja jest bardzo prosta i bardzo rozpaczliwa. Oto centrum, do którego ciągną najlepsza wrażliwość i najlepsze intelekty kraju w oczekiwaniu spotkań z innymi najlepszymi dla wzbogacenia się, i co się dzieje? Małe biedne muszki znajdują się w pajęczynie, w subtelnej siateczce konwencji, tak subtelnej, że większość jej nawet nie dostrzega. Brzęczą i brzęczą, i wyobrażają sobie, że latają, kiedy naprawdę każdy tkwi w swoim kawałku pajęczyny. Naturalnie, mają reputację najbardziej niekonwencjonalnych ludzi. To centrum narzuca im konwencję niekonwencjonalności, olśniewania myślą i sposobem bycia. Ale oni olśniewają tylko w granicach swojej konwencji. Mają intelektualny i moralny gust taki sam, przez co są kompletnie podobni do siebie, wbrew olbrzymim powierzchownym różnicom. […] Gdyby ż ta konwencja była zdrowa, ale nie jest. […] Ona obraca świetne w błyskotliwe, oryginalne w perwersyjne, i znieczula umysł na wszystkie typy doświadczeń z wyjątkiem brutalniejszych.

Są to cytaty pierwsze z brzegu. Ich wartość w tym, że mają zwykle „dwa końce”: wskazują bowiem i na przedmioty, o których mówi Odd John, i na niego samego. Dzięki temu duże porcje „wykładów”, in extenso przytaczanych przez narratora, nie składają się na referat, lecz tworzą atmosferę, która w okresie dorastania chłopca jest przede wszystkim atmosferą intelektu zrozpaczonego stanem rzeczy, jaki odkrywa wokół siebie. Nie jest to bowiem nigdy mędrkowanie, z siebie samego zadowolone; pewna nuta autentyzmu, chwilami tragicznego, nie tyle ma posmak wysokiej klasy literackiej (w tę wolno powątpiewać), ile autentyczności uwarunkowanej po prostu autorską szczerością; gdyż Stapledon, jakem już zauważył, myślał miejscami na pewno podobnie — sam, w najbardziej prywatny i pozaliteracki sposób. Lecz dzięki włożeniu myśli dorosłego uczonego w usta chłopca, który bywa ekstrawagancki i śmieszny w swojej ekstrawagancji, powstaje efekt dodatkowy; gdyż w sposób zręczny zostaje dorobione chłopcu to, czego dorosły już nie może mieć: owa gigantyczna, wspaniała perspektywa dalszego rozrastania się i potężnienia, której nie będzie, ponieważ jej nie może być w tych warunkach; a nie jest mały nadczłowiek dostatecznie zaślepiony wiarą w siebie, by tego nie spostrzec; stąd lęk i rozpacz, głęboko ukryte w jego egzystencji, które zresztą nieraz zdają się znikać, ale potem wyjawia się, że tak nie jest. Udało się też Stapledonowi połączyć intelektualną jakość dojrzałej refleksji z ową naiwną świeżością bezpośredniego chwytania rzeczy, która bywa dzieciom tak często właściwa; są to, zapewne, subtelności, których żaden plagiator nie podpatrzy, bo może je najwyżej mechanicznie i ślepo przepisać. Dlatego właśnie stoi Odd John samotny jako kreacja w całej Science Fiction. Powieść wymagała nieuchronnie, by autor pokazał konkretne talenty Johna; są to, między innymi: umiejętność błyskawicznego opanowania obcych języków, a nawet mówienia w nich „z tyłu do przodu”, gdy idzie o to, by otoczenie nie mogło podsłuchać rozmowy, fenomenalnie bystra orientacja, zawrotne tempo przyswajania nowych wiadomości, swobodna wirtuozeria wśród danych nauki, a nadto — talenty osobliwsze, jak np. telepatyczny, który umożliwia kontakt z innymi egzemplarzami gatunku Homo Superior na odległość i nawet w czasie — gdyż niektórzy z tych osobników już nie żyją, a John myślą może cofać się w okres, kiedy istnieli jeszcze, by się „tam” z nimi porozumiewać.
John posiada też zdolność wygaszania konkretnych śladów pamięciowych w umyśle zwykłych ludzi, opanowywania, ale tylko do pewnego stopnia, aparatu ich woli, a wreszcie, co jest najbardziej niezwykłe, urzeczywistniania anihilacji materialnych cząstek w obranym miejscu — samym wysiłkiem umysłu, odpowiednio skoncentrowanym. Gdyż materia ma być nie czysto właśnie materialnym, ale „psychofizycznym” substratem, a kto ma po temu władzę, może ją jakby samą „zahipnotyzować”, niwecząc przegrody między jej diametralnymi ładunkami, co wywołuje właśnie reakcję unicestwienia.
Powieść rozpada się z grubsza na trzy części: w pierwszej, obfitującej specjalnie w uwagi i refleksje zacytowanego rodzaju, John jest chłopcem dorastającym; w drugiej wyrusza jachtem, który nabył za pieniądze zdobyte dzięki odpowiednio uruchomionej przemyślności, aby poszukiwać podobnych sobie; wreszcie trzecia część poświęcona jest wyspiarskiej kolonii oraz jej fatalnemu końcowi. Narrator obserwuje wypadki z bliska tylko w dwu częściach pierwszych; na wyspie był jedynie raz i krótko, toteż jego informacje o tym, jak się kształtował finał bytowania młodych nadludzi, są lakoniczne i poskładane z niejednakowo dokładnych fragmentów. Druga część ma charakter po trosze nowelistyczny, ponieważ jest właściwie serią spotkań Johna z różnymi innymi nadludźmi, tworzącymi wielce dziwaczną galerię postaci; trzeba przyznać, że się te istoty niesłychanie od siebie różnią. Stapledon, bardzo słusznie, wcale nie uczynił cechy intelektualnej supremacji jedynym wyróżnikiem supermana; i tak jeden z odkrytych przez bohatera „współbraci” to wyrostek, pędzący tragiczny żywot sparaliżowanego niemowy; cały wysiłek jego nadludzkiego umysłu koncentruje się we wszechnienawiści, lecz, jak to ciekawie sugeruje autor poprzez Johna, nienawiść ta nie ma być formą zapłaty świadczonej całemu światu, więc nie jest tylko reakcją kompensacyjną, lecz stanowi wynik świadomego wyboru roli: uznawszy, że niczego nie jest w stanie urzeczywistnić lepiej, żyjący w wiecznym zamknięciu nieszczęsny kaleka decyduje się niejako odgrywać w kosmicznym dziele rolę pierwiastka opatrzonego znakiem skrajnie ujemnym, podług zasady „każdy służy, jak umie”, a implikacją milczącą jest domysł, że w tym dziele nawet inwestycja szatańska jest niezbywalną składową.
Sugestywnie prezentuje autor spotkanie Johna z kaleką, który zastawił na Johna rodzaj pułapki mentalnej (odbywa się telepatyczny pojedynek; tamten usiłuje wessać Johna w głąb swojej duchowej otchłani, wypełnionej ową czarną nienawiścią ku wszystkiemu, co istnieje; kaleka jest zrazu zamknięty „niby ostryga” — i raptem, gdy John „myślą napiera”, tamten przyjmuje go w siebie; John odnosi później wrażenie, że ledwo mu się udało ujść niepojętej formie unicestwienia).
Inną postacią spotkaną jest kobieta, pozornie młoda, w istocie ponad stuletnia, której żywot był wędrówką po nizinach i wyżynach, bo nieobce jej są pałace ani rynsztoki; zawsze wracała w końcu do zawodu prostytutki, który traktowała jako rodzaj „kapłaństwa” świeckiego; ta forma „pocieszania samotnych” okazała się jej najtrwalszym jeszcze zaadaptowaniem do cywilizacji Homo Sapiens. Jej rozmowa z Johnem należy do ciekawszych partii dzieła; sylwetka owej niewiasty naszkicowana jest skrótowo, lecz przekonywająco; żywotem swoim zdaje się ta kobieta raz jeszcze dowodzić tezy autorskiej, że prawdziwe przystosowanie Homo Superior do cywilizacji Homo Sapiens to rzecz niemożliwa; tylko ukrywając przed Homo Sapiens swoje jakości faktyczne, może Homo Superior ocaleć — za cenę podobną do płaconej przez stuletnią kurtyzanę; w przeciwnym razie konfliktu śmiertelnego nie da się uniknąć.
Stapledon musiał umiejętności nadprzyrodzone bohatera okroić tak, by posiadanie ich przecież nie uratowało go przed tragedią końcową; toteż i przyszłość potrafi John sondować mgliście tylko, niedokładnie, i można się jej w środku książki jedynie domyślać podług aluzji wypowiadanych przez tych, co do projektu kolonii nie chcieli przystąpić.
Czym książka nie zadowala? Najciekawsza wydaje mi się część pierwsza oraz fragmenty drugiej. Pomysł utworzenia kolonii jest właściwie wczesnym początkiem końca. Jak by się miała urzeczywistniać kreacyjna moc grupy nadludzi — o tym absolutnie nic nie wiadomo. Wcześnie składane, w Anglii jeszcze, deklaracje Odd Johna — wyraz chęci aktywnego uczestnictwa w dziełach Homo Sapiens — pozostają na dobrą sprawę bez pokrycia nie tylko w czynach, ale nawet w konkretnych projektach. Utworzenie kolonii jest tedy aktem zamknięcia się grupy nadludzi — i czasowego odwrócenia od świata, właściwie ucieczki przed nim. Rozpoczętą partię Stapledon rozgrywa także i na wyspie dobrze pod względem taktycznym: dziwny, urzekający i chwilami jakoś wiarygodny jest charakter grupy, co na niej osiadła. Lecz sukcesom taktycznym towarzyszy załamywanie się strategii; po prostu niemożliwe jest, by istoty o takim potencjale umysłowym w pojedynkę, a cóż dopiero — pospólnie, mogły się tak grubo nie orientować w chodzie światowych rzeczy; jasnowidztwo było całkowicie zbędne dla rozumienia, że doskonała wyspiarska izolacja, możebna ze sto lat temu, w czasach dwudziestowiecznych jest nieurzeczywistnialna; a jednak kolonia nie jest przygotowana na wtargnięcia z zewnątrz; poraża ją tedy jak gdyby fatalistyczna ślepota, i czytelnik, któremu do przenikliwości supermanów bardzo daleko, widzi nierozsądek ich przedsięwzięcia w planie czysto prakseologicznym, czyli dostrzega naiwność kiepskiej roboty, której jednak żaden z nadludzi nie zdaje się nawet podejrzewać. Nic tu nie pomagają też autorskie uniki, jakkolwiek byłyby zręczne; przychodzi uznać — albo że istnieje jakaś przedustawna harmonia tragedii fatalistycznej, która musi się rozegrać do wyznaczonego z góry końca, albo, co jest niestety bardziej prawdopodobne, że się autor ugiął, że zadania postawionego nie wykonał, ponieważ „końce mu się rozeszły”; tak więc ową myśl, co miałaby dramaturgicznie sterować postępami uruchomionych losów, zastępuje po prostu Fatum jako cios miażdżący. A to ponieważ koncepcja prestabilizowanej tragicznie harmonii jest po prostu sprzeczna z właściwym Stapledonowi pojmowaniem świata — jako Uniwersum możliwości nie zdeterminowanych, a nie jako Uniwersum zegarowego chodu, bo wszak w takim wszelkie dążenia i staczane bitwy — jako opatrzone końcem wyznaczonym z góry — okazują się zawsze — pozorne, myślenie zaś i cierpienie protagonistów takich walk jest ich subiektywnym, czysto epifenomenalnym złudzeniem, które do istoty rzeczy nie dociera. Tak więc klęska całościowa koncepcji ma ontyczny, a nie tylko literacki, tj. narracyjno—dramaturgiczny, charakter.
Pozostaje jednak na placu, jak się rzekło, część pierwsza powieści. Zwichniętych całości mamy w literaturze dość wiele, abyśmy mogli się nauczyć szanowania i właściwej oceny — nawet fragmentów tylko, jeśli są udatne. Toteż, mając ją za dorzeczną, taką uwagę umieściłbym na marginesie Odd Johna: Powieść ta jest klęską zamierzenia nadzwyczaj ambitnego; i nie podług rozmiarów poniesionej klęski, lecz tego zamierzenia, które częściowo uzyskało jednak pokrycie, wpisuje się w koncepcję literatury uniwersalistyczną, tj. piśmiennictwa rozumianego jako wysiłek przekraczania osiągniętych granic. Od pojęcia takiej literatury powszechnej nastąpił powolny odwrót; w świecie, pełnym samych tylko fachów specjalistycznych, literatura zdaje się godzić z tym, że ona jest po prostu także specjalnością, jedną z wielu; dla takiego cofania się na pozycje z góry upatrzone symptomatyczne będą — autotematyczność, powieść powiadamiająca o „niemożności stworzenia powieści”, poszukiwanie „wewnętrznej przestrzeni człowieka” jako azylu, dostarczanego literaturze przez te gałęzie psychologii i antropologii, których empiryczny status jest najbardziej wątpliwy przez swoje właśnie jawnie ścisłe pokrewieństwa z myśleniem mitycznym (psychoanaliza, teorie Jungowskie „archetypów” itp.). Tak więc ruch idzie od pozycji uniwersalizmu jako transcendowania doświadczonego już i opanowanego pojęciowo–kategorialnie — ku pozycjom specjalizacji narracyjnych technik, wypowiedź otorbiających, a tym samym wycofujących ją z frontu bitew poznawczego, metafizycznego, ontycznego i nawet etycznego typu. O wymierzaniu światu sprawiedliwości nie może być bowiem mowy; nie jest wszak zdatny do pełnienia roli sędziego ten, kto ani sprawy wchodzącej na wokandę, ani racji stron nie rozumie. Częściowo zachodząca wewnątrz nurtów ewolucji piśmiennictwa taka rewaloryzacja zadań oraz rekombinacja pierwszych naczelnych dyrektyw wszelkiego twórczego planu nie byłaby jeszcze rzeczą złą, gdyby rozumna świadomość tego, jak musi być heterogeniczny wysiłek tworzenia kulturowych wartości, przynajmniej równouprawniała — potencjalnie — wysiłek kreacyjny, po staremu (ale czy naprawdę po staremu — to jeszcze pytanie) traktowany jako „powszechne przekraczanie rubieży osiągniętych przez człowieka”. Otóż to, że Odd John w ogóle nie jest zaliczany do literatury, że go razem z First and Last Men nawet bibliografie pomijają, w moim rozumieniu świadczy o zasmucającym kryzysie samej literatury. Jest to bowiem rezultat sekciarskiego zawężenia; jest to takie stawianie jakości poetyki nad jakościami semantyki, które stanowi dezercję o nieobliczalnych długookresowo skutkach.
Potem zaś mamy rozdział:
Cytuj
Borges i Stapledon
Cytuj
tak się szczęśliwie składa, że w ternat kulturowy (utopii, już futurologicznie pojętej) możemy wejść od strony książki, która w całej fantastyce stoi najzupełniej osobno; chodzi o nazwaną powieść Olafa Stapledona. Jest to historia przyszła ludzkości — opowiedziana od lat trzydziestych naszego wieku. Nie jakaś część, większa lub mniejsza, tej historii, lecz ona cała — w wymiarze kilku miliardów lat. Książka ma trzy aż przedmowy, jak gdyby trzy wstępne linie obrony zuchwałego przedsięwzięcia. Potrzebę wypowiedzenia usprawiedliwień, naszkicowania zamierzeń wobec kalibru projektu rozumiem doskonale. Ostatecznie liczy się jednak sam tylko tekst utworu. Jako całość wizja ta jest osiągnięciem niewątpliwym, przy wszystkich najpoważniejszych nawet zastrzeżeniach, które budzi. Zgrupowane odpowiednio baterie dział krytycznych zastrzeżeniami tymi otworzą niebawem ogień. Jednakże ich moc kwestionowania tekstu, jakkolwiek zasadna, nie zmienia faktu, że Stapledon dostarczył nam dosyć informacji, aby mogła uchodzić za pierwszą próbę rekonesansu — nie tyle i nie tylko literacko cennego. Powiedziałbym nawet, że wartości literackie tej dużej książki schodzą na dalszy plan wobec tych, o jakie autorowi szczególnie szło, gdy we wstępie nazwał swoją pracę — próbą stworzenia mitu. Co do mnie, wolałbym słowo to zastąpić innym i określić rzecz jako zamiar modelarski, który ma niewiadomy ogrom danych uchwycić przybliżeniem wychodzącym z pozycji wiedzy osiągniętej, nadzwyczaj skąpej względem zadania. Znaczy to — a zamiar autorski nieźle pokrywa się z taką interpretacją — że twórca naprawdę się do stawiania prognozy — obejmującej miliardy lat! — nie brał (jakże by mógł). Taki zamiar byłby całkowicie nierealny. Chodzi tedy o pewną fantazję. Ale chodzi o taką fantazję, która wszystko już wiadome chociaż fakultatywnie uwzględni; która, nadto, swoimi własnościami strukturalnymi, swoją rozpiętością, więc różnorodnością informacyjną usiłuje dorównać niewiadomemu oryginałowi. Jest to tak, jak gdybyśmy wiedząc tylko, iż gdzieś stoi pałac większy, wspanialszy i dziwniejszy niż wszystko, co nam znane, próbowali go praca wyobraźni „powtórzyć”. Oczywiście — to się nam nie uda. Podobieństwo naszego modelu i nieznanego pałacu, gdyby się wyjawiło, byłoby po prostu cudem. Lecz intuicyjnie pojmujemy wszak, że pudełka zapałek, stu kostek cukru, zabawki z klocków nie można uznać za rynsztunek uzbrajający dostatecznie do prób naśladownictwa domysłowego. Że musimy pierwej zgromadzić na jednym miejscu wizerunki wszystkich arcydzieł architektury, wszystkie księgi traktujące o budownictwie, wszelkie katalogi materiałów budowlanych, obrazy fantastyczne najtęższych malarz; pokazujące niebiańskie zamki i gmachy rajów, wszystkie rodzaje metali, szkieł, kruszców, palety barw, podobizny organicznych szkieletów, fotografie i przekroje kwiatów, łodyg, drzew, skał, kryształów — żebyśmy mogli w ogóle rozpocząć myślenie, jak, załadowawszy ty ni wyobraźnię, weźmiemy się do rzeczy. Zapewne sporządzimy coś mizernego w porównaniu z oryginałem — a już na pewno innego! — ale może chociaż skala naszego przedsięwzięcia będzie stała w jakiejś nie głuptackiej, nie bezmyślnej proporcji do skali Niewiadomego Ogromu.
Ten, kto tak swoje zadanie ustala i ogranicza, nie próbuje przewidywać kolejności epok historycznych, co będą millenniami szły po sobie. naukowych odkryć, moralno–etycznych przewrotów konkretnych, całej swoistości przekształceń autoewolucyjnych, jakie człowiek za milion lat urzeczywistni. Wszystkim, czego w najlepszym razie może oczekiwać — jest dostarczenie nam skali dostatecznie rozciągłej, dość pojemnej, aby chociaż kategorialnie okazała się pomniejszoną podziałka — zjawisk rzeczywistych. Może najłatwiej jeszcze wyjaśni tę już empirycznie sensowną, stronę próby — konkretny przykład. Po milionach lat istnienia cywilizacyjnego Trzeci Człowiek Stapledona wykrywa, niemal w kulminacji kulturowego rozkwitu, niezrozumiałe dla siebie, ze stanowiska nauki niewytłumaczalne zmiany ruchu Księżyca — jako deformację orbity, która w czasie krótkim astronomiczni^, bo w milionach lat, spowoduje upadek satelity na Ziemię i tym samym ostateczną zagładę na niej życia. Dysponując techniką dość potężną oraz czasem wystarczającym, Trzeci Człowiek emigruje na Wenus. I dopiero w setki milionów lat później inna odmiana gatunkowa człowieka, na innej planecie systemu słonecznego, dzięki kolejnemu przyrostowi wiedzy orientuje się w tym. że pomiędzy stopniem psychokulturowego rozwoju cywilizacji planetarnej a polem grawitacyjnym zachodzi przyczynowy związek. Otóż nie o to chodzi, czy pomiędzy zjawiskami porządku psychozoicznego i grawitacyjnego naprawdę istnieje jakaś korelacja. Najprawdopodobniej wcale tak nie jest. Lecz owo twierdzenie ma względem całej naszej wiedzy obecnej charakter najzupełniej nieprzywiedlny; wykracza wszechstronnie poza najśmielsze przypuszczenia nauki razem z filozofią, więc zadziwia, lecz w niekomiczny, nieśmieszny sposób. I właśnie ta niezwykłość pomysłu, która zaskakuje, jest jego modelową wartością. W naszych czasach przeżyliśmy powstanie mostu jako przejścia pomiędzy dziedzinami dotąd wzajemnie izolowanymi: termodynamika i logika; przejście to utworzyła teoria informacji. Otóż rewelacyjnych odkryć, zapewne nie takich, jak więź ciążenia i informacji, lecz właśnie takiego rzędu, takiej skali, można się spodziewać po przyszłości, zwłaszcza jeśli chodzi o niezmiernie odległą. Utwór literacki nie może przecież poprzestać na gołosłownym oświadczeniu, że przyjdą odkrycia, co wstrząsną fundamentem dzisiejszej wiedzy. Musi on konkretami operować; toteż fikcyjna więź, uzależniająca ruchy Księżyca od stopnia rozwoju całościowego cywilizacji, stanowi obrazowy pokaz tego, co niewiadome i nie antycypowane; jest to akt oswajania czytelnika z zagadkami, które — to już nie podlega wątpliwości — oczekują nas we wnętrzu odległych tysiącleci. O pomysły tego typu jest bardzo trudno; jak się powiedziało — nie mogą śmieszyć; a nadto nie powinny mieć struktury baśniowej, lecz kauzalna właśnie, a ona polega na wykryciu związków pomiędzy stojącymi dotąd osobno zjawiskami.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 18, 2016, 02:25:09 pm
cd. bo ograniczoną, jednak, posty mają pojemność ;):

Cytuj
Nazwany pomysł Stapledona może się podobać lub nie; współczesnemu fizykowi wyda się, być może, bezsensowny. Lecz trzeba sobie zdać sprawę z tego, że gdyby jakikolwiek pomysł pokazany w tym miejscu wydał się nam sensowny jako hipoteza, gdybyśmy potrafili przyjąć go bezopornie, nie miałby owej wartości modelu, o jaką szło pisarzowi. W takim miejscu dzieła musi się pojawić coś. co właśnie jest nonsensem ze stanowiska dzisiejszej wiedzy, a co z konieczności będzie odpowiednikiem formalnym (jako łączącą strukturą) tego nonsensu, za jaki poczytałby logik osiemnastowieczny — koncepcje logiki bez zasady wyłączonego środka albo klasyczny fizyk — pojęciowe fundamenty mechaniki kwantowej. Rzecz w tym, że przyszłość musi być niewiarygodnym bogactwem zjawisk i faktów różnopostaciowych, bogactwem, którego byśmy nie wchłonęli bezopornie, nawet gdyby cudowny gość z XXX czy LXX wieku pojawił się przed nami i samą tylko prawdę obwieszczał o tym, co będzie.
Od zaprezentowania jednego z fantastycznych elementów książki przejdźmy do jej konstrukcji całościowej. Rzecz jest monumentalna, jakkolwiek, gdyby porozcinać ją na niewielkie części odpowiadające historiom poszczególnych typów kultury i typów człowieka, co je budował, żadna z nich jako izolat nie zasługuje na szczególnie wysoką ocenę. Mamy tu do czynienia ze swoistym zjawiskiem względnego unieważniania jakości cegiełek budowlanych przez całość z nich powstającą, pod warunkiem, że owa całość jest dostatecznie olbrzymia. Każdy, kto podszedł pod sama zerwę północnej ściany Giewontu i stał na wapiennym rumowisku pod nią, wie, iż ów gruz przedstawia się nadzwyczaj nieefektownie; także wspinaczka kominami samej ściany nie należy do miłych, ponieważ taternika oczekuje w nich wiecznie mokry i kruchy wapień, zamieniający się w rodzaj błota, przynajmniej miejscami; kto dłużej przebywał w tej ścianie, musi się umazać juk nieboskie stworzenie. Nie zmienia to w niczym faktu, że masyw ściany jest jako całość zjawiskiem imponującym; mamy tu tę samą zależność. która każe nam dół pełen brudnej wody nazywać kałuża, a otchłań bulgocąca teka samą substancją — od razu wulkanem błotnym. Wiec i to. że poszczególne fragmenty, z jakich składa się dzieło Stapledona, domagają się krytycznej, często pejoratywnej oceny, że rażą nieprawdopodobieństwem, narzuca się tylko, kiedy się je oddzielnie poznaje; tworząc natomiast jednolity czas, który przebiega miliony i miliony lat. dostarczają przede wszystkim wrażenia olbrzymich obszarów przestrzeni i czasu historycznego, dźwigania się w nim i zapadania całych ogromnych formacji, tak że wszystko szczegółowe, co można skądinąd kwestionować, okazuje się, w miarę postępów lektury, względem całości, jaka się z niej wyłania, coraz mniej istotne.
Najnieszczęśliwszy jest może początek, ponieważ, wychodząc od lat trzydziestych, wdał się Stapledon w opis szeregu wojen, zrazu europejskich, potem globalnych, z których w trzysta lat po pierwszej wojnie światowej powstaje zjednoczona, czyli zamerykanizowana, planeta. Gdy pominiemy nawet to, że uznał za najbardziej pokojowe, kulturalne i duchem humanizmu przesiąknięte państwo lat czterdziestych naszego wieku — Niemcy, specjalnie razić musi wykazana przezeń ignorancja w dziedzinie nauk ścisłych. Podczas narastania konfliktu między Europą i Ameryką zbiera się w Plymouth, w Anglii, grupa uczonych, a pewien młody Chińczyk demonstruje przed nią działanie broni podobnej do „starej rusznicy”, wyzwalającej energię atomową; zniszczeniu właśnie ową bronią ulegają samoloty amerykańskie, które wykonywały demonstracyjny lot nad Anglią. Ten fakt wywołuje wojnę, od której cała Europa potem ginie. Zarzut nasz polega nie na tym, iż do takich wypadków nie doszło naprawdę; rzecz w tym tylko, że fizyk chiński broń swoją po dramatycznym pokazie niszczy, a sam przed zgromadzonymi popełnia samobójstwo; gdybyśmy nawet to strawili, już nie jest do obrony twierdzenie, jakoby tajemnicy odkrycia nie dało się odtworzyć: pozostała zagadkowa przez kilkadziesiąt tysięcy (!!) lat. Otóż takie twierdzenia może wygłaszać tylko ktoś, kto po prostu nie pojmuje mechanizmu odkryć naukowych; nie mają one wiele wspólnego z ciągnieniami loteryjnymi, a zamki, za którymi znajduje się energia atomowa, nie stanowią rodzaju szyfrowych kłódek, do których klucz dobrać można tylko dzięki niesłychanie mało prawdopodobnemu a szczęśliwemu wypadkowi, jednemu t miliardów — powiedzmy. Jest rzeczą zupełnie pewną, że gdyby nawet wszyscy fizycy, co się stykali z fenomenalistyką uranowego rozpadu w latach trzydziestych, popełnili samobójstwo, owładniecie energią atomową dzisiaj byłoby już społecznym faktem. Prawidłowość ta nie dotyczy jedynie zjawisk nuklearnych, lecz odnosi się do wszystkich w ogóle dziedzin badań naukowych. Nowe i wielkie odkrycia stają się możliwe, kiedy całość informacyjnych frontów nauki dostatecznie blisko ku nim podchodzi; pierwoodkrywcami są, zapewne, jednostki wyjątkowo przenikliwe, ale ich czasowa nieobecność szansy dokonania odkryć nie redukuje do zera, a tylko najwyżej przeinacza kalendarzową datę osiągnięcia w sposób mało istotny — zwłaszcza kiedy patrzeć na takie zjawiska z perspektywy historycznej.
Jeszcze kilka jest rażących naiwności jako anachronizmów i melodramatyzmów w pierwszej części First and Last Men, np. scena, w której wysłannicy USA i Chin. podczas tajnych rokowań mających przynieść kres wojnie, toczonej przez oba te państwa, spotykają na wyspie Pacyfiku piękną tubylkę, nago wychodzącą z wody, i kwiecistymi oracjami wyrażają nagle wzbudzone pożądania, ta zaś ciemnoskóra dziewica, nazywająca siebie „Córą Człowieczą”, postanawia wybrać Amerykanina, a nim wyruszy u jego boku do Stanów, składa swój podpis w charakterze świadka — na zawartej tajnej umowie! Jeśli dodamy do tego, że Chińczyk występuje (po roku 2000) w jedwabnych szatach i z warkoczem, uzyskany obraz w jego dokładnym nieprawdopodobieństwie stanie się pełny.
Jednym też pasmem nieporozumień jest kultura planety zamerykanizowanej, powstała po 2500 roku. Panuje w niej sakralny kult maszyny, a zwłaszcza samolotu; odbywają się też w specjalne Dni Świętych Lotów masowe akrobacje i inne pokazy aeronautyczne o liturgicznym charakterze. Stosowanie antykoncepcyjnych technik jako marnowanie życiowej energii nie jest dopuszczalne, więc czynnikiem dziesiątkującym nowo narodzone dzieci jest akt lotniczego chrztu, przy którym kapłanka przerzuca niemowie z pokładu swego samolotu na samolot, którym leci ojciec dziecka, ono zaś trzymać się musi lin spadochronu; gdy je puści — runie, by się roztrzaskać o ziemię. Jakkolwiek mówi się obecnie wiele o „kulcie Maszyny”, o jej „micie” zastępującym paradygmaty wiary bardziej tradycyjne, to przecież nie w tym sensie, żeby się jakikolwiek wytwór techniczny mógł literalnie stawać przedmiotem kultu i żeby mógł naprawdę być religijnie czczony (a właśnie Stapledon sugeruje, iż rolę decydującą w wyborze samolotu na obiekt czci świętej odegrał jego kształt podobny do krzyża). Także w świetle naszych wiadomości historyczno—aktualnych dość drwiącego posmaku nabierają twierdzenia przeciwstawiające kulturę Chin kulturze reszty świata — podług tego, iż kultura chińska ma za centrum aksjologii wartości czysto kontemplacyjne. Lojalnie trzeba jednak dodać, że na podobne sarnoośmieszenie się musi być narażona każda w ogóle prognoza, która, startując ze współczesności, pragnie szczegółowo, z datami i faktami, przewidywać bieg zajść nadciągających; myślę, że Stapledon całkiem niepotrzebnie po prostu uszczegóławiał to, co wyglądałoby dziś o wiele lepiej, gdyby uszczegółowieniu właśnie nie podlegało. Albowiem ten przynajmniej generalny trend zarysował właściwie, który powoduje unifikacyjne tendencje planetarnych społeczności. Dynamiczny szkielet dziejów ludzkości, rozciągający się od zaczątków samych antropogenezy po współczesność, a więc mierzący w osi czasowej dobrze ponad milion lat, przedstawia się jako krzywa wschodząca, pod wieloma względami podobna do bogate rozdrzewionej krzywej — bioewolucyjnych fenomenów. Albowiem podobnie jak się kształtowały poszczególne wielkie typy zwierząt i ewoluowały przez czas mierzony dziesiątkami lub setkami milionów lat, aby ulegać długotrwałemu znieruchomieniu w „ekranach pochłaniających” osiągniętego poziomu homeostazy, i jak obok tych form zastygających inne nadal pozostawały w ewolucyjnym ruchu, tak iż dały początek Naczelnym, a poprzez Naczelne — Człowiekowi — tak też jedne kultury zatrzymywały się w ekranach pochłaniających socjoewolucyjnego zastygania, osiągnąwszy ledwie neolityczny poziom, inne dochodziły do feudalnego i tam przystawał}’, a jedynie odpowiednik socjologiczny Naczelnych — pod postacią europejskiego Zachodu — wszedł w następną, kapitalistyczną, jak wiemy — nieostatnią fazę rozwojowej dynamiki. A chociaż poszczególne kultury niskich stopni rozwoju ulegały niejednokrotnie całkowitej zagładzie, w skali całopłanetarnej nigdy nie doszło do totalnej dekulturalizacji człowieka, czyli do takiego strzaskania jego cywilizacyjnych robót, które by z powrotem niejako cisnęło go na biologiczne miejsca startu. W tym sensie można więc mówić o wspinaniu się całościowym krzywej postępu cywilizacyjnego, jakkolwiek nie był ten nich wyraźnie miarowy, bo właśnie krzywa wschodu wykazuje liczne sekularne oscylacje (wywołane mnóstwem rozmaitych czynników, wśród których znaczniejszą rolę mają zwłaszcza wielkie wojny). Tyle może nam o całościowej dynamice historycznej powiedzieć wykres, narysowany przez to, co zaszło realnie. Stapledon przedstawia jego przedłużenie, w schemacie dosyć proste. Wyraźnych praw immanentnych ruchu jego przyszła historia ludzkości nie wykazuje, jakkolwiek nie jest ona wyzbyta swoistych cech regularności. Za „prawo ruchu” czy „prawo kształtowania dziejów” trudno uznać typ wielomilionoletniej oscylacji, która jest Stapledonowską zasadą bytu planetarnego. Oscylacja ta ma aperiodyczny charakter. Istotnie jest u niego tak. że kolejne cywilizacje powoli i w wielkim trudzie dźwigają się z prymitywnych chaosów, za czym wydostają się na szczyt, z którego padają; i jest też tak, że te fazy wschodów porozdzielane są olbrzymimi rozziewami, „dark ages”, epokami ciemności, gwałtu i zamętu, w których wszystkie warstwy kulturalizacji osiągniętej ulegają kompletnemu zdarciu i pozostawiają nagi trzon, niejako gładką pestkę biologicznych tylko jakości Człowieka. Jednakowoż dokładniejsze zbadanie zarówno mechanizmów wstępowania, jak zagłady, wyjawia, że ani triumfów, ani klęsk nie powodują przyczyny zawsze takie same. Nie jest więc u Stapledona tak, by następujące po sobie cywilizacje rodziły się, dojrzewały, a potem starzały podług jednolitej grupy praw, odpowiadającej np. prawom, jakim podlega ontogeneza żywego ustroju, który wszak ze sobą już na świat przynosi nieuchronność senilizacji i śmierci. Zarodków zguby cywilizacje Stapledonowskie nie mają wbudowanych niezbywalnie; ich runięcia są rezultatami zjawisk czysto statystycznych, losowych, więc nie podlegają predeterminowaniu.
Zamerykanizowana planeta trwa w dobrobycie mniej więcej 2 000 lat do kryzysu dochodzi na skutek wyczerpania się źródeł energetycznych, ponieważ próby wyzwolenia energii jądrowej zawodzą; nawiasem mówiąc, przyszłość nauki zinstytucjonalizowanej też upatruje Stapledon w formach liturgiczno–sakralnych. Upadek światowej energetyki rozbija ludzkość dotąd zjednoczoną. Chiny i Indie ogłaszają na powrót niepodległość, a wtedy światowy rząd z siedzibą w Ameryce ucieka się do użycia broni bakteriologicznej. W krwawym tumulcie cywilizacja ulega ostatecznemu rozprzężeniu: całe populacje zniknęly w orgiach kanibalizmu — notuje zwięźle pisarz. Era ciemności trwa 90000 lat; przy odmienionych warunkach klimatyczno–geologicznych, kiedy Patagonia i oblewający jej brzegi ocean stają się miejscem wyjątkowo sprzyjającym bytowaniu, powstaje tam nowa kultura — odpowiednik tej, co ongiś zrodziła się w pierścieniu śródziemnomorskim.
Patagończycy usiłują powiększyć swe zasoby energii, głęboko drążąc skorupę Ziemi: oni pierwsi właściwie (bo na skalę społeczną) wyzwalają energię jądrową, lecz w toku zaburzeń socjalnych dochodzi do wywołanej nieumiejętnością eksplozji, która pochłania furią łańcuchową cały glob. Ledwo izolowana garstka eksploratorów, co bawiła akurat u Bieguna Północnego, uchodzi z życiem (a wiec mamy przewidzianą na 100 000 lat wprzód — jądrową zagładę, ale nie jako wynik umyślnych działań ludobójczych wojennego typu). Taki jest koniec Drugiej Kultury Pierwszego Człowieka; Kulturę Pierwszą, wcześniejszą, tj. naszą, udusiło wyczerpanie zasobów energetycznych, gdy Drugą — zjawisko niejako odwrotne (zaszła podczas społecznych konfliktów omyłka przy manipulowaniu nadmierną energia odkrytą w atomie).
Radioaktywność planety, olbrzymie zmiany jej ukształtowania, a także składu atmosfery, wywołane katastrofą patagońska, na miliony lat udaremniają odrodzenie cywilizacji. (Można zauważyć, że ewentualnego zadziałania pierwszych atomowych bomb jako „zapalników nuklearnych” znacznej części pierwiastków kuli ziemskiej — obawiano się w latach czterdziestych, podczas budowy pierwszych bomb, jakkolwiek teoria temu przeczyła; w tym sensie hipoteza patagońskiego kataklizmu — reakcji łańcuchowej, która planetę ogarnia — nie jest z palca wyssana.)
Kiełki cywilizacyjnego odrostu pojawiają się dopiero w dziesięć milionów lat po owej ruinie totalnej. Zmiany biologiczne, spowodowane radiacją i samym upływem czasu, wymodelowały Drugiego Człowieka; jest on różny od nas, podobnie jak wszystkie odmiany następne, lecz zarazem dość podobny, aby wolno było mówić o ciągłości pnia gatunkowego — i cywilizacyjnego losu.
Drugi Człowiek wznosi całoplanetarną cywilizację o swoistych formach kultury (Stapledon poświęca kolejnym formacjom kulturowym wiele uwagi i miejsca, czemu nie możemy tu sprostać), którą pierwej uszkadzają, a potem wplątują w straszliwy konflikt zabójczy — inwazje Marsjan. Marsjanie ci są może najoryginalniejszymi „Innymi” w całej Science Fiction. Są to olbrzymie agregaty, podobne do mgły zgęszczającej się w na poły galaretowate chmury, zbudowane z podmikroskopowych kropelek; nie maja oni indywidualności psychicznej jak ludzie, bo ewolucja na Marsie obrała drogę odmienną od ziemskiej, lecz są istotami o „grupowej świadomości”, po swojemu rozumnymi, i nawet posiadają „własną metafizykę”. W szczególności jako istoty prawie że gazowo miękkie czczą to, co najtwardsze i najbardziej spoiste — diamenty — i wszystkie na Ziemi odnajdywane chciwie a spiesznie uwożą na Marsa (ten punkt ich „wiary” wydawał mi się zawsze niezbyt sensowny, wątpliwy, i nie mogłem go przełknąć jako rewelacji o „obyczajach i narowach” «Innych»„ — ale może idzie o kwestię gustu).
Inwazje ponawiane są wielokrotnie w toku tysiącleci — i mnóstwo czasu upływa, nim w ogóle Drugi Człowiek orientuje się w tym, że atakują go pewne istoty, że więc nie ma do czynienia z losową plagą naturalną w rodzaju kosmicznego „deszczu”. Marsjanie raz wypierają ludzi z poszczególnych kontynentów, a raz sami zmuszani są do czasowych odwrotów; na koniec, po bardzo długich walkach, Ziemia staje przed problemem: ma do dyspozycji rodzaj syntetyzowanego wirusa, który wprawdzie Marsjan zniszczy, ale i ludzi też przy tym pewno zabije; a stan umysłów już jest taki, jak to sugeruje autor, że ludzie podejmują ów akt „dwuplanetarnego” zabójstwa. Jakoż Marsjanie giną wszyscy (w miliony lat później kosmonauci innej cywilizacji ziemskiej wykryją ruiny ich cywilizacji na Marsie), a tymczasem pada w proch także całość ziemskiej kultury w agonii powszechnej, lecz na Ziemi powstanie (znów po otchłani czasu) Trzeci Człowiek, przy czym rasa to szczególna, albowiem wynikła z międzyplanetarnej krzyżówki: niedobitki Drugiego Człowieka zresorbowały ostatek marsjańskich wirusów i ten Trzeci Człowiek posiada pewne umiejętności telepatyczne dzięki temu, że je posiadały chmury Marsjan. (Dziś powiedzielibyśmy, że elementy owych mikroskopijnych organizmów włączyły się jako rodzaj nowych genów do łańcuchów kodowych ludzkiej dziedziczności.)
Jak widzimy, zagładę Drugiego Człowieka spowodował czynnik nowego rzędu: inwazja kosmiczna. Choć tedy cykl wzrostu i upadku powtórzył się raz jeszcze, taka nadsekularna prawidłowość oznacza to tylko, iż dla bardzo wielkich odcinków czasu system nie jest ani doskonale odosobniony, ani doskonale ustabilizowany. Otóż to jest prawdą na pewno: nie ulega bowiem wątpliwości, że w czasie rzędu milionów lat nie tylko można, lecz trzeba koniecznie oczekiwać zmian globalnych — klimatu, rzeźby kontynentów, oscylacji biosferycznych, zakłóceń słonecznej radiacji etc., opatrzonych poważną amplitudą, która dla dziesiątków milionów lat może nawet miewać charakter kataklizmatyczny (olbrzymie przemiany typu sejsmicznego albo typu zlodowaceń, albo o charakterze astrofizycznym, np. w postaci bliskiego wybuchu nowej gwiazdy — etc.). Jakkolwiek tedy nieprawdopodobna jest koncepcja „inwazji z Marsa”, to jednak koncepcja interwencji czynnika cywilizacji zagrażającego, a względem niej zewnętrznego, staje się hipotezą coraz bardziej prawdopodobną, w miarę jak czas oczekiwania takiego zajścia mierzy się rosnącą liczbą milionów lat. Dla cywilizacji czynnikiem nie mniej od Marsjan zgubnym mogłaby wszak stać się ciężka epoka lodowcowa jako dwubiegunowy glacjał z odpowiadającym mu dla strefy równikowej pluwiałem; może pod względem dramaturgicznym zjawisko takie byłoby mniej urokliwe od inwazji „Innych” (widzę w niej jak gdyby hołd, oddany przez Stapledona wielkiemu rodakowi, autorowi Wojny światów, ale i skryte w tym hołdzie rywalizacyjne wyzwanie; gdyż prawdziwie Stapledon przeciwstawił Wellsowskiemu prototypowi Marsjanina — model bardziej zastanawiający jako odleglejszy od wszystkich dotychczasowych wyobrażeń). Trzeci Człowiek (musimy się streszczać) był budowniczym Wielkich Mózgów, potężnych, żywych układów cefalicznych, niejako ogromnych płatów czy aż płaszcz}’ neuronowej tkanki, osadzonych na szczytach wzgórz w kulistych basztach przypominających wielkie, obserwatoryjne kopuły. Owe sztuczne twory żywe a nieruchome opanowały i zniewoliły Trzeciego Człowieka, ich twórcę; wytępiły go w toku walk i same stały się przez to, że owładnęły planetą, Czwartym Człowiekiem. Zdobyły wiedzę nieporównywalną z wszystkim, co Ziemianie dotąd poznali, lecz nieewolucyjna geneza była ich tragedią; były to olbrzymie płaty mózgowia, porozwieszane na mechanicznych rusztowaniach i mechanicznie omywane krwią utlenioną; znaczna większość doznań, odczuć, wrażeń i zajęć, właściwych człowiekowi, była im całkowicie niedostępna. Ta niewspółmierność psychiczno—cielesna prowadzi wreszcie do decyzji stworzenia Człowieka Doskonałego. Zostaje on poczęty jako już Piąty z kolei i urzeczywistniony wedle planów genowo—chromosomowej inżynierii znanej Wielkim Mózgom. Projektanci chcieliby jednak być trwale jego opiekunami, nadzorcami nawet, toteż dochodzi do ciężkich walk, w których giną co do jednego Wielkie Mózgi, a Piąty Człowiek ulega zdziesiątkowaniu. Buduje on potem ostatnia ziemską i ze wszystkich ziemskich najwyższą cywilizację. Jej z kolei zagrozi — upadek Księżyca, wywołany już poprzednio wspominanym zjawiskiem „psychograwitacyjnym”.
Piąty Człowiek przesiedla się na Wenus pokrytą oceanami i musi, jakkolwiek świadom nikczemności tego czynu, niszczyć rozumne formy podwodne globu, którego sam potrzebuje na nowe miejsce żywota. W milionoleciach wynikają nowe formy człowieka, m. in. Człowiek Latający, opatrzony skrzydłami, co stanowią naturalny narząd, a nie instrument techniczny (wydaje mi się to znów olbrzymim nieporozumieniem ze strony Stapledona; ale dla miliardoletniej futurystyki nie ma już żadnych probabilistyczne sensownych sprawdzianów wiarygodności, a tylko rozmaite gusta i podług nich działające intuicje). Potężny rozbłysk słońca, zagrażający spaleniem wewnętrznym planetom systemu, zmusza z kolei ludzkość do migracji na Neptuna; olbrzymie ciążenie i całkowicie odmienne warunki fizyczne z chemicznymi wywołują głęboką inwokację, tak że po milionie lat na Neptunie żyją już same skarlałe formy czworonożne; lecz znów, po dalszych eonach i millenniach, pojawia się w górę bijąca gałąź psychozoicznej ewolucji i zaczynają się kształtować następne odmiany Homo — wszystkich razem jest szesnaście. Szesnasty Człowiek jako genetyczny inżynier tworzy formę już ostatnią — opanowuje ona cały słoneczny system, podejmuje wypady do gwiazd (ale udaje się osiągnąć tylko najbliższe słońca, o doskonale martwym otoczeniu). Ta forma człowieka, co wzniosła się materialnie i duchowo najwyżej, musi zginąć, ponieważ nieznany czynnik kosmiczny powoduje obracanie się pobliskich gwiazd w supernowe; jest to „zaraza fioletowa” (która dość nawet przypomina współczesną koncepcję „laserowego zapłonu” gwiazd sobie bliskich!). Ale może bardziej interesujący jest obraz Szesnastego Człowieka, istoty dwupłciowej, olbrzymiej aż niedźwiedziowato, o trzecim oku potylicznym, o harmonijnie zdezurbanizowanej kulturze. Żyje on w grupach dwupłciowych, więc jakby w poligamii, nadzwyczaj jest długowieczny, odpowiednio też zrównoważony pod względem psychicznym i fizycznym. Gdy Słońce pod wpływem infekcji fioletowej poczyna spalać najbliższe planety, rozważa próbę oddalenia Neptuna po rozkręcającej się spirali, lecz katastrofa przebiega nazbyt szybko, by plan taki mógł się powieść; Człowiek Szesnasty, nie decydując się na ucieczkę statkami w ciemną głąb Kosmosu, gotowy zginąć, podejmuje ostatni czyn swej egzystencji — wytwarzając spory z wytrawionym w nich kodem dziedziczności. Ciska się je w przestrzeń kosmiczną; ten siew jest ostatnim aktem rozpoczynającej się już agonii, bo wielka planeta, wstrząsana żywiołowymi kataklizmami (indukuje je słoneczny pożar, co narasta z dnia na dzień), atakuje organizm społeczny, tak że Szesnasty Homo. odmiana najbardziej stateczna, racjonalna, odporna ze wszystkich, jakie istniały w ciągu miliardów lat, popada w otępienia bezmyślne albo w szały agresywnych i bratobójczych walk, w których znajdzie ostateczny koniec. Jak widzimy, przyczyny cyklicznej jakby amplitudy cywilizacyjnych wahań dostrzega Stapledon w niejednorodnym zbiorze zjawisk; są tam interwencje czynnika planetarnego (zanik niezbędnych kopalin wyeksploatowanych), kosmicznego (inwazja Marsjan, rozbłysk Słońca w nowa), są uruchomienia działań nieświadomie samo—zgubnych (Piąty Człowiek sam niejako na głowę ściągnął sobie Księżyc — rozwojem cywilizacji), są tam inwolucyjne zwyrodnienia (np. biologiczne uwstecznienie po exodusie z Wenery na Neptuna), a na Ziemi co najmniej raz jeden dochodzi do walk Człowieka z jego własnym narzędziem (którym dla Trzeciego Homo miały być syntetyczne Wielkie Mózgi). Winniśmy podkreślić, że spoglądanie z takiej perspektywy na utwór zniesławia go, ponieważ bynajmniej nie składa się on z opisu serii katastrof; to tylko my szukaliśmy punktów krytycznych, w których krzywa oscylacji raz wznosi się do góry (co zwykle zachodzi pomału), a raz opada (zazwyczaj stromo i szybko). Jednakowoż są to względnie krótkotrwałe epoki w zestawieniu z rozrostami wielomilionoletnimi. (Chociaż najdłużej trwają ery biologicznego upadku, co zrozumiałe o tyle, iż wówczas szybkie tempa socjoewoluowania znikają, wyparte przez powolne rytmy wahań bioewolucyjnych.)
Czy można zaliczyć historiozofię Stapledona do „szkoły cyklicznej”, która tak wielu miała i jeszcze ma reprezentantów — od Spenglera po Pitirima Sorokina? Na pytanie to nie tak łatwo jest odpowiedzieć, ponieważ w grę wchodzi czynnik skali czasowej, u Stapledona miliardoletniej, więc współmiernej ze zjawiskami porządku astronomicznego, podczas kiedy historiozofowie — „cykliści” operują jednostkami rzędu stuleci najwyżej, skoro wygłaszają swe generalizacje w odniesieniu do historii realnej, a ona cała nie liczy wszak więcej nad kilka tysięcy lat. Ośmielilibyśmy się wypowiedzieć twierdzenie, że w Kosmosie nie ma zjawisk doskonale acyklicznych, jeśli tylko czas obserwacji można by dowolnie przedłużać. I tak — o tyle cykliczny jest charakter planetogenezy, że gwiazdowoplanetarne układy nie są wszak wieczne; każdy ma swój początek i koniec w czasie; a zarazem powstają nowe gwiazdy i nowe planety; więc tego typu cykliczność można wykryć w obrębie galaktycznych zbiorów. Także systemy górskie najpierw powstają, a potem padają w proch, rozmywane erozją; i na miejsce jednych w następnej fazie górotwórczości przychodzą inne. Każda rzeka płynie zawsze od źródeł do morza, a nigdy odwrotnie, więc jest jakby aperiodycznym zjawiskiem; lecz i rzeki nie trwają przecież przez czas nieograniczenie długi, skoro zmiany kontynentalnej rzeźby globu niszczą je w końcu; pojawiają się potem, dzięki utworzeniu nowych gór, nowych zbiorników wody i nowych gradientów spadku — nowe rzeki. W tym wiec sensie i w tej skali — także rzeki podlegają określonym cyklom powstawania i zanikania.
Lecz przecież wiadomo dobrze, że wcale nie o taką cykliczność chodzi nazwanym historiozofom. Łączy ich stanowisko zasadniczo nieempiryczne; gdyby obserwowali gospodynię domową, której babka się nie udaje raz, bo jaja były nieświeże, raz, bo drożdży wzięła za mało, raz — ponieważ ogień wygasł pod piekarnikiem, a raz, gdyż akurat wszyscy domownicy pochorowali się na żołądek, więc nie było komu jeść znakomitej babki, oświadczyliby, iż chodzi o cykle wywołane prawem wyższej nieuchronności—jako takiej Konieczności Dziejowej, co włada wypiekami wszechmożliwych legumin. Tymczasem jest po prostu tak, że zarówno ustatecznienie wypieku, jak i cywilizacji wymaga synchronicznego zestrojenia olbrzymiej ilości różnorodnych czynników, i nie ma żadnego Jedynego Pra\va Dziejowego ani babek, ani cywilizacji, które by a priori i po wieczność udaremniało — regulacje i sukces w obu dziedzinach.
Inwentarz wszystkich pomysłów naukowotechnicznych Stapledona jest imponujący. Mamy w książce — pomyślane w latach trzydziestych — zarówno wyzwolenie energii jądrowej, jak stworzenie astronautyki, dalej — odmianę cybernetyki w postaci budowy Wielkich Mózgów, które nazwać by należało — systemami bionicznymi (połączenie żywych tkanek z układami syntetycznymi), po czym dochodzi do pełnych rozmachu poczynań autoewolucyjnych — i tak Piąty Człowiek jest już w całości projektowany teoretycznie, a potem wytwarzany przez Wielkie Mózgi właśnie. Znajdujemy ponadto — Tajemnicę jako „sprzężenie informacji z grawitacją”, a wreszcie — „podróże w czasie”, ponieważ, jak zapowiada to już przedmowa, książka ma dwu autorów: właściwym jest jeden z ostatnich ludzi, który, umiejąc cofnąć się duchem w czasie, uczynił ze Stapledona tylko „przekaźnik” informacyjny.
Lecz wszystkie te rewelacje rozkładają się na czas iście astronomiczny; zestawienie książki z rzeczywistością daje zdumiewający bilans: otchłaniami wieków są w niej porozdzielane i na przestrzeni miliardów lat spełniają się takie odkrycia i techniki, których większość albo już urzeczywistniliśmy w pełni (energia atomowa, cybernetyka, kosmonautyka), albo zapoczątkowaliśmy (wzmacniacz inteligencji, globalna automatyzacja, opanowanie źródeł energii gwiezdnej). Doszło do tego w czasie mikroskopijnym wobec skali czasu ustanowionej przez powieść. Proporcja przedstawia się jako stosunek kilkudziesięciu lat do dwóch miliardów! Jeśli dodać do tego, że dzięki osiągnięciom biofizyki i wykryciu kodów dziedziczności stoimy u przedproża autoewolucyjnych działań, których nikt nie może dziś uważać już za fantazje, że powstanie baz na planetach lokują przepowiednie w obrębie naszego stulecia, widzimy, jak półwiecze wyczerpało do dna zawartość takiej fantastycznej wizji, co miała miliardoletnią całość bytu objąć. To zaś, co książka zapowiada, a czego nie urzeczywistniono, jest uznawane powszechnie za trwale fikcyjne (np. podróżowanie w czasie). Siedemset lat temu pisał Bacon:

Można zbudować urządzenia, dzięki którym największe okręty, kierowane przez jednego człowieka, będą płynąć szybciej niż statki pełne marynarzy. Można zbudować wehikuły, które będą jeździć z niezwykłą chyżością bez pomocy zwierząt. Można stworzyć latające maszyny, w których człowiek, siedząc spokojnie i rozmyślając o czymkolwiek, będzie uderzał w powietrze sztucznymi skrzydłami na podobieństwo ptaka… a także maszyny, które pozwolą człowiekowi chodzić po dnie morskim.

Jest to, zapewne, prognoza zdumiewająca śmiałością — jeśli zważyć czas jej wypowiedzenia — a jednak wydaje mi się, że przewidywanie możliwych formacji kulturowych to zadanie jeszcze trudniejszego rzędu. Niezbędna po temu inwencja nie ma wiele wspólnego z wyobraźnią techniczna; dostrzegam zasadniczo dwa możliwe tu podejścia konstrukcyjne: albo raczej eksperymentalne — budowania kulturowej całości podług określonej serii historyczno–technologicznych zmian, transformujących stan wyjściowy w końcowy — albo raczej aprioryczne, kiedy się już startowo dysponuje pewną gotową niejako koncepcją człowieka i wedle niej wybiera się warianty urzeczywistnialnych aksjołogicznie kultur. Oba zresztą nie wykluczają istnienia swego rodzaju składni kultur jako reguł kompozycji, które zawsze muszą być spełniane. Lecz pierwszy typ podejścia pozwala uznać przestrzeń budownictwa kultur za otwartą, ponieważ czynnik naukowo–instrumentalny wprowadza w układy społeczne coraz nowe typy zmian i zakłóceń, którym nie mogą odpowiadać wystarczająco reakcje zbiorowe, brane z ich zamkniętego zbioru. Natomiast podejście drugie łatwiej prowadzi do pewnych cyklicznych serii, skoro podług danych nim założeń „istota człowieczeństwa” jest jakimś niezmiennikiem generalnym wszelkich metamorfoz socjalnie możliwych.
Mówiąc o takim typie fantastycznego budownictwa, wykraczamy poza granice Science Fiction istniejącej aktualnie. Do katalogu pomysłów technicznych Stapledona dodała ta fantastyka niejedną osobliwość. Nie mogę jednak zgodzić się ze słowami, jakimi Brian Aldiss w 1963 roku poprzedził nowe (Penguina) wydanie dzieła Stapledona, powiadając, że idee tej książki znajdują echo w najlepszych tekstach współczesnej fantastyki naukowej. Kombinatoryki w kulturotwórczym zakresie nie podjął bowiem po Stapledonie nikt; pustka na tym polu jest doskonała, jeśli zważyć, że nawet formy tego zadania nikt nie obrysował — jak gdyby przestano uświadamiać sobie jego istnienie. Ponieważ książka Stapledona to streszczenie fikcyjnej historii, przekaz jej zawartości — jako streszczenie streszczenia—jest niewykonalny. Toteż tylko po to, by ukazać nieprawomocność tezy Aldissa, nazwijmy kilka wyrwanych z kontekstu szczegółów. Pokazał Stapledon, jak mogą się diametralnie zmieniać znaki kulturowych wartości (w cywilizacji Trzeciego Człowieka cenne jest nie dziewictwo, nie płciowa czystość partnerów erotycznych, lecz. na odwrót, rozmiar seksualnego doświadczenia stanowiący niejako „wiano”, z którym się wstępuje w miłosny związek); jak kreacja techniczna może przerastać w artystyczną (tenże Trzeci Człowiek uprawia „sztukę życiową’’ polegającą na kształtowaniu syntetyczno—ewolucyjnych żywych organizmów, i raz tworzy formy zwierzęce doskonale harmonijne i sprawne, a raz — niesamowite przez ich monstrualność; praktyki te bywają wyrazem zarówno sadyzmu, jak i ciekawości pragnącej się dowiedzieć, jaki jest graniczny przedział transformowalności życiowych fenomenów); jakich nizin może sięgać inwolucja gatunku rozumnego (pewne szczepy Pierwszego Człowieka, zdegenerowane w milionoleciu, stają się na kontynencie afrykańskim — rodzajem bydła rasy małp rozumnych, używających narzędzi i gromadzących metale jako skarby); jak różne mogą być centralne symbole religijnych wiar („Boży Chłopiec” religii Patagończyków, „muzyczno–harmoniczna” religia innej odmiany Człowieka etc.); jakie typy inicjacji socjalnej, obyczajowej, poznawczej i erotycznej mogą być stabilizatorami społecznych struktur (kolejno u Drugiego, Trzeciego i Piątego Człowieka) — etc. Typowym wyczynem predykcyjnym jest w fantastyce prorokowanie odkryć technicznych; któż jednak z proroków umiał kiedykolwiek dostrzec prawdopodobne uwikłania, natury społeczno—cywilizacyjnej, wynalazku, jaki trafnie przewidział? Najczęściej przepowiedni takiej towarzyszyło dawniej optymistyczne, a najfałszywsze w świecie mniemanie, iż dany wynalazek, czy nim miał być sterowany balon, czy rakieta kosmiczna, za jednym zamachem otworzy przed ludzkością okres gładkiej współpracy pokojowej. Jakże kontrastuje taka szlachetna, lecz wzbroniona przecież poznawczo naiwność z postępowaniem Stapledona, który ukazuje, jak Trzeci Człowiek, doszedłszy poprzez „sztukę życiową” do wprawnego manipulowania naturą dziedziczności, stanął przed problemem autoewolucji, i jak problem ów okazał się zagadnieniem politycznej natury. Stapledon odgadł trafnie przynajmniej niektóre antynomie autoewolucyjnych decyzji — jako pytania o to. czy należy nowo konstruowanego człowieka „specjalizować”, czy „generalizować”, czy dążyć raczej do potęgowania rozumu, czy też do harmonijnego wzmocnienia wszystkich cech danych historycznie, czy w człowieku „tłumić i wygaszać” wszystko, co jest zwierzęcą schedą, czy też z animalnego pierwiastka czynić funkcjonalną przeciwwagę — duchowego itp. Sama myśl o tym, by tego rodzaju pytania i wynikające z nich starcia postaw można było znaleźć we współczesnej Science Fiction, jest dla każdego, obznajmionego z nią, po prostu nonsensowna. Ani w niej takich pytań nikt nie stawiał nigdy, ani nawet możliwości ich sformułowania jak gdyby nie dostrzeżono. I to się ma nazywać kontynuowaniem Stapledonowskich tradycji? A przecież idzie tutaj nie o byle co, lecz o instrumentalne przedłużenie najszanowniejszych sporów aksjologicznych filozofii człowieka, wywodzącej się t zamierzchłej jeszcze przeszłości gatunku. Gdy ongiś teoretycznie tylko wodzono się za łby w kwestiach tego, w czym należy upatrywać wierzchołek wartości ludzkich, stan urzeczywistnienia szans autotransformacyjnych nadaje owym akademickim kwestiom palący smak decyzji, które trzeba podejmować koniecznie, ponieważ zrezygnowanie z wszelkich autotransformacyjnych działań też jest przecież aktem wyboru — jako uznaniem istniejącego modelu Homo za doskonały i przez to niemodyfikowalny. Albowiem, ilekroć dochodzi do znacznego przyboru wiedzy, nie tylko opuszcza nas stan poprzedniej bezradności wobec konkretnych zjawisk, ale pojawia się jednocześnie swoboda operacyjna jako wielkie rozstaje: i sprawa wyboru nieuchronnego oznacza przestawienie zwrotnic socjalnych takie, że jego skutki będą może tysiąclecia odczuwały.
W swoich najśmielszych i najlepszych próbach Science Fiction groteskowo, szyderczo lub poważnie ekstrapoluje istniejące trendy cywilizacyjne, ale do tego się ogranicza; jeśli konstruuje poatomowe czy inaczej pokataklityczne społeczności, to podług wzorców branych niewolniczo ze szkatuły dziejów realnych: stad pokazy monarchii jakby średniowiecznych, technokracji zesztywniałych socjostatycznie, i między dyktaturą jako porządkiem typu rigor mortis a anarchią umiejscawiają się wszystkie jej dokonania. Czasem przedstawia Science Fiction horrenda lub kurioza obyczajowe przyszłych światów; Stapledon nie ogranicza się do prezentowania zjawisk kuriozalnych, bo one mu są do czegoś potrzebne; i tak np. to, że Ostatni Człowiek żyje w poligamicznych grupach dziewięćdziesięciosześcioosobowych, że posiada oprócz dwu płci głównych także ich „podgatunki”, pełni określoną rolę w ukazywaniu centralnych wartości jego kultury jako stabilizatorów motywacji osobniczej i jako stateczników ogólnosocjalnych. Tymczasem ani etyczno—religijnej, ani cywilizacyjno—kulturowej kombinatoryki, która by stanowiła ekspresję pewnych ontycznych sensów (do człowieka adresowanych), Science Fiction w ogóle nie zna; wiąże się to najściślej z różnica postaw Stapledona i dowolnie uzdolnionego Science Fictioneera naszych dni. Stapledon ma bowiem wyraźną, własna koncepcję człowieka i człowieczeństwa. Nie formułuje on hipotezy predykcyjnej, lecz pisze pseudo—historię, tak pomyślaną, żeby jego ideę uwidoczniła wielokrotnymi obrysowaniami; w miazdze wydarzeń milionoletnich odciśnięty jest jego człowiek, on — to lejtmotyw utworu, ten sam, chociaż powracający w coraz innej tonacji i w nowym zinstrumentalizowaniu. Poszczególne typy (Człowiek Pierwszy, Drugi, Trzeci i następni) mają się do siebie w pewien sposób, który nie wynika tylko z rachuby czysto różnorodnościowej („już tego i tego typu przygody zaszły, więc trzeba wprowadzić całkiem inną”), lecz który jest podporządkowany naczelnej idei; uwidacznia się ona zresztą bardzo wyraźnie miejscami — np. w zakończeniu, gdzie Ostatni Człowiek mówi, że jest zarazem i zwierzęciem, i człowiekiem w daleko wyższym stopniu aniżeli jakikolwiek z jego poprzedników. Gdyż element kulturalizacji i socjalizacji nie unicestwia nigdy (wewnątrz tej koncepcji) biologicznego; harmonia wynika jako stan (przejściowy) ich właśnie antynomicznego zrównoważenia. Człowiek niczego w sobie nie tłumiąc, nie zadeptując, nie gwałcąc, dochodzi egzystencjalnej pełni. Z koncepcją tą można się godzić lub nie — to sprawa osobna; lecz kiedy przechodzimy do postapledonowskiej Science Fiction, widzimy, że ona żadnej koncepcji człowieka nie utworzyła; w tym więc względzie nie ma w ogóle o czym z nią dyskutować. Byłoby to równie niemądrym nieporozumieniem, jak spieranie się z Agatą Christie o wzory osobowościowe na tle postaci słynnego detektywa pana Herkulesa Poirot.
Fantastyka naukowa Amerykanów żywi się często okruszynami, wydziobywanymi z dzieła Stapledona: istotnie, takie „echo”, taką kontynuację jego dzieła można w niej odnaleźć.
Cytuj
Jakeśmy już o tym wspomnieli, Homo Stapledoniensis to jedność przeciwieństw; socjolog dopatrywał się istotnych cech gatunku w ich biegunowej skrajności. Toteż potężnie uruchomiona przezeń dynamika fenomenów historycznych ukazuje po odcedzeniu zarys monumentalnie statyczny: cokolwiek bowiem bio– i socjoewolucja transformowały, jakkolwiek gwałtownie i bezwzględnie to czyniły, człowiek pozostaje rdzennie taki sam; panhistoryzm Stapledona zdaje się więc zbliżać pod względem formalnym do ahistoryzmu Borgesa, z tym że alegorysta argentyński pisuje przypowieści, nigdy natomiast — powieści. Zasada łączenia przeciwieństw, z jakich sporządzony jest substrat człowieczeństwa, przedstawia się u obu pisarzy bardzo rozmaicie. U Borgesa mamy jedność przeciwieństw na osi kombinatoryki zawsze wewnątrzkulturowo zlokalizowanej: jego heretyk i święty, jego bydlę i poeta, jego zdrajca i bohater zlewają się harmonijnie w jedność — tylko w nieodgadnionym spojrzeniu Boga; ale tak Bóg, jak Kultura są dlań całością bytu, w którego wnętrzu można przeprowadzać dowolne operacje, nigdy jednak — z tego wnętrza wykroczyć. Całość bytu jest więc dlań Tajemnicą w mitycznym rozumieniu, taką, że można ją tylko z okolą przypowieściami komentować, lecz nigdy — pojąć, a wszelki tryb dyskursywny od niej oddala. Natomiast dla Stapledona nauki są zwiastunkami elementów prawdy, jakkolwiek fragmentarycznej i aproksymującej tylko; jego narrator jest ponadkulturowo umieszczony — pozycja dla Borgesowskiego niemożliwa. Nadto, zapewne, zachodzą wielkie różnice tonacji: zasada Borgesa to kombinatoryka ironiczno—estetyczna (i przez to raczej ludyczna), gdy u Stapledona — patetyczno–romantyczna (i przez to bardziej asertywna). Oczywiście Borges jest kunstmistrzem–miniaturzystą precyzyjnym, perfidnym cyzelatorem frazy, rzeźbiącym jej sensy, by wydrążać w nich uchylne poziomy i przewrotne dna; Stapledonowi, walącemu farby łopatą na olbrzymią panoramę, daleko do takiego opanowania leksykalnego materiału i jego impetyczny monumentalizm staje się czasem pacykarski albo ociera się o melodramatyczność kiczu. A jednak można wykryć ich pokrewieństwa na poziomie, do którego obiegowa Science Fiction nigdy nie dociera. Jest więc rzeczą głupiego nieporozumienia to, że Borgesa współczesna krytyka szanuje, o Stapledonie zaś nic w ogóle nie wie. Niepowieściowa, bo eseistyczna forma uczyniła z książki Stapledona utwór umiejscowiony jakby w ogóle poza marginesami literatury, ponieważ w czasach jej powstania esej fantastyczny był pozapowieściową jakością, a kiedy powieść go wchłonęła, już na rewindykacje i rehabilitacje okazało się za późno. Pozostał niejako za drzwiami wcześniej zatrzaśniętymi tak dobrze, że go nawet w przypisach bibliograficznych nie wymieniają anglosascy krytycy literatury. Oto czysty przypadek triumfu czynnika losowo—statystycznego w krytyce i historii literatury. Myślę, że gdyby Stapledon więcej zajmował się historią nauki i fizyki, a mniej czytał Spenglera, dziełu jego wyszłoby to tylko na zdrowie. Lecz i tak jest ono klasą dla siebie, bo chwyta monstrualną dysproporcję dowolnie spotężniałego wysiłku ludzkiego — wobec bezmiernej obojętności Kosmosu patronującej historycznym zmaganiom, bo uczciwie podporządkowuje ludzki byt wszystkim mocom realnym biologu, klimatu, geologii, a wreszcie — bo wyraża historyczną genezę i względność wszelkich norm, kodeksów, dogmatów i wartości. Na tym dziele, pełnym zgrzytów, leży jakiś odblask prawdy, który nie pozwala ani o nim zapomnieć, ani zaszeregować go w poczet tysięcznych tytułów „fantastyki naukowej”.
Cytuj
Lecz tego wszystkiego Stapledon w ogóle nie dostrzegał. Powodowana jego czujną ręką narracja nie doprowadza nigdy do „eskalacji technoorgiastycznej” i hedonizm jego społeczeństwom nigdy nie zagraża. Widział więc antynomie bytu gdzie indziej, nie tam, gdzie by mógł je lokować niejeden myśliciel współczesny. Nie w paradoksie głodów, które zaspokojenie nadmiarowe obraca w utęsknioną przeszłość. Nie dostrzegł on perfidnej szansy „raju technicznie zapieszczającego’”, który odmóżdża człowieka, kiedy przejmuje trud umysłowy potem, gdy już przejął fizyczny. Nie tak; sprzeczność widzi on między ekspansywnością a jej nieuchronnymi zwichnięciami; im wyżej zdoła wspiąć się człowiek, tym okropniej gruchnie w dół, z którego się w mozołach wydobył. Stagnacja nie grozi mu — żadna, ponieważ jest skazany na walkę wiekuistą: tyle jego, ile jej właśnie. A więc jest to Syzyf, i do tego Syzyf samotny, który kontaktu z żadnym odmiennym rozumem nie nawiąże (łatwo pojąć, czemu: kontakt taki musiałby naruszyć wizję zasadniczo tragiczną). Stapledon nie widzi człowieka jako istoty, co by mogła trwale sobie historię podporządkować, tak owładnąć nią, żeby się ona stała czymś w rodzaju gliny modelarskiej w ręku artysty. Człowiek z historią swoją rady sobie do końca dać nie może, ona go na schyłku dowolnie długiego cyklu zawsze w końcu weźmie pod siebie i zmiażdży, by zapadł w mrok, z którego wychynie po miliardzie pokoleń zezwierzęconych bytowaniem klęskowym; czym dla Anteusza Ziemia, tym dla tego człowieka — powrót do łona biologii, które kulturowymi wspinaczkami okresowo opuszcza. Wizja to bardzo estetycznie wysycona, przypominająca ideał Rilkego — istotę, której wzrostem jest „der Tiefbesiegte von immer Grösserem zu sein”. Albowiem, w samej rzeczy, coraz potężniejszej kolejno, coraz bardziej astronomicznej fluktuacji imać musi się Natura jako instrumentu zniszczeń, żeby dać radę wciąż wyżej sięgającemu człowiekowi: zrazu wystarczy nieumiejętność manipulowania nową formą energii, potem — inwazja żywych istot, dalej — upadek Księżyca, wreszcie — całe Słońce musi się w supernową zmienić, by cios okazał się nie do odparowania, nawet dla ultymatywnej cywilizacji! Lecz kiedy tak właśnie szeregujemy interweniujące czynniki, dostrzegamy wreszcie ich — w całej nazwanej serii — nielosową charakterystykę, a zarazem plan działania, któremu poddał fikcję dziejową pisarz. Nie możemy przeciwstawić takiej prognozie — żadnej innej, o niewątpliwie wyższych poznawczych walorach. Wiemy, co u Stapledona nieprawdziwe; mówiliśmy o tym: unieważnił on realny czynnik wzrostu eksponencjalnego, który udaremnia predykcję dalekosiężną; z chwili obecnej niepodobna dojrzeć niczego, co by spoczywało za widnokręgiem XXI wieku. Właśnie dlatego nic na ten temat nie potrafimy powiedzieć, ponieważ w dekadzie zachodzi teraz informacyjna akumulacja większa niż niedawno w całym stuleciu.
Predykcja traci ostatnią moc o niespełna osiemdziesiąt czy sto łat od teraźniejszości: dalej jest tylko mrok, nierozpoznawalna ciemność przyszłego czasu, a nad nią jeden znak, jedyny wyraźny, dla nas wszakże nieodcyfrowalny, ale tym mocniej narzucający się w całej wymowie niepojętego, mianowicie — Silentium Universi. Galaktyka nie została bowiem zawojowana przez cywilizacyjne radiacje, nie roi się od rozbłysków prac astroinżynierskich, a powinna by, gdyby jakikolwiek typ instrumentalnej ortoewolucji wykładniczej był prawem psychozoików w wymiarze Kosmosu. To jest zupełnie pewne, dlatego o tym warto i trzeba pamiętać.
A jeszcze warto rozumieć, co to znaczy, że lwia część niebywałości, przez Stapledona porozmieszczanych w otchłaniach czasu, już się spełnia, że dekady wykonały plan Stapledonowskich miliardolatek. Znaczy to, że właściwie urzeczawia się wszystko, co lat temu czterdzieści było jeszcze do pomyślenia — przy najskrajniejszym wysileniu wyobraźni.

Nie sądzę, by Mistrz poświęcał tyle czasu i uwagi rzeczom tego niegodnym. I by słowami - owszem, obwarowanego uzasadnionymi zastrzeżeniami - uznania chwalił rzeczy na takie pochwały nie zasługujące.

Może zresztą taką mam nad Wami tu przewagę, że owego Stapledona - właśnie przez wzgląd na Lema i słowa jakie mu poświęcił - czytałem? ;) Inna sprawa, że powinno się go chyba czytać w oryginale. Polskich przekładów godnych oryginału nie ma. (Najlepiej, chyba, przetłumaczony jest najsłabszy - i dlatego przez Lema pominięty - "Syriusz". Na "Dziwnym Johnie" znany - i słusznie ceniony jak na standardy gatunku - tłumacz SF poległ. A "Ostatnich i pierwszych ludzi" przetłumaczono tylko we fragmencie.) Jeśli więc skłonny byłbym zrezygnować z omawiania go, to tylko z tego - pragmatyczno-przyziemnego-powodu.

ps. olka, sprawę Nabokova mam zatem za zamkniętą :).
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 18, 2016, 02:34:29 pm
Cytuj
Zatem może jeszcze w obronie Stapledona...
Q proszę Cię podaj strony.
Proszę o to dlatego, że czasem warto przeczytać cały fragment tekstu - nie tylko wyrwany zeń cytat - zwłaszcza jeśli ma dojść do dyskusji;)
Bo chyba nie ma sensu kopiować tutaj takich obszernych fragmentów -  wątek zachoruje na rozedmę i to w pierwszych 24 godzinach;)
Więc jeśli chodziło Ci o zarzucenie - to tak czuje się zarzucona, przytłoczona i zapchana:)
Ale nie przekonana:)
Może jakiś koncentrat 30%  - z tego?:)

Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 18, 2016, 03:12:55 pm
Może jakiś koncentrat 30%  - z tego?:)

Koncentrat z tego byłby taki, że Mistrz uznaje Stapledona za ucznia Wellsa (którego umieściliśmy już na liście bez większych sporów), który pod względem intelektualnym przerósł mistrza. Pechowca, którego wepchnięto w obręby właśnie się wówczas zamykającego "getta SF", z wielką krzywdą dla niego i dla Literatury. Geniusza na swój sposób ułomnego, który atakował Wielkie Tematy i ponosił klęskę w zmaganiach z nimi*, ale robił to sam jeden w czasach gdy literatura zwana Wielką wzięła się raczej za cyzelowanie formy niż mierzenie z Wszechświatem/Wszechbytem. I dlatego zasługującego na pamięć.

* Nie mógł zresztą nie ponieść (dlatego inną miarą należy mierzyć te klęski niż większość literackich klęsk), bo są to kwestie nie do rozgryzienia przez jednostkowy ludzki mózg, jak Lem słusznie dowodzi. Co jednak nie znaczy, że należy je pod dywan zamiatać, o co oskarża Mistrz i Literaturę, i karlejącą z wiekiem SF.

Byłby to więc - co dodam od siebie - taki Lem-przed-Lemem, tylko mniej zdolny (albo, po prostu, tworzący w czasach gdy pewne rzeczy dla Mistrza i dla nas oczywiste oczywistymi jeszcze nie były, stąd częściej błądzący) i mniej szczęśliwy.

Co do stron - zasadniczo liczą się tu nie strony (to by było wyrywanie z kontekstu, które słusznie ganisz), a całe (pod)rozdziały. W wydaniu pierwszym będą to następujące fragmenty tomu drugiego (każdy będący, skądinąd, jednego utworu S. omówieniem):

- "III, Kosmos i fantastyka" podrozdział "Fantastyka kosmogoniczna"
- "VI, Człowiek i nadczłowiek",
- "IX, Utopia i futurologia", podrozdział "Borges i Stapledon"

(Objętościowo więcej niż o Dicku doszło w następnych wydaniach, mówiąc nawiasem.)

Choć i ten fragmencik z pierwszotomowej "V. Socjologii science fiction" będzie tu znamienny:

Cytuj
Sytuacja tym dziwniejsza, że całkiem wyjątkowa w literaturze, nie znającej, jak wiadomo, zbiorowej odpowiedzialności. Ten, kto by chciał pociągnąć do odpowiedzialności Lwa Tołstoja za melodramaty trzeciorzędnych pismaków, zostałby tak samo okrzyknięty za pomylonego jak ten, kto by obciążał Dostojewskiego winą za płody Agaty Christie. Taki właśnie, typowy dla Science Fiction i przez to jakby pomylony stan rzeczy nie jest naszym zmyśleniem. Wśród utworów fantastycznych Herberta G. Wellsa znajduje się wiele artystycznej słabizny, lecz nikt go za nią nie próbował potępiać w czambuł. Odwrotnie — trybem w krytyce normalnym oceniano Wellsa podług jego osiągnięć szczytowych. Lecz rodak Wellsa, Olaf Stapledon, nie miał już w trzydzieści lat potem żadnych szans, by zostać osądzonym podług swoich szczytowych osiągnięć. Rozmachem wizji i jej ideową głębią co najmniej dwukrotnie, tj. dwoma dziełami, Wellsa przewyższył: nie może to być kwestionowane przez nikogo, kto zapoznał się z takimi książkami Stapledona, jak Odd John i First and Last Men. Lecz nawet nazwiska Stapledona nie notują liczne angielskie historie literatury współczesnej. Coś się na przestrzeni nazwanych trzydziestu lat stało takiego, że klamki gettowych wrót zapadły i nastał ów stan osobliwego rozdziału, którego szansy domyślny Wells sam nawet nigdy nie podejrzewał.

Zresztą... W zasadzie wystarczy zajrzeć na koniec, do "Skorowidza nazwisk", pod "Stapledon", bo wszelkie wzmianki o nim są pochwalne.

Dodytowująco:
Na koniec jeszcze zacytuję  Johna Huntingtona, krytyka literackiego specjalizującego się w arcydziełach SF (b. celne teksty o Le Guin, recenzował też Wellsa na łamach "New Scienista"):

"The admirers of Olaf Stapledon find his continued obscurity a puzzle. While the defenders of Shakespeare, Austen, Joyce, or Woolf develop critical angles and languages to convey what they value in these artists, the defenders of Stapledon still can only say, "Read him.""

Sądzę, że Mistrz by się podpisał ;).

Co rzekłszy - zlinkuję:
- "Odd John" (http://gutenberg.net.au/ebooks06/0601111h.html)
- "Last And First Men" (http://gutenberg.net.au/ebooks06/0601101h.html)
- "Star Maker" (http://gutenberg.net.au/ebooks06/0601841h.html)
- "Sirius" (http://gutenberg.net.au/ebooks06/0601151h.html)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 19, 2016, 06:04:55 pm
Ok Q - nie mam zdania w kwestii Stapledona - ale skoro tak się uparłeś, to musi być coś na rzeczy;)
Pamiętam to nazwisko z FiFy, ale nie znalazłam niczego po polsku i odszedł w zapomnienie.
Spróbuję coś z linek przeczytać. Po polsku też się da?;)

W sumie już dawno chciałam zapytać o poniższe książki. Może już pytałam? Ale to dobra okazja. Nie znalazłam ich polskich wydań. Może ktoś coś wie? Ma?
Chodzi mi o to: Gödel, Escher, Bach Hofstadter i Mind's I Hofstadter.
Cytuj
- A w późniejszych latach nie miewał pan już tego rodzaju lekturowych olśnień?
- Właściwie tylko jedno - mam na myśli dwie książki Hofstadtera Bach, Goedel, Escher oraz Mind's I. (...) Druga z nich dotyczy zagadek świadomości, o pierwszej zaś chciałbym nieco więcej powiedzieć. (...) Główne pytania tej książki dotyczą tego, czy myślenie i świadomość podlegają regułom takim, które pozwoliłyby na ich sformalizowanie (..). Rozpatrywane są tutaj funkcje rekurencyjne, chodzi o rachunek zdaniowy, o znaczenie, o teorię zdań, o retrospektywne i prospektywne możliwości sztucznej inteligencji.
A równocześnie książka ta przetykana jest uroczymi dialogami - troszkę w stylu Alicji w krainie czarów Carolla - w których występują: mądry krab, Achilles i mrówkojad. (...) Książka ta dziwnie mi odpowiada i mam odczucie, na przemian miłe i irytujące, że spotykam się wciąż z własnymi koncepcjami, które ongiś piastowałem. W tej książce wynikły one jednak zupełnie niezależnie.
"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "Gusta i dysgusta", str. 168

Rzecz w tych książkach:
https://en.wikipedia.org/wiki/The_Mind's_I (https://en.wikipedia.org/wiki/The_Mind's_I)
https://en.wikipedia.org/wiki/G%C3%B6del,_Escher,_Bach (https://en.wikipedia.org/wiki/G%C3%B6del,_Escher,_Bach)

Stąd: z jednej strony niewątpliwie powinny zasilić listę Lemowego topu, ale z drugiej - jeśli nie ma polskiego wydania?
Może była już gdzieś dyskusja na forum o tych pozycjach? Co myślicie?
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: maziek w Marzec 19, 2016, 06:09:02 pm
W zasadzie z każdym postem tu, moja ćwierćinteligencja dzieli się na pół, i na pół, i na pół... :)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 19, 2016, 06:51:07 pm
Ok Q - nie mam zdania w kwestii Stapledona - ale skoro tak się uparłeś, to musi być coś na rzeczy;)
Pamiętam to nazwisko z FiFy, ale nie znalazłam niczego po polsku i odszedł w zapomnienie.

No coś jest ;). To jest pierwszy (nie licząc finału wellsowego "Wehikułu...") autor, który zastanawiał się nad długofalowymi skutkami ludzkiej - i ogólnie: Rozumu - ewolucji. Pierwszy, który pokazał umysł nadludzki wygłaszający ludziom uwagi na ich temat z zewnętrznej perspektywy. To są - w wydaniu zalążkowym, co prawda (bo nie będę tu kłamał, że jest ów S. lepszy niż jest) - zagadnienia, które znajdziemy w najdojrzalszych utworach Lema (i najzręczniejszych - Clarke'a, mówiąc nawiasem). Sądzę, że bez "Johna" "GOLEM..." by się nie urodził...

Spróbuję coś z linek przeczytać. Po polsku też się da?;)

I tak, i nie, jak już napisałem ;). "Dziwny John" jest przetłumaczony, ale jest to typowy przekład w stylu polskiego rynku SF lat '90, znaczy: prawie się tego czytać nie da. (Przykrawanie do granic getta w całej krasie.) "Ostatni i pierwsi ludzie" - fragment ukazał się w "Drodze co science fiction", w drugim tomie. Tylko, że fragment ów dając pewne wrażenie stapledonowskiej - często dość naiwnej z perspektywy czasu - inwencji, nie daje możliwości dostrzeżenia i docenienia całościowej autorskiej perspektywy. To trochę tak, jakby analizując fragment o symetriadach twierdzić, że omówiło się bagaż myślowy "Solaris".
Zostaje jeszcze "Syriusz", którego na liście lemowych polecanek nie ma. Najbłahszy w dorobku S. chyba, ale pamiętam, że czytało mi się go po polsku bez zgrzytów. Jest tam pewien - po pensjonarsku prawie opisany, ale to inna rzecz - wątek, który pokazuje, że był Stapledon może nawet bardziej odważny i bezkompromisowy w pewnych sprawach od Nabokova.

Stąd: z jednej strony niewątpliwie powinny zasilić listę Lemowego topu, ale z drugiej - jeśli nie ma polskiego wydania?
/.../ Co myślicie?

 :) Jestem jak najbardziej za dodaniem ich do listy. (Chyba, że skrzat odgórnie postanowi, że brak zadowalających polskich wydań dyskwalifikuje technicznie.)

Może była już gdzieś dyskusja na forum o tych pozycjach?

Taka niemrawa, jeśli mnie pamięć nie myli. Jakieś wzmianki w kontekście filmu "Victim of the Brain", co to był tyleż ekranizacją "The Mind's I", co "Wyprawy siódmej..." (kolejny powód by dać rzecz do Biblioteki Lema ;)).

ps. Co do upierania się: upierałbym się jednak i przy Żuławskim ("Na Srebrnym Globie" i "Zwycięzcy"), nie dla ponadczasowych wartości tej prozy, a dla wpływu na Mistrza. Takie - wyrastające intelektualnie nad swoją epokę i b. sugestywne jednak - utwory czytane rozgorączkowanym okiem nastolatka musiały jednak głęboko w pamięć zapadać i odciskać piętno na późniejszej twórczości (skąd się niby w Lemie wzięła skłonność do tak plastycznych opisów pozaziemskich pejzaży?)... Zwł., że mimo nieznośnej młodopolskiej maniery wznoszą się ponad przeciętną SF na kilometry.

W zasadzie z każdym postem tu, moja ćwierćinteligencja dzieli się na pół, i na pół, i na pół... :)

Tak samo miałem czytając jak ostatnio dyskutowaliście sobie z Termem w "Eksploracji...";).
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 19, 2016, 06:58:11 pm
@ Maziek
To ja też tak mam z tymi podziałami...
@Q
Jak najłatwiej kupić pana Beresia "Tako rzecze Lem"?
[b]R.[/b]
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: liv w Marzec 19, 2016, 08:04:31 pm
Dorzuciłby leśmianizmy.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Le%C5%9Bmianizmy (https://pl.wikipedia.org/wiki/Le%C5%9Bmianizmy)
I pytanie - jaka książkę czyta się 40 razy w życiu?
Zakładając przesadę, niech tylko 20. To i tak średnio co 3 lata.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 19, 2016, 09:08:28 pm
"Gad i inne wiersze" Leśmiana? Jak najbardziej. Za argument starczy Mistrzowa przedmowa ("О Leśmianie z dywagacjami") i fakt, że ów zbiór redagował.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 19, 2016, 09:46:37 pm
A o moich ulubionych "Klechdach sezamowych" Mistrz nic nie rzekł?
R.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: liv w Marzec 19, 2016, 09:50:06 pm
"Gad i inne wiersze" Leśmiana? Jak najbardziej. Za argument starczy Mistrzowa przedmowa ("О Leśmianie z dywagacjami") i fakt, że ów zbiór redagował.
Test pilota Pirxa na anonimowych konsumentach.  :)
Komentarze - 5 od góry i niżej.
http://zabociek.blox.pl/2012/05/Rogalec-w-pluszczycy.html (http://zabociek.blox.pl/2012/05/Rogalec-w-pluszczycy.html)
A o moich ulubionych "Klechdach sezamowych" Mistrz nic nie rzekł?
R.
Nie wiem, ale inni rzekli.
Z tej ludzkiej fantastycznej gnojowicy tworzył pćmy i murwie, długonie, lepniaki i bladawce, myślące skrzynki i poetyckie maszyny, połączył fantastycznonaukową tkaninę z językiem baśni (Klechdy sezamowe - Leśmiana) – tworząc "język staroroboci" i cybernowoczesne średniowiecze z inkwizycją nieokiełznanej technologii.
"Długo się elektrycerz ów sposobił na wojnę, przypasowując sobie coraz to ostrzejsze konduktory, coraz to raźliwsze iskrownice, miotacze i spychacze...".

http://bareya.blogspot.com/2013/09/dylematy-lemoniady-stanisaw-lem.html (http://bareya.blogspot.com/2013/09/dylematy-lemoniady-stanisaw-lem.html)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 19, 2016, 10:11:33 pm
Ty,. przemordowałem się (długość tekstu), ale NIC o klechdach nie znalazłem...
R.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: liv w Marzec 19, 2016, 10:24:08 pm
Ty,. przemordowałem się (długość tekstu), ale NIC o klechdach nie znalazłem...
R.
Toć wyjąłem i kursywą zacytowałem. Mam pogrubić? Robi się.  :)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 19, 2016, 10:45:31 pm
Masz na myśli ten cytat:
Cytuj
połączył fantastycznonaukową tkaninę z językiem baśni (Klechdy sezamowe - Leśmiana) – tworząc "język staroroboci" i cybernowoczesne średniowiecze z inkwizycją nieokiełznanej technologii.
To jest to, co "inni rzekli"?
R.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: liv w Marzec 19, 2016, 11:37:05 pm
Masz na myśli ten cytat:
Cytuj
połączył fantastycznonaukową tkaninę z językiem baśni (Klechdy sezamowe - Leśmiana) – tworząc "język staroroboci" i cybernowoczesne średniowiecze z inkwizycją nieokiełznanej technologii.
To jest to, co "inni rzekli"?
R.
No, a co?
Jaki włos zamierzasz znów rozszczepić swą kolubryną?  :)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 19, 2016, 11:41:32 pm
Ty, ale- wracając do mojego pierwotnego pytania - to oznacza, że Mistrz nic nie mówił o "Klechdach sezamowych". Dobrze rozumiem?
R.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: liv w Marzec 20, 2016, 12:12:00 am
Ty, ale- wracając do mojego pierwotnego pytania - to oznacza, że Mistrz nic nie mówił o "Klechdach sezamowych". Dobrze rozumiem?
R.
Nie wiem. Analizował interpretacyjnie i stylistycznie wiersze Leśmiana, ale żeby klechdy? Nie pamiętam.
Dorzucę jeszcze jednego, co mu się wydaje.
Wojciecha Orlińskiego.
"Lem jednak jako pierwszy pisarz s-f dokonał oryginalnej sztuczki stylistycznej - połączył fantastyczno naukowy sztafaż...z językiem baśni, przypominającym "Klechdy sezamowe" Leśmiana (skądinąd produkt podobnego eksperymentu stylistycznego - połączenie motywów "Baśni z 1000 i jednej nocy" z językiem stylizowanym na staropolski)"
Słownik terminów lemowskich - hasło; bajki robotów.
Dalszy trop zatem, to Pasek i Swift.
O tym ostatnim  akurat mówił..."obaj bardzo nie lubimy człowieka, więc jeden z nas wymyślił konie".
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 20, 2016, 12:39:09 am
Dobra. Mam jasność co do komentowania "Klechd" przez Mistrza. A czy Mistrz mówił coś o "Kubusiu Puchatku"?
Dobranoc (ale niezłośliwie ani ironicznie, tylko jest późno i idę sapać, no, spać).
:-)
s.

Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 20, 2016, 02:38:53 am
Stapledon "Odd John"
Sądzę, że bez "Johna" "GOLEM..." by się nie urodził...
Uuulala...po takim entree nie było wyjścia - klik i przyznaję pierwsze zdania - uderzające:)
Od zdania do zdania - przeczytałam 5 rozdziałów (ten ostatni nieco jednak mnie zdegustował...What must be, must be.)
Pomyślałam, że to mógłby być punkt, w którym Lem postanowił odczłowieczyć Johna i zrobić z niego Golema.
Jednak inaczej czyta się o pozbawionym emocji komputrze, a inaczej o człowieku - nawet superior - któren uzasadnia swoje występki.
Powinno mu rozumu starczyć, żeby nie dopuścić do takiej sytuacji?
Hm...chyba faktycznie ważna pozycja - chociaż jeszcze trochę do końca mam - wstępnie jestem za:)
Tylko ten sam problem co z Hofstadterem - po angielsku? Chociaż niby ten John jest Jaśkiem...
Żuławski " Na srebrnym globie"
Cytuj
ps. Co do upierania się: upierałbym się jednak i przy Żuławskim ("Na Srebrnym Globie" i "Zwycięzcy"), nie dla ponadczasowych wartości tej prozy, a dla wpływu na Mistrza.
Cytuj
Nigdy nie ważyłem się na stylistyczne rozpasanie. Jeśli weźmie pan do ręki Na srebrnym globie Żuławskiego - książkę, którą kocham i której wiele zawdzięczam - to łatwo znajdzie pan emfatyczne wykrzykniki: "O Ziemio! Ziemio utracona!" Wstydziłbym się tak pisać. "O atomie! Atomie mój kochany!" Dla mnie jest to niemożliwe.
"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "W pajęczej sieci", str.111
To chyba wchodzi na listę?;)
Dorzuciłby leśmianizmy.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Le%C5%9Bmianizmy (https://pl.wikipedia.org/wiki/Le%C5%9Bmianizmy)
I pytanie - jaka książkę czyta się 40 razy w życiu?
Zakładając przesadę, niech tylko 20. To i tak średnio co 3 lata.
...łabym też...
Prus "Lalka"
Za Geista i fullareny?;)
Jest odpowiedni fragment w Tako rzecze... - obrywa się Tokarczuk, która napisała książkę o...:
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/49787/lalka-i-perla (http://lubimyczytac.pl/ksiazka/49787/lalka-i-perla)
Oj...że Lalka o miłości, a Tokarczuk o sznurze pereł, przeczytał połowę, ale to dla 10 latków, obraziła Lemowy rozum, polemizowałby z nią, ale musiałby doczytać jej książkę do końca - no, lekko nie ma:)))
Cytuj
Będąc w Wiedniu, chyba z dziesięć razy przeczytałem tę powieść Prusa, bo jest w niej wiele wspaniałego mięsa - narracyjnego i psychologicznego.
"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "Lube czasy" str.454
Hm...może tą książką łapał oddech, bo bezkresach kosmosu?:)
W końcu nie musiał czytać dokładnie - za każdym razem. Wyrywkowo. Dla złapania kontaktu z własnym gatunkiem - bo Lem mówiący o książce o miłości?:)

Margines dla St - Tako rzecze Lem chyba najkorzystniej wypada w e-booku, bo papierowe egzemplarze chodzą około 100zł i to sporadycznie.
Jak za darmo:
http://www.publio.pl/tako-rzecze-lem-stanislaw-lem,p94216.html (http://www.publio.pl/tako-rzecze-lem-stanislaw-lem,p94216.html)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: liv w Marzec 20, 2016, 03:19:56 am
Cytuj
Prus "Lalka"
Za Geista i fullareny?;)
Cytuj
bo Lem mówiący o książce o miłości?:)
Rzekłaś  :)
Ten tego...a Lolita?  ::)
O miłości do kobiety ulepionej z innej gliny...jakieś skojarzenia?
Poważniej - Lalka to gruba książka, dużo wątków, poboczności i dobrze się ją czyta, więc może faktycznie dla mięsa tylko.
Ale ona jest też  o zmianie. Fundamentalnej.
Fotograficznie niemal chwyta moment przechodzenia społeczeństwa feudalnego w kapitalistyczne. Starcie się dwóch, mentalnie różnych, stanów społecznych - dumnej ba, pyszałkowatej ale ubożejącej i w sumie zagubionej bo ze uczuciem schyłkowości arystokracji i nowej, prężnej, jeszcze z kompleksami (a już z pieniędzmi) grupy mieszczańskiej. Może jeszcze prymitywnej, lecz witalnej, bez przeszkadzających ogonów "ewolucyjnych"  i lepiej odnajdującej się w nowych realiach (lepniaki v/s roboty?).
Ze świadomością, że do niej należy przyszłość, bo to wyrok losu, konieczność dziejowa etc.
Dużo później i znacznie krócej to samo zawarł Lampedusa w Lamparcie.
Smutek nieuchronności i konieczność wpasowania się (z pogardą) w nowe.
He, na siłę trochę kręcę i wcale się lalkowo nie upieram. Zdziwionym tylko, że Lem słynący z braku czasu na pierdoły, znalazł czas na powtarzanie tej...musi coś w niej być.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 20, 2016, 11:04:11 am
Sądzę, że bez "Johna" "GOLEM..." by się nie urodził...
Uuulala...po takim entree nie było wyjścia - klik i przyznaję pierwsze zdania - uderzające:)
Od zdania do zdania - przeczytałam 5 rozdziałów

Mówiłem? ;)

(ten ostatni nieco jednak mnie zdegustował...What must be, must be.)
Pomyślałam, że to mógłby być punkt, w którym Lem postanowił odczłowieczyć Johna i zrobić z niego Golema.

Pamiętam, że miałem - lata temu - identyczne wrażenie. Że decyzja o takiej, a nie innej, naturze GOLEMa wynikała właśnie z końcówki "Johna", w której się z tego jacyś "X-Men" robią (skojarzenie również uprawnione, ponoć byli nim i "Doom Patrolem" (https://en.wikipedia.org/wiki/Doom_Patrol) inspirowani; motyw walki o wyspę (https://www.youtube.com/watch?v=HROuYFRJepQ) zresztą na żywca rżnięty*).

* Nawiasem: jasno widać co potrafił wycisnąć ze Stapledona Lem, a co Amerykanie...

Jednak inaczej czyta się o pozbawionym emocji komputrze, a inaczej o człowieku - nawet superior - któren uzasadnia swoje występki.
Powinno mu rozumu starczyć, żeby nie dopuścić do takiej sytuacji?

Z tym Johnem to jest ogólnie ten kłopot, co z pewnymi ideologami. Póki stoi z boku i ocenia, to by człowiek w zachwycie przyklaskiwał (prawie) każdemu zdaniu. A jak się do praktyki bierze, to by człek - jak NEX ;) - pistoletu szukał.

Hm...chyba faktycznie ważna pozycja - chociaż jeszcze trochę do końca mam - wstępnie jestem za:)

W sumie koniec nie jest ważny (tzn. - jeśli będziemy omawiać, sądzę, że się nad nim prześlizgniemy). Lem w "Fif'ie" wprost pisze, że istotna jest część pierwsza i fragmenty drugiej.

Tylko ten sam problem co z Hofstadterem - po angielsku? Chociaż niby ten John jest Jaśkiem...

"John" ma polski przekład, tylko nędzny. I z kuriozalnym wstępem (czy posłowiem?).

Żuławski " Na srebrnym globie"
/.../
Cytuj
Nigdy nie ważyłem się na stylistyczne rozpasanie. Jeśli weźmie pan do ręki Na srebrnym globie Żuławskiego - książkę, którą kocham i której wiele zawdzięczam - to łatwo znajdzie pan emfatyczne wykrzykniki: "O Ziemio! Ziemio utracona!" Wstydziłbym się tak pisać. "O atomie! Atomie mój kochany!" Dla mnie jest to niemożliwe.
"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "W pajęczej sieci", str.111
To chyba wchodzi na listę?;)

Czyli "Na Srebrnym..." mamy potwierdzone z kolejnego źródła. A i "Zwycięzcę" bym dorzucił, choćby za ideę Obcości nieprzezwyciężonej. Sądzę, że dostatecznie uzasadni to "Fif'a" - tom 2, "IX. Utopia i futurologia", podrozdział "Modele socjoinwolucji". Porównywanie z Wellsem, chwalenie kreacji Szernów, wychwalanie obrazu upadku pozaziemskiej kolonii przeciwstawionego modnym wydumiskom Aldissa (demaskowanym jako naiwne)...

ps. "Lalkę", sądzę, dorzucamy. Za to mięso. Swifta też wypada ("Dzienniki..." się nim żywiły). Hofstadtera takoż bym dał. Spora część z nas potrafi po angielsku choć trochę, a projekt akademicki - młódź teraz w językach kształcona.

To może ułożymy listę tych kandydatur do dodania (edytować skrzatowego posta nie śmiem, choć niby nam dozwolono)?

Trochę nadprogramowo:
Ale ona jest też  o zmianie. Fundamentalnej.
Fotograficznie niemal chwyta moment przechodzenia społeczeństwa feudalnego w kapitalistyczne. Starcie się dwóch, mentalnie różnych, stanów społecznych - dumnej ba, pyszałkowatej ale ubożejącej i w sumie zagubionej bo ze uczuciem schyłkowości arystokracji i nowej, prężnej, jeszcze z kompleksami (a już z pieniędzmi) grupy mieszczańskiej. Może jeszcze prymitywnej, lecz witalnej, bez przeszkadzających ogonów "ewolucyjnych"  i lepiej odnajdującej się w nowych realiach (lepniaki v/s roboty?).
Ze świadomością, że do niej należy przyszłość, bo to wyrok losu, konieczność dziejowa etc.
Dużo później i znacznie krócej to samo zawarł Lampedusa w Lamparcie.
Smutek nieuchronności i konieczność wpasowania się (z pogardą) w nowe.

Fakt, Lampedusa świetnym pisarzem był, z tych socjologizujących. Tylko bym się ucieszył, gdyby Mistrz go gdzie chwalił. Ale chyba nie? Choć jak się cytat znajdzie, to i jego bym dodał.

Edyta ;):
Jeszcze jedno - Lem ze Stapledonem omawiał Borgesa, strukturę Apokryfów też mu podebrał... Wypadałoby chyba i Jorgego z Burgos ;) do listy dodać... Tylko z czym konkretnie? Na 100% "Tlön..." i "Biblioteka Babel" (którą Mistrz w "Fif'ie" omyłkowo zwie "Labiryntem"). "Pierre Menard..." chyba też. Ale co jeszcze?
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: liv w Marzec 20, 2016, 02:27:17 pm
He, tak z ciekawości wrzuciłem w paszczę gógla zbitkę Lem Prus. Wyskoczyło takie cóś na literackim blogu Konrada Urbańskiego.
Nie o Lalce, a o Widziadle. Hmmm...
- Rozmaitych pijaków zdarzało mi się spotykać: takich, co widywali diabły, węże, robactwo… Ale takiego, który zobaczył kinematograf w pustym pokoju, to jeszcze nie spotkałem…
- To o nas!... Oburzył się Pijankiewicz.[5]
 Pewne podobieństwo w konstruowaniu zakończenia można dostrzec we fragmencie Dzienników gwiazdowych Lema:
Powiadano potem, że historię tę zmyśliłem, a co złośliwsi pozwalali sobie na insynuacje, jakobym miał słabość od alkoholu, skrzętnie ukrywaną na Ziemi, której hołduję śmiało w ciągu długich lat podróży kosmicznych.[6]
Główny bohater Dzienników, Ijon Tichy, jest konsekwentnie oskarżany przez swoich przeciwników o nadużywanie alkoholu, co ma odjąć jego przygodom status realizmu. Podobnie u Prusa – alkohol ma odjąć wizji cechy prawdopodobieństwa.

http://littelratura.blogspot.com/2012/10/prus-futurysta-czyli-xx-wieczna.html (http://littelratura.blogspot.com/2012/10/prus-futurysta-czyli-xx-wieczna.html)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 20, 2016, 02:40:45 pm
Inna beczka: ośmieliłem się dziś napisać do pana Stanisława Beresia, i on mi życzliwie odpisał, że gdy chodzi o TRL, to raczej tylko allegro.
Dlaczego takich książek się nie dodrukowuje?
R.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 21, 2016, 12:45:36 am
Ten tego...a Lolita?  ::)
Może ona jednak za inne walory - niż pochwała miłości? :-\
Cytuj
O miłości do kobiety ulepionej z innej gliny...jakieś skojarzenia?
Nie wiem czy z innej i czy o miłości, ale same nieszczęścia. Czyli Panpojemnikowa skojarzanka;)
Cytuj
Poważniej - Lalka to gruba książka, dużo wątków, poboczności i dobrze się ją czyta, więc może faktycznie dla mięsa tylko.
Ale ona jest też  o zmianie. Fundamentalnej.
Jasność i lampartowatość.
(ten ostatni nieco jednak mnie zdegustował...What must be, must be.)
Pomyślałam, że to mógłby być punkt, w którym Lem postanowił odczłowieczyć Johna i zrobić z niego Golema.
Pamiętam, że miałem - lata temu - identyczne wrażenie. Że decyzja o takiej, a nie innej, naturze GOLEMa wynikała właśnie z końcówki "Johna"
To jednak masz większą wytrzymałość - bo u mnie już po 5 rozdziale – takie wrażenia;)
Cytuj
To może ułożymy listę tych kandydatur do dodania
- Lalka już jest
- Żuławski "Na srebrnym globie"
- Stapledon " Odd John"
- Hofstadter - o ile inglisz wchodzie w grę
- Witkacego "Nienasycenie" ja muszę uzasadnić;))
- Camusa - liv
- Borgesa - Ty (wszystkie wymienione opowiadania są w "Fikcjach")
- Swifta - ktoś:)
Chociaż dla mnie wszyscy są "na miejscu"  - ale trzeba wesprzeć cytatami.
I zdecydować się na tytuły.
Przy okazji mam takie pytanko porządkowe - czy lista tych pozycji nie byłaby czytelniejsza gdyby przerobić ją wg autorów?
Spis tytułowy wg mnie nieco utrudnia ogląd, hm?:)
Nie o Lalce, a o Widziadle. Hmmm...
Ciekawe te zastawienie Pruso-Lema. Trzeba prześwietlić;)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 21, 2016, 10:27:08 am
Czy coś przeszkadza, żeby były dwie listy?
R.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: qertuo w Marzec 21, 2016, 01:18:56 pm
Na liście jest już Russel, to może dopisać również Poppera?

Jak sam Lem rzecze w "Tako rzecze...":
Cytuj
- To jakiego typu książki sprawiają panu największą przyjemność? Naukowe?
- Bardzo wiele lektur sprawia mi przyjemność. Lubię sobie poczytać coś z etnologii, teorii "czarnych dziur" w astrofizyce; lubię filozofów takich jak Popper czy Russel.
Tako rzecze... Lem", rozdział "Czas nieutracony", str.78

Wnioskuję również o wpisanie na listę Biblii, z której Lem czerpał, jako bodaj największej skarbnicy archetypów w naszej kulturze. Nie wyobrażam sobie więc biblioteki Stanisława Lema bez Biblii.



Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 21, 2016, 02:07:31 pm
Co do Poppera - jestem za.
Biblia - jakkolwiek Lem rzeczywiście często odwołuje się do aktu stworzenia świata, idei boga itd.  - wydaje mi się przewrotna - w tym zestawieniu:)
W pierwszym odruchu - nie, a w drugim; jednak wpłynęła, więc może?:)
Z trzeciej - Lem - nomen omen - polemizuje również z np. Arystotelesem, Platonem, Tomaszem z Akwinu - też by?
Uzasadniam Witkacego "Nienasycenie":
1)
Cytuj
- Bardzo - muszę powiedzieć - imponował mi zawsze swoją świetnością i wynalazczością leksykograficzną Witkacy. Jego wszystkie chondrołaje przepuklinowe i glątwy niezwykle mi się podobały. Poza tekstem aktualnie pisanego utworu nigdy nie potrafiłem wymyślać takich nazw.
"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "W pajęczej sieci" str. 91
2)
Cytuj
Dobrze, że o niego pan zahacza, bo to wybitny umysł i postać dużego formatu.
"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "Gusta i dyzgusta" str. 191
3)
Cytuj
Pod jego powieściami podpisuję się mocno. W sensie predykcyjnym może tylko jednego nie udało mu się zrobić - to znaczy nie wprowadził pierwiastka technologicznego, lecz ustabilizował świat na poziomie swoich czasów. Ale może też go to zupełnie nie interesowało. Jeśli chodzi o wyobraźnię socjologiczną - której na ogół brakuje w science fiction - to on miał nieprawdopodobnego nosa. Miał to, co najbardziej potrzebne jest pisarzowi: cudowne predyspozycje intelektualne plus kolosalne doświadczenie życiowe.
"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "Gusta i dyzgusta" str. 192
4)
Cytuj
Filozofowanie powinno być sprawą namiętności tak palącej i silnej, jakiej doświadczał na przykład Witkacy. Jesli jednak komuś ta pasja jest obca, to nie będzie mógł odnależć satysfakcji w wielu mych książkach.
"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "Pasja filozofowania" str. 352

Mam nadzieję, że cbdo;)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: qertuo w Marzec 21, 2016, 03:27:47 pm
Biblia - jakkolwiek Lem rzeczywiście często odwołuje się do aktu stworzenia świata, idei boga itd.  - wydaje mi się przewrotna - w tym zestawieniu:)
W pierwszym odruchu - nie, a w drugim; jednak wpłynęła, więc może?:)
Z trzeciej - Lem - nomen omen - polemizuje również z np. Arystotelesem, Platonem, Tomaszem z Akwinu - też by?

Wziąwszy jednak pod uwagę kryteria doboru książek z pierwszego skrzatowego posta:
Cytuj
zostały przez Stanislawa Lema omówione, zarekomendowane bądź w inny sposób wskazane, jako książki wartościowe i ponadczasowe, zasługujące na zaliczenie do górnego królestwa literatury
mają oczywisty wpływ na twórczość bądź światopogląd Lema
to ok, możemy nie wpisać Biblii, ale tylko dlatego, że jest zbyt oczywista. Bo leży jednak u podstaw naszej kultury i trudno byłoby sobie w ogóle wyobrazić twórczość Lema bez jej znajomości.

Ale jeśli jednak ją wpiszemy to w przekładzie Wujka, bo z tego co pamiętam, to właśnie tę wersję wskazał Lem, jako czytywaną przez siebie.

A co do tych starożytnych filozofów, to jestem przeciw o tyle o ile sam Lem się o nich wypowiada przecież w cytowanej po raz kolejny rozmowie:
Cytuj
- (...) Za to na przykład Arystoteles pozostawia mnie zupełnie obojętnym. Nigdy nie mogłem wyczuć tego człowieka. Nigdy nie udało mi się wymacać jego duchowej ektoplazmy, w przeciwieństwie do Platona, który był bardzo mądrym, a za razem niesympatycznym człowiekiem.
- A to dlaczego?
- Wytrąca mnie z równowagi jego apodyktyczność.
"Tako rzecze... Lem", rozdział "Gusta i dyzgusta", str.164
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 21, 2016, 03:44:05 pm
Jak poczytuję te Państwa dysputę i się jej przyglądam, to widzę, że za fundament Biblioteki winno robić dzieło obu Panów, czyli "TRL" autorstwa Beresia i Lema, wydanie drugie, ale w wersji elektronicznej (bo skorektowanej).
R.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: liv w Marzec 21, 2016, 04:16:47 pm
- Camusa - liv
Nie o Lalce, a o Widziadle. Hmmm...
Ciekawe te zastawienie Pruso-Lema. Trzeba prześwietlić;)
Z Prusa bym chyba zrezygnował. Znaczy nie z tego, co ja o nim napisałem, jednak Lem chyba patrzył inaczej. Przyjrzałem sylwy i pojawia się on tam, jest wzmiankowany, ale...w jednym ciągu z Orzeszkową, Żeromskim etc... bez specjalnego wyróżnienia. Lem miał chyba awersję do zbyt grubych książek w których obudowa świata zajmuje więcej miejsca niż problem. Stąd też i po czarodziejskim hockerMannie "pojeździł".
Więc może faktycznie tylko mięso prozy?

A co ja tak potłuściały :o
Znalazłem okołomusy.
W "Wejściu na orbitę" - cały rozdział pt. "Mówi głos w ciemności" (s. 107 GW).
Dużo by, więc w szortach.
- "Dżumę" kończyłem z rozczarowaniem, w którym kryła się ulga.
- Teraz przeczytałem "Upadek". Cóż za książka? Zamykająć ją miałoby się ochotę rozbić maszynę do pisania. In der Beschrankung zeigt sicht erst der Meister. Byłem nie tylko "wzięty", ale i zaskoczony. Ogarniał mnie małostkowy niepokój.
- Przeczytawszy ze 30 stron Upadku pomyślałem; "to spowiedź nowoczesnego Stawrogina".
- Niedługo zorientowałem się w pomyłce; teoria zatrzeszczała. Przemknęło mi wtedy, że to nie tyle spowiedź Stawrogina, ile "Wspomnienia człowieka z lochu". Podobny temat w innym opracowaniu.
- Kanciaste, okrwawiające dłoń kamienie Dostojewskiego odnajdujemy w czystym nurcie Camusa jako miłe dla oka, pozbawione szarpiących krawędzi głazy, choć ciężar pozostał ten sam.
Więc jakże? U Rosjanina kamienowanie biblijne, u Francuza - absolucja, odpust?

Następny rozdział o Dostojewskim.  :)

Cytuj
Jak najbardziej. Za argument starczy Mistrzowa przedmowa ("О Leśmianie z dywagacjami") i fakt, że ów zbiór redagował.
Wstęp ten jest też w Sex wars (GW) s.267. W ramach rozważań sylwicznych.
Uwaga - nie ujęty w spisie treści.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 21, 2016, 04:26:25 pm
Wziąwszy jednak pod uwagę kryteria doboru książek z pierwszego skrzatowego posta:
Cytuj
zostały przez Stanislawa Lema omówione, zarekomendowane bądź w inny sposób wskazane, jako książki wartościowe i ponadczasowe, zasługujące na zaliczenie do górnego królestwa literatury
mają oczywisty wpływ na twórczość bądź światopogląd Lema
to ok, możemy nie wpisać Biblii, ale tylko dlatego, że jest zbyt oczywista. Bo leży jednak u podstaw naszej kultury i trudno byłoby sobie w ogóle wyobrazić twórczość Lema bez jej znajomości.
(...)
A co do tych starożytnych filozofów, to jestem przeciw
Zgadzam się. Właśnie dlatego przyszli mi do głowy Ci starożytni i bardzie żytni...z podstaw kultury, odnoszenia się przez Lema do ich myśli, ale raczej z negacji - niż z fascynacji, przekonań. Podobnie chyba rzecz z Biblią.
Tym tropem powinny zostać tutaj wpisane wszystkie książki stanowiące fundament europejskiej kultury.  A to raczej nonsens.
Nie wiem - może jeszcze ktoś się wypowie:)
Jak poczytuję te Państwa dysputę i się jej przyglądam, to widzę, że za fundament Biblioteki winno robić dzieło obu Panów, czyli "TRL" autorstwa Beresia i Lema, wydanie drugie, ale w wersji elektronicznej (bo skorektowanej).
R.
Powtórzę sie specjalnie dla Ciebie:):
dla mnie zupełną podstawą  i odnośnikiem w trudnej do uchwycenia sprawie gustów literackich Lema jest rozdział z Tako rzecze Lem.
http://forum.lem.pl/index.php?topic=1508.msg63813#msg63813 (http://forum.lem.pl/index.php?topic=1508.msg63813#msg63813)
- Margines dla St - Tako rzecze Lem chyba najkorzystniej wypada w e-booku, bo papierowe egzemplarze chodzą około 100zł i to sporadycznie.
Jak za darmo:

http://www.publio.pl/tako-rzecze-lem-stanislaw-lem,p94216.html (http://www.publio.pl/tako-rzecze-lem-stanislaw-lem,p94216.html)
http://forum.lem.pl/index.php?topic=1508.msg63846#msg63846 (http://forum.lem.pl/index.php?topic=1508.msg63846#msg63846)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 21, 2016, 04:32:27 pm
Dzięki, Ol. Nie roszczę sobie pierwszeństwa ani wyłączności. Taka mnie naszła refleksja. (BTW: który konkretnie "rozdział" miałaś na myśli?).
Przejrzałem ceneo, i widzę, że porządny wygodny ibók kosztuje jednak koło pięciu stów. Tyle na razie nie mam, ale się postaram. Mieć.
s.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 21, 2016, 04:40:55 pm
Dzięki, Ol. Nie roszczę sobie pierwszeństwa ani wyłączności. Taka mnie naszła refleksja. (BTW: który konkretnie "rozdział" miałaś na myśli?).
Przejrzałem ceneo, i widzę, że porządny wygodny ibók kosztuje jednak koło pięciu stów. Tyle na razie nie mam, ale się postaram. Mieć.
s.
Dyć nie chodzi mi o palmę...tylko o - powiedzmy - 3 prawa Lema;)
Gdyż w moim poprzednim poście masz linkę do e-booka  Tako rzecze Lem - w obłędnej cenie 24.90zł.
Tutaj za całe 22.41zł:
http://ksiegarnia.pwn.pl/Tako-rzecze-Lem,80943694,p.html (http://ksiegarnia.pwn.pl/Tako-rzecze-Lem,80943694,p.html)

P.S. Konkretny rozdział to "Gusta i dyzgusta", ale cała książka jest nimi usiana:)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 21, 2016, 06:36:36 pm
To jednak masz większą wytrzymałość - bo u mnie już po 5 rozdziale – takie wrażenia;)

Ćwiczyłem wytrzymałość czytając różne bzdury SyFy i komiksy za młodu ;)

- Żuławski "Na srebrnym globie"
- Stapledon " Odd John"
- Hofstadter - o ile inglisz wchodzie w grę
- Witkacego "Nienasycenie" ja muszę uzasadnić;))
- Camusa - liv
- Borgesa - Ty (wszystkie wymienione opowiadania są w "Fikcjach")
- Swifta - ktoś:)
Chociaż dla mnie wszyscy są "na miejscu"  - ale trzeba wesprzeć cytatami.
I zdecydować się na tytuły.

Stapledona i  Żuławskiego jednak bym postulował po dwa tytuły (z czego drugi S. tylko jeśli inglisz akceptujemy), bo Lem jednak po dwa chwalił (wiem, w "Fif'ie").

Borgesa - dwa pierwsze argumentował bym przywoływanym już podrodziałkiem "Borges i Stapledon" (już widzę Twoją minę, że znów "Fif"-am sobie ;)):

Cytuj
Natomiast do utworów najświetniejszych należą Tlön, Uqbar, Orbis Tertius i Labirynt. Oba można zaliczyć do kręgu utopii, rozumianej jako wykład obiektami — pewnej teorii istnienia. Labirynt to Uniwersum jako biblioteka; świadomych rzeczy może to tylko do noweli zrażać, że nazbyt jawnie korzysta Borges ze wzorca matematycznego (probabilistycznego) paradoksu o małpach, co by mogły, waląc ślepo w klawisze maszyn do pisania, powtórzyć wszystkie teksty największej biblioteki, byle dać im dość czasu. Albowiem—to uwaga ogólna — mając znakomitą szkołę poetycką i znając przez to tak dobrze wagę i jakość stawianego słowa, jak to tylko poeta potrafi, Borges nie ugina się jednak pod nadmiarem pomysłów różnorodnych: toteż utwory jego najlepiej jest czytać osobno, a nie seriami, gdyż w tym drugim wypadku narzucają się ich podobieństwa. Idzie nieraz o taki sam główny schemat, taki sam kompozycyjny zarys, w rozmaitych wariantach kolejno wypróbowywany.
Bibliotekarze szukają „ultymatywnej księgi”, której by jednak i wtedy nawet nie rozpoznali, gdyby im w ręce wpadła; toteż właściwie jest Labirynt–Biblioteka — Kosmosem: w nim także, gdybyśmy prawdę ultymatywną jego poznali, tj. gdyby wśród wszystkich wypowiedzi ludzkich, co góry książek utworzyły, znajdowała się gdzieś nawet jedna, co „Uniwersum wykłada”, co „jego istotę ujmuje” — nie mielibyśmy sposobu, aby taką rewelację rozpoznać. Ale ponadto Biblioteka nie jest reprezentacją Kosmosu, lecz samym Kosmosem — „odwróconym” (inwertowanym), ponieważ oprócz niej nic nie istnieje; ona, z jej korytarzami sześciokątnymi, z milami regałów książkowych, wśród których bibliotekarze żyją, śpią stojąc i umierają — to nieskończoność sama. A więc świat jako labirynt z prawdą praktycznie nie istniejącą, bo nawet jeśli i zapisaną w nim, to nieczytelnie po wieczność. Jedną z najoryginalniejszych koncepcji Borgesa wciela dziwaczna utopia Tlön, Ugbar, Orbis Tertius, kończąca się zastanawiającymi zdaniami:

Ta okoliczność, że każda filozofia jest z góry dialektyczną grą, że jest filozofią „jak gdyby”, doprowadziła do jej rozmnożenia. Istnieje wielość niewiarygodnych systemów, których budowa przecież urzeka, a ich charakter zadziwia. Metafizycy Tlönu nie wyruszają na poszukiwanie prawdy ani nawet prawdopodobieństwa: szukają oni — Zdumienia. Zdaniem ich metafizyka jest gałęzią fantastycznej literatury…

W tym trzyczęściowym, przewrotnym opowiadaniu występują zrazu osoby realne —m. i. sam Borges — które odnajdują w encyklopedii wzmiankę o Uqbarze, a nadto książkę o Tlönie. W części następnej, nazwanej Dopiskiem z 1947 roku, Borges wyjawia najpierw, że zagadka Tlönu zdobyła wytłumaczenie: od 1824 roku istnieje tajna organizacja uczonych, zajmująca się sukcesywnym wymyślaniem świata cywilizacji, osadzonej na fikcyjnej planecie. Lecz zaraz potem to, co miało być czystym wymysłem, częściowo się realizuje: Borges opisuje odkrycie kompasu, na którego tarczy widnieją litery alfabetu tlöńskiego. Powiada wyraźnie: Tu włamał się po raz pierwszy fantastyczny świat w świat rzeczywistości. Z trzeciej części wynika na koniec, że to nasz, realny świat ma się przekształcić w Tlön.
Opowiadanie zawiera rozmyślne sprzeczności; tajne stowarzyszenie astronomów, biologów, inżynierów, metafizyków, poetów, chemików, matematyków, moralistów, malarzy i geometrów (jak powiada Borges) — pod przywództwem anonimowego geniusza tworzy „pierwszą encyklopedię Tlönu”; zarazem encyklopedia ta jest przyszłością naszego świata, bo on się w Tlön stopniowo przekształca. (Orbis Tertius — Trzeci Świat — to Ziemia jako trzecia okołosłoneczna planeta.) Tlön — fikcja, co ma się stać ciałem — rządzi się innymi prawami niż dotychczasowa rzeczywistość ziemska; nie ma tam Prawdy jako celu filozoficznych poszukiwań, jest tylko — Zdumienie. Panuje tedy w Tlönie „egalitaryzm ontologiczny” — skoro wszystkie filozofie, wszystkich autorów, są równouprawnione; każdy może sporządzić sobie taki obraz świata, jaki mu najbardziej odpowiada. Lecz tak się dzieje nie w filozofii, ale w literaturze: Tlön, urzeczywistniony, z nieba fikcji sprowadzony do realności ziemskiej — to całościowy zabieg inwersyjny, który sprawia, że literackość, artystyczność fikcji ma się stać ontyczną jakością bytu rzeczywistego. Borges powiada zresztą:

Zwierciadłu oraz encyklopedii, które weszły w koniunkcje, zawdzięczam odkrycie Uqbaru… Zdarzyło się to przed pięciu laty. Bioy Cesares (postać autentyczna, argentyński pisarz — S. L.) siedział tego wieczoru ze mną i weszliśmy w szeroki spór na temat skomponowania powieści w pierwszej osobie, której narrator miałby fakty przemilczać lub zniekształcać, wikłając się w sprzecznościach, z czego niektórzy czytelnicy — bardzo nieliczni czytelnicy — odgadliby okropną i trywialną rzeczywistość. Ze znacznej odległości, z głębi korytarza, szpiegowało nas lustro. Stwierdziliśmy […] że lustra mają w sobie coś przerażającego.

Tlön, Uqbar, Orbis Tertius mają się do siebie jak odbicia lustrzane; jak wiadomo, wierność obrazu lustrzanego jest pozorna: zwierciadło dokonuje inwersji symetrycznej (człowiek normalnie praworęczny jest w lustrze mańkutem); być może, iż ta okoliczność w samej rzeczy nasunęła Borgesowi koncepcję „odbić lustrzanych” — ontologii.

"Fantastyka i futurologia", t.2. "IX, Utopia i futurologia", podrozdział "Borges i Stapledon"

Cytuj
Klasę oryginalności literackiej Borgesa rozpoznajemy po jego aktywności ontycznej przede wszystkim; Science Fiction nie zna w ogóle Borgesowskiego „dreszczu zadziwienia”, „osłupienia metafizycznego”, „fascynacji istnieniem”, ponieważ na każdą zagadkę rzuca się od razu z pseudoempirycznymi instrumentami; ogólna teoria bytu jest dla niej tym samym w granicy, czym ogólna teoria fizyki i kosmogonii.

ibid.

Choć zauważa też Lem w tej samej "Fif'ie":
Cytuj
Nim przejdziemy do omówienia nazwanej właśnie powieści, dodajmy jeszcze, zamykając fragmentaryczne zresztą tylko uwagi odniesione do książek Borgesa, że dla niego historia jest kulturową grą znieruchomiałą, w której rozkłady powtarzają się jak gdyby cyklicznie (stąd jego Labirynty!). Ten natomiast ruch historii, który pochwycił nasz świat, jeszcze tu i tam zeszłowieczny w wyglądach ostatnich, i wykręca go w niewiadomym kierunku, czyniąc minioną przeszłość coraz bardziej bezpowrotną i, co najważniejsze, coraz bardziej bezsilną, bezradną jako interpretatorkę uniwersalnych przekształceń, co są właśnie w toku, ten cały olbrzymi ruch dla argentyńskiego fantasty w ogóle nie istnieje. Jego praca jest ontyczna —jak się rzekło; ale jednocześnie ma charakter mitologiczny: wytwarza on krzyżówki filozofii i mitów, opatrzone godłami solennej i wiecznej ważności, jakby ponadczasowej. Toteż wszystkie jego eutopie i dystopie są ulokowane w miejscu, na którym schodzą się — systemowa teologia czy też religiologia, filozofia i legenda: tak staranny wybór uratował Borgesa przed fatalnie ssącym działaniem odmętu, zwanego Science Fiction, a ponieważ nie dał mu się wessać, tym samym już zasłużył na uwagę literackiej krytyki, chociaż jednocześnie aktem tym wyłączył swoje dzieła z uczestnictwa w szturmach futurologicznych. Opanowanie praw kompozycji przewrotnie wieloznacznej, jakie przejawiają najlepsze zwłaszcza teksty Borgesa, oznacza wybór przezeń wartości, na jakie Science Fiction jest ślepa.

ibid.

Cytuj
zasada Borgesa to kombinatoryka ironiczno—estetyczna (i przez to raczej ludyczna), gdy u Stapledona — patetyczno–romantyczna (i przez to bardziej asertywna). Oczywiście Borges jest kunstmistrzem–miniaturzystą precyzyjnym, perfidnym cyzelatorem frazy, rzeźbiącym jej sensy, by wydrążać w nich uchylne poziomy i przewrotne dna; Stapledonowi, walącemu farby łopatą na olbrzymią panoramę, daleko do takiego opanowania leksykalnego materiału i jego impetyczny monumentalizm staje się czasem pacykarski albo ociera się o melodramatyczność kiczu. A jednak można wykryć ich pokrewieństwa na poziomie, do którego obiegowa Science Fiction nigdy nie dociera. Jest więc rzeczą głupiego nieporozumienia to, że Borgesa współczesna krytyka szanuje, o Stapledonie zaś nic w ogóle nie wie.

ibid.

Co można odebrać jako krytykę dość bezpardonową.

"Menard..." tu bym prosił o wsparcie - czy Mistrz nie mówił gdzie, skąd mu się Apokryfy wzięły?

Swift? Czy wystarczy to:
Cytuj
Słynny gwiazdokrążca, kapitan dalekiej żeglugi galaktycznej, łowca meteorów i komet, niestrudzony badacz i odkrywca osiemdziesięciu tysięcy trzech globów, doktor h.c. uniwersytetów Obojga Niedźwiedzic, członek Towarzystwa Opieki nad Małymi Planetami i wielu innych towarzystw, kawaler orderów mlecznych i mgławicowych, Ijon Tichy, sam ukaże się Czytelnikowi w niniejszych Dziennikach, które stawiają go w rzędzie takich nieustraszonych mężów przeszłości, jak Karol Fryderyk Hieronim Muenchhausen, Paweł Masłobojnikow, Lemuel Gulliwer czy Maitre Alkofrybas.

"Dzienniki gwiazdowe", "Przedmowa"

Plus - cytowany tekst o koniach?

Przy okazji mam takie pytanko porządkowe - czy lista tych pozycji nie byłaby czytelniejsza gdyby przerobić ją wg autorów?
Spis tytułowy wg mnie nieco utrudnia ogląd, hm?:)

Wydaje mi się to b. słuszną propozycją racjonalizatorską.

Na liście jest już Russel, to może dopisać również Poppera?

Jestem za. Tylko przydałby się do autora tytuł konkretny.

Jak poczytuję te Państwa dysputę i się jej przyglądam, to widzę, że za fundament Biblioteki winno robić dzieło obu Panów, czyli "TRL" autorstwa Beresia i Lema

W sumie każdy chyba czerpie skąd lubi - olka z "Listów..." i "Tako rzecze...", ja z "Fantastyki i futurologii", "Wejścia..." i "Rozpraw..."... W sumie jeszcze do "Filozofii..." powinniśmy sięgnąć głębiej, w końcu o literaturze...;)

ps. Co do Biblii... No, dość ryzykowny pomysł i przewrotny... Ciekaw jestem jak sam Mistrz by nań zareagował... 8)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 21, 2016, 07:14:11 pm
Co do Biblii - jestem za i przeciw, uczucia mieszane, jak teścowa zabija się twoim nowym samochodem.
@Ol
Miałem na myśli ibóka-czytnika :-)
R.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: liv w Marzec 21, 2016, 07:43:20 pm
Cytuj
Tym tropem powinny zostać tutaj wpisane wszystkie książki stanowiące fundament europejskiej kultury.  A to raczej nonsens.
Nie wiem - może jeszcze ktoś się wypowie:)
Popieram, że nonsens.
Bo jak Biblia, to i jej inspiracje, Enuma elisz choćby i tak dojdziemy do Gilgamesza i Wed. Starożytność późniejsza to Lukrecjusz (cała książka Okołowskiego na wsparcie), jego inspiratorzy i kontynuatorzy oraz poboczne przydatki.
Gdzieś warto by postawić granicę. Tylko gdzie?
Tak na czuja - oświecenie?
XVIII wiek, czy bardziej ciachnąć? Jednak XIX bym nie wyrzucał z wiadomych względów.
Ba, a wtedy co z Kochanowskim o którym życzliwie pisał...hmmm.
I większe HMMMM....Platon wyleciał i co z inspiracją Dialogów? Na biskupa B. przerzucić?
Może jakieś inne kryterium jednak, nie wprost czasowe.  ???
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 21, 2016, 07:44:04 pm
A co ja tak potłuściały :o
Przytyłeś przez zimę? ::)
Ok - Prusa tylko Lalką ostawiamy.
Camus odhaczony + Leśmian, o którym się mi zapomniało na liście.
Stapledona i  Żuławskiego jednak bym postulował po dwa tytuły (z czego drugi S. tylko jeśli inglisz akceptujemy), bo Lem jednak po dwa chwalił (wiem, w "Fif'ie").
Jak inni uważają - mnie tam styknie po jednej, ale się nie upieram - skoro były takie ważne:)
Cytuj
Borgesa - dwa pierwsze argumentował bym przywoływanym już podrodziałkiem "Borges i Stapledon" (już widzę Twoją minę, że znów "Fif"-am sobie ;)):
8) ;)))
i
Cytuj
Co można odebrać jako krytykę dość bezpardonową.
Też jestem za Borgesem - i jak pisałam: tomik "Fikcje" zawiera co trzeba, ale? Lem jest przeciw (mogę zacytować - jeśli potrzeba):))
Wpisujemy go wbrew, bo wiemy lepiej?;))
Cytuj
Wydaje mi się to b. słuszną propozycją racjonalizatorską.
Ok, to ułożę taką listę późniejpotem - najwyżej - jak pisał St - będą dwa katalogi: czyli jak w porządnej bibliotece;)
Cytuj
Jestem za. Tylko przydałby się do autora tytuł konkretny.
Do Poppera aż się prosi Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie - przy okazji rozprawa z tymi starożytnymi i żytnimi;)
Ale może ktoś ma inne propozycje.
@Ol
Miałem na myśli ibóka-czytnika :-)
R.
;D
To mi zrehabilitowałeś ceneo;))
Ale...mnożysz przeszkody...przecież e-booka możesz przeczytać na swoim kąputrze...w wygodnym pedeefie...;)

Ja jeszcze spróbuję uzasadnić Carrolla z Alicją, lustrem i przygodami:)

Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 21, 2016, 07:59:43 pm
Jak inni uważają - mnie tam styknie po jednej, ale się nie upieram - skoro były takie ważne:)

Mam wrażenie, że były. Ale... też nie robię tu za wyrocznię ;).

ale? Lem jest przeciw (mogę zacytować - jeśli potrzeba):))
Wpisujemy go wbrew, bo wiemy lepiej?;))

Wierzę na słowo:). I... jasne, że rezygnujemy wobec tego. Ale zacytuj, ciekaw jestem, po prostu, jak Mistrz tego B. podsumował...
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 22, 2016, 12:52:49 am
I większe HMMMM....Platon wyleciał i co z inspiracją Dialogów? Na biskupa B. przerzucić?
Może jakieś inne kryterium jednak, nie wprost czasowe.  ???
Jeśli wrzucimy na listę Poppera z np. Społeczeństwem...to będzie i o Platonie (Lem twierdził w Tako rzecze, że zgadza się z opinią Poppera o rzeczonym).
I o paru inkszych filozofantach. Za którymi Lem raczej nie przepadał, ale z którymi polemizował, inspirował się nimi itd.
Kryterium czasowe? Chyba nie...może to: tak na czuja?;)
Ale zacytuj, ciekaw jestem, po prostu, jak Mistrz tego B. podsumował...
Borges...wydaje mi się, że Lem po prostu nie lubił porównań z nim.
W jednym miejscu np. mówi tak - o literaturze wysokoartystycznej:
Cytuj
Zapewne należałoby wspomnieć Borgesa - niektóre jego rzeczy były bardzo dobre, a szczególnie taki utwór o szachach.
"Tako rzecze... Lem", rozdział "Gusta i dyzgusta", str. 171
Ale! na stronach 178-179 - Bereś właśnie wyhacza Lema z okazji podobieństwa niektórych jego utworów do Borgesa...Lem się nie zgadza...mówi dlaczego...Bereś naciska i ostatecznie:
Cytuj
- Więc zdecydowanie i pryncypialnie odżegnuje się pan od Borgesa?
- Niechętnie widzę siebie z nim w jednej parze. Dostrzegam oczywiście podobieństwa w planie ogólnym, ale równocześnie widzę ogromne różnice ze względu na nasze źródła. Borges jest cały z przeszłości, z Biblioteki, a u mnie dominujące jest - zabrzmi to patetycznie - zmaganie się o człowieka i jego kosmiczną pozycję. To już jest dość zasadnicza odmienność, bo proszę zauważyć, że nie poruszam już w ogóle takich spraw, jak kaliber estetyczny czy kwestia mocy artykulacyjnych, uznając, że to nie jest tak istotne.
A jeśli chodzi o antenatów, to rzeczywiście kłopotliwa sprawa, bo nie ma w literaturze polskiej nikogo, do kogo by można mnie odesłać. Trzeba by było sterować gdzieś w stronę Darwinów, ale też wcielonych i przemieszanych...Każdemu szukają antenatów, więc krytycy zagraniczni wpakowali mnie do Potockiego. PIsał te swoje szufladkowe historie po francusku, ale czy to ma dla nich jakieś znaczenie..? To już lepszy byłby pewnie Swift.
"Tako rzecze... Lem", rozdział "Gusta i dyzgusta", str. 179
...tak, że nie wiem:)
Za to Swift jakby przyklepany;)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: skrzat w Marzec 23, 2016, 12:48:19 pm
Inna beczka: ośmieliłem się dziś napisać do pana Stanisława Beresia, i on mi życzliwie odpisał, że gdy chodzi o TRL, to raczej tylko allegro.
Dlaczego takich książek się nie dodrukowuje?
R.

W takich sprawach tylko do nas ;-) Wysłałem już do Pana e-booka, z przyjemnością też dostarczymy Panu wersję papierową, mamy tego sporo. Generalnie gdyby ktoś ze starej gwardii potrzebował coś Lema, to nie krępujcie się, tylko piszcie do mnie!
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 23, 2016, 01:26:12 pm
Szanowny Panie Skrzacie, właśnie odebrałem przed chwilą wieść mejlową z załącznikiem ibókowym, ale jeszcze nie mam czytnika, a chcę mieć (gdy niedługo się wzbogacę).  Potem otworzyłem Forum i od razu piszę się w pokłonach na wersję papierową tej BIBLII dubeltowego Autorstwa. Ja jestem SR, Dunikowskiego 8/44, 02-784 Warszawa, już się oblizuję, serdecznie z góry dziękuję :-)))
R.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: skrzat w Marzec 23, 2016, 01:28:02 pm
Co do Poppera - jestem za.
Biblia - jakkolwiek Lem rzeczywiście często odwołuje się do aktu stworzenia świata, idei boga itd.  - wydaje mi się przewrotna - w tym zestawieniu:)
W pierwszym odruchu - nie, a w drugim; jednak wpłynęła, więc może?:)
Z trzeciej - Lem - nomen omen - polemizuje również z np. Arystotelesem, Platonem, Tomaszem z Akwinu - też by?
Uzasadniam Witkacego "Nienasycenie":
1)
Cytuj
- Bardzo - muszę powiedzieć - imponował mi zawsze swoją świetnością i wynalazczością leksykograficzną Witkacy. Jego wszystkie chondrołaje przepuklinowe i glątwy niezwykle mi się podobały. Poza tekstem aktualnie pisanego utworu nigdy nie potrafiłem wymyślać takich nazw.
"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "W pajęczej sieci" str. 91
2)
Cytuj
Dobrze, że o niego pan zahacza, bo to wybitny umysł i postać dużego formatu.
"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "Gusta i dyzgusta" str. 191
3)
Cytuj
Pod jego powieściami podpisuję się mocno. W sensie predykcyjnym może tylko jednego nie udało mu się zrobić - to znaczy nie wprowadził pierwiastka technologicznego, lecz ustabilizował świat na poziomie swoich czasów. Ale może też go to zupełnie nie interesowało. Jeśli chodzi o wyobraźnię socjologiczną - której na ogół brakuje w science fiction - to on miał nieprawdopodobnego nosa. Miał to, co najbardziej potrzebne jest pisarzowi: cudowne predyspozycje intelektualne plus kolosalne doświadczenie życiowe.
"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "Gusta i dyzgusta" str. 192
4)
Cytuj
Filozofowanie powinno być sprawą namiętności tak palącej i silnej, jakiej doświadczał na przykład Witkacy. Jesli jednak komuś ta pasja jest obca, to nie będzie mógł odnależć satysfakcji w wielu mych książkach.
"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "Pasja filozofowania" str. 352

Mam nadzieję, że cbdo;)

Czy pada gdzieś ten konkretny tytuł Witkacego? Mam wrażenie, że Lem cenił Witkacego za całokształt nowatorstwa, ale żadnej z książek szczególnie, jednak mogę się oczywiście mylić.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 23, 2016, 01:35:29 pm
Czy pada gdzieś ten konkretny tytuł Witkacego? Mam wrażenie, że Lem cenił Witkacego za całokształt nowatorstwa, ale żadnej z książek szczególnie, jednak mogę się oczywiście mylić.
Nie wiem czy to wystarczy, ale:
http://forum.lem.pl/index.php?topic=1508.msg63803#msg63803 (http://forum.lem.pl/index.php?topic=1508.msg63803#msg63803)

Cytuj
Jestem gorącym entuzjastą Nienasycenia i Pożegnania jesieni, ale traktowanych łącznie, przynoszących wizję całościową.
"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "Gusta i dysgusta", str. 192

O Witkacym sporo też w listach do Mrożka.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 23, 2016, 06:39:53 pm
Borges...wydaje mi się, że Lem po prostu nie lubił porównań z nim.
W jednym miejscu np. mówi tak - o literaturze wysokoartystycznej:
Cytuj
Zapewne należałoby wspomnieć Borgesa - niektóre jego rzeczy były bardzo dobre, a szczególnie taki utwór o szachach.
"Tako rzecze... Lem", rozdział "Gusta i dyzgusta", str. 171
Ale! na stronach 178-179 - Bereś właśnie wyhacza Lema z okazji podobieństwa niektórych jego utworów do Borgesa...Lem się nie zgadza...mówi dlaczego...Bereś naciska i ostatecznie:
Cytuj
- Więc zdecydowanie i pryncypialnie odżegnuje się pan od Borgesa?
- Niechętnie widzę siebie z nim w jednej parze. Dostrzegam oczywiście podobieństwa w planie ogólnym, ale równocześnie widzę ogromne różnice ze względu na nasze źródła. Borges jest cały z przeszłości, z Biblioteki, a u mnie dominujące jest - zabrzmi to patetycznie - zmaganie się o człowieka i jego kosmiczną pozycję. To już jest dość zasadnicza odmienność, bo proszę zauważyć, że nie poruszam już w ogóle takich spraw, jak kaliber estetyczny czy kwestia mocy artykulacyjnych, uznając, że to nie jest tak istotne.
A jeśli chodzi o antenatów, to rzeczywiście kłopotliwa sprawa, bo nie ma w literaturze polskiej nikogo, do kogo by można mnie odesłać. Trzeba by było sterować gdzieś w stronę Darwinów, ale też wcielonych i przemieszanych...Każdemu szukają antenatów, więc krytycy zagraniczni wpakowali mnie do Potockiego. PIsał te swoje szufladkowe historie po francusku, ale czy to ma dla nich jakieś znaczenie..? To już lepszy byłby pewnie Swift.
"Tako rzecze... Lem", rozdział "Gusta i dyzgusta", str. 179
...tak, że nie wiem:)

W sumie wkraczamy tu na teren dość grząski. Są autorzy, w wypadku których nie ma cienia wątpliwości (Dostojewski z jednego bieguna, Le Guin z "Czarnoksiężnikiem..." z przeciwnego jakby), bo mistrzowa pochwała jasna była i czytelna. Są autorzy - jak Borges właśnie, jak Stapledon, jak Prus, czy jak Nabokov (ale i Dick jak się wczytać w to, co Lem o "Ubiku" pisze) zachwalani jakby warunkowo - bardziej analizowani, niż chwaleni jednym dobitnym zdaniem, a w analizach takich i wady ich utworów Mistrz na jaw wywleka i co o nich sądzi - pisze. (Z drugiej strony: można uznać taką sążnistą analizę za wyraz wyższego uznania paradoksalnie - chciało się Patronowi naszemu dumać, analizować, w tekście grzebać.. Jasne jest też, że w każdej analizie musi być o wadach, odwrotnie niż w rzuconej luźnym tonem - w wywiadzie czy liście - pochwale. Z trzeciej... bywa też ambiwalencja w paru zdaniach wyrażona i pochwała sążnista...) Tak właściwie wtedy - tym bardziej, że widmotronu pod ręką nie mamy - to czy zakwalifikujemy dany utwór, czy nie, więcej mówi o gustach naszych niż Lema... ale z drugiej strony lepiej chyba te dwuznaczne przypadki kwalifikować, będzie więcej materiału do dyskusji, do przyglądania się literaturze lemowskim okiem. (skrzat chyba też tak myśli, bo Borgesa wziął, co skłonny jestem uznać za Roma locuta...)

Swoją drogą - gdy o problematycznych typowaniach mówimy - najwięcej kłopotu mam z postacią Arthura C. Clarke'a. Lem od początku nie szczędzi mu złośliwości w "Wejściu...", w "Rozprawach..." w "Fif'ie", by ostatecznie w wiadomym wywiadzie wymienić go obok Strugackich i Dicka, jako jednego z najlepszych autorów SF. Mam wrażenie, że Mistrz miał z nim trochę problem, bo w klasyczno-literackim sensie (który dla Lema zawsze był ważny) utwory Clarke'a - powiedzmy to sobie wprost - się nie bronią. Jednocześnie jednak wnoszą do literatury (nie tylko SF) rzeczy nowe i cenne - opisy pozaziemskich pejzaży, największą w SF naukową ścisłość (to się zwie: ścisłość wyobraźni), pewne cywilizacyjno-technologiczne prognozy i refleksje na najwyższym (z wyjątkiem wyczucia skali czasowej ;)), równym Lemowi, poziomie. Co wszystko wprowadza (sir) Arthura na najwyższe literackie szczyty, acz jakby chyłkiem, kuchennymi drzwiami. I zdaje mi się, że dlatego ostateczna ocena jest jednak pozytywna.
Dlatego też chętnie zobaczyłbym ACC w naszym zestawieniu...
...Ale... Nie będę na to nalegał, bo jednocześnie clarke'owskie cenne refleksje przewijają się przez utwory same w sobie, rzadko godne polecenia w całości - interesujący obraz kosmonautycznej codzienności rodzi się gdzieś, jakby między wierszami, z zestawienia kilku, kilkunastu, opowiadań, z których każde jest dość schematycznym kosmonautycznym produkcyjniakiem, genialne idee wplatane są w fabuły napisanych ledwie poprawnie (pod czysto literackim względem) powieści itd. W sumie trudno wytypować jakiś tytuł, można najwyżej podyskutować kiedyś (w sumie bywało, że już to robiliśmy) o tym jak się mają do siebie idee lemowskie i clarke'owskie...
Lem chwali wprost ideę satelitów geostacjonarnych (i tzw. orbity Clarke'a), ale to znów nie jest literatura...

Choć... skoro już na filozofów i prace popularnonaukowe zeszliśmy, to może i dla "Extra-Terrestrial Relays. Can Rocket Stations Give World-wide Radio Coverage?" (http://lakdiva.org/clarke/1945ww/1945ww_oct_305-308.html) miejsce się znajdzie? (Właśnie... tylko literatura, czy i prace naukowe w tej Bibliotece? Bo może np. Lem wypowiadał się nt. "Pięciu prac, które zmieniły oblicze fizyki" Einsteina czy "Podwójnej helisy" Watsona, którą "Głos..." jakby inspirowany...)

Za to Swift jakby przyklepany;)

Swift - tak.

Pytanie jednak co z jego kolegami ze Wstępu do "Dzienników..."? Tj. ze Sałtykowem-Szczedrinem (i "Dziejami pewnego miasta") i Rabelais'em (Münchhausena można chyba zostawić na boku... choć niektórzy krytycy liczą jego przygody spisane przez Raspe'a i Bürgera.do wczesnej SF)?

ps. Nawiasem: skrzacie, dlaczego mamy z olką pod napisem "Globalny" zielone znaczki na "Forum po polsku", a wszędzie indziej niebieskie, zaś Term i liv wszędy się błękicą? ;) I czemu pod prywatnymi wiadomościami - macie z maźkiem pod słówkiem "Administrator" czerwień, a na Forum - zieleń? Od czego to zależy, tak z ciekawości?
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: .chmura w Marzec 24, 2016, 04:01:11 am
Wiem, że trudna sprawa z tym Gödlem, skoro jednak znalazło się miejsce dla Russela, a także dla Poppera... W końcu Mistrz, jaki był,  wiadomo, to i Biblioteka Mistrza ma swoje osobliwości. Jedno wydaje mi się jasne: to właśnie ta trojka ukształtowała sam fundament Mistrza poglądu na świat ludzki i na świat nieludzki. 

Kurt Gödel, Über formal unentscheidbare Sätze der Principia Mathematica und verwandter Systeme I
*
Gödel's discovery of the incompleteness of mathematical systems put an end to Hilbert's belief in, and hopes for, the axiomatization of mathematics. In a very intriguing sense, there appears to be some correspondence between the facts of physics and the facts established by Gödel's discovery. In the same way that the part of the universe penetrated and explored macroscopically by Einstein's theories (especially the General Theory) breaks down in black holes, the logically absolute provability of all statements in all mathematical systems breaks down as soon as it encounters "mathematical holes" in the shape of true propositions which originate within the system, yet whose truth can be proven only by means of a system which is "richer," that is, hierarchically superior. (I must note with regret that the answer to just your first question has already become a small lecture, but in truth it was a whole collection of questions.) Classical logic fails especially (though not only) in quantum mechanics, since "complementarity" (as it was developed by Niels Bohr) is an attempt to avoid stating explicitly that in certain "places" our theories do not suffice, forcing us to fall back on metaphors (such as, for example, "complementarity"). This shows once again that man as Homo sapiens -- counting more or less from the Neanderthals -- is equipped with a brain adapted specifically to survival in the earthly environment, that is, somewhere between macroscopic and microscopic scales (cosmos and quanta). As a consequence our means of cognition are insufficient to penetrate fully all those aspects of the world which did not contribute to the progress of our "encephalization." (s. 40)
*
I have already mentioned the parallels between Einsteinian physics and Gödelian collapse in language (nota bene I regard Gödel's proof as a constant for the entire metagalaxy, perhaps even the entire universe). Anyway, this parallelism becomes less startling if only we recognize that we, the "children" of the cosmos, bear the proof of this genealogy in ourselves, besides perceiving it in the world outside ourselves. (s. 41)
*
Cytowane wypowiedzi Mistrza pochodzą z pracy: Peter Swirski, A Stanislaw Lem Reader,
http://english.360elib.com/datu/G/EM306102.pdf (dostęp: 23 marca 2016 r.)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: .chmura w Marzec 24, 2016, 02:57:53 pm
A Poppera – moim zdaniem – cenił Mistrz najbardziej za ideę falsyfikacji z Logik der Forschung i wszystko, co z niej potem wyniknęło u np. Lakatosa, a nie za Społeczeństwo otwarte. Idea falsyfikacji wydaje mi się szersza, a przez to intelektualnie ważniejsza, od przesłania Społeczeństwa otwartego. Więcej, Poppera krytyka historycyzmu i społeczeństw zamkniętych opiera się bezpośrednio na argumencie niefalsyfikowalności ważnych składników odpowiadających im obrazów świata („ideologii”) (np. niefalsyfikowalności marksowskiej/marksistowskiej teorii wartości).
*
Karl Popper, Logik der Forschung
*
 “I cannot deny the contribution and sensibility of Popper and his school of thinking; falsiliabilily is a useful notion, and Popper himself was an astute thinker”.
Peter Swirski, A Stanislaw Lem Reader, http://english.360elib.com/datu/G/EM306102.pdf (dostęp: 23 marca 2016 r.), s. 40.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: skrzat w Marzec 24, 2016, 03:01:15 pm

ps. Nawiasem: skrzacie, dlaczego mamy z olką pod napisem "Globalny" zielone znaczki na "Forum po polsku", a wszędzie indziej niebieskie, zaś Term i liv wszędy się błękicą? ;) I czemu pod prywatnymi wiadomościami - macie z maźkiem pod słówkiem "Administrator" czerwień, a na Forum - zieleń? Od czego to zależy, tak z ciekawości?

Jeżeli chodzi o uprawnienia moderacyjne, to niestety SMF jest tak skonstruowane, że trzeba ręcznie dodać moderatorów do każdego działu, co postaram się jak najszybciej uzupełnić (na szybko tylko uprawniłem Was do "Forum po polsku". Ale mogę się mylić, stąd mam pytanie, czy w innych działach macie też jakiekolwiek dodatkowe możliwości działania?

Kolory moje i Maźka mogą być związane z kolei z wyższą rangą, bo pełnimy funkcje administracyjne, czyli między innymi możemy ingerować w ustawienia samego forum.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 24, 2016, 03:29:06 pm
skrzacie, z tego, co sprawdzałem (i z tego jak mi się posty wyświetlają - z opcjami przenoszenia, wycinania i edytowania cudzych postów), to uprawnienia mam wszędzie, od czasu gdy mi je maziek nadał. Jak z olką, to by trzeba olki pytać (ale obstawiam, że podobnie).

Chodziło mi tylko o kolor kwadracików ;).
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 24, 2016, 05:10:29 pm
A Poppera – moim zdaniem – cenił Mistrz najbardziej za ideę falsyfikacji z Logik der Forschung i wszystko, co z niej potem wyniknęło u np. Lakatosa, a nie za Społeczeństwo otwarte. Idea falsyfikacji wydaje mi się szersza, a przez to intelektualnie ważniejsza, od przesłania Społeczeństwa otwartego.
Myślę, że masz rację chmuro.
Mam ogólne przekonanie, że Lem bardzo często wspominał Poppera właśnie w związku z zasadą falsyfikacji.
Nie mogę teraz zajrzeć do książek, ale to w sumie bez znaczenia.
Podałam ten tytuł w związku z wymianą zdań na temat Biblii i wpływów filozofii (w tym starożytnej) na twórczość Lema - bo gdzieś ta polemika z przeszłością się u niego przewijała i pamiętałam - to, co napisałam, że Lem zgadzał się tutaj z Popperem ze Społeczeństwa otwartego:)
Tak, że nie upieram się przy tym tytule. Byłabym nawet skłonna umieścić na liście dwa "poppery":)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: .chmura w Marzec 24, 2016, 08:55:23 pm
Poza wszystkim - swojego czasu zrobiła na mnie wrażenie wiadomość, że około 1946 r. w Polsce było mniej niż 50 tys. osób z wyższym wykształceniem. Mistrz miał wtedy 26 lat.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: qertuo w Marzec 24, 2016, 10:04:34 pm
Byłabym nawet skłonna umieścić na liście dwa "poppery":)

też jestem za dwoma "popperami" :)

i może jeszcze dopisać do listy:

I. Tomasz Mann "Doktor Faust"
II. Isaac Singer "Przyjaciel Kafki"
III. Bruno Schulz "Sklepy cynamonowe"
IV. Sławomir Mrożek "Moniza Clavier"

Tych autorów wyróżnia Jerzy Jarzębski w poniższym fragmencie z "Wszechświata Lema":

Cytuj
Wartościowanie fantastyki naukowej opiera się u Lema na swoiście rozumianym kryterium realizmu, tzn. tutaj - koherencji logicznej fikcyjnych światów i fabuł, posłuszeństwie naukowym rygorom i - last but not least -  artystycznej dzielności, przekonywającym charakterze wymyślonych światów. Z tej krytycznej łaźni obronną ręką wyszło najwyżej parę procent światowej produkcji fantastyczno-naukowej; reszcie Lem wytknął banał i bzdurę. Nic też dziwnego, że literackimi faworytami autora Solaris są raczej pisarze tzw. głównego nurtu: Dostojewski, Kafka, Borges, Mann, Singer, Eco, Gombrowicz, Schulz, Mrożek - niektórym spośród nich poświęcił najpoważniejsze krytyczne egzegezy. Z fantastów ceni tylko niektórych klasyków, którym udało się w sposób poznawczo wartościowy wymodelować swe fikcyjne światy: Wellsa, Stapledona, Dicka, czasem tych, którzy - jak Ursula Le Guin - z literacką maestrią kreowali światy czysto fantastyczne.
"Wszechświat Lema" Jerzy Jarzębski, rozdział "Literackie przygody uniwersalnego rozumu" str. 156

ad I. Tomasz Mann "Doktor Faust" Wybrane fragmenty z FiFy
Cytuj
Relacja „esencja–egzystencja” trwa tedy niewzruszona w literaturze. Toteż na dobrą sprawę niewiele by się musiało zmienić w Doktorze Faustusie Manna, gdyby się ta powieść toczyła nie na tle połowy XX wieku, ale np. na tle wojny niemiecko–francuskiej z lat siedemdziesiątych wieku XIX. I diabeł mógłby tak samo kusić Leverkühna, i pruska buta mogłaby znaleźć podobne wyrazy potępienia w słowach Zeitbloma, i koniec mógłby być taki sam (tylko obraz muzyki, a poprzez nią — dylematu sztuki musiałby ulec pewnym przekształceniom).
Cytuj
Niepoważną zabawą jest Doktor Faustus w tym rozumieniu, że ani Mann, ani my nie wierzymy w Leverkühna i jego diabła literalnie; poważne zaś są sensy tej zabawy, ponieważ wierzymy pospołu z autorem, że faustyczna wykładnia ludzkiego losu jest prawomocna, że „alles Vergängliche ist nur ein Gleichniss”.

ad II. Isaac Singer "Przyjaciel Kafki" tylko ten tytuła pada w listach do Kandla, ale może później Lem wyróżnił jakieś inne pozycje?
(W rozmowach z Beresiem nazwisko Singera w ogóle nie pada, no ale te rozmowy to też przecież lata 81-82.)
Cytuj
Ja przyznaję, że Singera czytałem tyle co nic, lecz teraz przeczytałem w tłumaczeniu jego short story Przyjaciel Kafki i to bardzo, oj, bardzo dobre było (Jest). Bardzo cienko, z wyrafinowaniem zrobione - wszelkie sądy włożone w usta postaci, autor sam wodę bierze w usta i milczy. Tak - on ma dużą rozpiętość, ten Singer, tylko ja czytać nie mogę, bo u nas tylko po czasopismach, a też wolałbym w oryginale, lecz jidisz nie znam, poczynając już od alfabetu. Myślałem, że on taki Szolem Alejchem - ale widzę, żem się mylił.
"Sława i Fortuna", list z dnia 8 marca 1979, str. 653
Cytuj
(...) po napisaniu Fiaska próbowałem dla odsapki poczytać co nieco najnowszych dzieł opatrzonych światowym znakiem wysokiej jakości. The Namoe of the Rose, owszem, a I. Singer mnie i Żonie mojej nader się podobał, poza tym raczej dziwna pustka!
"Sława i Fortuna", list z dnia 20 listopada 1986, str. 711

ad III. Bruno Schulz "Sklepy cynamonowe" o nim też jakby mało w pozycjach, które przeglądałam... poniżej krótki fragment z FiFy,
Cytuj
(...) naturalistyczna jakość portretowania ludzi „jak żywych” słabnie w każdym współczesnym kierunku poszukiwań kreacyjnych, który wyszedł poza granice weryzmu — bez względu na to, w jakim kierunku posuwa się poza obrębem tak porzuconej paradygmatyki. Gdzież bowiem „jak żywe” osoby w Wybrańcu Manna? W tekstach Natalii Sarrault? U Schulza? U Borgesa? U Gombrowicza?
Cytuj
Co to znaczy, że trzeba więcej niż ćwierci wieku, aby się szanowne zagranice zainteresowały różnymi Witkiewiczami czy Schulzami?
"Rozprawy i szkice", rozdział "Rozmyślania na ćwierćwiecze"
i z Filozofii przypadku:
Cytuj
Na „potoczność” tekstów takich jak proza Schulza w ogóle nie da się przełożyć: „przekład” oznacza rozpad po prostu.

ad IV. Sławomir Mrożek "Moniza Clavier", może nie koniecznie to opowiadanie, ale o nim Lem bardzo dobrze wyraża się w "Tako rzecze..."
Cytuj
(...) Gdzieś bardzo niedaleko należałoby też szukać Sławomira Mrożka, którego utwory niezwykle sobie cenię. Chociażby taka Moniza Clavier - przecież to znakomite! On jest z tych humorystów, którzy są tak gryzący i gorzcy, że to się natychmiast skrapla w czystą, najwyższej próby filozofię.
"Tako rzecz...Lem", rozdział "Gusta i dyzgusta", str. 186
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 24, 2016, 10:12:31 pm
O matko... TRL wydane w 2002 roku zawierają poglądy Mistrza o 20 lat wcześniejsze?
R.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: qertuo w Marzec 24, 2016, 10:32:08 pm
O matko... TRL wydane w 2002 roku zawierają poglądy Mistrza o 20 lat wcześniejsze?
R.
Na to wygląda (zgodnie z notą wydawniczą) :)
Cytuj
(...) Dodatkowe rozmowy nagrane we wrześniu i grudniu 2001 roku pozwoliły na rozszerzenie pierwotnej wersji książki o trzy nowe rozdziały (Lube czasy, Wizja lokalna i Summa, czyli panta rhei), zawierające teksty dotąd nie publikowane, zwiększające o jedną trzecią objętość książki.
W tym wątku powoływaliśmy się jednak raczej na wcześniejsze rozdziały.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 24, 2016, 11:48:26 pm
A już chciałem kupić...
R.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 25, 2016, 01:28:28 pm
A już chciałem kupić...
R.
Marudzisz... 8) Chciałbyś żeby te opinie były aktualizowane niczym windows?
Sądzę, że o ile człowiek - w ciągu swojego życia - zmienia zdanie, opinie na różne rzeczy, także zmieniają mu się gusta literackie - to to, co go ukształtowało, z czego czerpał, z czego kształtował się światoogląd pozostaje. Może przesiane, przetrawione, wywrócone, ale jednak.
Tym bardziej, że u ludzi formatu Lema zostaje to zatrzymane w ich książkach. W których wprost lub okrężnie przyznają się do tych myślowych związków.
Dlatego staram się trzymać pozycji i pisarzy, o których Lem wspominał wielokrotnie - z jednakim podziwem w różnych wywiadach, książkach, esejach, listach itd.
Cytuję najczęściej TRL, bo tam dokonał dosyć ostrej selekcji tego, co go ukształtowało - jako człowieka i pisarza.

Ok, pozbierałam tytuły i wyszło tak:
1) Poczekalnia czyli te, o których już mówiliśmy i trzeba podjąć decyzję czy je zapisać na liście:
- Hofstadter  "Gödel, Escher, Bach"  i "Mind's I"
- Witkacy  "Nienasycenie"
- Camus  "Upadek"
- Leśmian "Gad i inne wiersze"
- Popper "Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie"
- Popper "Logika odkrycia naukowego"
2) Do przedyskutowania:
- Kurt Gödel -  szczerze powiedziawszy nie wiem jak temat ugryźć:)
- A.C. Clarke
-  Tomasz Mann "Doktor Faust" - mam mieszane...chociaż Lem ewidentnie nawiązuje doń - zwłaszcza do "Czarodziejskiej góry" - co parę lat temu liv fajnie wyciągnął w akademii, ale nie wiem czy z negacji? nawiązuje?:)
- Isaac Singer "Przyjaciel Kafki" - tutaj także nie wiem - czy to nie była lektura z cyklu "letnie"?
-  Bruno Schulz "Sklepy cynamonowe"
-  Sławomir Mrożek "Moniza Clavier" - o Mrożku już myślałam - powinien pojawić się na liście -  tylko nie zdążyłam pomyśleć o konkretnym utworze:)
Hm?:)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 25, 2016, 02:31:43 pm
1) Poczekalnia czyli te, o których już mówiliśmy i trzeba podjąć decyzję czy je zapisać na liście:

Są jeszcze (z moich):
- Stapledon "Last and First Men"
- Żuławski, "Zwycięzca"

Z Twoich ;):
- Witkacy  "Pożegnanie jesieni"

- Leśmian "Gad i inne wiersze"

Tu byłbym za przeniesieniem już na listę właściwą.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: liv w Marzec 25, 2016, 02:38:16 pm
@ Skrzat
Cytuj
W takich sprawach tylko do nas ;-) Wysłałem już do Pana e-booka, z przyjemnością też dostarczymy Panu wersję papierową, mamy tego sporo. Generalnie gdyby ktoś ze starej gwardii potrzebował coś Lema, to nie krępujcie się, tylko piszcie do mnie!
:o
Cie Franiek, bym przegapił - zamawiam papierowego Beresia TRL (mam tylko pierwsze wydanie) i koszulkę z Lemem.
Może być pod choinkę.  :)
@ Ola
Cytuj
Ok, pozbierałam tytuły i wyszło tak:
1) Poczekalnia czyli te, o których już mówiliśmy i trzeba podjąć decyzję czy je zapisać na liście:
- Hofstadter  "Gödel, Escher, Bach"  i "Mind's I"
- Witkacy  "Nienasycenie"
- Camus  "Upadek"
- Leśmian "Gad i inne wiersze"
- Popper "Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie"
- Popper "Logika odkrycia naukowego"
2) Do przedyskutowania:
- Kurt Gödel -  szczerze powiedziawszy nie wiem jak temat ugryźć:)
- A.C. Clarke
-  Tomasz Mann "Doktor Faust" - mam mieszane...chociaż Lem ewidentnie nawiązuje doń - zwłaszcza do "Czarodziejskiej góry" - co parę lat temu liv fajnie wyciągnął w akademii, ale nie wiem czy z negacji? nawiązuje?:)
- Isaac Singer "Przyjaciel Kafki" - tutaj także nie wiem - czy to nie była lektura z cyklu "letnie"?
-  Bruno Schulz "Sklepy cynamonowe"
-  Sławomir Mrożek "Moniza Clavier" - o Mrożku już myślałam - powinien pojawić się na liście -  tylko nie zdążyłam pomyśleć o konkretnym utworze:)
Hm?:)
Mi pasuje. O Mannie, chyba w sylwach, mignęło - raczej na kwaśno.
Ale szpital nim pachnie, więc chyba inspiracją był, lubił-nielubił.  To co mignęło, na kwaśno to akurat o szpitalu, zaś mniej na kwaśno Józef z braćmi - jak już. Jak czasu styknie, zerknę jeszcze.
Cytuj
Są jeszcze (z moich):
- Stapledon "Last and First Men"
- Żuławski, "Zwycięzca"
Z tego co czytałem - jak najbardziej. Ale w s-f się nie wcinam, bo za słabo znam.
A tentego...jak myślicie? Snerg i Zajdel właśnie?  ::)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 25, 2016, 02:52:37 pm
Z Twoich ;):
- Witkacy  "Pożegnanie jesieni"
Pożegnanie jesieni nie jest moje - nie uważam tej książki za dosyć ważną:)
Lem połączył te powieści (bo oczywiście się łączą...ale:) - ja uważam, że najpełniej nawiązywał do "Nienasycenia".
Zresztą w jednym liście do Mrożka napisał coś na kształt: przeczytałem Witkacego, musi się uleżeć i można będzie ściągać oraz dobrze, że W. już nie żyje - nie mamy konkurencji :D;)
Naprawdę nie rozumiem Waszego oporu przed tą książką :)
Mi pasuje. O Mannie, chyba w sylwach, mignęło - raczej na kwaśno.
Ale szpital nim pachnie, więc chyba inspiracją był lubił-nielubił.  To co mignęło, na kwaśno to akurat o szpitalu, zaś mniej na kwaśno Józef z braćmi - jak już.
Czyli trzeba ustalić którego Manna - ewentualnie - poszukam coś tam, gdzieś tam.

Skrzacie
to co z tą listą osobistą?:)
Zresztą ona przecież nie musi być ostateczna - wg mnie można dopisywać - jak wyjdzie za długa to można ją jeszcze później zweryfikować:)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 25, 2016, 03:16:53 pm
Naprawdę nie rozumiem Waszego oporu przed tą książką :)

Nigdzie nie napisałem, że się umieszczeniu jej opieram ;).
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 25, 2016, 03:28:29 pm
Naprawdę nie rozumiem Waszego oporu przed tą książką :)
Nigdzie nie napisałem, że się umieszczeniu jej opieram ;).
Prawda;)
Ale też nie napisałeś, że popierasz;)
Nawiasem...może zamiast kolejnego Stapledona/Żuławskiego - wpisać "Twojego" F. Browna? Chyba Lem go polecał?
A tentego...jak myślicie? Snerg i Zajdel właśnie?  ::)
Ciekawe - właściwie nie wiem co Lem o nich myślał - dosyć bezpośrednia konkurencja?
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 25, 2016, 03:51:25 pm
wpisać "Twojego" F. Browna? Chyba Lem go polecał?

Polecał, razem z Bradburym (uznając za gorszego od tego drugiego zresztą), ale na wczesnym etapie, zanim jeszcze - z rzeczy hamerykańskich - poznał utwory Dicka i Le Guin, poza tym nie przypominam sobie by konkretne tytuły padły, więc trudno by mi było go forsować...

A tentego...jak myślicie? Snerg i Zajdel właśnie?  ::)
Ciekawe - właściwie nie wiem co Lem o nich myślał - dosyć bezpośrednia konkurencja?

O Snergu - zdaje się - nie wyrażał pozytywnej opinii (acz są tacy, co mówią, że "Maska" - "Robotem" inspirowana). "Limes inferior" Zajdla ponoć pochwalił, że najlepsza polska SF jaką czytał (potrzebne źródło, jak piszą na Wikipedii ;)).

(Z tą konkurencją, jednak, bym nie przesadzał - bardziej już płodny intelektualnie w zakresach, które Lema interesowały, był poczytny wówczas Petecki, ale i on... powiedzmy, że z "Edenem" by wygrał paroma tytułami, ale nie z "Głosem Pana" czy "Summą...".)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: .chmura w Marzec 25, 2016, 03:58:29 pm
Polecał, razem z Bradburym (uznając za gorszego od tego drugiego zresztą)
No właśnie - co z Bradburym? Uważam, że Bradbury byłby ozdobą wiadomej listy, lecz - niestety - nie mam odpowiednio mocnych argumentów..., :)?
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 25, 2016, 04:01:44 pm
No właśnie - co z Bradburym?

Byłbym za. Tylko czy do pochwały samego autora znajdzie się konkretny pochwalony utwór?
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 25, 2016, 04:07:35 pm
BTW: czy dobrze pamiętam, że Mistrzowi NIE podobał się Tolkienowski "Hobbit" i późniejsza trylogia?
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 25, 2016, 04:35:23 pm
Owszem.

Cytuj
Żywię dla Czarnoksiężnika szczególny sentyment. Jest to jedyna pozycja amerykańskiej fantasy, która wzbudziła mój szacunek. Zarazem pocieszyła mnie po lekturze (znanej i u nas) powieści Tolkiena „Władca pierścieni”. To głośne dzieło pozostawiło mnie obojętnym, a nawet znudzonym. Toteż gdyby nie „Czarnoksiężnik z Archipelagu”, uznałbym się - wobec współczesnej fantastyki bajeczno-magicznej - za ślepego wobec kolorów. Ursula Le Guin pomogła mi swoją powieścią odzyskać wiarę zarówno w żywotność fantastyki amerykańskiej, jak i w moją wrażliwość na jej - rzadkie niestety – uroki.

"Posłowie" do "Czarnoksiężnika z Archipelagu" U.L.G

W jednym z przekrojowych felietonów mówił coś podobnego.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Marzec 25, 2016, 06:11:56 pm
Dzięki :-)
A, zapomniałbym. Kuczelada poszła dziś zwykłym (ciężkim) listem. Dojdzie wtorek-środa?
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: liv w Marzec 25, 2016, 08:06:21 pm
Niespodzianka;
...od czasu, kiedy przeczytałem nieprzełożoną dotąd na język polski anglojęzyczną książkę Saula Bellowa "Planeta pana Sammlera", żadna inna książka oprócz właśnie "Wilczego notesu" Mariusza Wilka nie zrobiła na mnie ani takiego wrażenia, ani też tak głęboko nie wryła się w moją pamięć."
Sylwa LXXV s. 358 (GW)
Dalej bije w Pilcha.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Marzec 25, 2016, 08:55:37 pm
Aleś mnie ucieszył (https://img.pandawhale.com/post-43815-Picard-nicely-done-gif-Imgur-S-VQjS.gif). Wiesz, że gdzieś na Forum chyba napisałem, że uważam Wilka za najciekawszego krajowego autora (z żyjących)? Bierzemy na listę :).

ps. Nie ma tam jeszcze jakich wilczych polecanek więcej?
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Marzec 25, 2016, 09:12:05 pm
No właśnie - co z Bradburym?
Byłbym za. Tylko czy do pochwały samego autora znajdzie się konkretny pochwalony utwór?
Ja też za - nawet się zdziwiłam, że nie ma go na liście;)
Poszukam, ale jeśli nie ma konkretnego utworu, to może most popular?;)
Niespodzianka;
...od czasu, kiedy przeczytałem nieprzełożoną dotąd na język polski anglojęzyczną książkę Saula Bellowa "Planeta pana Sammlera", żadna inna książka oprócz właśnie "Wilczego notesu" Mariusza Wilka nie zrobiła na mnie ani takiego wrażenia, ani też tak głęboko nie wryła się w moją pamięć."
Sylwa LXXV s. 358 (GW)
Dalej bije w Pilcha.
Fiu...fiu...:)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: .chmura w Marzec 26, 2016, 01:14:10 am
Ciągle chodzi to za mną:
Cytuj
[T]rudna sprawa z tym Gödlem, skoro jednak znalazło się miejsce dla Russela, a także dla Poppera... W końcu Mistrz, jaki był, wiadomo, to i Biblioteka Mistrza ma swoje osobliwości. Jedno wydaje mi się jasne: to właśnie ta trojka ukształtowała sam fundament Mistrza poglądu na świat ludzki i na świat nieludzki.
Myślę, że to się dokonało w Krakowie, po spotkaniu Choynowskiego, który wymusił na Mistrzu lektury m.in. z zakresu logiki matematycznej. W pismach Mistrza Gödel był potem symbolem granicznych osiągnięć umysłowych homo sapiens.
*
Jak sądzę, po latach odwołania do Gödla zaczęły pełnić dwie inne funkcje. Po pierwsze, były dowodem na zasadniczą ułomność naszej małpiej „aparatury pojęciowej”, za pomocą której usiłujemy (naiwnie) oswoić m.in. światy wielkości nieskończenie małych (jak kwarki) i wielkości nieskończenie wielkich (jak „czarne dziury”) nieuchronnie obce nam, jako istotom wyrosłym w zupełnie innej niszy ekologicznej. Po drugie, odwołania do Gödla pełnią u Mistrza także funkcję ważnego metafizycznego składnika Wyjaśnienia Natury Świata, nie tylko świata idei, lecz także świata empirycznego.
*
Raz jeszcze cytuję:
Cytuj
In a very intriguing sense, there appears to be some correspondence between the facts of physics and the facts established by Gödel's discovery. In the same way that the part of the universe penetrated and explored macroscopically by Einstein's theories (especially the General Theory) breaks down in black holes, the logically absolute provability of all statements in all mathematical systems breaks down as soon as it encounters "mathematical holes" in the shape of true propositions which originate within the system, yet whose truth can be proven only by means of a system which is "richer," that is, hierarchically superior.
Sądzę, że te słowa Mistrza o „intrygującym podobieństwie” „dziur gödlowskich” i „czarnych dziur” są niejasne i sugerują więcej niż znaczą (to dlatego napisałem powyżej „metafizyczne”). Jednakże uważam również, że dokonanie Gödla potężnie wpłynęło na światopogląd Mistrza, wyznaczając w nim granice russelowsko-popperowskiej wizji świata. Tym samym spełniony został - chyba - Skrzata drugi warunek wystarczający włączenia pracy Über formal unentscheidbare Sätze der Principia Mathematica und verwandter Systeme I, jako „mającej oczywisty wpływ na twórczość bądź światopogląd Lema”, do powstającej tu Biblioteki Mistrza.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: skrzat w Kwiecień 04, 2016, 06:22:50 pm
hmm, z tym Gödlem byłbym ostrożny, idąc tym tropem, powinniśmy umieścić na liście "Philosophiae Naturalis Principia Mathematica" Newtona, w których sformułował on prawo powszechnego ciążenia. Chociaż w pełni zgadzam się z trafnym i pięknie sformułowanym twierdzeniem .chmury, że

Cytuj
ułomność naszej małpiej „aparatury pojęciowej”, za pomocą której usiłujemy (naiwnie) oswoić m.in. światy wielkości nieskończenie małych (jak kwarki) i wielkości nieskończenie wielkich (jak „czarne dziury”) nieuchronnie obce nam, jako istotom wyrosłym w zupełnie innej niszy ekologicznej

jest jednym z centralnych zagadnień w twórczości Lema.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Kwiecień 06, 2016, 02:03:23 am
idąc tym tropem, powinniśmy umieścić na liście "Philosophiae Naturalis Principia Mathematica" Newtona

I - jeszcze niewątpliwiej ;) - "On the Origin of Species" Darwina, bo Mistrz - mimo wprowadzania Corcoranów, Bannów, Puggów, Trurli z Klapaucjuszami i innych kosmogoników - ewolucjonistą był do szpiku kości.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: liv w Kwiecień 06, 2016, 06:14:27 pm
Cytuj
Opowiadania te spisano oryginalnym językiem "starorobocim", który Lem stworzył, wzorując się na języku pamiętników Paska (za sprawą Sienkiewicza - który również się na nich wzorował - kształtujących nasze wyobrażenia o języku dawnych Polaków). Powstały przez to niezwykłe twory językowe, takie jak "garłacze antymaterii" czy "lufy lazerne".
To z Orlińskiego
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,3239723.html (http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,3239723.html)
Więc może Pamiętniki Paska (i inne staropolskie, dużo tego) łamane Sienkiewiczem?
Wpływ na lemsykalność niewątpliwa.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: qertuo w Maj 06, 2016, 04:13:44 pm
Czy lista jest już zamknięta? Bo ja jeszcze chciałam jedną książkę zaproponować (w tym roku przywołana wśród tematów maturalnych, ale to akurat nie jest argument)...

Adam Mickiewicz "Dziady"

przegląd wypowiedzi Lema:
 
Cytuj
- (...) proszę powiedzieć, jaki jest pański stosunek do romantyków polskich?
- Bardzo dobry jest Mickiewicz! Niedawno przeczytałem sobie Dziady, choć normalnie się tego nie robi, bo po co? Gdy czytałem Do przyjaciół Moskali, to po kręgosłupie chodził mi taki sam dreszcz, jak, powiedzmy, dwadzieścia lat wcześniej. To jest w końcu utwór o okupacji.
Tako rzecze... Lem, rozdział Gusta i dyzgusta, str. 171

Cytuj
(...) Dziady bardzo lubię i częstokroć do nich wracam (...)
Tako rzecze... Lem, rozdział Gusta i dyzgusta, str. 206

Cytuj
(...) Co do NUMERACJI w odwróconej kolejności , dla mnie zestawienie z Dziadami wydaje się, szczerze wyznam: Profanacją (bo ja w kulcie Mickiewicza wychowany).
"Sława i fortuna", 15 kwietnia 1975, str.359

Cytuj
To, że w Wielkiej Improwizacji mówi się o armacie, w samego Pana Boga wymierzonej, tylko w przystępie dokładnej paranoi można by zrównać z pewną „techniką instrumentalną” wojowania z Wszechmocnym. Kto nie dostrzega wręcz kosmicznej rozpiętości pomiędzy kodami, które zastosował Mickiewicz, oraz kodami właściwymi pragmatycznej fantastyce, nie pojmuje w ogóle, jaka różnorodność form wschodzi na wielkich polach literatury i jak bardzo zadania pisarskie jednej epoki są nieredukowalne ani nieprzymierzalne do zadań epoki innej. Istnieje opowieść SF — E, F. Russella For I am a Jealous People, w której, gdy Bóg staje po stronie najeźdźców Ziemi, ludzkość występuje przeciwko Bogu; lecz uznać, że chodzi „mniej więcej o to samo”, o co idzie w Wielkiej Improwizacji z Dziadów, i że ta armata, z której ma być wystrzelony w niebiosa burzący pocisk, jest aparaturą do działań zaczepnych przeciw Panu Bogu — byłoby absurdem.  Różnica obu tych tekstów wcale nie sprowadza się do różnicy pomiędzy geniuszem Mickiewicza i talencikiem Russella.
"Fantastyka i Futurologia", rozdział VIII
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: liv w Maj 06, 2016, 08:36:04 pm
Cytuj
Czy lista jest już zamknięta? Bo ja jeszcze chciałam jedną książkę zaproponować (w tym roku przywołana wśród tematów maturalnych, ale to akurat nie jest argument)...
Adam Mickiewicz "Dziady"
Mi pasuje. Skoro Lalka obleciała, to Dziady tym bardziej.
Zwłaszcza, przy takim uzasadnieniu.  :)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Maj 07, 2016, 02:09:44 pm
Czy lista jest już zamknięta?

O ile wiem skrzat nic takiego nie ogłaszał, więc śmiało (i prosimy o więcej ;)).

Dziady tym bardziej.
Zwłaszcza, przy takim uzasadnieniu.  :)

Ano. Zwł. przy takim ;).
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: skrzat w Maj 09, 2016, 03:47:12 pm
Wyszło w sumie 30 tytułów, dzisiaj lista poszła do Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale pewnie są możliwe jakieś reklamacje  8)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Maj 09, 2016, 07:03:06 pm
Ale wersja z "Dziadami", czy bez?
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: skrzat w Maj 09, 2016, 08:03:51 pm
Ale wersja z "Dziadami", czy bez?

z "Dziadami": lista w 1 poście jest uaktualniona, tam są wszystkie tytuły wymienione
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Maj 09, 2016, 09:23:13 pm
Faktycznie :) Thx. za info, skrzacie.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Stanisław Remuszko w Maj 12, 2016, 12:30:37 am
Po doczytaniu przed chwilą do 132 strony, uważam, że do tej listy 30 pozycji - choć poniekąd POZA nią - należałoby dołączyć, niechby w charakterze pendant, "Tako rzecze Lem", wspólne dzieło Mistrza i  pana Stanisława Beresia. Jako bezcenny przewodnik, lemopedię, pankomentarz, atlas, kodeks, kredo i drogowskaz. Unikatowe 7 w 1. Tak uważam.
R.   
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Październik 02, 2016, 01:21:12 am
Pan Doktor Wołk wyraził sugestię, że do Biblioteki godziłoby się dodać "Rękopis znaleziony w Saragossie" Potockego Jeana. rzecz - w istocie - dobra i jeszcze z Lemem ma związki via Skarżyński. Co sądzicie?
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: liv w Październik 02, 2016, 12:02:01 pm
Pan Doktor Wołk wyraził sugestię, że do Biblioteki godziłoby się dodać "Rękopis znaleziony w Saragossie" Potockego Jeana. rzecz - w istocie - dobra i jeszcze z Lemem ma związki via Skarżyński. Co sądzicie?
Uzasadnienie jest po angielsku, więc nie mam zdania  8)
Choć ponad 20 stron budzi szacunek i pasuje do punktu 2
....mają oczywisty wpływ na twórczość bądź światopogląd Lema
https://repozytorium.umk.pl/handle/item/1574 (https://repozytorium.umk.pl/handle/item/1574)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Październik 04, 2016, 02:37:51 pm
Uzasadnienie jest po angielsku, więc nie mam zdania  8)
Ale streszczenie jest po polsku 8)
Małgorzata Glasenapp, Marcin Wołk
Dwa  labirynty w  dwóch  powieściach:  Stanisław  Lem  i  Jan  Potocki
Streszczenie
W artykule przedstawiono związki między Pamiętnikiem znalezionym w wannie (1961) S. Lema a  Rękopisem znalezionym w SaragossieJ. Potockiego. Utwory łączy podobna konstrukcja przestrzeni jako labiryntu, budowa fabuły z centralnym motywem wędrówki bohatera, temat poznania, parodystyczny stosunek do tradycji literackiej oraz celowe komplikowanie  procesu odbioru. Lem,  wykorzystując  szereg  motywów  powieści Potockiego,  nadaje  im  nowe  znaczenia  i  tworzy  pesymistyczną  wizję  samotności współczesnego człowieka we wrogim, niepoznawalnym świecie.


Co prawda sam Lem mówił w "beresiu":
Każdemu szuka się antenatów, więc krytycy zagraniczni wpakowali mnie pod Jana Potockiego. Pisał te swoje szufladkowe historie po francusku, ale czy to ma dla nich jakieś znaczenie…? To już lepszy byłby pewnie Jonathan Swift.
Ale może się mylił?;)
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: liv w Październik 04, 2016, 04:56:25 pm
Cytuj
To już lepszy byłby pewnie Jonathan Swift.
No, i Swifta mamy na liście.
Cytuj
Ale streszczenie jest po polsku 8)
Taaa, czytałem streszczenie o podobieństwach. Jednak poziom ogólności (jak to w streszczeniu) jest zbyt duży. Pasuje równie do Boskiej Komedii, choć wanna i tak najbardziej pachnie mi kafką (z mleczką).
Czyli konkrety są  po angielsku.  8)
Swoją drogą - Lem czytał Potockiego? Czy film tylko widział?
Wiadomo to?
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: olkapolka w Październik 04, 2016, 10:20:01 pm
Nie mam pojęcia czy Lem czytał tę książkę, czy oglądał film - może czytał? :-\
Fakt - konkrety po angielsku. Przejrzałam.
Pierwszym tropem jest - oczywiście - tytuł.
Jednym z powiązań jest:
konstrukcja przestrzeni jako labiryntu
Gmach, a u Potockiego: zamek Cassara Gomeleza - zbudowane pod ziemią/drążone w górach, są labiryntami z tajnymi przejściami, ściśle związanym ze swoimi twórcami, ukryte przed wrogami, aura tajemniczości, tajne organizacje, wielu współpracowników z wpływami na losy świata - budynki zniszczone przez trzęsienie ziemi.
Tak skrótnie. Ale całkiem podobnie.
Mnie się dodatkowo Łysiak wyświetlił. Miejscami.
W sumie  - chyba warto się przyjrzeć. Porównawczo.

Zapomniałam dodać...po przestrzeni - kolejne porównania dotyczą: treści, struktury narracji, budowy tekstu. Sporo tego.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Luty 17, 2017, 09:33:39 pm
Na marginesie kwerendy felietonów będę miał chyba kilka kandydatur do "Biblioteki"...

Pewniaki:

Jurij Andruchowycz "Moscoviada"

Cytuj
Trafiła w moje ręce powieść Jurija Andruchowycza Moscoviada i byłem nią po prostu oczarowany.
"Lód i wrzątek", TP 05.06.2005

Peter D. Ward i Donald Brownlee "Rare Earth"

Cytuj
W ostatnich latach moją biblią stała się książka „Rare Earth” napisana przez Petera D. Warda i Donalda Brownlee’ego. Dzięki współpracy wybitnych uczonych, jakimi są bez wątpienia jej autorzy – astronom i paleontolog, powstał rzeczowy i udany na miarę naszych dzisiejszych możliwości przegląd dziejów Ziemi i powstania na niej życia. Aby mogła powstać technologicznie zaawansowana cywilizacja typu ziemskiego, musi zostać spełnionych szereg niezwykle rzadko spotykanych w kosmosie warunków – stąd przekonanie, że glob nasz należy do wyjątków w skali kosmicznej. Jeżeli wolno zawartość tego dużego tomu bardzo zwięźle streścić, powiada on, że według dostępnego nam rachunku prawdopodobieństwa życie w postaci najprostszej, to znaczy bakteryjnej, pojawia się w miarę często na innych planetach. Natomiast wielokomórkowce, a zatem rośliny i zwierzęta, są wielką rzadkością we wszechświecie.
Tę książkę z pewnością warto by przełożyć na język polski,
"Droga na szafot", Tygodnik Przegląd, 16 listopad 2003

Teresa Walas "Zrozumieć swój czas"

Cytuj
Zrozumieć swój czas pani Teresy Walas, książka, którą z wielkim zajęciem przeczytałem, dotyka bardzo mnie obchodzącej sprawy rozproszenia kulturalnego po komunizmie i braku centrum aksjologicznego kultury. Składa się z trzech rozdziałów: Kultura polska po komunizmie - między kulturą socjalistyczną a postmodernizmem, Zmierzch paradygmatu - i co dalej? i Zawiązany język, czyli o milknięciu intelektualistów; najciekawszy wydał mi się trzeci.
"Po przełomie", TP 03.10.2004

Do rozważenia:

Rudyard Kipling "Księga dżungli"

Cytuj
Jak to bywa przed Bożym Narodzeniem i choinką, usiłowaliśmy z żoną nabyć jakieś miłe książki do czytania, proste fabuły, które by współcześnie odpowiadały Londonowi, Curwoodowi czy “Księdzu Brownowi" Chestertona. Poszukiwania nie dały skutku i spostrzegłem w końcu, że osiadłem na mieliźnie. Żona, by mnie ratować, wyciągnęła z półki przechowywany od młodości i zupełnie rozsypany egzemplarz “Księgi dżungli" Kiplinga. Natychmiast ją pochłonąłem, bo była to i moja ukochana lektura.
"Pod walcem", TP 04.01.2004

Bryan Mark Rigg "Żydowscy żołnierze Hitlera"

Cytuj
Właśnie wyszła, nakładem Bellony, przetłumaczona książka Bryana Marka Rigga „Żydowscy żołnierze Hitlera” z podtytułem „Nieznana historia nazistowskich ustaw rasowych i mężczyzn pochodzenia żydowskiego w armii niemieckiej”. Autor, który z benedyktyńską cierpliwością przekopał się przez ogromną literaturę źródłową, zaprezentował w swojej obszernej, czterystustronicowej pracy losy niemieckich żołnierzy posiadających żydowskich przodków. Nomenklatura hitlerowska nazywała ich mischlingami (mieszańcami), podzielonymi na kategorie pół-Żydów, ćwierć-Żydów oraz inaczej procentowo zaklasyfikowanych. Zgodnie ze współczesną biologią nic takiego jak genetyczne podstawy żydostwa nie istnieje, ponieważ mieszaniną genów odznaczają się wszyscy ludzie na Ziemi. Tak zwanych pełnych Żydów pozostało po hitlerowskiej zagładzie w Niemczech bardzo niewiele. Były to jednostki określane mianem „chronionych Żydów” (SchutzJuden), cenne dla reżymu Niemiec ze względu na ich szczególne umiejętności. Natomiast podług szacunków Rigga, w Wehrmachcie znajdowało się około stu pięćdziesięciu tysięcy mischlingów, którym Hitler darował życie, ale tylko na okres wojny, ponieważ zamierzał po zwycięstwie zgładzić wszystkich. Hitler zarezerwował jedynie dla siebie prawo nadawania własności „aryjskiej krwi” wybranym mischlingom. W książce znajduje się ogromna ilość biografii takich ludzi, walczących o przeżycie w ramach wymyślonej przez hitleryzm procedury uzyskiwania zwolnień od zagłady. Tak treściwej pozycji nie sposób w całości zreferować. Jedynie dla orientacji czytelników „Przeglądu” podam dwie informacje. Likwidacja Żydów była dla Hitlera ważniejsza od wygrania wojny, ponieważ, gdy Trzecia Rzesza chyliła się już ku upadkowi, zdążył jeszcze usunąć z Wehrmachtu dwudziestu generałów mających w genealogii żydowskie pochodzenie. Po wtóre, Hitler nie był pewien, czy on sam nie jest czasem mieszańcem. Obecnie tego już nie można definitywnie ustalić, ponieważ z rozkazu führera w jego rodzinnych stronach Austrii zniszczono wszystkie dokumenty (na przykład metryki). Wiadomo nam tylko, że się tego obawiał i starał się własne pochodzenie zaciemnić. Książka Rigga, bogato ilustrowana fotografiami, stanowi bardzo ciekawy i wstrząsający dokument, ponieważ cała ta epopeja zdradza paranoiczne zaplecze doktryny, która najpierw zdobyła Europę i pół Azji, a potem zwaliła się w krwawą ruinę.
"Paranoja Hitlera" Tygodnik Przegląd, 3 lipiec 2005

Cytuj
Przeczytałem bardzo dziwną książkę. Hitler's Jewish Soldiers, czyli Żydowscy żołnierze Hitlera, to rzecz napisana przez Amerykanina Bryana Marka Rigga. Powstała jako praca naukowa na uniwersytecie w Kansas, oparta jest na niemieckich dokumentach, przypisy zajmują blisko połowę tekstu. Zawiera kilkaset konkretnych przypadków, biografii i rozmów ze świadkami wydarzeń. Chodzi o los ludzi pochodzenia żydowskiego w armii niemieckiej, których według Rigga było około 150 tysięcy.
"Koziołki historii", TP 19.12.2004

Paweł Zaremba "Historia dwudziestolecia 1918-1939"

Cytuj
Wróciłem ostatnio do Historii dwudziestolecia 1918-1939 Pawła Zaremby, wydanej przez Giedroycia w 1981 roku.
"Moje lektury", TP 06.06.2004

Józef Hen "Ne boję się bezsennych nocy"

Cytuj
“Nie boję się bezsennych nocy" Hena: jest to rodzaj jego raptularza. Wiele miejsca poświęcił Hen uwagom i rozmyślaniom nad mnóstwem dzieł z XX wieku. Uważny i życzliwy dla powieściowej klasyki, bywał także krytykiem dość surowym. Zarówno Gombrowiczowi, jak Simenonowi nie skąpił dezaprobaty. Muszę wyznać, że raczej się z deprecjacją obu tych autorów nie zgadzam.
Spoglądając w przeszłość, wspominam, żem spotkał Hena w krakowskiej redakcji “Żołnierza Polskiego", dowodzonej przez pułkownika Płońskiego. Było to bardzo dawno, bo tuż po wojnie, a potem drogi Hena i moje rozeszły się. Rozeszły się również nasze zainteresowania i szlaki pisarskie. Sporo klasycznych dzieł powieściowych, na przykład Prousta, stało się dziś opornych na przyswojenie, ponieważ wzmogło się tempo życia, a co za tym idzie, zmienił się modus operandi literatury. Amerykanie dawno już pisali o Tomaszu Mannie, że jest pompous and ponderous - pompatyczny i ciężkawy.
Szczególnie pociągnęła mnie autobiograficzna warstwa zapisków Hena.
"Czy zmierzch literatury?", TP 09.11.2003
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Maj 10, 2017, 11:01:59 am
Jeszcze okołobocheńsko... ;)

Wydawnictwo Salwator reklamuje "Listy do ojca" Bocheńskiego słowami:
Cytuj
„ze wszech miar godna ukazania się książka”. Tak pisał o listach Stanisław Lem.
http://www.salwator.com/listy-do-ojca,222,820,produkt.html

Jeśli jesteście w stanie to potwierdzić, to mamy kolejny tytuł do Biblioteki...
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: lemolog w Maj 10, 2017, 05:03:57 pm
Lem S. , Człowiek wielkich przestrzeni. — Tygodnik Powszechny (K.), 1996, №2, s. 6. – Artykuł, bohaterem którego jest Józef Franciszek Emanuel Innocenty Maria Bocheński.

„(...) Prawdziwie jednak zachwyciły mnie dopiero ofiarowane mi przez żonę „Wspomnienia” o. Bocheńskiego. Nie zdarza mi się na ogół, by książkę podobną po przeczytaniu do końca zaczynać od początku jeszcze raz. Natłok materiału i jego bogactwo były jednak tak ogromne, że nie  mogłem całości za jednym razem strawić. (...)  O „Wspomnieniach" albo trzeba by napisać rozprawę, dorównująca ich objętości, albo ograniczyć się do luźnych uwag, jakie tutaj poczyniłem. Trudno znaleźć słowa, by je dość pochwalić. (...)”.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Maj 10, 2017, 06:16:22 pm
Dzięki lemologu (za to i za propozycje w wątku obok ;)). W czy się nie zgadzam z S.R., w tym się nie zgadzam, ale łączy nas wyraźnie najwyższe uznanie dla Ciebie i Twojej wiedzy :).

Nawiasem: czy były jakieś prace porównujące/zestawiające myśl Lema i Bocheńskiego? Ich sceptycyzm względem pewnych spraw wydaje się wyrastać ze skrajnie różnych filozoficznych przekonań, ale miejscami zdaje mi się b. zbliżony w punkcie dojścia.
Cierpki styl też jakby podobny...
To - w połączeniu ze wspomnianą fundamentalną ideowa rozłącznością - może stanowić dobre paliwo dla studiów komparatywnych...
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: lemolog w Maj 10, 2017, 09:08:33 pm
Nawiasem: czy były jakieś prace porównujące/zestawiające myśl Lema i Bocheńskiego?

"Porównujące/zestawiające" patrz tu:
Jakub Z. Lichański, Stanislaw Lem - filozof i pisarz. Dyskusja z lemologami. - w "Stanislaw Lem - pisarz, mysliciel, czlowiek". - Krakow: Wydawnictwo literackie, 2003, s.76-89.

"Przyjety przez Lema w jego rozprawach teoretycznych punkt widzenia i sposob argumentacji sa w zasadzie niezawodne, o ile zgodzimy sie z aksjomatami, ktore nam uczciwie przedstawia. Zwracam tu, mimochodem zreszta, uwage na blizkie pokrewienstwo ze sposobem myslenia prezentowanym przez Jozefa M. Bocheńskiego".
I dalej troche jest...

Ale najwiecej (i dosc duzo) "porównującego/zestawiającego" - w  najlepszej ksiazce o filozofii Lema:
Paweł Okołowski. Materia i wartości. Nieolukrecjanizm Stanisława Lema. – Warszawa: Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, 2010, 562 s.
http://forum.lem.pl/index.php?topic=732.0
(O Bochenskim na stronach 41, 60, 72, 100, 110, 114, 171, 232, 304, 373, 420, 425, 451, 469, 484, 489).

Troche jest tez w:
Andrzej Stoff, "Altruizyna" Stanislawa Lema, czyli o potrzebie milosci blizniego. - w "Polska literatura Fantastyczna. Interpretacje". - Torun: Wydawnictwo UMK, 2005, s.297-314.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: lemolog w Maj 11, 2017, 09:17:45 am
"Stanisław Lem po lekturze wstępnego maszynopisu korespondencji ojca Bocheńskiego napisał do redaktorów tomu, że jest ona „ze wszech miar godną ukazania się książką” (list z dn. 15.09.1998 roku do Jarosława Kozaka)."
http://www.opoka.org.pl/biblioteka/I/IC/listy_bochenskiego_00.html
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Maj 11, 2017, 10:19:14 am
Książkę Okołowskiego - oczywiście - znam (równie oczywiście: z Twojego polecenia :) ). Za kolejne polecanki (Lichański, Stoff - oba nazwiska zresztą mi znane) dziękuję, zapoznam się. Za potwierdzenie w kwestii "Listów..." - tym bardziej (wygląda na to, że mamy kolejne dwa tytuły do Biblioteki tym sposobem).

Przyznam jednak, że chodziło mi o prace poświęcone stricte zestawieniu myśli Mistrza i Bocheńskiego. Rozumiem, że nikt takowych dotąd nie stworzył? Ha, może ktoś z Czytelników naszego Forum sięgnie teraz po ten temat-samograj...
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: liv w Czerwiec 26, 2017, 07:09:13 pm
Tego Pana chyba jeszcze nie było?
- ...rozsmakowałem się i stwierdziłem , że jest to proza rzeczywiście wybitna. Może najwybitniejsza z tych, jakie się ostatnio ukazały.
O kim mowa?   Stefan Chwin (https://pl.wikipedia.org/wiki/Stefan_Chwin) z Gdańska, któremu Lem poświęcił dwa felietony. Pochwalne mocno.
"Proza gęsto tkana" - o książce Ch. "Hanemann", z którego to felietonu powyższy cytat, a także "Klimat przeszłości i smak rzeczy", o książce "Krótka historia pewnego żartu", która porównuje z swoim Wysokim Zamkiem. Oba w "Felietonach ponadczasowych".
W tle Huelle, ale zbyt mało o nim by nominować do biblioteki S.L.
Tytuł: Odp: Biblioteka Stanisława Lema
Wiadomość wysłana przez: Q w Lipiec 24, 2019, 09:37:00 am
Arthur C. Clarke "Interplanetary Flight: An Introduction to Astronautics"

Cytuj
Написанное Артуром Кларком в пятидесятые годы введение в космонавтику занимает в моей библиотеке почётное место. Я получил эту книгу двадцать четыре года назад от друга в качестве свадебного подарка. Без преувеличения можно назвать Кларка моим тогдашним учителем.
Rez.: A.C. Clarke: Imperial Earth. - Quarber Merkur (Wien), 1977, Nr.47