Pokaż wiadomości

Ta sekcja pozwala Ci zobaczyć wszystkie wiadomości wysłane przez tego użytkownika. Zwróć uwagę, że możesz widzieć tylko wiadomości wysłane w działach do których masz aktualnie dostęp.


Pokaż wątki - HokoPoko

Strony: [1]
1
Forum po polsku / Humor uczonego albo niebieskie pająki
« dnia: Lipiec 20, 2019, 09:33:14 am »
Fragmenty przedmowy Stanisława Lema do zbioru opowiadań Smutek spełnionych baśni Józefa Kozieleckiego (fragment jednego z opowiadań tutaj)

*

Wśród licznych przymiotów, jakie winien objawiać uczony, nie ma humoru. Uczony nie może ogłaszać badawczych wyników z przymrużeniem oka ani formułować niepoważnych hipotez. Przedmiotem naukowych badań może być wszystko, więc i humor. Lecz i jego badacz musi zachować w robocie powagę. To że trzeba naukę uprawiać serio, lub wcale, nie wymaga chyba wyjaśniających uzasadnień. Nauka ma dochodzić jednoznacznych prawd jako sąd sprawiedliwy nad naturą świata i człowieka. Jakże mógłby się taki sąd natrząsać wyrokami z podsądnego czy ze słuchaczy asystujących wymiarowi sprawiedliwości? Siłą tych rzeczy literatura jest szersza od nauki o humor. Pisarz ma przywileje, których pozbawiony jest naukowiec. Stąd o humorystyce literackiej wie każdy, o naukowej – prawie nikt. W pracy zawodowej i wystąpieniach publicznych uczony ma powściągać intencję żartu, co bywa mu rygorem tym surowszym, że rozum idzie w parze z wyobraźnią, a ta – z poczuciem humoru. Co prawda i do szerszej publiczności docierają swoiście żartobliwe, kryjące poważną treść powiedzenia sław naukowych, jak choćby słynne uwagi Einsteina w rodzaju „Bóg nie gra ze światem w kości” (aforystyczna odmowa zgody na kwantową zasadę nieoznaczoności) czy „Pan Bóg jest wyrafinowany, lecz nie jest złośliwy” (credo optymistycznego poznawczo światopoglądu). Nie trzeba jednak tłumaczyć, że aforyzmy takie należą do historii nauki, do jej folkloru, lecz nie do korpusu jej merytorycznych orzeczeń.

Cóż więc się dzieje z humorem uczonych? Co robią z nim nawoływani do zachowania powagi przez metodologię? Żartują na użytek wewnętrzny – zawodowego środowiska. Jest to działalność tak intensywna, że utworzyła specjalne pisma, periodyki dla wtajemniczonych, popularne zwłaszcza w akademickich kręgach krajów anglosaskich. Ta na poły prywatnie uprawiana humorystyka ma ponad prywatną rangę, nie myślę bowiem, żeby tylko przez przypadek tam padało najwięcej Nagród Nobla, gdzie owa humorystyka jest najwyższa. Jednakowoż nie każdy może nad nią boki zrywać. Aby śmiać się z fizykami z ich żartów, trzeba zwykle znać co najmniej mechanikę kwantową. Humor uczonych jest więc hermetyczny – zamyka się w kręgu znawców. Przez to też obiegowy obraz uczonego i dziś jest dosyć daleki od nieoficjalnej rzeczywistości.

Gdy jednak badacz przekracza granicę dzielącą państwa literatury i nauki, kiedy bawi się w literata, zdobywa przywileje zawarte w haśle „licentia poetica". Inna rzecz, że takich śmiałków nie ma w nauce wielu, a ci uczeni, którzy nawiedzają region literackiej fantastyki, nie chcą lub nie umieją z nowego przywileju korzystać. Skutki tej powściągliwości są raczej kiepskie. Nie chciał bym wznawiać tu pretensji względem Science Fiction, bo tyle razy już źle o niej mówiłem, do rzeczy będzie jednak uwaga, że nagminna nieobecność humoru w SF jest jeszcze jednym świadectwem jej pośledniości. Ten, kto sadzi się na zbyt wysokiego konia, ten, kto jest snobem, ten, kto wyrokuje o kwestiach, o jakich nie ma pojęcia, kto pasuje się samozwańczo na proroka, znawcę przyszłości, zawsze dba o śmiertelną powagę. Śmiertelną, czyli zabójczą, czyli nudną. Humor, jeśli pojawia się w SF, jest wysilony, powierzchowny, płaski i niemądry. Nie jest to humor nasycony pierwiastkiem intelektualnej refleksji czy krytycyzmem poznawczym, tak typowym właśnie dla racjonalnego humoru uczonych.

(...)

Musi to być refleksja rozważna, bo autor krzyżuje w swojej kronice naukową problematykę i naukową herezję sposobem porządnie perfidnym. Nie obeznanemu z typem humoru właściwego zawodowcom nauki przyda się może taki wiatyk przy lekturze „Smutku spełnionych baśni”: ich skryta intencja jest zarazem poważna i niepoważna. Nie rozszyfrowana właściwie, objawi się jako czasem zabawna, a czasem tylko zaskakująca dziwaczność. Otóż trzeba sobie powiedzieć, że to nie są puste żarty, płody byle jako rozigranej wyobraźni – że w tej „kronice” idzie o coś ponad zabawę, chociaż element zabawy jest w niej obecny. Humor fantastyki Kozieleckiego jest złośliwie racjonalny jako konsekwencje wysnute z (typowego dla wszelkiej fantastyki) założenia „co by było, gdyby”. Co byłoby mianowicie, gdyby liczne uroszczenia współczesnej nauki lub strachy współczesnej cywilizacji miały się urzeczywistnić „galopem”. Gdyby to, co krytycy naukowych osiągnięć zwą „instrumentalnym imperializmem” współczesnej nauki, mogło przybrać postać spełnień w skrótowych przyspieszeniach. Gdyby podług mniej i bardziej wiarygodnych hipotez ad hoc, podług rozlicznych teorii (psychologicznych zwłaszcza, choć nie wyłącznie) umysłowość ludzką można było przefasonowywać sposobem aż błyskawicznym. Tkwi więc w „Smutku spełnionych baśni” ostrze satyry skierowanej w życiowy przed miot badań autora. A nuta sceptycyzmu, objawiającego się karykaturalnością rysunku w tej kronice, jest jakby trzeźwiącą autoterapią, jaką ów uczony psycholog stosuje wobec swej dyscypliny.

(...)

Ironia jest bowiem skierowana jednocześnie przeciw symplifikacjom biorącym za oczywistość – ów stan doskonały, jaki miałoby przynieść urzeczywistnienie niezliczonych naszych mglistych marzeń. Gdy mianowicie wyobrazić sobie logicznie klarownym sposobem, do czego by takie wyborne spełnienia doprowadziły, okazuje się, że do utrącenia innych naszych marzeń czy nadziei.

(...)

Tu naprasza się taka jeszcze uwaga. Potoczne jest dziś mniemanie, jakoby wszelka fantastyczność w literaturze musiała nieuchronnie ciążyć ku Science Fiction z jej sensacyjnie monotonnymi fabułami i z jej ciężkim osprzętem technicznym. Mniemanie to jest z gruntu fałszywe. Prawdziwa jest tylko agresywność, z jaką Science Fiction sąd ów umiała narzucić opinii. Lecz właśnie ten niewielki tom pokazuje, jak proste środki wystarczą, by ujść zagrożeniom pseudonaukowo wysilonej imaginacji.

(...) W „Smutku spełnionych baśni” role ulegają odwróceniu: to nie jacyś „uczeni wariaci” doprowadzają do panicznych konwulsji ludność angielskiego hrabstwa, pomyleńcy, co uciekli z domu obłąkanych i póty grasują, póki ich się tam na powrót nie zamknie. To sam „postęp cywilizacyjny”, groteskowo przyspieszony, lecz w osnowie nie zmyślony, stwarza ów farsowy wrzątek. Co prawda wysokiej temperatury problemów czytelnik „Smutku...” może nawet nie zauważyć, bo staroświecka rama kroniki-gawędy, bo kameralność aż do naiwności ściszonego komentarza i wreszcie ta nadana narratorowi własność, którą określiłbym jako zanik zdolności zdumiewania się czymkolwiek (zanikowi temu podlegamy wszyscy w rosnącym stopniu), tworzą „układ optyczny pomniejszania wagi” pokazywanego. Ta książeczka jest napisana ścichapęk – ani tak niewinna, ani tak „zabawowa” w konceptach, na jaką wygląda. (...)


2
Hyde Park / Po fiasku
« dnia: Styczeń 08, 2009, 05:42:46 pm »
Dalszy ciąg z Akademii rozważań o fiaskach
http://forum.lem.pl/index.php?topic=534.msg29386;boardseen




A kto powiedział, że przeżył?

Niby nikt, ale zero żałoby, zero poszukiwania zwłok, choćby jakim skanem. Czyli, ani chybi, milczenie o nim jest celowe. A skoro tak, domniemywam, że wielki come back szykujesz, i to pewnie powrót w glorii, jako tego, co cywilizację kwintańską widział z bliska ;).

Q, Ty zdecydowanie za dużo fantastyki czytasz  ;D
Myślałem, że z tym przeżyciem chodziło Ci, że przeżył po ataku Hermesa, a tu jeszcze sugerujesz, że i trzęsienie ziemi przeżył... A pewnie! Przecież te nowoczesne kombinezony są wyposażone w witryfikatory, więc go odkopią i znowu odmrożą  ;D ;D
Tak na marginesie - to nie był Pirx, tylko ten młody. Mógłby to być też młody Pirx, ale na pewno nie Pirx z Ananke.


Cytuj
do powrotu mają jeszcze cztery miesiące. Co, mają bezczynnie wisieć bez grawitacji?  ;D

Toć prawie psychopatów z nich robisz. Planetę ostrzelali, a tu zero wyrzutów sumienia (nie my winni jeno bezlitosne procesy, teoria gier etc.), zero hamletyzacji, tylko planowanie dalszych strategii. Prawie, prawie mi to bohaterami filmidła-Verhoevena-na-motywach-Heinleina zapachniało. Widzisz ich, aż tak zaślepionymi?
Bez przesady. Steergard hamletyzował wcześniej i nic dobrego z tego nie wynikło... A o tych Ver... i Hein... nie słyszałem  8)

3
Forum po polsku / Przyszło nowe... olaboga laboga...
« dnia: Maj 09, 2008, 04:43:31 pm »
A tak pięknie było... i nagłówek przyzwoity mieliśmy i emotikony do rzeczy, i kolory niefioletowe... oj tak, przemija postać tego świata...

Maziek, biedaku, coż za siła kosmiczna Twój awatar stłamsiła!!

4
Forum po polsku / Splątane koty
« dnia: Czerwiec 01, 2006, 11:23:32 am »
W numerze styczniowym rosyjskiej Prirody znalazł się opis niezmiernie ciekawego eksperymentu z zakresu mechaniki kwantowej. Doświadczenie finansowane w pełni przez rosyjski rząd przeprowadzone zostało w Zjednoczonym Ośrodku Badań Jądrowych w Dubnej w ostatnim kwartale zeszłego roku i przez wielu uznawane jest za jedno z najistotniejszych osiągnięć rosyjskiej nauki od czasu umieszczenia na orbicie okołoziemskiej stacji kosmicznej Mir. Wielu widzi w tym eksperymencie również przejaw odradzania się rosyjskiego potencjału badawczego, podupadłego bardzo poważnie w czasie pierestrojki.
Pomysłodawcą, jak i opiekunem całego przedsięwzięcia jest profesor Walery Scubancew, genijalny młody (bo dopiero trzydziestoośmioletni) rosyjski fizyk relatywista, o którym autor artykułu wypowiada się w samych superlatywach i wróży mu karierę na miarę najznakomitszych geniuszy nauki.

Punktem wyjścia do zupełnie teoretycznych z początku rozważań Scubancewa był eksperyment myślowy zaproponowany już przeszło siedemdziesiąt lat temu przez Erwina Schrodingera. Chodzi oczywiście o jeden z poważniejszych problemów poznania naukowego, dyskutowany już setki razy i przy najrozmaitszych okazjach słynny paradoks kota Schrodingera.
Otóż profesor Scubancew skonstatował, że skoro do kota zamkniętego w pudle stosują się pewne założenia mechaniki kwantowej, to nie ma żadnych absolutnie powodów, by nie stosowały się doń wzystkie teorie i przewidywania tyczące tego zagadnienia - co wiecej, Scubancew zasugerował, że powinny obowiązywać tutaj również rozmaite teorie pokrewne. Tym sposobem rosyjscy naukowcy postanowili do kwantowego kota zastosować efekt EPR (Einstein-Podolsky-Rosen), czyli poddać koty zjawisku splątania. Efekt EPR polega na tym, że gdy dwie cząstki są w stanie kwantowego splątania, zmiana stanu jednej z nich natychmiast odmienia stan drugiej - i ważne tutaj jest to "natychmiast", gdyż efekt zachodzi niezależnie od odległości między takimi cząstkami, nie ma więc ograniczenia na maksymalną szybkość, jaką, dla wszystkich innych procesów, jest prędkość światła w próżni.

Oryginalny ekperyment myślowy Schrodingera zmodyfikowano, gdyż kot martwy czy też tylko potencjalnie martwy nie bardzo byłby przydatny do rozmaitych późniejszych zastosowań. Tak więc zamiast trucizny, która by kota uśmierciła, wyzwalany rozpadem promieniotwórczej cząstki automat serwował kotu kieliszek czerwonego wina - toteż stan kota w rosyjskim eksperymencie był superpozycją nie kota żywego i martwego, lecz kota trzeźwego i podpitego. Do splątania potrzebna jest oczywiście para kwantowych kotów, toteż eksperyment przerowadzonow w sposób następujący. Trzy specjalnie przygotowane pojemniki połączono ze sobą w taki sposób, że w pojemnikach bocznych znajdowały się koty oraz autoaty serwujące wino, zaś pojemnik znajdujący się w środku miał służyć za miejsce "właściwego" eksperymentu, czyli w nim właśnie miało dojść do splątania zwierząt. Przejścia z pojemników bocznych do środkowego zamykane były przy pomocy specjalnej zasuwy.
Na pierwszym etapie eksperymentu koty, Borysa i Wladia, umieszczono w osobnych komorach i podłączono automaty serwujące wino. Przejście do komkory środkowej było oczywiście zamknięte. Po szesciu godzinach, kiedy już nikt nie mógł być pewien stanu żadnego z kotów, a więc kiedy ich stan można było określić tylko przy pomocy odpowiedniej funkcji falowej, otwarto przejście do komory środkowej (oczywiście uczyniono to zdalnie, z zachowaniem wszelkich środków ostrożności, dzięki czemu udało się uniknąć przypadkowej dekoherencji kotów).
Środkowa komora była pusta, tylko na podłodze leżał spory kłębek wełny, a z głośniczka ukrytego w ścianie dobiegały rozmaite szmery, których zadaniem było zwabienie kotów. Co dokładnie robiły koty w tym konkretnym przypadku, tego nie wiadomo, gdyż w celu uniknięcia niekontrolowanego zewnętrznego wpływu, który mógłby się przyczynić do redukcji funkcji falowej któregoś z kotów, zrezygnowano z jakiegokolwiek monitorowania środkowego pomieszczenia. Jednak na podstawie wcześniejszego eksperymentu próbnego można przypuszczać, że koty niezależnie od "kwantowego" stanu spowodowanego wypiciem lub nie czerwonego wina, zaczęły w końcu zabawę z kłębkiem wełny, biegając przy tym, fikając koziołki, a pewnie i przewracając się wzajemnie. A jako że nie były to koty w stanie ustalonym, lecz superpozycje kotów podpitych i trzeźwych, czyli koty z rozszczepionymi funkcjami falowymi, to w skutek tego koziołkowania i biegania funkcje falowe kotów się między sobą najpierw zapętliły, a w końcu splątały na dobre. Tym sposobem doszło do splątania kwantowych kotów.
Zwierzęta zmęczyły się w końcu, a być może także poczuły pragnienie, więc wkrótce każde z nich wróciło do swojej komory. W pojemnikach zainstalowane były czujniki podczerwieni, które zasygnalizowały naukowcom, że pora ponownie zamknąć zasuwy i oddzielić splątane już koty (czujniki te nie miały oczywiście żadnego wpływu na ewentualną dekoherencję zwierząt, gdyż stan kotów nie był superpozycją obecnego i nieobecnego, lecz trzeźwego i podpitego - a pod tym względem czujniki nie miały nic do powiedzenia).



Strony: [1]