Pokaż wiadomości

Ta sekcja pozwala Ci zobaczyć wszystkie wiadomości wysłane przez tego użytkownika. Zwróć uwagę, że możesz widzieć tylko wiadomości wysłane w działach do których masz aktualnie dostęp.


Pokaż wątki - Q

Strony: 1 [2] 3
16
Hyde Park / Zapaść polskiej Edukacji Narodowej
« dnia: Luty 16, 2012, 12:01:37 pm »
Dobra, patrioci i nie-patrioci ;), ACTA (o której jest głośno) to pikuś na tle takiej np. historii, o której nie zająknął się pies z kulawą nogą. Pozwolę sobie zacytować w całości:

Będzie mniej lekcji historii, polskiego, biologii, chemii i geografii. Więcej – zdrowia i urody

Od września licea przestaną być ogólnokształcące, a staną się specjalistyczne. Reforma, która po wakacjach 2012 r. roku wchodzi w życie, ostro tnie godziny przedmiotów na poziomie podstawowym. Znika 90 godzin historii, 60 języka polskiego i 120 przedmiotów ścisłych – wynika z wyliczeń ekspertów oświatowych.

Licealiści będą musieli wybrać profil kształcenia. W praktyce w wieku 15 lat zdecydują, czy zostaną humanistami, inżynierami czy ekonomistami. To o tyle istotne, że wybierając nauki ścisłe, przestaną uczyć się przedmiotów humanistycznych. I odwrotnie.

Zreformowane liceum redukuje liczbę lekcji w nauczaniu podstawowym, dodaje godziny rozszerzone. Uczniowie stracą w 3-letnim cyklu nauczania: 2 godziny polskiego tygodniowo, 3 godziny historii, 2 lub 3 godziny biologii, fizyki, chemii, 2 geografii, 1 wiedzy o społeczeństwie, 1 informatyki – tak przewiduje reforma autorstwa byłej minister Katarzyny Hall.

Obecnie na naukę historii w liceum było poświecone 150 godzin. Będzie tylko 60. Jeżeli uczeń nie jest miłośnikiem tego przedmiotu, na takim wymiarze godzin jego edukacja się zakończy. Podobnie z przedmiotami ścisłymi. Tu cięcia są jeszcze większe. Uczeń, który nie przepada za biologią czy fizyką, przez całe liceum może mieć tylko 30 lekcji. Do tej pory było ich 150. Resztę wiedzy licealista będzie nadrabiał w ramach bloków tematycznych. Przedmiotów ścisłych nauczy się na przyrodzie (blok zastąpi fizykę, biologię, geografię oraz chemię), a humanistycznych w bloku historyczno-społecznym.

Uczniowie w pierwszej klasie liceum będą kończyli naukę przedmiotów, którą rozpoczęli w gimnazjum. Pozostałe dwa lata będą mieli na poszerzanie wiedzy z wybranych dziedzin – od dwóch do czterech. Kto zdecyduje się na profil humanistyczny, z prawami Newtona będzie miał ostatni raz styczność w wieku gimnazjalnym. Wiedzę fizyczną zastąpią takie bloki, jak: zdrowie i uroda, śmiech i płacz czy woda – cud natury. Przyszli inżynierowie i ekonomiści o powstaniu listopadowym posłuchają ostatni raz w wieku 13 lat.

Zdaniem nauczycieli reforma bardzo mocno ograniczy ogólną wiedzę uczniów. Ale w zamian otrzymają ją pogłębioną w wąskich obszarach.

– To eksperyment na żywym ciele. Najbardziej poobijani wyjdą uczniowie – ocenia Ireneusz Wywiał, historyk z 40. niepublicznego liceum w Warszawie.

Obecnie w liceum jest 150 godzin historii. Będzie tylko 60


Artur Grabek
Klara Klinger
http://edgp.dziennik.pl/index.php?act=mprasa&sub=article&id=397606

Pamiętam jak zmasakrowano nauczanie biologii w LO za Giertycha (redukując ją - de facto - do nauki higieny)... Czyżby K. Hall pozazdrościła wesołemu Romkowi? (miazo ma rację, że myśląc o niektórych sprawach można się naprawdę zdenerwować, nawet gdy nie ma się skłonności do popadania w teorie spiskowe...)

17
Akademia Lemologiczna / Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« dnia: Październik 27, 2011, 11:55:50 am »
Jak w tytule.

Jako, że "Dzienniki..." rożne miały wydania, lecimy według kolejności wikipedycznej (jeśli ktoś nie ma dostępu do danego utworu najwyżej się wyłącza na czas gdy mowa o nim... albo bazuje na wspomnieniach):

Podróże Ijona Tichego
*    Podróż siódma [1964]
*    Podróż ósma [1966]
*    Podróż jedenasta [1961]
*    Podróż dwunasta [1957]
*    Podróż trzynasta [1957]
*    Podróż czternasta [1956]
*    Podróż osiemnasta [1971]
*    Podróż dwudziesta [1971]
*    Podróż dwudziesta pierwsza [1971]
*    Podróż dwudziesta druga [1954]
*    Podróż dwudziesta trzecia [1954]
*    Podróż dwudziesta czwarta [1954]
*    Podróż dwudziesta piąta [1954]
*    Podróż dwudziesta szósta i ostatnia [1954]
*    Podróż dwudziesta ósma [1966]
*    Ostatnia podróż Ijona Tichego [1999]

Ze wspomnień Ijona Tichego
*    Ze wspomnień Ijona Tichego I [Skrzynie profesora Corcorana] [1961]
*    Ze wspomnień Ijona Tichego II [Decantor, wynalazca duszy nieśmiertelnej] [1961]
*    Ze wspomnień Ijona Tichego III [Profesor Zazul] [1961]
*    Ze wspomnień Ijona Tichego IV [Fizyk Molteris] [1961]
*    Ze wspomnień Ijona Tichego V - Tragedia pralnicza [1963]
*    Formuła Lymphatera [1961]
*    Doktor Diagoras [1964]
*    Zakład doktora Vliperdiusa [1964]
*    Ratujmy kosmos [1964]
*    Profesor A. Dońda [1973]
*    Pożytek ze smoka [1993]

*    Kongres futurologiczny [1971]
Zostawiamy na koniec, albo odkładamy do kolejnej sesji "Akademii..."

(Aha: sakramentalne pytanie: ile czasu dajemy sobie na jedno opowiadanie? Tydzień? Mniej? O odpowiedź poproszę w wątku organizacyjnym...)

Edit: chuolewa, poprawiam obrazek bo go odruchowo otagowałem jak na startreku...

19
Forum po polsku / Lem, ghost story i insze horrory
« dnia: Wrzesień 23, 2010, 05:14:35 am »
Lem - jak wiadomo - horrorem (począwszy od jego ojca założyciela - Lovecrafta) pogardzał, cenił zaś sobie (podobnie jak inne brytyjskie wynalazki ;) "Bondy" i kryminały) klasyczną ghost story, będącą tegoż horroru szlachetniejszą poprzedniczką (nb. co lepsze horrory doby mniej lub bardziej współczesnej, choćby "Nawiedzony fom" R. Wise'a, uważany do dziś za "najstraszniejszy film wszechczasów" czy świetne "Lśnienie" Kubricka do tradycji ghost story nawiązują całkiem otwarcie).

Owa ghost story rozwijała się trójetapowo. Etap pierwszy, tzw. metaficzyczny to epatowanie grozą wywiedzioną z tradycji religijnych chrześcijaństwa oraz z wcześniejszych wierzeń ludowych i traktowaną dość serio (nurt ten, zapoczątkowany przez J. Sheridana Le Fanu,  do dziś kontynuują tzw. horrory satanistyczne - "Dziecko Rosemary", "Omen", "Adwokat Diabła" itp. acz kiedyś więcej tam było widm i wampirów niż potęg zła wyższego rzędu ;)). Znając Lema nie możemy spodziewać się by stworzył coś pasującego do tego nurtu... choć "Przyjaciel" - w jakimś sensie traktuje o opętaniu...

Etap drugi, zwany psychologicznym (jego czołowe nazwisko to Walther de la Mare, zalicza się tu też "W kleszczach lęku" Henry'ego Jamesa, z rzeczy autorów nie-brytyjskich można też wymienić "Lokisa" Merimee'go czy niektóre z opowiadań Grabińskiego) pokazuje zaświatową grozę dwuznacznie w sposób świadomy - nigdy nie wiemy do końca na ile jest ona realna, na ile zaś pochodzi wyłacznie ze schorzałej wyobraźni protagonistów, bo właśnie warstwa psychologiczna w tych utworach jest najważniejsza. Cóż.. Czy aby w "Solaris" nie mamy specyficznego "ducha", który nie do końca jest duchem? Czy fabuła nie daje się równie dobrze interpretować w kategoriach snu lub halucynacji Kelvina? I czy właśnie - ładnie eksponowana w obu ekranizacjach, acz w tej Tarkowskiego oczywiście z nieporównywalnie większym wdziękiem - warstwa psychologiczna nie jest tu istotna?

Etap trzeci zaś nazywa się antykwarycznym, na cześć tych "Opowieści.." M.R. Jamesa, co to je Mistrz polecał (w istocie miodzio). Tu zabawa polega na tym (o czym oczywicie była mowa w "Fif"), że bohater/owie po zetknięciu z Nieznanym/nadnaturalnym (ukłony, maźku ;)) zostają z gruzami swego dotychczasowego światopoglądu (materialistycznego, racjonalistycznego, etc.) w garści ;). W tym zresztą (powielanym do dziś - vide niezły "Przesąd" D. Ambrose'a czy co lepsze odcinki "Iksów") patencie na budzenie w czytelniku uczucia zetknięcia z Nieznanym Lem widział istotną wartość fantastyki grozy. I sam z możliwosci budzenia tegoż uczucia skorzystał pisząc rasowy kryminało-horror "Śledztwo". Walił też nas Nieznanym po łbie, aż furczało, w genialnym opowiadaniu o Skrzyniach Corcorana i - może jeszcze genialniejszym - "Terminusie".

A horror krwisto-flakowy, o którym Lem nie uznał za stosowne - nawet z pogardą - się wypowiadać? On zapewne nie miał wpływu ma mistrzową twórczość? Hmm... Niektóre z "Dyktand" zdają się temu przeczyć.

A Was co najbardziej u Lema przestraszyło? Widmo komunizmu w "Obłoku..." czy co  insze? ;)

ps. aha, wątek mi się narodził stąd, że tuż przed zniknięciem z netu powtórzyłem sobie - uważanego za film w swej klasie wybitny - "Hellraisera", i jedyne co o nim pomyślalem to "o k...ruca, jak się postarzał", w efekcie zaś pomyślalem, że widać ze straśnych widziadeł wyrosłem, i że to chyba efekt obcowania z twórczością Lema, a potem kołatało mi po głowie: horror... Lem... Lem... horror... I tak jakoś wyszło.

20
Forum po polsku / Lemowska fanfiction (spokojnie, nie moja ;) )
« dnia: Czerwiec 23, 2010, 10:34:01 pm »
Jak wiadomo w science fiction i gatunkach pokrewnych normą jest dopisywanie autoryzowanych, lub nie, ciągów dalszych do uznanych dzieł. Stąd wysyp kontynuacji "Star Treka" (przeważnie koszmarnych, acz są wyjątki) i "Gwiezdnych wojen" (Lucas dał na ten proceder swoje błogosławieństwo i nieźle na nim zarabia, dba też o jaki-taki poziom merytoryczny). Stąd kolejne "Conany" płodzone przez rzeszę grafomanów przezwanych conanistami. Stąd dopisane, przez uznanych nawet autorów, ciągi dalsze asimovowskiej "Fundacji" i wellsowego "Wehikułu czasu". Stąd antologie i komiksy osadzone w światach braci Strugackich. Stąd rosyjskie "ciągi dalsze" tolkienowej baśni.

Lem był ponad takie zabawy (sam nikomu nie dopisywał, ani nikomu nie kazał dopisywać sobie), a jednak też padł ofiarą dopisywactwa ;). Można tu wymienić fanfiction autorstwa Hokopoko (Hoko, kiedy ciąg dalszy? ;)), można też wspomnieć o utowrach autorów mających w rodzimym światku SF niejaką renomę: chodzi oczywiście o "Appendix Solariana" Wiktora Żwikiewicza (struktura typowej fanfiction - spotkanie popularnych bohaterów), "Miejsce na Ziemi" Marka Oramusa (Mistrz ponoć się za ten utwór na Oramusa strasznie obraził) i - dołączony do kolekcji GW - apokryficzny apokryf ;) "Kto napisał Lema?" Dukaja (b. silnie lemowskie jest też dukajowe "Serce Mroku"*; zresztą ogólnie J.D. często nawiązuje do S.L.).

Znacie te opowiadania? Co o nich sądzicie? A może chcecie się przyznać do spłodzonych do szuflady własnych "dopisków"? ;) (Ja coś tam pisałem, ale przyznam się tylko od strony koncepcyjnej: napisałem "apokryf" solarystyczny rozważający tezę, że Ocean Solaris powstał sztucznie, albo jako biokomputer jeszcze bardziej zaawansowanych Obcych, albo - co prawdopodobniejsze - jako efekt celowego biotechnologicznego zlania jednostkowych solaryjskich Obcaków w jeden nadumysł, i że wyczerpuje znamiona zarówno Osobliwości wg definicji V. Vinge'a jak i kroku na drodze do realizacji tipplerowskiego wariantu Punktu Omega, przy czym miało to charakter pseudo-streszczenia hipotez różnych solarystów.)


* podobne luźne nawiązania (konkretnie wspomnienia kosmicznych przeżyć utrzymane w manierze tych z "Powrotu z gwiazd" oraz pomniejsze nawiązania stylistyczne) zawiera "Powrót Robinsona" Jacka Inglota, przy czym finał tegoż opowiadania też by Mistrza zezłościł

21
Hyde Park / Аркадий и Борис Стругацкие
« dnia: Marzec 03, 2010, 01:47:40 pm »
Przeglądając założone przez siebie wątki poświęcone czołowym autorom SF, uświadomiłem sobie, że pominąłem jednego ważnego autora (z tym, że jednego autora w dwóch osobach - taki funkcjonujący prototyp lemowych Dubeltów i startrekowych Binarów ;D).

A zatem - bracia (Arkadij i Borys) Strugaccy. Twórcy przez Lema cenieni, z Lemem (głównie za Zachodzie) porównywani, do Lema nawiązujący i podobnie jak Lem skazani na podejmowanie prób przechytrzenia cenzury. Twórcy, mający (ponownie: jak Lem) o tyle dobrze, że mogący na starcie nawiązać do chlubnych tradycji rodzimej literatury fantastycznej (w ich wypadku M. Bułhakowa, A. Tołstoja, także I. Jefremowa), a nie - jak Zachodniacy - do pulpowych pisemek p. Gernsbacka.

Twórcy, których dewizą było (wg. słów Borysa): "Pisz o tym, o czym masz dobre pojęcia, albo o tym o czym nikt nie ma pojęcia". Cenieni za "Piknik na skraju drogi", przez masową publiczność lubiani za wykreowany przez siebie "Wszechświat Południa" (zwany tak od dającej mu początek powieści "Południe, XXII wiek"), w którym osadzona jest akcja ich tak znanych utworów jak "Trudno być bogiem" (okazali się tu prekursorami LeGuin, Roddenberry'ego czy Zajdla) i trylogia o Maksymie Kammererze (z niepokojącym "Żukiem w mrowisku" na czele). Autorzy równie dobrze czujący się w klimatach klasycznej, poważnej SF ("Piknik...", sam Lem zazdrościł im tego utworu!), social fiction ("Trudno...", "Przenicowany świat"), uszlachetnionej space opery (większość utworów "południowych"), lemowskich "kryminałów" ("Miliard lat przed końcem świata" nawiązujący do "Śledztwa" czy "Kataru") jak i bułhakowowskich (kontrowersyjnie przyjęci "Niedoskonali") czy kafkowskich ("Ślimak na zboczu").

Do swojej dewizy stosowali się b. wiernie. Z jednej strony bowiem opisywali cuda pozaziemskich, czy futurystycznych technologii tak wykraczających poza stan współczesnej wiedzy, że nie da się ich egzaminować pod kątem zgodności z ustaleniami XXwiecznej (teraz już XXIwiecznej) Nauki, z drugiej zaś nasączający swe utwory atmosferą rosyjskiej swojskości (podmiejskie dacze, kwas chlebowy, rosyjska wylewność - wszystko to w ich utworach przetrwało do XXII wieku)*.

Macie ochotę podyskutować ze mną o ich twórczości?

ps. oto - na zachętę - Strugaccy w wydaniu "politycznym":

    "- Szpieg... - powtórzył Kiun. - Tak, oczywiście. W dzisiejszych czasach zawód szpiega jest łatwy i intratny. Nasz orzeł, szlachetny don Reba, pragnie nade wszystko poznać, co myślą i mówią poddani króla. Chciałbym być szpiegiem. Zwykłym informatorem w tawernie "Szara Radość". Jakież to piękne, godne szacunku! O szóstej wieczorem wchodzę do piwiarni i siadam przy swoim stoliku. Właściciel w podskokach niesie mi pierwszy kufel. Mogę pić, ile wlezie, za piwo płaci don Reba, a raczej nikt nie płaci. Siedzę, popijam i słucham. Od czasu do czasu udaję, że notuję rozmowy, a przestraszony ludek bieży ku mnie, oferując mi przyjaźń i sakiewkę. W ich oczach dostrzegam tylko to, co chcę - psie oddanie, pełen szacunku strach i zachwycającą bezsilną nienawiść. Mogę bezkarnie obmacywać dziewczęta i ściskać żony na oczach ich mężów, chłopów jak dęby, a oni będą tylko służalczo chichotać... Cóż za wspaniała filozofia, prawda? Usłyszałem to z ust piętnastoletniego chłopaka, studenta Szkoły Patriotycznej...
     - l coś mu na to powiedział? - spytał z ciekawością Rumata.
     - A cóż mogłem powiedzieć? l tak nic by nie zrozumiał. Wspomniałem tylko, że ludzie Wagi Koła pochwyciwszy informatora rozpruwają mu brzuch i sypią pierze do wnętrzności... A pijani żołnierze pakują go do worka i topią w wychodku. Jest to święta prawda, ale on mi nie uwierzył. Odparł, że nie uczyli się o tym w szkole. Wyjąłem wówczas papier i zapisałem naszą rozmowę. Było mi to potrzebne do mojej książki, a ten biedaczysko sądził, że piszę donos i zsiusiał się ze strachu..."

"Trudno być bogiem"

22
Forum po polsku / Pirx i Tichy
« dnia: Grudzień 07, 2009, 05:13:28 pm »
Ano wlaśnie. Najbardziej znani bohaterowie Lema. Podobni są, czy różni? Który (wraz z niesionym bagażem znaczeń) ciekawszy? Czy miał rację ktoś, kto stosując barańczakowy podział, zaliczył jednego z nich do "nieufnych", a drugiego do "zdufanych" (Oramus? nie, on to chyba wyśmiewał...)?

Czy ma rację prof. Wnuk-Lipiński, który - chyba - przedkłada Pirxa nad Tichego (bo o tym pierwszym rozpisuje się znacznie bardziej? Czy też recenzent BiblioNETki, który zdecydowanie woli Tichego, widząc w nim udoskonalony model Pirxa?

Czy Tichy jest patologicznym egoistą i pieniaczem? A Pirx geekiem i "szoferem kosmicznej ciężarówki"?

Jakiej narodowości byli? (Tichy nazywał się Tichy, Pirx płacił koronami... Czesi?)

Czy Funky Koval dostał tytuł komandora, bo od czasów "Rozprawy" i "Fiaska" ten stopień był na topie?

Czy mają rację ci, którzy w dukajowym Zamoyskim widzą godnego spadkobiercę tych dwóch?

Wreszcie: czy jest możliwe, że nasi dzielni bohaterowie naprawdę wyglądali TAK? ;D

A może stanowili jedną osobę??  ;)

Jednym słowem: tym, tabloidowym w stylu, zagajeniem zapraszam do - poważnej, i nieco mniej poważnej - dyskusji komparystycznej o obu panach :).

ps. ciekawostka, niedawno demaskowalem Pirxa jako perfidnego uwodziciela, niedawno, czytając b. uważnie wyczytałem też, że lubił piwo... ::)

23
Hyde Park / Philip K. thingy, jak to się drzewiej pisało ;).
« dnia: Listopad 07, 2009, 02:16:06 pm »
Jeśli kto się zdziwił czemu nie odpowiedziałem Cetarianowi w kwestii lemowych ocen Dicka, to odpowiedź jest prosta: bo szykowałem nowy wątek wyłącznie o P.K.D. i wolałem zachować swoje najlepsze argumenty "na zasię" ;).

Ale przejdźmy do właściwego tematu...

Przyznaję, ze poczatkowo z twórczością Dicka miałem ten sam kłopot jaki miał (sądząc ze szczerego wyznania w drugim wydaniu "FiF") sam Lem, ostatnio zaś np. Cetarian. Tzn, że jego utwory zaskakiwały kiksami, paralogizmami, kiczowatą w stylu najgorszej space opery scenerią, złamaną strukturą fabuły (uderzyło mnie to już w pierwszym jego opowiadaniu, jakie poznałem - "Przypomnimy to panu hurtowo"; tym które stanowiło kanwę do "Total Recall"). "Trzy stygmaty..." odłożyłem wręcz z niesmakiem, przy pierwszym podejściu. Po jakimś jednak czasie* oswoiłem się z jego twórczością, i zrozumiałem w czym tkwił problem.

Dick jest bowiem w metodzie twórczej - może najbardziej szczerym autorem amerykańskiej SF, ta bowiem, prawie od początku, stoi w opozycji do takiego pojmowania SF, do jakiego przyzwyczaił nas Lem (a tym bardziej Clarke). Amerykańska SF są to mianowicie (co Mistrz zauważył chyba jako pierwszy) przede wszystkim baśnie. Baśnie z morałem, lub bez, mądre lub głupie, piękne lub grafomańskie, ale właśnie baśnie. Widać to u autorów lat '20 i '30, którzy snuli swoje opowieści gwoli ekscytowania nastolatków. Widać u Asimova, który wprost przyznawał, że w czasach, gdy pisał swe słynne historie o robotach nie wierzył w możliwość ich powstania. Widać u Cordweinera Smitha. Widać u Van Vogta. Widać u Bestera. Widać u F. Browna i R. Sheckley'a, których to opowiadania stanowią baśnie z dowcipnym morałem. Widać u Simmonsa. Widać u Wolfe'a. Widać wreszcie u Le Guin i Rodenbery'ego (twórcy "Star Treka"), którzy wprost przyznają, że mimo deklarowanej troski o realizm za cel mają snucie (w ich wypadku: społecznych) alegorii.

P.K.D .bowiem - nie wiem na ile świadomie, bo nie znam stopnia jego twórczej samoświadomości, ani stopnia poczytalności w trakcie pisania - odrzuca w sumie symulowanie dbałości o jakikolwiek (poza psychologicznym) realizm, i swobodnie snuje swoje opowieści, nie ograniczając się regułami jakim powinna ulegać "prawdziwa" SF. (Jest tu więc poniekąd - jak swego czasu mówiłem - przeciwieństwem, b. wyczulonego na kwestię prawdopodobieństwa, Clarke'a; przy czym - jak na ironię, część jego rzuconych od niechcenia "prognoz" się sprawdziła, tak jak i zawiodła część precyzyjnych i logiczne zbudowanych przewidywań A.C.C.).

Analizując twórczość Dicka "wywleka się" ;) zwykle powracający wątek "nieprawdziwej rzeczywistości" zatrącający tyleż o kwestie filozoficzno-metafizyczne, co o tematykę VR, pytanie o granice normy psychicznej, kwestię cienkich granic miedzy człowiekiem a maszyną. Niektórzy zwrócą też uwagę na to w jak (genialne często) twisty zakręcone są jego fabuły (wtedy to była nowość, dziś co drugi reżyserek się tak bawi). Są to wszystko oczywiste oczywistości ;). Zajmę się więc tym co uważam za niedocenianą siłą tych utworów. Chodzi mi mianowicie o to, że Dick pisząc o przyszłych czy alternatywnych światach czynił je "żywymi" - pokazywał zmieniające się mody, codzienne problemy (te odwieczne i te wynikające z wprowadzenia róznych fantastycznych gadgetów) - słowem, że w przeciwieństwie do innych pisarzy SF usiłował pokazać nie genialne wynalazki czy odkrywcze wyprawy, a życie zwykłych ludzi w świecie innym od naszego, dorobić do fabuły - na swój sposób "realistyczne" - tło** (choć o realizm przecie się programowo nie kłopotał). Szczegóły futurystycznych światów wychodziły mu co prawda raz gorzej, raz lepiej, ale zwykle były b. interesujące (choć, jak rzekłem, wielu tych "futurystycznych szczegółów" nie sposób traktować jako prób prognostyki serio).

Widać to zresztą w ekranizacjach tej prozy - światy "Blade Runnera", "Raportu mniejszości", ba nawet nieszczęsnego "Total Recall" nawet jeśli w szczegółach biorą rozbrat z oryginalną wizją pisarza też "bogate są dziwacznymi uszczegółowieniami", które budują niesamowity klimat. (Na tyle wciągający, ze aż nie ma się ochoty pytać o logiczną spoistość tych wizji.)

Kolejna sprawa to miotający się na tle tak interesujących scenografii ludzie. Ludzie słabi, zwyczajni (choć bardzo często zmuszeni do zmierzenia się z gigantycznymi problemami), posiadający swoje wady, odchylenia psychiczne, problemy, kompleksy, pogmatwane życie osobiste i zawodowe... Zwykle budzący naszą sympatię, czasem jednak wręcz odrażający w swych wadach... Ludzie z krwi i kości jakże różni od herosów opiewanych przez Clarke'a, wczesnego Lema, Roddenberry'ego czy Heinleina... Lubię SF o herosach... ideałach... ale to była odświeżająca odmiana. (Zwłaszcza, że u Dicka "żywe" są zwykle nawet postacie z najdalszego tła.)

Nazywa się Dicka "Dostojewskim SF'. Moim zdaniem miał też w sobie - mimo woli, jak to on ;) - coś z Flauberta.

24
Hyde Park / Ursula K(roeber). Le Guin
« dnia: Październik 24, 2009, 06:23:53 pm »
Orszula Le Gumina, czy jakoś tak ;) jest jedną z nielicznych autorów SF, których naprawdę warto czytać ( i mogę tu  - nie bez niejakich objawów pęcznienia z dumy - powiedzieć, że mój gust pokrywa się w tym punkcie z lemowym). W dodatku ostatnią z pozostałych przy życiu mistrzów gatunku (pół duetu Strugackich to już nie to samo). Clarke jak wiadomo wybrał sobie działkę technologiczną. Dick uprawiał poletko filozofii i teologii. Lem, jak to Lem zajmował się wszystkim po trochu (cóż, nie każdemu dane jest być Lemem i znać się prawie na wszystkim). Zaś Le Guin? Le Guin zajęła się fantastyką socjologiczną, a konkretnie tą jej odmianą, która traktując o stosunkach obcoplanetarnych tworzy aluzje i alegorie do spraw ziemskich. Nie była w tym pierwsza. Asimov wmyślił sobie spaceoperową wersje upadku Imperium Romanum (i nazwał to "Fundacją"), pozaziemskie planety z ziemskimi problemami mielismy w "Dziennikach gwiazdowych", a Amerykanie w "Star Treku". Nie była też jedyna: wystarczy wspomnieć "Trudno być bogiem" braci S., "Helikonię" Aldissa, powieści i opowiadania Zajdla. Była jednak najlepsza (w sumie nadal jest, bo wciąż pisze) w czym pomogła jej solidna wiedza antropologiczna.

Jej nazwisko na tyle często padało na Forum (także z moich ust), że postanowiłem założyć w końcu topic poświęcony tej Autorce i jej dokonaniom (w kolejce czeka już tylko Dick ;)).

Tytułem wprowadzenia w tematykę: Wszechświat LeGuin dziwnie przypomina ten startrekowy (przepraszam  :-X), bo też mamy tam różne planety, a na nich powtórki z ziemskiej rozrywki z ciekawymi zmianami, i usiłującą ogarnąć to międzyplanetarną pełną dobrych chęci organizację. (O ileż jednak mądrzej i głębiej są te społeczności przemyślane, i o ile bardziej pełnokrwiści są ich przedstawiciele.)

A to (w "Lewej ręce ciemności"; rzecz chyba tej autorki najlepsza) mamy społeczność - człekokształtnych pozatym - obojnaków zwykle bezpłciowych, w okresie rui przybierających płeć (raz taką, raz taką) co stawia na łbie sprawy płciowo-genderowe w naszym rozumieniu. (A przy okazji możemy zobaczyć jak bardzo biologia determinuje nam światopogląd.)

A to (we wspomnianych niedawno "Wydziedziczonych") poznajemy społeczność która swoich rewolucjonistów wysłała na (zdatny do zamieszkania) księżyc i teraz mamy kraj a'la Juesej, lecz z feudalno-monarszą przeszłością, toczący zimną wojnę z krajem realnego socjalizmu i lokalne "wietnamiki", a z księżyca (Anarres znaczy) przylatuje (jak wspomniałem) tamtejszy utopista-socjalista (genialny fizyk zresztą), którego rodacy oskarżali o "egoizowanie".

A to (w - słabiutkim zresztą - "Świecie Rocannona") poznajemy historię kosmicznego naukowca badającego feudalne społeczności pewnej zapóźnionej planety, by w koncu zżyć się z nimi (trochę a'la "13 wojownik"), a przy okazji zrozumieć ich telepatyczne możliwości.

A to (w - też nienajlepszej - "Planecie wygnania") mamy wtórnie "sfeudalniałych" osadników z Ziemi, zmuszonych dogadać się z humanoidalnymi tubylcami (dotąd obie społeczności trzymały dystans), by przetrwać katastrofalną, długoletnią zimę.

A to (w "Słowo 'Las" znaczy 'świat'") ludzie z Ziemi pchają się na chama (znów a'la Viet) na bezludną planetę, zamieszkałą za to przez traktowanych przez nich pogardliwie (do czasu) potomków małpiatek (tamtejsza ludzkość wymarła).

A to (w "Czterech drogach ku przebaczeniu") ukazuje się naszym oczom planeta gdzie Czarni (w sumie grafitowi) fundnęli niewolnictwo Białym (w sumie albinosom) a teraz trza się dogadywać, choć po jednej stronie potomkowie niewolników, po drugiej ich gnębicieli. I na tym tle historie obyczajowo miłosne. Dwu ex-niewolnic i dwojga obcoplanetarnych dyplomatów zakochanych w tubylcach; ona w "panu" on w ex- niewolnicy).

Jest jeszcze powieść ("Opowiadanie świata") o les. z Ziemi (opanowanej w międzyczasie przez front wstecznictwa jak ze snów Rydzyka ożenionego z Bushem) która uciekła przed homofobią i pamięcią o zabitej ukochanej do kosmicznej ("Federacyjnej" - wybaczcie, że mi się tak natrętnie kojarzy ;)) dyplomacji, a teraz bada planetę gdzie a'la Stalin i Mao jednocześnie zaczęto zwalczac stare "przesądy" (takie w tradycji tolerancji i taoizmu), a zbudowano dziwny ustrój łączący cechy korporacjonizmu, płytko pojętego scjentyzmu i komunistycznego totalitaryzmu, który gnębi ludzi, ale jednocześnie doprowadził do błyskawicznego (acz za cenę ofiar i wyrzeczeń) skoku cywilizacyjnego który pozwolił na sięgnięcie ku gwiazdom. (Rzecz jak dotąd ostatnia z cyklu, ale bardzo dobra, zabawne zresztą, że z amerykańskiej perspektywy lepiej widać ambiwalencję naszego minionego ustroju.)

Oraz (słabowita; i b. luźno związana z cyklem) historia "(Oko Czapli") pokojowego (a'la Gandhi) buntu pacyfistycznych uciskanych outsiderów, których (znów "sfeudalniała", i nieco totalitarna) społeczność ziemskich kolonistów wyrzuciła poza swój nawias za brak - cenionej tam - "twardości".

25
Hyde Park / Arthur C. Clarke
« dnia: Październik 05, 2009, 10:10:25 pm »
Mój ulubiony, po Lemie, autor SF. I jeden z nielicznych pisarzy tego nurtu, którzy znaleźli uznanie w mistrzowych oczach.

Człowiek, którego postać - i twórczość - powraca na niniejszym Forum jak bumerang. Autor znacznie bardziej nierówny od Lema, ale - jako anglojęzyczny - znacznie bardziej znany na świecie.

Chętnie z Wami podyskutuję o jego twórczości, konceptach, prognozach futurologicznych itd.

ps. bezpośrednią inspiracją dla załozenia tego wątku stała się dla mnie błahostka, otóż zwróciłem uwagę na powtarzalność pewnego motywu w twórczości A.C.C. Mianowicie dość podobnie wyobraził on spotkanie z formą życia funkcjonującą w upałach podbiegunowych okolic Wenus (w opowiadaniu "Before Eden" - tyt.pl. "Niedoszły raj" - z roku 1960) i z tą której przyszło żyć w wodach lodowatych oceanów krażącej wokół Jowisza Europy (w "Odysei kosmicznej 2010"). W obu wypadkach mamy do czynienia z czymś wielkim, pełzającym, mającym pewne cechy planktonu, łączącym cechy ziemskich roślin i zwierząt. I w obu wypadkach pierwsze zetkniecie z obcym życiem kończy się smutno. W obu też wypadkach latarka (a może szerzej: oświetlenie) odgrywa pewną (acz przeciwstawną) rolę.

   "Jerry dał za wygraną; choćby dlatego, że zbliżający się cud odebrał mu mowę.
   Nie wyzbył się wciąż wrażenia, że ma do czynienia z dywanem - miękkim i puszystym, obramowanym frędzlami. Przesuwając się, zmieniał swą grubość; w niektórych miejscach stawał się cieniutki jak błona, w innych wybrzuszał się na całą stopę lub więcej. Gdy podpełzł jeszcze bliżej, tak że można było dojrzeć jego fakturę, nieodparcie przywodził na myśl czarny aksamit. Jerry ciekaw był, jaki jest w dotyku, ale rychło opamiętał się - poparzyłby sobie palce, o ile tylko na tym by się skończyło. Przychodziły mu do głowy dziwaczne myśli w beztroskiej, nerwowej reakcji, jaka często następuje po ciężkim szoku: - Jeśli okaże się, że Wenusjanie istnieją, nigdy nie będziemy mogli im podać ręki. Oni by nas poparzyli, a my im odmrozilibyśmy palce.
   Dotychczas stwór nie dał po sobie poznać, że świadomy jest ich obecności. Sunął przed siebie jak bezwolna fala, bo i zapewne niczym innym w istocie nie był. Gdyby nie to, że bez trudu pokonywał niewielkie wzniesienia, mógłby ujść za spływającą szerokim strumieniem wodę.
   Raptem, podpłynąwszy na odległość ledwie dziesięciu stóp, aksamitna fala zatrzymała się. Jej prawa i lewa strona podsuwała się jeszcze, ale najbardziej do przodu wysunięty środek znieruchomiał.
   - Okrąża nas - powiedział z niepokojem Jerry. - Lepiej cofnijmy się, aż będziemy mieli pewność, że nic nam nie grozi. Odetchnął z ulgą, gdy Hutchins usłuchał i zrobił krok w tył. Po chwili wahania masa wznowiła swe powolne natarcie, a wklęsłość z przodu wyrównała się.
   Wówczas Hutchins znów postąpił krok naprzód - masa leniwie się wycofała. Kilka razy na przemian biolog robił krok do przodu i do tyłu, a żywa fala to przypływała, to odpływała w zgodzie z jego ruchami. Nie przypuszczałem, pomyślał Jerry, że dane będzie mi oglądać człowieka tańczącego w takt walca z rośliną...
   - Termofobia - orzekł Hutchins. - Czysto automatyczny odruch. Nie znosi naszego gorąca.
   - Naszego gorąca! - wykrzyknął zdumiony Jerry. Przecież my w porównaniu z tym świństwem musimy być żywymi soplami lodu.
   - My owszem, ale nie nasze kombinezony, co dla tej roślinki ma decydujące znaczenie. /.../
   - Zobaczymy, jak reaguje na światło - powiedział Hutchins. Zaświecił przywieszoną na piersi latarkę i zielona, jutrzenkowa poświata w mgnieniu oka pierzchła przed zalewem czysto białego blasku. Póki na tę planetę nie zawitał człowiek, białe światło nie skalało Wenus, nawet w jasny dzień. Jak w morzach na Ziemi, panował tu zielony półmrok, stopniowo gęstniejący, aż do nieprzeniknionej ciemności.
   Przemiana była tak niesamowita, że obaj aż krzyknęli z wrażenia. Jak za dotknięciem różdżki, zniknęła ponura czerń puszystego, aksamitnego dywanu, a na jej miejscu, w zasięgu światła latarki, pojawił się olśniewający deseń z pysznych, soczystych czerwieni przetykanych pasemkami złota. Żaden perski książę nie śmiał żądać od swych tkaczy wykwintniejszego kobierca, a przecież był to przypadkowy twór sił biologicznych. Ba, póki nie zaświecili latarek, te wspaniałe barwy w ogóle nie istniały i wraz ze zgaśnięciem obcego światła z Ziemi, które je wyczarowało, miały znów zniknąć.
   - Tichow miał rację - mruczał pod nosem Hutchins. Szkoda, że nie może tego zobaczyć. /.../
   Zobaczyli teraz, że cała ta istota - jeśli był to jeden osobnik, a nie kolonia - ma mniej więcej kształt koła o średnicy stu jardów. Sunęła po ziemi jak cień chmury pędzonej przez wiatr - a w miejscu, gdzie się zatrzymała, skały naznaczone były niezliczoną ilością maleńkich wgłębień, jakby wyżartych kwasem.
   - Tak - powiedział Hutchins, gdy Jerry zwrócił na to uwagę. - Właśnie w ten sposób odżywiają się niektóre porosty; wydzielają nie zbadane do tej pory kwasy, które trawią skalne podłoże. Ale dość już pytań - pogadamy po powrocie na statek. /.../
   Oglądali botanikę w akcji... Wrażliwy kraniec tego ogromnego roślinopodobnego stworzenia poruszał się ze zdumiewającą prędkością, usiłując wyminąć ich w bezpiecznej odległości. Mieli do czynienia jakby z ożywionym naleśnikiem o powierzchni jednego akra. Nie spostrzegli żadnej reakcji - prócz automatycznego unikania wydmuchiwanego przez termokombinezony gorącego powietrza - gdy Hutchins zapuszczał sondy i pobierał próbki."

1960

26
Jeśli wierzyć M. Oramusowi, Lem za młodu marzył o świecie, w którym ulubioną gazetą czytaną przy jedzeniu będą "Postępy fizyki", czyli świat, w którym Nauka będzie tak spopularyzowana, że wszyscy będą łaknąć dalszej jej popularyzacji ;D.

Dlaczego o tym piszę? Bo przez chwilkę otaczał mnie taki świat(ek), znaczy publiczność i organizatorzy tegorocznego Festiwalu Nauki. Dowiedziałem się m.in. jak leniwe bydlę z tej ewolucji (wymyśliła układ nerwowy i neocortex tylko raz*), i że za deprecjację roli układu nerwowego (jako siedliska "duszy") na rzecz serca odpowiada - któż by inny - Arystoteles. Posłuchałem dziekana Wydziału Geologii UW**, który (przy prawie pustej sali, co było smutne) rozprawiał się z mrzonkami ekologistów (np. na temat modnych wiatraków), ostrzegał przed składowaniem odpadów promieniotwórczych w kopalniach soli i tłumaczył, że dobrze wyprodukowane tworzywa sztuczne są znacznie przyjaźniejsze środowisku niż "produkty ekologiczne" (robione np. ze ścinanych drzew). Byłem też na tym wręczeniu***. Posłuchałem o tym jak to polski robot pierwszy zauważył narodziny czarnej dziury. I o tym, jak wypadamy na tle innych małp w zakresie umiejętności godzenia się (wykład wygłoszony z pozycji lemowskich - przebijania balonu człowieczej pychy).

Ale tak naprawdę kubeł zimnej wody wylała na mnie finalna debata o biologii syntetycznej. Nie, zasadniczo niczym mnie nie zaskoczyła. O badaniach conieco już poczytałem. O tym, że zagrożenie zawsze istnieje, też wiem. Więc ani się nie zasmuciłem, że do wszechmożliwości jeszcze daleko, ani mnie czarne scenariusze nie przeraziły. Po prostu gdy zobaczyłem salę głosującą w sposób jakiego się zasadniczo spodziewałem (zdecydowana większość za badaniami, ale i za prawnymi regulacjami tych badań, przy czym granice penalizacji uczestnicy debaty woleli by zostawić instytucjom naukowym - zaufanie do instytucji religijnych w tym względzie było minimalne, do czynników rządowych itp. władz też niezbyt duże) zrozumiałem, że jest to przekonywanie przekonanych. Mówiąc inaczej, że wiedzy o postępie naukowym łakną ci, którzy tą wiedzę już posiadają, i że tylko tacy sięgają po teksty popularyzatorów, uczestniczą w debatach tego typu itp.****

I szczerze zwątpiłem czy świat o jakim marzył młody Lem jest możliwy. (Choć nadal będę na wszelkie możliwe sposoby otaczał się namiastkami takiego świata - to Forum jedną z nich, w skrytości ducha podejrzewam Was bowiem o czytanie prasy popularnonaukowej przy jedzeniu, ostatecznie te linki z newsami z powietrza się nie biorą ;).)

(Z drugiej strony jednak, taki np.analfabetyzm zwalczono, więc może niepotrzebnie drę szaty?)

A Wy co sądzicie o możliwościach masowej popularyzacji wiedzy (i szansach spełnienia wczesnolemowych ;) marzeń)?


* Tak serio to odważyłbym się wyciagnąć wniosek, że widać ten układ nerwowy i ta kora nowa dały takiego ewolucyjnego kopa swym posiadaczom, że raczkująca konkurencja nie ma szans (btw. dziwne, że - o ile wiem - żaden kreacjonista nie wyskakuje z neocortexem, który był zmianą wręcz rewolucyjną, widać jeszcze wieści o tym do nich nie dotarły ;))

** Pogadaliśmy chwilę, o "kryzysie energetycznym", twierdził, że bzdura, że surowca dość się znajdzie, tylko trzeba nowe technologie pozyskiwania energii rozwijać, bo Ziemia nie tylko węgiel kamienny i ropę kryje. (Nawiasem mówiąc: okazał się czytelnikiem Lema :).)

*** Nagrodzone teksty. Naprawdę dobre. Jedne bo mówią o rzeczach ogólnie nieznanych, inne - przeciwnie, bo systematyzują rzeczy oczywiste. Wszystkie zaś naraz przywracają mi wiarę, że można o badaniach naukowych informować i rzetelnie, i przystępnie (ciekaw jestem czy Term czytał pierwszy z nich ;)).
http://wyborcza.pl/1,75400,7085310,Co_rozpala_umysly__ktorych_nikt_nie_rozumie_.html
http://wyborcza.pl/1,75476,6448687,Homeopatia__czyli_uzdrawianie_woda____z_mozgu.html
http://wyborcza.pl/1,75400,7085293,Nocebo__czyli_chorzy_z_przekonania.html
http://wyborcza.pl/1,75400,7085298,Sztuka_odwlekania.html
http://wyborcza.pl/1,75400,7085287,Wiadomosci_z_Hadesu.html
(Miałem też chwilkę wewnętrznej dumy - członkowie jury nie wiedzieli co to nocebo przed przeczytaniem tekstu, ja wiedziałem ;).)

**** zdecydowana wiekszość obecnych na sali miała - przynajmniej rozpoczęte - studia, wszyscy wyglądali też raczej schludnie i inteligentnie, stanowczo nie był to statystyczny przekrój dorosłej części społeczeństwa, niestety (inna rzecz, że gdyby był, to nie wiem czym by się ta debata skończyła ::))

27
Forum po polsku / "Komandor Koenig do bazy..."
« dnia: Maj 26, 2009, 01:42:56 pm »
Z tego co zauważyłem, na tym zacnym Forum spora jest (a raczej była w dniu jego narodzin) grupa wielbicieli serialu "Space: 1999" (nie dziwota zresztą, kiedyś oglądali to wszyscy zainteresowani SF).

Szukając całkiem czego innego znalazłem piękne recenzje wydobywające z odcinków tego "Kosmosu..." więcej niż byłem w stanie się w nich doszukać, i to mi tak jakoś sentyment obudziło:
http://reflectionsonfilmandtelevision.blogspot.com/2005/07/cult-tv-flashback-2-space1999s-force.html
http://reflectionsonfilmandtelevision.blogspot.com/2009/05/cult-tv-flashback-73-space1999-dragons.html
http://reflectionsonfilmandtelevision.blogspot.com/2008/04/johnny-byrne-thought-of-day-5.html
http://reflectionsonfilmandtelevision.blogspot.com/2008/04/johnny-byrne-thought-of-week-6.html
(Swoją drogą o "Odysei kosmicznej" czy "Star Treku" ten pan równie ładnie pisze.)

Grzebałem dalej, i znalazłem dwie całkiem fajne strony o nim, tym "Kosmosie..":
http://www.space1999.net/~spazio/
http://www.space1999.net/~catacombs/cybermuseum/
a na jednej z nich prawdziwe cudo - Moonbase Alpha Technical Notebook:
http://www.space1999.net/~catacombs/cybermuseum/MATN/matnindex.html

oraz informacje o innym (bodaj nawet ciekawszym, bo bliższym wymogom hard SF), projekcie tej samej ekipy:
http://reflectionsonfilmandtelevision.blogspot.com/2008/12/cult-movie-review-day-after-tomorrow.html
http://www.fanderson.org.uk/epguides/tdateg.html

No i tak se siedzę i wspominam

powspominacie ze mną? :)




ps. Co ciekawe "Space: 1999" miał być (jak na ambitne przedsięwziecie przystało) połączeniem zalet (kultowych wtedy w kręgach kosmicznie zorientowanych ;)) "Odysei kosmicznej" i "Star Treka", i w tym celu zatrudniono specjalistę od scenografii i F/X z "Odysei...", a potem dodano mu do pomocy jednego z startrekowych producentów (skądinąd tego odpowiadajacego za najsłabszy sezon filmidła). Niestety - mimo pięknej, realistycznej, scenografii - serial połączył estetyki obu tych produkcji bardzo zgrzytliwie, i powierzchownie: imitowanie "2001..." dało w efekcie napuszoną, pretensjonalną nudę (tak, językiem "Odysei...", czy "Solaris", można mówić jesli ma się do powiedzenia tyle co Kubrick, czy Tarkowski, inaczej ryzykuje się nieuniknioną śmieszność), i pozbawionych wyrazistych cech bohaterów, imitowanie "ST" - kretyńskie scenariusze* i spore stężenie kiczu (zwłaszcza w drugim sezonie). Czyli otrzymaliśmy w efekcie drewnianych bohaterów nachylających się z nadętą powagą, nad (nie mającymi nic wspólnego z jakąkolwiek naukowością) problemami wziętymi z kina klasy B (jeśli nie Z) i wiarygodnie wyglądających kosmonautów spotykających campowych Obcych rodem z balu przebierańców. Choć oglądało się to, oglądało, zwłaszcza jak się młodym było, i o Kosmosie marzyło.

Tym niemniej była rzecz, która czyni ten serial niezapomnianym - naprawdę znakomita, realistyczna  scenografia, nad którą długo mógłbym piać z zachwytu, i która dziś robi wrażenie niemniejsze niż wtedy, tak pięknie to wszystko (baza, "Orły") od strony technologicznej dopracowane. To ona powoduje, że wspominam ten serial tak miło po latach. I może jeszcze jedno, fakt, że - w ułomnej zreszta formie - dawał ów "Kosmos..." czasem poczuć na karku oddech Nieznanego, zwłaszcza w pierwszym sezonie** (podczas gdy np. w "Star Treku" zwykle wszystko kawa na ławę). (Było to wszystko na tyle hipnotyczne, że mógł się człowiek jak pilot Pirx poczuć ;D.)

(Aha: maźku zajrzył do poczty, przesłałem Ci więcej "znalezisk" z tego zakresu, którymi nie chcę już Forum zamulać...)


* pod względem scjentyficznej akuratności ponoć daleko za "Star Trekiem" nawet...
** ładnie się to Nieznane zresztą komponuje z tym o czym dziś ANIEL-a wzmiankowała :)

28
Forum po polsku / Pirx po węgiersku???
« dnia: Maj 21, 2009, 12:40:58 am »
Jeszcze a'propos Pirxa -Google mi wyrzuciło jakąś węgierską ekranizację przygód owego pilota, tak na oko bijącą stopniem śmieszności wszelkie czeskie ekranizacje "Obłoku...", wschodnioniemieckie "Astronautów", piestrakowe "Pirxa", a nawet "Kosmosy 1999" i "Star Treki"...

Słyszeliscie co o tym cudzie?
http://retronom.hu/index.php?q=node/6727
http://www.imdb.com/title/tt0420072/

Bo dla mnie jest to zaskoczenie kompletne...

Edit: jest i fragmencik:

29
Akademia Lemologiczna / Akademia Lemologiczna [Golem XIV]
« dnia: Kwiecień 15, 2009, 08:33:16 pm »
Nie jest to typowy wątek "Akademii Lemologicznej", zaczęło się tyleż niepozornie, co niespodziewanie, od tej wypowiedzi, konkretnie od fragmentu:

Cytuj
Przecie tam GOLEM wygłasza jednak tym ludziskom kazania zanim odejdzie, czyli mimo to "uważa" (w cudzysłowie, po wszak był to Nikt), a raczej sobie wykalkulował, że jednak warto, że jest do kogo gadać, że zrozumieją... Nie spisał ich (tzn. nas) do cna na straty.

Dyskusja jednak rozrosła się tak dalece, i na tyle w niej tematykę tytułowego Dzieła zgłębiliśmy, że uzasadnionym się zdaje - w drodze wyjątku - nadanie jej akademijnej rangi.

30
Forum po polsku / "Pożytek ze smoka", a kryzys finansowy w USA...
« dnia: Październik 10, 2008, 07:24:39 pm »
Wszyscy z pewnością słyszeliśmy o kryzysie finansowym za Wielką Wodą.

By zrozumieć o co tam chodzi należy wyjść od mechanizmu kreacji pieniądza, który powoduje, że na rynku krąży znacznie więcej wirtualnego pieniądza niż go realnie istnieje, przez co wszyscy (jako globalna społeczność) chcąc-niechcąc rozwijamy się i żyjemy na kredyt.

Czy absurd sytuacji, w której wirtualne pieniądze pobudzają wzrost gospodarczy nie przypomina Wam absurdalności sytuacji w której dźwignią rozwoju był smok? (Choć w czasie gdy utwór ten powstawał o inne absurdy chodziło)

"— No... przecież łożycie na smoka moc pieniędzy!
— I cóż, miałoby się je rozdawać obywatelom w postaci darów? To jest sprzeczne z podstawami wszelkiej gospodarki ! Widzę, że pan nie zna się na ekonomii. Kredyty przeznaczone na ten eksport rozgrzewają nam koniunkturę. Powiększają obroty.
— Ale powiększają też samego smoka — przerwałem mu. — Im intensywniej go karmicie, tym staje się większy, a im staje się większy, tym większy ma apetyt. Co to za kalkulacja? Przecież on was w końcu pożre!
— Nonsens — oburzył się profesor. — Banki księgują kredyty jako aktywa!
— Niby, że to są zwrotne pożyczki? I co, zwróci je tą plasteliną?
— Proszę nie chwytać mnie za słowa. Gdyby nie smok, dla kogo produkowalibyśmy specjalne rurociągi, którymi tłoczy mu się kleik? Proszę pomyśleć — rurociągi to huty i stalownie, i walcownie, i maszyny spawalnicze, i środki transportu, i tak dalej. Smok ma potrzeby realne. Pojmuje pan, czy nie? Produkcyjnych potrzeb nie można brać z powietrza! Fabrykanci nie będą nic produkować, jeśli mieliby swoje wytwory rzucać do morza. Co innego konkretny odbiorca. Smok jest olbrzymim, niezmiernie chłonnym rynkiem zagranicznym, o kolosalnym popycie..."


Ekonomiczne absurdy nie są, jak widać, specjalnością li tylko "realnego socjalizmu"...

Strony: 1 [2] 3