Autor Wątek: O Lemie napisano  (Przeczytany 410554 razy)

Hoko

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 2828
    • Zobacz profil
Odp: O Lemie napisano
« Odpowiedź #1050 dnia: Listopad 14, 2022, 12:51:42 pm »

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 6423
    • Zobacz profil
Odp: O Lemie napisano
« Odpowiedź #1051 dnia: Listopad 14, 2022, 06:41:26 pm »
uderz w stół...  ;D
https://kompromitacje.blogspot.com/2022/11/lem-verne-bialoborski-i-powaga-liczb.html
;D
Aż strach pisać krytyczne... Ciekawe, kiedy dopisał ów białoborski aneks.
Obecnie demokracja ma się dobrze – mniej więcej tak, jak republika rzymska w czasach Oktawiana

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 6544
    • Zobacz profil
Odp: O Lemie napisano
« Odpowiedź #1052 dnia: Listopad 14, 2022, 09:36:42 pm »
uderz w stół...  ;D
https://kompromitacje.blogspot.com/2022/11/lem-verne-bialoborski-i-powaga-liczb.html
;D
Aż strach pisać krytyczne... Ciekawe, kiedy dopisał ów białoborski aneks.
Oj sypie się Kompromitant: Pisząc wiele lat temu tę notkę o perypetiach Stanisława Lema z Juliuszem Verne’em, na śmierć zapomniałem o inżynierze Eustachym Białoborskim...

Zapomniałby o takim krytyku?  Na czyją śmierć?
Podejrzane to wysoce ;D

W każdym...zajrzałam do jego nowości i o Lemie mamy trochę zwietrzałe, ale jednak - dwie recenzje książek: Orlińskiego (PRL) i Gajewskiej (Zamek).
https://kompromitacje.blogspot.com/2022/01/lem-skomentowany.html
https://kompromitacje.blogspot.com/2022/05/zycie-stanislawa-lema.html

Muszę powiedzieć, że przez chwilę pomyślałam, że pomyliłam strony:

Komentarz [Orlińskiego - Ol] jest wprawdzie obszerny, zajmuje nieco ponad jedną piątą tej prawie pięćsetstronicowej książki, niemniej samego Lema jest tam bez porównania więcej. To dobra wiadomość i zarazem wystarczające uzasadnienie decyzji wydawniczej, bo Lem był pisarzem takiej miary, że z jego życia warto ocalić dla potomności wszystko, z kwitami z pralni włącznie, więc co dopiero listy.

...i nawet się miejscami zgadzam oraz się ubawiłam ;D
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Lieber Augustin

  • God Member
  • ******
  • Wiadomości: 1959
    • Zobacz profil
Odp: O Lemie napisano
« Odpowiedź #1053 dnia: Listopad 14, 2022, 10:06:42 pm »
uderz w stół...  ;D
https://kompromitacje.blogspot.com/2022/11/lem-verne-bialoborski-i-powaga-liczb.html
Pozwolę sobie małą dygresję dywagacyjną :)

Skąd tam ten Verne? Otóż Lem w swojej odpowiedzi zaproponował Białoborskiemu, by na podobnej zasadzie poddał "surowej krytyce" również słynne powieści fantastyczno-naukowe z przeszłości. Między innymi powieści Verne'a W 98 godzin z Ziemi na Księżyc oraz 80 000 mil podmorskiej żeglugi (tytuły powtarzam wiernie za Lemem) [21]
[21] ...
Nb. gdyby Białoborski rzeczywiście był takim małostkowym skrupulantem, jakim go malują przepracowani dziennikarze, z pewnością wypomniałby gdzieś Lemowi, że nawet dobrze nie pamięta tytułów książek Verne'a, które przywołuje, bo godzin naprawdę jest 97 (i dwadzieścia minut), a mil oczywiście dwadzieścia tysięcy. Ale, o ile wiem, nie wypomniał.



Gwoli ścisłości: wygląda na to, że pan Kagan również nie ma słuszności co do liczby mil przebytych przez "Nautilusa". Oryginalny tytuł powieści Juliusza Verne’a brzmi: Vingt mille lieues sous les mers, czyli 20 000 lig podmorskiej żeglugi.
I tutaj możliwe są warianty.

 Warto zwrócić uwagę, że w tytule jednostką długości jest lieue (domyślnie: lieu marine – liga morska, w odróżnieniu od ligi lądowej we francuskim także lieue) równa trzem milom morskim (5556 metrów), zatem tytuł francuski de facto mówi o trzykrotnie dłuższym dystansie niż jego polska wersja.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Dwadzieścia_tysięcy_mil_podmorskiej_żeglugi

Ale nie wykluczono, że w powieści chodzi o francuską ligę metryczną, która wynosi dokładnie 4 km:
https://fr.wikipedia.org/wiki/Lieue#:~:text=La%20lieue%20m%C3%A9trique%20fran%C3%A7aise%20vaut%20exactement%204%C2%A0km

Moim zdaniem, na rzecz tej drugiej wersji przemawia fakt, że w starych rosyjskich tłumaczeniach powieść nosi tytuł 80 000 вёрст под водой, a w radzieckich - 80 000 километров под водой, czyli 80 000 wiorst/km pod wodą.
Najprawdopodobniej właśnie stąd się wzięło przejęzyczenie Patrona.

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 14710
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: O Lemie napisano
« Odpowiedź #1054 dnia: Listopad 14, 2022, 11:36:35 pm »
uderz w stół...  ;D

Mówisz, że Rojt czai się jak kusznik za węgłem... znaczy... nas czyta?  :)

Ciekawe, kiedy dopisał ów białoborski aneks.

Dzisiej, czyli 14 Novembris.

Oj sypie się Kompromitant

Sugerujesz, że czas na powstanie bloga Kompromitacje Ebenezera Rojta? 8)

wygląda na to, że pan Kagan

Mniemasz, że Ebenezer R. to kolejne wcielenie Lecha K.? Gugla sufluje, że raczej Lecha S., choć pewne podobieństwa da się wychwycić...
« Ostatnia zmiana: Listopad 14, 2022, 11:44:58 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Lieber Augustin

  • God Member
  • ******
  • Wiadomości: 1959
    • Zobacz profil
Odp: O Lemie napisano
« Odpowiedź #1055 dnia: Listopad 15, 2022, 08:27:12 am »
Mniemasz, że Ebenezer R. to kolejne wcielenie Lecha K.? Gugla sufluje, że raczej Lecha S., choć pewne podobieństwa da się wychwycić...
A diabli ich wiedzą. Czemuś tak mi się wydało. No, trochę spudłowałem :)

Acz z drugiej strony, istnieje i taka opinia:
Ebenezer Rojt aka Lech Stępniewski to osoby fikcyjne, tzn. ukrywa się za nimi kto inny.
https://forum.gazeta.pl/forum/w,13,139536626,139536626,Ebenezer_Rojt.html
 :-\

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 14710
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: O Lemie napisano
« Odpowiedź #1056 dnia: Listopad 15, 2022, 09:45:47 am »
Acz z drugiej strony, istnieje i taka opinia:

Fikcja w fikcji, fikcją pogania... Labirynt borgesowski (Jorgego nie obrażając)? ;)
Hmm... Może to jednak jest jakiś konkretny trop?
https://ifispan.pl/members/lech-stepniewski/

Tymczasem mam znowu coś długaśno-parowskiego. Mianowicie w tomie "Wasz cyrk, moje małpy", stanowiącym pożegnanie redaktora M.P. ze światem, znajdziemy wywiad z J.J. i cykl chwalących Mistrza wypowiedzi młodszych autorów polskiej SF/fantastyki. Ponownie - pozwolę sobie przytoczyć w całości:

O LEMIE Z JEGO PROROKIEM
Rozmowa z profesorem Jerzym Jarzębskim
(2005)

MACIEJ PAROWSKI: Nasze pokolenie odkrywało Lema na własny ra-
chunek, wbrew szkole. W 1961–1962 roku w powieści Solaris trafiłem na
niezwykłe sceny z mordowaną po wielokroć kobietą odtwarzaną przez ko-
smiczny ocean. W 1964 roku, po maturze, dzięki lekturze Obłoku Magel-
lana dotknąłem tajemnic wszechświata. Rewelacyjny Test z perypetiami
kadeta Pirxa podczas symulowanego lotu znalazłem w starym „Młodym
Techniku” dopiero na studiach.
JERZY JARZĘBSKI: Moje pierwsze spotkanie z  Lemem odbyło się
w roku 1953. Miałem sześć lat, pojechałem z mamą do Warszawy, gdzie
u znajomych leżały numery „Przekroju” z odcinkami Obłoku Magellana.
Zacząłem łapczywie czytać, lecz trafiłem fatalnie, bo na opis sztucznego
księżyca Atlantydów (NATO po prostu), który się urwał przed wiekami
z ziemskiej orbity i uleciał w przestrzeń. Statek pełen był zasuszonych tru-
pów. Ten horror odczarowała nieco parodia powieści, nie pamiętam czyja,
Obok megalomana, którą „Przekrój” także wydrukował, ale uraz pozostał.
Moje drugie podejście do Lema to był film Milcząca gwiazda na podsta-
wie Astronautów, kolorowa „superprodukcja” zrealizowana przez Polskę
i Niemcy Wschodnie, na owe czasy atrakcyjna (choć efekty przypominały
kino Mélièsa), też z  elementami horroru. Dodano tam scenę, nieobecną
w powieści, z kosmonautą Murzynem, który nie zdążył wsiąść do rakiety
wyrzucanej w  przestrzeń kosmiczną za sprawą energii zmagazynowanej
przez Wenusjan do ataku na Ziemię. Ten Murzyn pozostawiony na ob-
cej i  strasznej planecie, machający rozpaczliwie rękami, zrobił na mnie
ogromne wrażenie. Przez wiele lat nie brałem do ręki science fiction: utoż-
samiałem ją z fantastyką grozy. Przełom nastąpił, kiedy kolega w liceum
szczerze mi Lema polecił. Zacząłem lekturę na nowo – od tomu Inwazja
z  Aldebarana, który ukazywał Lema jako pisarza o  bardzo szerokiej ga-
mie możliwości. Szybko zacząłem też czytać inne jego książki, a niedługo
po studiach otrzymałem propozycję napisania szkicu monograficznego do
pracy Prozaicy Polski Ludowej. Z powodów politycznych rzecz się nie uka-
zała (zbyt wielu pisarzy i autorów szkiców działało w opozycji), ale mój
tekst pozostał, był drukowany w Polsce, a potem w Niemczech Zachodnich
i USA. Wtedy znałem już wszystkie utwory Lema.
MP: Po amatorsku dzieliłem sobie Lema na beletrystę – kosmiczne-
go, groteskowego, eksperymentującego (Śledztwo, Katar), potem socjolo-
gicznego (dostrzegłem to na dobre w Kongresie futurologicznym). Następ-
nie, choć nie w sensie chronologii, byłby naukowiec (Summa technologiae)
i surowy krytyk fantastyki (Fantastyka i futurologia), później teoretyk li-
teratury w  ogóle (Filozofia przypadku), beletrysta à la Borges (Doskona-
ła próżnia). Wreszcie najbliższe naszych czasów wcielenie to Lem bohater
wywiadów (Beresia, Fiałkowskiego) i… gniewny, ale też nostalgiczny felie-
tonista III RP, któremu zdjęto z ramion cenzora. Każdego z tych Lemów
zażywałem w uniesieniu w różnych czasach, ale rozdzielnie – jak eseje, to
proza w kąt. Jako badacz pewnie postrzegałeś to łącznie?
JJ: Też zrazu czytałem niemetodycznie, ale szybko zauważyłem, jak
ciekawie eseje, proza, apokryfy uzupełniają się, bo pewne pomysły poja-
wiające się w formie pierwiastkowej w esejach Lem wypróbowuje w fan-
tastyce, a  znów w  apokryfach skupia uwagę na literackości, na formie,
w jaką pomysł został obleczony. Nie istnieje dlań „przezroczysty” dyskurs
naukowy, bo cokolwiek się mówi, jest zaplątane w formy językowe, a do
tego w wyobrażenia mitologiczne, literackie. Wcale zresztą to uwikłanie
nie musi szkodzić czystemu poznaniu – bo my pewne rzeczy odkrywamy
nie w drodze dedukcji czy analizy danych z badań naukowych, ale jakby
psim swędem, intuicyjnie – a intuicja jest kształtowana przez całą kulturę.
Nasz świat jest więc naprawdę „nasz”, bo interpretując go, nie potrafimy
wyjść poza to, co odziedziczyliśmy w postaci kulturowych wzorców. Wła-
śnie dlatego to, co Lem pisze, jest takie skomplikowane gatunkowo – bo
on chce docierać do wszystkich tych wątków, które formują nam myślenie.
MP: Zaraz po stanie wojennym nie mogłem czytać prozy, odrzucało
mnie też od zawalającej dom solidarnościowej bibuły. Natomiast z uwagą,
kreśląc egzemplarz kolorowymi ołówkami, przebiłem się wówczas przez
całą Fantastykę i futurologię. Smak na prozę wrócił mi dopiero latem 1982
roku, choć Wizja lokalna wyglądała na wtórną, w przeciwieństwie do Po-
wrotu z gwiazd – który dopiero wtedy wpadł mi w ręce i zabrzmiał strasznie
aktualnie… Potrafisz to wyjaśnić?
JJ: Mnie stan wojenny bardzo wyczulił na to, co w utworach Lema po-
lityczne. Nie odczułem jakoś szczególnie niechęci do prozy fabularnej, ale
zacząłem ją inaczej czytać. Bodaj w roku 1983 urządzono w Dymaczewie
pod Poznaniem konferencję teoretycznoliteracką poświęconą związkom
polityki z literaturą. Konferencja zaprojektowana w czasach Solidarności
odbyła się w  najczarniejszym okresie poznańskiego procesu Janusza Pa-
łubickiego. Mówiliśmy tam rzeczy, które władzy się nie mogły podobać,
a ja między innymi pokazywałem Lema jako pisarza głęboko uwikłanego
w polityczne aktualia, choć – rzecz jasna – mówiącego szyfrem. Fantastyka
i futurologia też mi się do tego tematu przydała.
MP: Cyberiadę, Bajki robotów przerabiałem dwukrotnie – w połowie lat
60. jako student Politechniki Warszawskiej, i 20 lat później (z twoim posło-
wiem) już z synem, jako młody ojciec. Pamiętam, że kwestie politycznych
konotacji stawiałeś otwarcie. Jeden z tych tekstów adaptowaliśmy z synem
w ramach pracy domowej na komiks. W tym czasie pisałeś też na temat
Lema poważne rozprawy na rynek polski i niemiecki. Były jakieś różnice
w prezentacji i odbiorze Mistrza?
JJ: Trzeba pamiętać, że najpierw tłumaczono Lema na Wschodzie,
a książki z NRD docierały do Niemiec Zachodnich, ale że nie mogły obej-
mować tekstów politycznie czy światopoglądowo ryzykownych, więc ten
„pierwszy Lem” był raczej autorem książek przygodowo-fantastycznych.
Dopiero potem odkryto Lema w  RFN na dobre. Wtedy drukowano już
wszystko, nawet więcej niż w  Polsce, na przykład sensacyjne opowiada-
nia z lat 40. już dawno wyszły tam w wydaniu książkowym, podczas gdy
w Polsce ukazały się stosunkowo niedawno, w Dziełach zebranych. W RFN
Lem szybko stał się uniwersalnym mędrcem – inaczej niż w pozostałych
krajach Zachodu, gdzie tłumaczono tylko prozę fabularną.
Eksperyment z włączeniem Bajek robotów do lektury szkolnej zrazu wydał
mi się ryzykowny. Bajek nie umiałem już czytać jak dziecko: widziałem w nich
gry intertekstualne i zabawy dla dorosłych. Ale nie doceniałem dzieci, bo one
szóstym zmysłem potrafią czasem odczuć różne niezwykłe rzeczy – i to się
w nich odkłada jakby na później, kiedy już potrafią nazwać to, co odebrały
intuicyjnie.
MP: Pamiętasz pierwszy osobisty kontakt z  Lemem? Marek Oramus
opowiadał, jak zjawił się u Lema w okresie największych trudności aprowi-
zacyjnych z pętem kiełbasy i Mistrz łaskawie przyjął dar. Masz na koncie
coś równie zabawnego?
JJ: Pierwszy kontakt nie miał nic wspólnego z utworami Lema. W roku
1971 napisałem pracę magisterską o Gombrowiczu i mój promotor, a Lema
sąsiad i przyjaciel, Janek Błoński, zaniósł ją Lemowi, a on napisał do mnie
miły i pełen inspirujących uwag list, który został po latach przedrukowany
w tomie Listy albo opór materii. Niebawem go odwiedziłem. Dopiero po-
tem przyszło do pisania artykułu monograficznego, więc i częstszych kon-
taktów. Lemowi zależało, żeby nie pisał o nim żaden z fanów czy wąskich
specjalistów od fantastyki, ale ktoś, kto się najpierw „uwiarygodni” praca-
mi o głównym nurcie. Moim Gombrowiczem wkupiłem się w „lemologię”
i to Lem zabiegał następnie o druk moich prac o nim w Niemczech czy
Ameryce, co dla mnie – szczeniaka wówczas – było szalenie nobilitujące.
Potem bywanie u Lema w domu stało się rytuałem i mogę powiedzieć,
że spędziłem na rozmowach z nim dziesiątki czy setki godzin, ale to nie
zostawiło takiego śladu, jak rozmowy Staszka Beresia czy Tomka Fiałkow-
skiego, bo ja nie umiem przeprowadzać wywiadów. Oni to zrobili dosko-
nale. Anegdoty? Podczas stanu wojennego Lem w okresach świątecznych
regularnie przyjeżdżał do Krakowa z Berlina, a potem z Wiednia. Jedno-
cześnie pod okiem architektów i rodziny powstawał jego nowy dom, przy
tej samej ulicy – Narvik – ale paręset metrów od dawnej siedziby. Prze-
prowadzka także dokonała się „sama”, bez udziału gospodarza. Wreszcie
on przyjeżdża do nowego domu na święta, zaprasza mnie – i  następuje
problem, bo co próbuje mi pokazać jakąś książkę, to stwierdza, że nie wie,
gdzie ona stoi. A ponieważ robi się ciemno, trzeba zapalić światło w ga-
binecie, ale… kontakt jest przemyślnie ukryty. Byłem świadkiem, jak się
Lem „uczył się” nowego domu. Książek nie umiał w nim znaleźć jeszcze
przez parę lat.
MP: Jak Lem zaważył na twoim życiu? Musiałeś pewnie oddać się stu-
diom z  wielu dziedzin odległych od programu polonistyki? To jemu za-
wdzięczasz część swoich naukowych podróży. Czy Lem oddziałał na twoją
filozofię ludzi i świata? Wpłynął na twój krytyczny styl? Dostrzegłem to
kiedyś w szkicach nieżyjącego już Marka Wydmucha.
JJ: Wpływ na styl – to oczywiste, choć byłoby trudno wskazać na
konkrety. Na pewno pod wpływem Lema rozwinęła się we mnie umie-
jętność wynajdywania zaskakujących porównań, skłonność do prze-
skoków myśli czy myślenia paralelnego, łączącego odległe dziedziny.
Przyznam natomiast, że nie mam za sobą gruntownych studiów w dzie-
dzinie nauk ścisłych. Owszem, musiałem się przegryźć przez masę
książek popularnonaukowych, ale poważna nauka (z  matematyką) to
dla mnie terra incognita. Na szczęście jest dużo książek znakomitych
uczonych, którzy tajniki swoich dyscyplin chcą przekazać niespecjali-
stom: Heisenberg, Wiener, Monod, Feynman, Prigogine, Eigen, Gould,
Hawking, Dawkins, Barrow – wszystkie nazwiska „z najwyższej półki”,
laureaci Nobla. Popularyzacja przez nich robiona jest naprawdę kom-
petentna. Zresztą chodziło nie tyle o fachową specjalizację, ile o umie-
jętność myślenia w  kategoriach uniwersalnych, interdyscyplinarnych,
a jednocześnie niepopadania – jak zdarza się filozofom – w myślenie
całkowicie abstrakcyjne, poza granicami empirii. Lem nauczył mnie
dwóch na pozór przeciwstawnych rzeczy: śmiałości w rysowaniu hipo-
tez i posłuszeństwa rygorom dobrego myślenia.
Natomiast nie tak wiele w związku z Lemem podróżowałem, bo jego
książki trudno ułowić w kategorie, więc i poddać naukowej obróbce w ra-
mach uniwersyteckiego wydziału bądź instytutu (co warunkuje organiza-
cję konferencji). Razem z tobą i Oramusem byliśmy w Pradze czeskiej, z re-
feratami o Lemie jeździłem do Rzymu, Greifswaldu, najdalej do Edmonton
w Kanadzie. Gombrowicz i Schulz zapewnili mi więcej podróży.
MP: Lem podrzucał naszemu pokoleniu i  milionom Polaków funda-
mentalne pojęcia porządku i  przypadku, stosując je także do literaturo-
znawstwa. Ukształtował mitologiczną wizję kosmosu, kosmonautów i ob-
cości zamieszkujących go istot, przygotował nas eseistyką na technologiczny
szok przyszłości, oswoił z pojęciem cybernetyki, wymyślił z dwudziesto-
letnim wyprzedzeniem ewolucję biologiczno-technologiczną, fantomaty-
kę, socjalne anomalie wynikłe z praw wielkich liczb… Piszesz o tym, ale
czy teraz, z perspektywy całości, nie masz wrażenia, że w trzydziestu paru
posłowiach do kolejnych tomów coś ci z Lemowych zasług jednak uciekło?
JJ: Na pewno nie napisałem o wszystkim. O wielu rzeczach napisać nie
umiałem. Pisanie o wielkim autorze polega na tym, że co pokolenie lub
dwa zmienia się optyka, a także konteksty, w które można takie pisarstwo
włączyć. Z pewnością filozofowie dobiorą się do Lema, używając nowych
środków (ja niewiele zdziałałem, więcej Szpakowska, ale na pewno na
tym nie koniec), a nauka, technologia i kultura przejdą kolejne przemiany
i znów się okaże, że Lem dawno temu przewidział parę nowych rzeczy. Po-
jawili się kolejni badacze, jak Maciej Płaza, który napisał o Lemie ogromną
księgę, bardzo kompetentną.
MP: Właściwie niezbadany pozostaje wpływ Lema na polskich pisarzy.
Do początku lat 80. XX wieku mało było autorów, którzy nie pisaliby pod
Lema, choćby bezwiednie. Potem najlepsi (Snerg, Zajdel, Wnuk-Lipiński,
Żwikiewicz, Baraniecki, Oramus, Zimniak, Huberath, Cyran, Żerdziński),
pisząc przeciw lub obok niego, zawsze przyznawali się do fascynacji Lemem.
Wreszcie objawił się Dukaj, który jeśli idzie o zainteresowania i skalę talen-
tu, wygląda na inkarnację Lema na trzecie tysiąclecie. Ale nawet w grach
językowych Sapkowskiego widziałbym efekt ośmielenia do takiej zabawy
w dziele Lema – nie przypadkiem Sapkowski mówił zrazu o Geralcie jako…
Pirxie polskiej fantasy. Także autorzy, którzy od Lema odeszli w fantasty-
kę religijną, polityczną, w fantastykę rzeczywistości, w prozę bujnych cha-
rakterów i polskiej rodzajowości (Ziemkiewicz, Lewandowski, Inglot, Or-
bitowski), znaleźli się tam dlatego, że lemowski paradygmat został przez
Mistrza wyeksploatowany.
JJ: Śmiesznie to zabrzmi, ale mało się na fantastyce znam i często uczę się
od moich studentów. Oczywiście widzę wpływy Lema w postaci poszerzenia
paradygmatu. Rzeczywiście jest w  polskiej fantastyce dużo doskonałych
autorów. Cenię wyobraźnię Snerga, zmysł socjologiczny Zajdla, intertekstualną
maestrię i  humor Sapkowskiego, niezwykły zakrój literackich pomysłów
Dukaja, ale jednocześnie widzę różnicę zasadniczą: oni są przede wszystkim
pisarzami. Lem natomiast jest myślicielem, literatura służy mu jako rodzaj hi-
potezotwórczego laboratorium, specyficznego, nieprzezroczystego języka lub
rusztowania dla refleksji innego typu, która jest całkiem poważna. Innymi sło-
wy, nauka nie jest pretekstem do tworzenia literatury (Snerg tak pisał, korzy-
stając ze swej wiedzy z zakresu fizyki, ale w dziedzinie filozofii był denerwująco
naiwny), tylko całkowicie oryginalnym myśleniem o naturze świata, poznania,
kultury. To jest bardzo trudne do osiągnięcia, nawet dla pisarzy niezwykle lite-
racko sprawnych i świadomych tego, co robią – jak w przypadku Dukaja.
MP: Mam do Lema pretensje, że nie zechciał usynowić polskich fan-
tastów, choć okazywali mu więcej zrozumienia niż kiedyś Leszek Koła-
kowski, a później Małgorzata Szpakowska, która analizuje go jako filozofa,
zupełnie ignorując go jako pisarza (beletrystę, fantastę). To przedfreudow-
ski antyczny dramat. W przerobionym na potrzeby rynku niemieckiego
ostatnim rozdziale Fantastyki i futurologii, zatytułowanym Science fiction:
beznadziejny przypadek – z wyjątkami (u nas w tomie Mój pogląd na lite-
raturę) Lem zacietrzewia się i zwyczajnie błądzi. Nie dostrzega, jak swym
istnieniem zmienił w  Polsce autorskie i  wydawnicze standardy gatunku.
Na przykład Wydawnictwo Literackie, które opublikowało Dzieła zebra-
ne, ale podchodziło do całości dorobku Lema trzykrotnie i  wiele zdąży-
ło wydać, nie jest przecież taką szmacianą oficyną, jaką Lem przedstawia
w  szkicu dla Niemców. W  Polsce zajmują się tą literaturą również inne
poważne wydawnictwa oraz pisma, badają ją uniwersytety; ukazują się
i są opracowywane kolejne prace krytyczne i leksykony… a Lem powtarza
swoje.
JJ: Rzeczywiście Lem nie ma poczucia solidarności z  pisarzami fan-
tastami ani z krytykami. Nie czyta ich po prostu albo czyta „po łebkach”,
bywa z tego powodu niesprawiedliwy w werdyktach, miewa specyficzne
fobie. Ale czy wśród twórców wysokiej klasy rzeczywiście mamy do czy-
nienia ze sprawiedliwością i  wyważeniem w  sądach? Pamiętam zdumie-
nie Gombrowicza, kiedy się dowiedział, że Miłosz pisze dla swoich ame-
rykańskich studentów Historię literatury polskiej: „Że też ty masz czas na
głupstwa! Czy wyobrażasz sobie Nietzschego, który by antologie wydawał?!”.
Nie oczekujmy od ludzi naprawdę twórczych, że będą rozdzielać sprawie-
dliwe oceny. Poza tym kiedy się czyta science fiction w dużej dawce (a to
Lem robił, pisząc Fantastykę i  futurologię), szybko uderza jej powtarzal-
ność, podległość niezbyt wyrafinowanym konwencjom, bo to jest litera-
tura przeznaczona dla masowego czytelnika. Nawet diament wrzucony
w worek ze zwykłymi kamykami traci blask. Więc choć Lem był skłonny
robić wyjątki i  oceniać wysoko niektórych swoich kolegów z  branży SF
(Wells, Stapledon, Dick, Le Guin), musiał się obawiać, że wsadzony w ten
worek zginie. A mierzył przecie wysoko! Stąd ten może obsesyjny lęk przed
losem pisarza z getta i ostentacyjne odcinanie się od fantastyki jako pewnej
organizacji – pisarzy, wydawców, miłośników.
MP: Ciągniemy się za nim jak złe towarzystwo, jak koleżanki z popraw-
czaka (żeby nie powiedzieć gorzej) za najpiękniejszą szczęściarą, która wy-
dała się za hrabiego?
JJ: Śliczne porównanie! Ja bym powiedział tak: fantastyka jest
osobliwym działem literatury, bo w  karierze młodego pisarza jest jakby
przed wszystkim innym. Kiedy debiutant chce napisać opowiadanie, często
nie ma nic do powiedzenia o prawdziwym życiu, brak mu doświadczeń,
więc pisze coś w konwencji fantastyki. Mam zawodowo do czynienia z wielu
młodymi autorami i  zauważyłem, że fantastyka kusi tych, którzy mają
talent narracyjny, ale nie znają świata. A potem są trzy drogi: albo twórca
porzuca czystą kreacyjność i zaczyna oglądać świat, albo przyzwyczaja się
do fantastycznej konwencji i zyskuje w niej sprawność (można mieć sukcesy
u mniej wyrobionej publiczności fanów gettowych – bo oni przede wszyst-
kim pochłaniają typową fantastykę, nie pytając o jakość), albo odkrywa,
że dobra fantastyka wymaga niesłychanej pracy, bo polega na kreacji no-
wych światów, nowych wersji filozofii, estetyki, na zadawaniu człowiekowi
pytań w perspektywie przyszłości. Więc naprawdę jest jak w poprawcza-
ku: jedne dziewczyny zostają na społecznym marginesie, inne wydobywają
się z niego i zakładają „normalne rodziny”, niektóre wreszcie dostrzegają,
że poprawczak jest doświadczeniem, przez które można zobaczyć człowie-
ka na nowo. Te zostają pisarkami, artystkami – to przypadek, powiedzmy,
Geneta, choć on na pewno nie był młodą dziewczyną. Ale ilu Genetów wy-
rasta z poprawczaka czy z więzienia?
Słówko o Szpakowskiej, bo i ona Lemowi nie dogodziła. Po prostu ta
wersja filozofii, którą ona uprawia, zbyt mało miała styczności z  nauka-
mi ścisłymi. Lema zadowoliłby filozof w stylu Russella czy Poppera, może
Kuhna, a zatem ktoś, kto się zajmuje teorią myślenia naukowego, a w do-
datku zna się na genetyce i sztucznej inteligencji wraz z ich wpływem na
różne filozoficzne kwestie. Nie jest w tej dziedzinie łatwo zaspokoić jego
potrzeby!
MP: Stosunek Lema do ilustratorów, filmowców – tajemnicza sprawa.
Jerzy Skarżyński twierdził, że Lem był z  jego poddramatyzowanych ilu-
stracji do Obłoku Magellana w „Przekroju” niezadowolony; cenił natomiast
bajkowe ryciny Daniela Mroza. Lem krzyczał na Tarkowskiego za Solaris,
pomstował na Żebrowskiego za Szpital Przemienienia, ale Soderbergha po-
traktował nadto łagodnie. Trudno za wyborami Mistrza nadążyć.
JJ: Lem sam ma zdolności plastyczne: projektował niektóre okładki
do swoich książek (na przykład do Wizji lokalnej), rysował ilustracje do
Dzienników gwiazdowych. Z Danielem Mrozem łączyła go wspólnota wy-
obraźni. Mróz stworzył estetykę, którą dziś kojarzę z Krakowem lat 50., 60.
XX wieku, z „Przekrojem”, książkami Wydawnictwa Literackiego. To jest
fantastyka autoironiczna, paradoksalna niczym rysunki Eschera, podszyta
staroświeckim szarmem, który i Lemowi nie był obcy. Z filmami inna spra-
wa, bo tu wyjątkowo nie miał szczęścia. Tarkowski to wielki reżyser, ale
zrobił film o czymś innym niż książka Solaris, bo w ogóle nie interesował
go problem poznawczy – dla Lema najważniejszy. Z Soderberghiem jeszcze
gorzej, łagodność Lema wynikła stąd, że filmu długo nie widział i polegał
na opowieściach. Może się bał? Jego sytuacja była delikatna: jak tu rujno-
wać reputację filmu, który przyniósł mu obfite honorarium, a w założeniu
miał dać producentowi jakiś zysk. Ja się zresztą dziwię, że filmowcy upar-
cie próbują kręcić niefilmową Solaris, podczas gdy na ekranizację czeka
tyle znacznie lepiej nadających się tekstów, jak Niezwyciężony, Kongres fu-
turologiczny, Eden, Powrót z gwiazd. Rzecz w tym, że oni wycinają z Sola-
ris to wszystko, co oryginalne, a zostawiają romans, będący tylko jednym
z przykładów „ludzkiego języka”, w który ześlizgują się próby porozumie-
nia z oceanem. Sam w sobie ten romans jest oczywiście bardzo dramatycz-
ny, ale to niewystarczający nie materiał na film. Bez całego tego kontekstu,
który stwarza solaryjska biblioteka, to się musi kończyć jakoś banalnie.
MP: Krytycy (Błoński, Balcerzan) narzekają, że nie ma do Lema lite-
rackiego uchwytu. Rzeczywiście – z  czym porównać jego dzieło i  rolę?
Szukałem analogii, kombinowałem… Wells? Szekspir? Dante? Pascal?
Andersen? Tolkien? Orwell? Koestler? Najprędzej Wells, ale to też kulą
w płot. Może należy zbadać wspomniane przez ciebie testy na inteligencję,
jakie młodziutki Lem zaliczył przed wojną – jako najlepszy w Południo-
wej Polsce. Już tam się musiał ujawnić dziwny stop osobowości oschłej
i marzycielskiej, nieludzko inteligentnej, samowystarczalnej i trochę gole-
miczno-robotycznej, a jednocześnie plastycznej, bo zmieniającej kształty
w zderzeniu ze światem. To dziecko potwór opisane w Wysokim zamku
zapewne tworzyłoby inną prozę bez doświadczenia wojny, komuny, zim-
nej wojny, cenzury, bez inspiracji ery kosmicznej i  rewolucji naukowo
-technicznej. Czy pytanie: jaką? jest z  krytycznoliterackiego punktu wi-
dzenia uprawnione?
JJ: Nie narzekałem na brak uchwytu do Lema, bo niewiele mnie ob-
chodziły analogie z innymi twórcami. Przyjąłem po prostu, że on jest sa-
moswój i tyle. To, co mówisz o typie osobowości, wydaje się przenikliwe,
bo wskazuje na jej wewnętrzne sprzeczności. Mnie interesuje, jak by moż-
na tę osobowość określić z punktu widzenia kwestii etyki, powinności. Bo
Lem nie jest żadnym „sercem na dłoni”, nie odczuwa potrzeby pozytywnej
odpowiedzi na awanse, jakie mu czynią inni, pozostaje raczej pełen rezer-
wy, choć kiedy napotka kogoś, kto go zaintryguje pod względem intelektu-
alnym, w kim wyczuje pierwiastek twórczy, czasem połączony z popędem
samozniszczenia (bo to się często łączy), potrafi komuś takiemu poświęcić
wiele własnego czasu, pomóc zawodowo lub przestrzec. Ale prawdziwe po-
winności są gdzie indziej – w dziedzinie poznania, etyki społecznej. Może
to jest właśnie pozostałość wojny i komunizmu? Nie potrafię powiedzieć,
jaki byłby Lem bez tych doświadczeń, wiem tylko, że one były dla niego
ogromnie ważne, stanowiły wstęp do rozważań nad kulturą i człowiekiem,
źródło zasadniczej rezerwy, jaką objawiał wobec wszelkich prób instru-
mentalizacji etyki, czynienia z niej systemu logicznych twierdzeń wyzby-
tego kontaktu z doświadczeniem wieków, z tradycją, która była dla niego
ogromnie ważna.
MP: Z  punktu widzenia człowieka, który się wielokrotnie przekopał
przez dorobek Lema, czy odczuwasz czasem taką spokojną pewność, która
pozwala ci powiedzieć: „Wiem o nim wszystko”? Czy przeciwnie – ciągle
jeszcze udaje się Mistrzowi zaskoczyć swego Proroka?
JJ: Odpowiedź jest podejrzanie oczywista: nie wiem wszystkiego. Przed
z górą dziesięciu laty wydawałem tematyczny numer „Tekstów Drugich” po-
święcony Lemowi; we wstępie napisałem, że każdy wielki pisarz, po wielu
złych przygodach z krytyką napotyka wreszcie „swojego krytyka”, który go
w pełni rozumie, akceptuje, broni i tak dalej. Ale po okresie sielanki pojawia-
ją się nowi interpretatorzy, których niewiele obchodzi akceptacja ze strony
pisarza, i zaczynają go niegrzecznie poszturchiwać, dopasowywać do swoich
kategorii. To jest całkiem naturalne. Więc jeśli mógłbym siebie nazwać kry-
tykiem dla Lema „swoim” (choć nie we wszystkim się zgadzaliśmy), to wciąż
oczekuję „nadejścia barbarzyńców”, którzy obalą dotychczasowe interpreta-
cje i wmontują to pisarstwo w diametralnie odmienne konteksty.
MP: Czy Lem przyznaje się do błędów? Czy jako publicysta „Tygodnika
Powszechnego” nie odpuścił trochę z nieprzejednanego ateizmu? Czy nie
wycofa się z histerycznych prognoz demograficznych; będzie nas jednak za
mało, nie za dużo? Bo że kosmos, który opiewał, jest nie dla ludzi, przyznał
już dawno.
JJ: Z  własnymi błędami jest tak, że jeśli nawet się je uznaje, to nie-
koniecznie trąbi się o tym na prawo i lewo. Oczywiście Lem mówił wie-
lokrotnie, że czegoś tam nie przewidział właściwie, że coś tam przeoczył,
ale chętniej przyznawał się do sądów trafionych. Myślę, że największa po-
myłka dotyczyła prognozy rozwoju kultury. Lem założył, że będzie się ona
rozwijać racjonalnie i ku lepszemu poznaniu świata, kosmosu. Tymczasem
człowiek okazał się bydlęciem łasym bardziej na pieniądze, władzę, zmy-
słowe przyjemności i głupią zabawę niż rozkosze wiedzy. Stąd u Lema tak
widoczne rozczarowanie. Chyba też nie przewidział takiej nierównomier-
ności rozwoju, że tu się będzie latać na Tytana, a na Nowej Gwinei krajow-
cy pozostaną na poziomie nieledwie neolitu. To się słabo mieściło w głowie.
A zresztą Lem lubił też takie prognozy ambiwalentne, jak Kongres futurolo-
giczny. No jak? Która wersja przyszłości jest tam podobniejsza do prawdy?
Bo przecież ta – jak mówisz – histeryczna, biorąca pod uwagę dramatyczne
przeludnienie, jest tylko jedną z dwu współistniejących. Że tylko ta pierw-
sza jest „prawdziwa”? To nie tak, bo można sobie wyobrazić Ziemię, na
której bogaci stwarzają sobie enklawy raju, a biedni żyją w piekle nędzy
– i taka wersja jest bodaj najpodobniejsza do prawdy, przynajmniej na dzi-
siaj. To jest w końcu wszystko literatura – i literackie miary należy do tego
przykładać, a nie traktować jako inną wersję Raportu Klubu Rzymskiego.
Co do ateizmu: nie widzę u  Lema żadnych oznak „nawrócenia”. Nie
można w Boga wierzyć „trochę”, a i o tym raczej w jego przypadku nie spo-
sób mówić. Alians z „Tygodnikiem Powszechnym” nie jest wcale łatwym
porozumieniem i Lem się często nań zżymał, przeważa jednak poczucie,
że to są naprawdę przyzwoici ludzie – i w innych, ziemskich sprawach my-
ślący podobnie. Wcale o to dzisiaj nie tak łatwo.
MP: Jakich argumentów użyłeś, żeby Lem zgodził się na druk wstydli-
wych segmentów dzieła, które dotąd ukrywał? Wyrażał się źle o tamtym
Lemie czy klął raczej na czasy, które łamały ludzi? Czy powtórny ogląd ca-
łości jego dzieła w ciągu paru lat dał ci jako krytykowi jakąś nową wiedzę
o pisarzu, o naszej epoce?
JJ: Do opublikowania Astronautów w  Dziełach zebranych przekona-
łem Lema najpierw; potem, w ostatniej chwili, do Obłoku Magellana, więc
w końcu ukazuje się razem cały kanon dzieł literackich, nawet pewne frag-
menty dopisanych na życzenie władz II i III części Czasu nieutraconego.
Wygląda na to, że Lem do tych książek dawno nie zaglądał, bo one z punk-
tu widzenia polityki nie są tak okropne. Działały także wówczas subtelne
mechanizmy niepozwalające autentycznemu twórcy na kompletne zaprze-
danie. Dziś widać tam wyraźnie swego rodzaju układ: atakuję militaryzm
amerykański, rasizm (tu Lem był posłuszny językowi ówczesnej propagan-
dy), ale w zamian ukazuję przyszłość świata wolną od partii politycznych,
komunizmu, egzekutyw, sekretarzy i  tak dalej. Jaka optymistyczna per-
spektywa! W świecie Astronautów, a szczególnie Obłoku Magellana, rządzą
uczeni – fachowcy, specjaliści, a przy tym dłubią przy tematach właściwie
wówczas zakazanych, jak sztuczne myślenie, cybernetyka (inaczej przez
Lema nazywana). Lustratorzy nie mają tu więc zbyt wiele do zrobienia.
A jednak ja rozumiem wahania autora: te książki są znacznie gorsze od
następnych. W Astronautach z trudem czyta się cały popularnonaukowy
początek, w Obłoku nieznośnie brzmią patetyczne sentencje wieńczące po-
szczególne rozdziały, a zatem w obydwu książkach najgorzej próbę czasu
zniosła pedagogia. Jak w tym dowcipie o dwóch starych szlagonach obser-
wujących łuny nadchodzącej rewolucji. „Bolszewicy idą – mówi jeden. –
Rżnąć będą!” A drugi na to: „Eee… Może nie? Ale zanudzą… zanudzą…”.
A  przecież kiedy spojrzeć na tę twórczość w  całości, widać, jak pęka-
ją pewne optymistyczne złudzenia. Bo pomimo komunizmu Lem wierzył
chyba za młodu w lepszą przyszłość ludzkości i sądził, że można do niej
człowieka przystosować, przyuczyć, że wiedza ma bezpośrednie przełoże-
nie na moralność. Tak to widziano w oświeceniu i jeszcze później, w XIX
wieku. A wiek XX jest wiekiem straszliwych rozczarowań – i one się, rzec
można, stopniowo odsłaniają u Lema, nie tylko tam, gdzie atakuje totali-
taryzmy. Weźmy Fiasko: tam klęska jest po prostu strukturalnie wpisana
w ludzką naturę, motywy postępowania, logikę, język, mitologię.
MP: Czasem jest to klęska, a czasem… przekora losu. Oto Lem piew-
ca cybernetyki i felietonista magazynów komputerowych pozostał wierny
maszynie do pisania. Nie cierpi telewizji, nie lubi też kina… Świat, któ-
ry ma przed oczyma, zaprzecza Heglowi, wciąż od nowa dowodząc, że to,
co realne, nie jest racjonalne. Bardziej racjonalną, krytyczną, trzeźwiej-
szą, bardziej przytomną (Lem, Orwell, Zajdel, Dick, Vonnegut) okazała się
wzgardzona przez Mistrza fantastyka – czy Lem to komentuje?
JJ: Hegel mówił o tym, co „rzeczywiste”, ale tę „rzeczywistość” dosyć
specyficznie rozumiał – nie jako to, co istnieje po prostu, ale jako to, co ist-
nieje w zgodzie z dziejowym rozumem. To była w rzeczy samej przepustka
do fantastyki, bo komuniści – za z  Heglem, a  potem Marksem – mogli
mówić, że to, co każdy dostrzega gołym okiem, rzeczywiste nie jest, ergo:
tego nie ma (na przykład kolejek po żywność, prostytucji w hotelach robot-
niczych, nadużyć władzy). Bliższe Lemowi byłoby więc nie tyle myślenie,
że fantastyka bardziej była racjonalna niż rzeczywistość, ile że świat w XX
wieku był starciem różnego typu fantastyk, które materiał faktów przera-
biały na swoje kopyto. Taką fantastyką był i marksizm, i leninizm, i hitle-
ryzm, i różne wersje utopii konsumpcjonizmu, i liczne mitologie właściwe
całkiem szlachetnym bojownikom o wolność kolonii, po których zwycię-
stwie następowała tam powszechna rzeź i nowy ucisk. Fantastyka literacka
może takim fantastykom politycznym służyć, ale też je demaskować – i to
właśnie robili najlepsi z pisarzy fantastów. Myślę, że jeżeli Lem nie kocha
nowych mediów, to dlatego, że w nich dostrzega coraz sprawniejsze środki
rozpowszechniania kłamliwych mitologii. Myślę też, że w tym przesadza,
bo ostatecznie im więcej z nich korzystamy, tym lepiej uczymy się korzy-
stać z nich krytycznie. Nasze idiosynkrazje nie zawsze jednak zależą od
racjonalnej analizy – to też jest piękne i czyni nas ludźmi, a nie tylko tro-
chę innymi od komputerów urządzeniami do myślenia. Tak jest również
z przywiązaniem Lema do maszyny do pisania. Może to i niekoniecznie
racjonalne, ale osobiste – i przez to godne ochrony.
« Ostatnia zmiana: Listopad 15, 2022, 02:29:10 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 14710
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: O Lemie napisano
« Odpowiedź #1057 dnia: Listopad 15, 2022, 10:40:19 am »
Wypowiedzi osobno, bo objętość postową przekroczyły:

MÓWIĄ O LEMIE

NOBILITOWAŁ GATUNEK
Coś tam poczytywałem, lecz dopiero Kongres Futurologiczny w specjalnym nu-
merze „Szpilek” z Grudnia ‘70 (wydanym dla współpracowników – legalne wy-
danie pochlastała cenzura) przyjąłem jak wydarzenie, ale od pasjonowania się
Lemem byłem daleki. Wkrótce potem, podczas pracy nad spektaklem Telefon
zaufania dla kabaretu Stodoła, Maciej Wojtyszko zwrócił mi uwagę na możli-
wości kamuflażu, jakie stwarza SF. Przeczytałem na nowo Cyberiadę i Bajki ro-
botów, odnajdując drugie i trzecie dno tych opowiastek. W kostiumie wymy-
ślonych światów krył się zachwycający ładunek satyry na naszą rzeczywistość.
Potem sięgnąłem po Strugackich. Naraz fantastyka objawiła ogrom możliwości
otwierających się przed początkującym autorem, który nie lubił małego reali-
zmu, a chciał pisać o najważniejszych sprawach swego kraju, o mechanizmach
dziejowych, o patologiach władzy.
Z biegiem lat Lem nadal zaskakiwał, ale coraz częściej różniliśmy się w są-
dach. O Polsce, Wszechświecie. Poznanie pogłębiało w Lemie pesymizm i ate-
izm. Ja zaś im bardziej wpatrywałem się w gwiazdy, tym mocniej czułem tchnie-
nie Boga. A potwierdzenie teorii Wielkiego Wybuchu znalazłem na pierwszych
stronach Księgi Rodzaju. Gigantyczna erudycja w jakiś sposób uwięziła Lema
– uniemożliwiła mu wiarę w inne światy, w obcych, w Boga.
Galicyjski mędrzec upodobnił się trochę do tych XIX-wiecznych uczonych,
którzy na krótko przed odkryciami Roentgena, Becquerela czy małżonków Cu-
rie ubolewali, że już wszystko zostało odkryte.

Marcin Wolski (1947)

NA NIM SIĘ WYCHOWAŁEM
Jacy są twoi ulubieni pisarze, o ile masz takich?
Mam, ale spoza fantastyki. W gatunku ceniłem Lema, jak wszyscy, właściwie
wychowałem się na tym pisarzu. Interesowałem się też innymi fantastami, po-
doba mi się Vonnegut i jego Śniadanie mistrzów, ale w sumie z SF niewiele so-
bie cenię. Książki tego gatunku z  reguły nudzą mnie, dochodzę najdalej do
siódmej strony. Wśród pisarzy najwyżej cenię Franza Kafkę – nie dlatego, że
jest pisarzem uznanym przez innych, on mi po prostu szczególnie odpowiada
i to już od 20. roku życia.

Adam Wiśniewski Snerg (1937)
z wywiadu Karcer i niebo wcielenia Macieja Parowskiego

MY Z NIEGO NIE WSZYSCY
Nie powinienem się wypowiadać na temat Stanisława Lema. To źle zabrzmi,
ale dla tej grupy fanów SF z literackimi ambicjami, w której się obracałem od
początku lat 80., Lem nie był punktem odniesienia. Oczywiście, docenialiśmy
jego znaczenie, jego sukcesy międzynarodowe i tak dalej – ale na takiej samej
zasadzie, na jakieś się doceniało autorów lektur szkolnych. To znaczy: był sobie
kiedyś taki dziadek, nawet fajny, ale dawno. Nawet zrzynając od czasu do czasu,
nie mieliśmy świadomości, że zrzynamy z Lema, szczególnie z Cyberiady. Czer-
paliśmy z ogólnodostępnej skarbnicy gatunku.
To nie znaczy, żeby w  moim środowisku istniała moda na kontestowanie
Lema. Przeciwnie, płomienne antylemowskie deklaracje, jakie wygłaszał świę-
tej pamięci Andrzej Krzepkowski („czas Lema się skończył, zaczął się mój czas”)
czy Andrzej Wójcik, twierdzący, że Lem szkodzi polskiej fantastyce, i że praw-
dziwymi mistrzami są Chruszczewski i Boruń, śmieszyły nas i oburzały. To oni,
ludzie z kręgu KAW-owskiej „serii z glizdą”, byli dla nas wrogami. A Lem był jak
jakiś Żeromski czy Wyspiański. Bezwzględnie ważny i znakomity, ktoś, kogo nie
można było nie znać i nie szanować, ale też ktoś, kogo się nie chciało ani naśla-
dować, ani kontestować.
Nawet tam, gdzie, wydawałoby się, powinniśmy się zachwycić – w krytyce komu-
nizmu. Bo Lem polemizował z teorią marksistowską, a za naszych czasów ta teoria
była martwa jak solony śledź, mieliśmy ją gdzieś i my, i komuniści. Może wyczuwali-
śmy to przez skórę, może widzieliśmy u naszych rówieśników, którzy się sprzedawali
reżimowi, że tamta strona to nie żadna ideologia, tylko po prostu cyniczni oportu-
niści. Problem komunizmu nie był już dla nas problemem intelektualnym, a tylko
emocjonalnym, i, czasem, technicznym – w który punkt pierdolnąć zomitę kulką od
łożyska, żeby go najskuteczniej wyeliminować. Jasne, że woleliśmy Zajdla.

Rafał A. Ziemkiewicz (1964)

NA LEMIE WYROSŁEM
Wiara Lema, że intelekt stanowi klucz do wszystkiego, zdawała się budująca
i uwodzicielska. Przez długi czas.
Lema czytałem z jednego jeszcze powodu – dla głodu fabuły. Po przeczy-
taniu Powrotu z gwiazd, Solaris, nie czułem potrzeby obejrzenia tego na ekra-
nie filmowym. Lektura dawała kino wyższego rzędu, odczucia szlachetniejszej
klasy niż obraz z taśmy. Proza Lema uświadamiała, że kino jest medium słabym
i bezradnym wobec literackiego źródła.
Lema ceniłem zawsze za perfekcyjność, konsekwencję i pracę pisarską „na
całość”. Na serio. Za stosunek do rzeczywistości postawiony jasno i  konse-
kwentnie broniony. Do końca. Może z czasem ten walor będę postrzegał coraz
mocniej, ponad jego drogą własnej ewolucji do swojego pisarstwa, jako wielki
romantyzm.
Czy godny pełnego myślowego naśladowania?
Lem ma dla mnie również drugie oblicze.
Jest pisarzem, który ustalił na całe literackie życie materialistyczny charakter
świata. I dowodził go ze wszystkich sił. Uroda tych dowodów oczarowuje, kiedy
czytam Filozofię przypadku. Nie jestem jednak w stanie dać się jej uwieść. Roz-
stanie się Lema z wiarą w młodym wieku zaowocowało typową pułapką. Wraz
z wyborem filozofii świata musiał stanąć twardo na jednym z biegunów. Bez
szansy na trzecią drogę, zupełnie wolnego poznawania świata. W tym świato-
poglądowym sporze ucierpiały fakty. Chodzi o przejawy istnienia, które prawie
każdy odczuwa lub o których wie, lecz niemające prawa oficjalnego zaistnienia
w kręgu cywilizacji naukowo-technicznej. Mogły się znaleźć w jednym ze świa-
topoglądów lub wylądować na poznawczej banicji.

Marek Baraniecki (1954)

ONI ŻYJĄ
Rok 1972. Chyba. Jestem na letnich koloniach w  podgórskiej miejscowości.
Długowłosy hippis z  gitarą, wychowawca, zabiera nas do miasta. I  oto kiosk
„RUCH”: wiara rzuca się jak szarańcza – przepychają się, kupują widokówki, by
dać znać rodzicom, że żyją.
Dwadzieścioro nastolatków kłębi się przy drewnianej imitacji lady, a ja przy
bocznej ścianie kiosku wpatruję się w żółtą okładkę książki z wielkim tytułem
CYBERIADA. Wychowawca zaniepokojony autystycznym zachowaniem pod-
opiecznego nieoczekiwanie staje przy mnie.
– Fajną ma czapkę ten Stanisław Lem – mówi.
Na okładce dwa roboty (dzieło Daniela Mroza). Większy ma na głowie/heł-
mie coś w rodzaju pióropusza, w którym rysownik zamieścił nazwisko autora
książki.
 W  odróżnieniu od wychowawcy wiem, kto to Lem. Mam za sobą lekturę
Astronautów i Obłoku Magellana, a także zakończone fiaskiem (nomen omen)
próby pokonania paru innych pozycji ze szkolnej biblioteki. Zdanie o autorze
mam takie sobie. Na razie wolę Verne’a, Londona czy Maya. Albo naszego Wer-
nica. Niejasno kojarzę, że jakiś Perx czy Pirx to leniwy nudziarz, dokładnie taki,
jakim po latach okaże się na ekranie w postaci Lubaszenki seniora (widać, reży-
ser i scenarzysta, Marek Piestrak, miał identyczne odczucia i pozostał im wierny).
Coś jednak trzyma mnie przy witrynie. Magiczne pole siłowe. Nie sądzę, żeby
emanowało z  oryginalnej okładki. Z  zafascynowaniem usiłuję rozgryźć, co też
może się kryć wewnątrz cegłówki z napisem CYBERIADA. Spoglądam na karteczkę
z ceną: 19 złotych, sporo, zważywszy, że z domu dostałem 50. Ten 19 złotych to 15
gałek lodów albo cały kilogram irysów mordoklejek. O nie!
Wieczorem nie mogę zasnąć. W  zbiorowej sali dawno ucichły wieczorne
opowiastki i dowcipy. Dlaczego nie mogłem spać z powodu książki o której nic
nie wiedziałem, której nie miałem nawet w  ręku. Może byłem nienormalnym
dzieckiem?
Następnego popołudnia, może dwa dni później, znów idziemy na miasto.
Sprawdzam stan kasy. Wykupili, myślę z rozpaczą. W takim RUCHU jest tylko po
jednym egzemplarzu, na pewno wykupili.
Nie wykupili. Stanisław Lem patrzy na mnie szypułkowatymi oczami.
Już w marszu rozpoczynam lekturę.
Następnego dnia uzgadniam z kolegą, że rozedrę mu koszulę, on zakłada
najgorszą, a ja przystępuję do akcji. Kolega wrzeszczy, nadbiega wychowawca.
– Za karę nie oglądasz Arsèna Lupina!
Liczyłem na więcej. Poprzedniego dnia za zniszczoną bluzkę koleżanki ko-
lonista nie pojechał na całodzienną wycieczkę. Ale dobra i ta godzina, podczas
której grupa będzie na świetlicy, a  ja spokojnie, w  ciszy oddam się lekturze.
Starczy na pierwsze dwa opowiadania, po których wiem że nigdy lepiej nie
wydałem pieniędzy.

Krzysztof Kochański (1958)

DILER, TRENER I TRZY PRAWA
Stanisław Lem miał w sobie coś z dilera narkotyków. Odkryłem jego proce-
der, analizując wszystko na podstawie własnych losów. Najpierw, jak praw-
dziwy handlarz, łowił dzieciaki pod szkołą. Rozdawał swoje przygodowe
opowieści, uzależniając dzieci od przygód astronautów, pokazywał, co cie-
kawego w Obłoku Magellana, a potem gładko przechodził do Edenu, chcąc,
żeby jego nazwisko zastąpiło w  naszych głowach Karola Maya. Osiągał to
błyskawicznie. A kiedy już Pirx wyparł Winnetou z umysłów młodych ludzi,
Lem podawał cięższe narkotyki, za które już kazał sobie płacić. No i, jak wie-
lu, płaciłem. Doczytywałem na boku książki naukowe, dokształcałem się,
sięgałem po literaturę, której wcześniej nawet bym nie tknął, nie zerknął,
ale… Lem wymagał coraz więcej. A  w  dodatku sprawiał, że szukanie ukry-
tych podtekstów, drugiego dna i  jakiegoś z  reguły mrocznego przesłania
stawało się u czytelnika nawykiem. Nie dość więc, że diler, który najpierw
uzależnia, a potem żąda, to jeszcze, jakbyśmy to dzisiaj ujęli, pierwszy trener
personalny.
Lem to jedno z  najpiękniejszych wspomnień literackich mojej młodości.
Ktoś, kto należał do bardzo wąskiej, elitarnej grupy rozświetlaczy szaromrocz-
nej epoki socjalizmu.
No dobrze, a co zostało z Lema dzisiaj?
Przygody Jego bohaterów już znam i nie sięgam po nie ponownie. Jego
problemy filozoficzne trochę trącą myszką. Nie dlatego bynajmniej, że straci-
ły na atrakcyjności lub stały się nieaktualne. Wprost przeciwnie, my bardziej
niż starsze pokolenie czujemy powiew grozy, który towarzyszy coraz bliż-
szemu powstaniu sztucznej inteligencji. Dlaczego więc nikt po te wywody
nie sięga? Ponieważ młode pokolenie chyba nie wie już, co to jest filozofia
w ogóle.
Coś jednak, potwornie aktualnego, zostało. Są to moim zdaniem trzy prawa
Lema:
1. Nikt niczego nie czyta.
2. Jeśli czyta, to nie rozumie.
3. Jeśli rozumie to zaraz zapomni.
Straszna prawda o naszej cywilizacji. A jednak Lem zostawia nam furtkę, mó-
wiąc ustami Pirxowego narratora: jesteśmy sumą naszych błędów. A to wcale
nienajgorsza karta przetargowa we wszechświecie.

Andrzej Ziemiański (1960)

CZŁOWIEK W KOSMOSIE
Kim dla mnie był Lem? Z braku miejsca wybiorę jedną dziedzinę – sferę emocji. Książ-
ki Lema przynosiłem z biblioteki, pożółkłe tomiszcza oprawione ręką bibliotekarki
w papier pakunkowy, znaczone dotykiem dziesiątków dłoni czytelniczych, a wieczo-
rem rozwierałem zniszczone okładki i zaczynało się misterium.
Wydobyta z  mózgu trupa, szara, jakby usypana z  popiołu wizja długo nie-
pokoiła nastoletniego Huberatha. Trudna do wyobrażenia anatomiczna forma
dubelta – jednej postaci mieszczącej się w drugiej, niejasne przedstawienie kon-
taktu czy ułomki opisu cywilizacji Edenu, wreszcie jakby niedopowiedziane za-
kończenie, przekraczały możliwości umysłowe młodocianego czytelnika, jednak
pozostawiały odczucie obcowania z czymś niezwykłym i niemal rzeczywistym.
Po pochłonięciu serii książek Lema nastąpiła długa przerwa w moich zainte-
resowaniach fantastyką, ale wywołane nimi wizje głęboko wryły mi się w wy-
obraźnię i umożliwiły do niej powrót, kiedy ogłoszono drugi konkurs „Fanta-
styki” w 1985 roku.
Kim dla mnie pozostał Lem? Był i jest nadal widmowym dyskutantem, do
którego opinii czasem próbuję się odnosić. Nie chodzi tu o obecne u mnie cza-
sem problemy religijne, ponieważ dysputa religijna jest trudna, a Lem był wy-
znania ateistycznego, więc nie mojego. Jednak nie umiem oderwać się od jego
przemyśleń i rozwiązań, jakie zaproponował w sprawach Kosmosu. Obojętne,
czy przyjmuję to stanowisko, czy ustawiam się w opozycji, w dyskusji nie da się
uniknąć obecności Mistrza. Możliwość wykształcenia intelektu podczas ewo-
lucji gatunku złożonego z jednego osobnika czasami omawiam ze studentami
na wykładzie. W ramach widmowej dyskusji innego frapującego problemu za-
dedykowałem mu książkę w naiwnym oczekiwaniu, że może z tamtej drugiej
strony kiedyś przyjrzy się mojej propozycji kontaktu międzycywilizacyjnego
i wytknie popełnione błędy.

Marek S. Huberath (1954)

OJCIEC ZAŁOŻYCIEL TWARDEJ SF
Stanisław Lem jest dla mnie ojcem założycielem współczesnej (to jest powo-
jennej) polskiej fantastyki naukowej. To on ją podniósł z poziomu prymityw-
nego pop-litu uprawianego w  dwudziestoleciu międzywojennym do rangi
literatury problemowej. Był, podobnie jak Janusz A. Zajdel na gruncie fanta-
styki socjologicznej, twórcą pewnego modelu SF i zarazem jej mistrzem. Nikt
o zdrowych zmysłach nie może tego kwestionować.
Niewątpliwie jest odpowiedzialny za fantastyczną „chorobę”, na którą za-
padłem w podstawówce. Moją pierwszą literacką miłością byt co prawda Sien-
kiewicz (Trylogię zaliczyłem już w piątej klasie), ale potem pojawiła się science
fiction. Zrazu wcale nie Lem, lecz socrealistyczne przygodówki w stylu Gości
z planety Mion Petera Stypowa. Po nim trafiłem na Astronautów i wsiąkłem bez-
powrotnie. Tam znalazłem wizję wspaniałego świata przyszłości, epicki roz-
mach podróży do gwiazd, dramat ludzi, który muszą zapłacić straszną niekiedy
cenę za marzenie o  innych światach. Eksploracja bezdennej pustki kosmosu
była równie fascynująca jak przygody bohaterów Sienkiewicza na Dzikich
Polach.
Dziś mogą razić ideologiczne wtręty, którymi Lem spłacał trybut socreali-
zmowi, obowiązującemu w  pierwszej połowie lat 50., ale wówczas nie prze-
szkadzały, wydawały się one oczywiste. Cóż z tego, że astronauci śpiewali Mię-
dzynarodówkę, skoro dokonywali niemożliwego.
Potem wsiąkłem w Lema na dobre, przeczytałem wszystko, co napisał, i cze-
kałem na nowe rzeczy. Uważam, że najlepsze książki wydał na przełomie lat
50. i 60. – Eden, Solaris, Niezwyciężony, Powrót z gwiazd. To w tych powieściach
stworzył kanon wzorcowej, „twardej” science fiction, czystej, jeśli chodzi o kon-
wencję (na przykład nie ma tam mieszania nauki z magią). Ceniłem go – i wciąż
cenię – za umysłową klasę, naprawdę naukową dyscyplinę, niezachwianą logi-
kę, niesamowitą wyobraźnię i odkrywcze pomysły (ocean Solaris, dyspersyjna
cywilizacja automatów w Niezwyciężonym). Podziwiam autentyczny talent lite-
racki. Jego styl może być wciąż wzorcem dla wielu.
Gdy w latach 70. pochłaniałem nowe powieści Lema, wyglądało, że jego po-
zycja „króla” polskiej fantastyki jest niekwestionowana. Książki rozchodziły się
błyskawicznie w stutysięcznych nakładach. Tak było jeszcze w następnej deka-
dzie. Po 1989 roku coś się stało – Lem przestał być czytany. Reedycje niegdyś
rozchwytywanych dzieł leżały miesiącami na półkach. Polacy przestali czytać
fantastykę? Niekoniecznie, skoro z ochotą sięgali po masowo wydawane prze-
kłady literatury obcej (anglosaskiej). Rynek zalały tłumaczenia fantasy i horroru
drugorzędnych autorów, a czytelnicy rzucili się na nie, zapominając o Lemie
(i o innych polskich pisarzach, którzy praktycznie zniknęli z rynku na początku
lat 90.).
Obecnie sytuacja uległa pewnej normalizacji, polska fantastyka znowu jest
obecna w  księgarniach. Także Lem, zażywający słusznej sławy klasyka. Jego
model problemowej, zmuszającej do myślenia SF zawsze będzie trafiał do tych,
którzy chcą od literatury czegoś więcej niż tylko lekkostrawnej pulpy. Ja w każ-
dym razie wciąż do niego wracam.

Jacek lnglot (1962)

AFFAIRE AMOUREUSE
Z przyjemnością wracam do Lema, Bradbury’ego, Strugackich. Teza o „wielkim
konflikcie” i „wojnie o ziemię” pomiędzy SF a fantasy jest wyimaginowana.
Oczywiście, że „przeszedłem” przez Lema. Zaczynałem od „Przekroju”, któ-
ry zamieszczał opowiadania, ilustrowane przez Daniela Mroza. Miałem podów-
czas dziewięć może dziesięć lat. Od Lema zaczęła się moja affaire amoureuse
z fantastyką; od Lema i Bradbury’ego w „Przekroju” i od „Dookoła świata”, za-
mieszczającego w późnych latach 50. mnóstwo ciekawej SF. Miłość nie wyga-
sła i nie zardzewiała: dziś, gdy Weltschmerz zacznie mi doskwierać, sięgam po
Cyberiadę albo Dzienniki gwiazdowe. I ryczę ze śmiechu, gdy Ijon Tichy poluje
na kurdla.

Andrzej Sapkowski (1948)
 Za: Sapkowski & Bereś – historia i fantastyka

BYŁEM LEMINGIEM
Lem był w swoich czasach samorodnym zjawiskiem. I Kaczmarek śpiewał w ku-
pletach: „Radio nadaje powieść Lema”. Czy ktoś teraz śpiewa o  jakimś pisa-
rzu? Chyba nie. To raczej pisarze próbują śpiewaniem wspomagać swoją po-
pularność. Radio rzeczywiście nadawało powieści Lema i pamiętam urokliwy
początek Solaris w wydaniu Trójkowym. Jednym z powodów, dla których wy-
brałem fizykę, był Lem. Czytałem go i co rusz miałem wątpliwości co do jego
pomysłów. Na ile są wiarygodne? Chciałem się o tym przekonać. Na studiach
wykładowca podstaw fizyki, a jakże, również wspominał o Lemie. Na przykład
jego wykłady na UJ-ocie, gdzie Lem głosił z pewnością siebie, że w literaturze
SF wszystko jest dopuszczalne, prócz oczywistego przeczenia prawom fizyki
(akurat!). O Lemie ględził jako o swoim ulubionym autorze nawet pewien major
-politruk na zajęciach z przysposobienia wojskowego, co powinno było wzbu-
dzać pewną czujność.
Lem pełnił funkcję Pewexu z ideami i pomysłami. W Peweksie obywatele
dysponujący walutami mogli kupować towary sprowadzone z  Zachodu, nie-
dostępne inną drogą. Lema można było kupować za złotówki lub dostać nawet
za darmo w bibliotece, ale zasada obowiązywała ta sama: był ściśle kontrolo-
wanym przez władzę (cenzura) jednoosobowym kanałem dystrybucji zachod-
nich dóbr intelektualnych. Nietrudno zauważyć, że zawartość tego Lemowe-
go importu była specyficzna i w zasadzie odpowiadała polityce partii. Główny
obiekt zainteresowania Lema, „zmienna niezależna rozwoju cywilizacyjnego”,
czyli nauka, technologia i powodowane przez nie zmiany społeczne, prezen-
towane były przez niego tak, że właściwie nie wchodziły w konflikt z oficjalną
doktryną, a raczej ją wspierały. W takim sensie Lem okazał się jednym z rozlicz-
nych deprawatorów. Wyróżniał go ogromny pisarski temperament i szczeroz-
łoty talent.
W  liceum w  jakichś szczególnych okolicznościach pozwalano nam na
czytanie fragmentów wybranych książek. Ja wziąłem Lema, ale szybko
zorientowałem się, że przeceniłem atrakcyjność tej prozy dla moich rówieśni-
ków. Co gorsza, wśród koleżanek nie znalazła się ani jedna, która by lubiła mo-
jego mistrza. Ba, nigdy nie spotkałem żadnej kobiety zainteresowanej tym pi-
sarzem. Nie jest to zaskakujące. Bohaterzy Lema odbywają przygody w świecie
idei i  konceptów, a  jego proza od początku stroiła się w  piórka filozoficznej
przypowiastki, aż w końcu zdryfowała w formę rozbudowanych traktatów pi-
sanych zmanierowanym stylem. Wzmagająca się z czasem niechęć do mozołu
budowania fabuł wykrystalizowała się w  fascynujących dziełach rodzaju Do-
skonałej próżni.
Co zostało z  Lema? W  przestrzeni powszechnej na pewno jego aforyzmy
i  anegdoty, które pojawiają się w  niespodziewanych miejscach, jak choćby
w felietonach Stanisława Michalkiewicza. Być może najdzielniejszą powieścią
Lema, o największym wpływie, pozostanie Solaris. Najświetniejszym opowia-
daniem Maska, która wyszła wyraźnie poza paradygmat lemowski. Nie przy-
padkiem mówił o niej z uznaniem Szulkin, który nie zekranizował jej z powodu
wymagań finansowych postawionych przez autora. Zamiast Szulkina już po
śmierci Mistrza rzecz wzięli na warsztat bracia Quey, co jeszcze raz potwierdza
żywotność tego tekstu.
Lem to twórca oszałamiających konstrukcji, które z  konieczności muszą
się zapaść, anihilować, jak wirtualne cząstki powstające z pustki i w pustkę się
obracające, bo takie były jego założenia ontologiczne. Ciekawe, że to ta wiel-
ka tradycja, w jakiej był zanurzony (dzięki której, mimo że ateista, wolał głos
dzwonów od zawodzenia muezzina) zmuszała go, jakby wbrew samemu sobie,
do wychodzenia naprzeciwko tajemnicy, jak właśnie w Solaris czy Masce.

Janusz Cyran (1959)

LEM BYŁ ZAWSZE
Pamiętam objawienie i  niedowierzanie, kiedy w  wieku dziesięciu lat skon-
statowałem, że jest Lem Polakiem. Czytałem go wcześniej i podejrzewałem,
że to, niestety, Rosjanin. Takie były czasy. Wydawało się nie do pomyślenia,
żebyśmy mogli mieć na własność coś tak wielkiego. Od rzeczy wielkich był
Związek Sowiecki. Mieli i  Gagarina, i  program kosmiczny, szersze tory, trak-
tory i  cukierki. Jeśli myśmy mieli Klossa i  Rudego 102, to oni mieli od nich
dowódców. Kiedy okazało się, jaka jest prawda, poczułem się osobiście dum-
ny, jakbym napluł imperium w twarz albo odtańczył zbójnickiego na dachu
mauzoleum Lenina.
Nigdy go nie spotkałem.
Po raz pierwszy na jednym z  pierwszych konwentów zorganizowanym
na jego urodziny. Jakieś okrągłe, 60. albo 70. Konwent nazywał się Lemonia-
da i odbywał się bez Lema. Mistrz odrzucił zaproszenie, a kiedy próbowano
dzwonić z życzeniami, poprosił, żeby nie zawracać mu głowy.
Wtedy stopniowo dotarła do mnie druga twarz Lema, ta, której nie lubiłem.
Był geniuszem fantastyki. Na taką skalę, że Philip K. Dick nabrał pewności, iż
Lem to kryptonim trzech rosyjskich pisarzy. Taki propagandowy program, by
pognębić autorów zachodnich. A jednocześnie Lem nie znosił fantastyki innej
niż własna. Sam uważał się a to za wizjonera, a to futurologa, a to filozofa. Kie-
dy pytano go fantastykę, zwłaszcza amerykańską, nie zostawiał na niej suchej
nitki.
Krytycy sekundowali mu dzielnie: pisali, że Lem tylko z pozoru tworzy fan-
tastykę, bo w  drugiej warstwie zadaje pytania o  kondycję człowieczeństwa,
rozpatruje dylematy rozwoju i konfrontuje wyimaginowany obraz przyszłej cy-
wilizacji z mitami i archetypami jej zarania. Tylko że to właśnie jest fantastyka,
głupki!
Słowem, wolałem go jako kogoś, kim był mimo woli i kim nigdy nie chciał być
– jako natchnionego pisarza science fiction. Choć wydawał się taki staroświecki,
przedwojenny. Twierdził, że pokłóciwszy się kiedyś z wydawcą, „udzieliłem mu
trzykrotnego ostrzeżenia, a potem nazwałem go szubrawcem”.
Imponujące.
Kiedy założyliśmy „Fenixa” przyszło nam do głowy, żeby się z Lemem skon-
taktować. Bo ja wiem, namówić do felietonu, opowiadania albo czegokolwiek.
Do poklepania nas po plecach albo namaszczenia świętym olejem. Krótko po
tym Ziemkiewicz przyszedł do redakcji i mówi: „Dzwoniłem do Lema. Powie-
dział: »Przyślij pan to coś, to zobaczę«”. Wiedziałem, że jest po sprawie. To wte-
dy nie spotkałem go po raz kolejny.
„Powiedz mu, żeby sobie kupił w kiosku – wycedziłem. – Jak będziemy tak
każdemu wysyłali, to ładnie wylądujemy”.
Oczywiście wysłaliśmy. I oczywiście nawet na to nie spojrzał.

Jarosław Grzędowicz (1965)

MISTRZ OLDSKULOWEJ SF
Dla mnie Lem byt mistrzem. Właściwie jedynym. Oprócz dwóch ostatnich
powieści Snerga wszystko, co wielkie, wyszło spod pióra Wielkiego Stanisła-
wa Lema. Jestem wyznawcą klasycznej oldskulowej SF, w której osią utworu
jest człowiek, a reszta to tylko tło. Opowieści o pilocie Pirxie, Solaris, cudowne
spojrzenie w absurd w Dziennikach gwiazdowych, humor Cyberiady i Kongresu
Futurologicznego, Głos Pana i  wreszcie niedościgniony Niezwyciężony, najlep-
szy tekst SF, jaki czytałem – wszystko to ukształtowało moją osobowość. Taka
prawda o przyszłości mnie przekonuje, trafia dokładnie w środek mózgu.
Nigdy natomiast nie przemawiały do mnie filozoficzne łamańce Mistrza L.
ani jego późniejsza twórczość, często wtórna i  po prostu nieciekawa. Za to
utwory powstałe w latach 60. są genialne i nie tracą świeżości pomimo upływu
półwiecza. To fantastyka bez fajerwerków, pełna szarości, brudu i dziurawych
ścian, dokładnie taka, jakim był, jest i będzie nasz świat po wsze czasy. Bo rze-
czywistość, którą tworzymy, jest zwierciadłem naszych dusz. Amen.

Sławomir Prochocki (1964)

AUTORYTET MISTRZA
W 2001 roku napisałem scenariusz komiksu Tymczasem (rys. Przemysław Tru-
ściński), zamierzonego jako jeden z  elementów promocji Polski z  okazji pre-
zydencji UE. Osią scenariusza były fikcyjne książki, to znaczy takie, które ist-
niały w naszej rzeczywistości, lecz zostały sprytnym sposobem wykradzione
z bibliotek i z pamięci wszystkich ludzi. Drugoplanową, lecz kluczową rolę od-
grywał tam sam Lem, którego twórczość była jednym z filarów tematycznych
programu kulturalnego polskiej prezydencji.
Wysłałem tekst do MSZ, kilka dni później przyszła odpowiedź: w zasadzie
jest w  porządku, trzeba tylko usunąć ze scenariusza wszystkie nieistniejące
dzieła literackie. Osłupiałem. To tak, jakby zabrać komputery z Matrixa albo
wehikuł czasu z Terminatora. Co robić?!
Nagle uświadomiłem sobie, że znów zapożyczyłem się u  Lema. Natych-
miast napisałem do urzędników długi list, w którym nazywałem autora Solaris
największym w dziejach literatury twórcą apokryfów, przypomniałem Dosko-
nałą próżnię, Wielkość urojoną i Prowokację; zwróciłem uwagę na fikcyjne utwo-
ry pojawiające się w Wizji lokalnej i Głosie Pana, dodałem kilka cytatów.
Autorytet Mistrza zadziałał, pomysł na fikcyjne książki został ostatecznie
zaakceptowany.

Grzegorz Janusz (1970)

CAŁKOWITA FASCYNUJĄCA ODRĘBNOŚĆ
Na Zachodzie Lem nigdy nie był i nie jest obecnie gwiazdą fantastyki pop, na ska-
lę Isaaca Asimova czy Franka Herberta – lecz nie został też zapomniany. Po falach
przekładów w latach 70. i 80. (a poszczególne języki odkrywały Lema osobno, nie
zaistniała nigdy ogólnoświatowa „moda” na Lema), jego popularność utrzymuje
się na poziomie stosunkowo niskim, bo charakterystycznym właśnie dla współ-
czesnych autorów hardkorowej science fiction. Co jakiś czas trafiam na ostatnich
stronach periodyków naukowych (i w serwisach czy na blogach badaczy i aka-
demików) na polecanki doktorów ścisłowców z nowych pokoleń, którzy właśnie
odkryli Cyberiadę czy Głos Pana. Hollywood nie kręci też na podstawie Lema seryj-
nych blockbusterów, niemniej co dekadę czy dwie pojawia się ambitna ekraniza-
cja, jak choćby Kongresu futurologicznego w reżyserii Ariego Folmana (2013).
W  czym w  praktyce przejawia się fenomen pisarstwa Lema po kilkudzie-
sięciu latach? W tym, że prawie każda dyskusja o rozwoju cywilizacji, trendach
technologicznych, konsekwencjach nowych pomysłów (w nauce czy w SF) prę-
dzej czy później kończy się odkryciem, że „to już było u Lema” i wskazaniem
na tytuł. (Najczęściej powracają chyba Dialogi, Dzienniki gwiazdowe i Golem XIV).
Nie oznacza to, że Lem przewidział konkretne wynalazki – takie przypadki są
bardzo rzadkie. Jak z fantomatyką/VR: nie to jest ważne, jak się rzecz nazywa
i jak wyglądają gadżety, lecz do jakich zmian i paradoksów (kulturowych, praw-
nych, filozoficznych, cywilizacyjnych) prowadzi. Lem nakreślił z wyprzedzeniem
taką mapę sytuacji granicznych ludzkiej cywilizacji w rozmaitych dziedzinach.
 Lem jako figura w historii literatury polskiej pozostanie fascynujący przez swo-
ją całkowitą odrębność, indywidualizm, samożywność intelektualną. W porówna-
niu wszyscy inni autorzy sprawiają wrażenie satelitów okrążających obce globy,
ciał uwiązanych w literackich siatkach grawitacyjnych.

Jacek Dukaj (1974)
ze wstępu do antologii Głos Lema
i wypowiedzi w ankiecie Stanisława Beresia z książki Lem i tłumacze

ps. Przy okazji zlinkuję kto zacz - mniej znany od kolegów - Prochocki:
https://lubimyczytac.pl/autor/30501/slawomir-prochocki
I co go jeszcze z Mistrzem łączy ;):
https://www.tygodnikprzeglad.pl/rozmawiac-agresywnym-psem/

Oraz zwrócę uwagę na ziemkiewiczową wzmiankę, że za antylemowskimi kampaniami stali dwaj Andrzeje - Krzepkowski i Wójcik (ten drugi się zresztą potem cokolwiek zrehabilitował wydając Dzieła Patrona w Verbinum):
http://encyklopediafantastyki.pl/index.php?title=Andrzej_Krzepkowski
http://encyklopediafantastyki.pl/index.php?title=Andrzej_Wójcik
...których dzisiaj nikt nie czyta, a pamiętają chyba tylko najstarsi pochłaniacze ;) SF. Tak to czas pokazał czyja była racja...
« Ostatnia zmiana: Listopad 15, 2022, 12:58:09 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

xetras

  • God Member
  • ******
  • Wiadomości: 811
  • Skromny szperacz wobec różnorodności i osobliwości
    • Zobacz profil
Odp: O Lemie napisano
« Odpowiedź #1058 dnia: Listopad 15, 2022, 12:49:14 pm »
Szczególnie upodobałem sobie porównanie Lema do Pewexu*.

Zamiast odczuwanego na co dzień skansenu technologicznego sprawiał wrażenie, że i u nas jest światowo.

Metafora osobliwa i niepowtarzalna.
*Działacze, redaktorzy fanklubowi  (A. Wójcik, A Krzepkowski) zapewne nie lubili Peweksu :)
~ a priori z zasady jak ? ~
{palcem po ekranie}

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 14710
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: O Lemie napisano
« Odpowiedź #1059 dnia: Listopad 15, 2022, 01:32:11 pm »
Działacze, redaktorzy fanklubowi  (A. Wójcik, A Krzepkowski) zapewne nie lubili Peweksu :)

Możliwe, że lepiej czuli się w PRL-owskiej szarzyźnie, albo też swój własny Pewex (czy może raczej Cepelię? ;)) widzieli ogromny, i bali się by cudzy, większy, go nie przesłonił?

Swoją drogą ciekawe, czy ci dwaj macherzy stali za sprawą "Robota"/plebiscytu, czy jeszcze ktoś inny...
« Ostatnia zmiana: Listopad 15, 2022, 09:03:43 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

xetras

  • God Member
  • ******
  • Wiadomości: 811
  • Skromny szperacz wobec różnorodności i osobliwości
    • Zobacz profil
Odp: O Lemie napisano
« Odpowiedź #1060 dnia: Listopad 16, 2022, 03:41:50 pm »
"Robot" był świetny też w latach '80. Nie demonizujmy wpływowych działaczy.
Na tle serii z robalem (redagowanej chyba przez Wójcika [KAW]), gdzie było wyjątkowo dużo miernych utworów, to Snerg i jego wyznawcy mieli czym się cieszyć - niezależnie od jakichś oficjeli.
Przepraszam, nie cieszyli się (to nie jest dobre słowo) - byli bezwzględnie fanatycznymi wyznawcami. Mnie bardziej obchodziły Tapatiki Marty Tomaszewskiej, a bardzo wielu autorów całkiem porządną fantastykę uprawiało - Maciej Kuczyński, Maciej Wojtyszko, Marcin Wolski (słuchowiska). Na tyle dużo fantastyki wychodziło, że fabuły Lema mogły być zlekceważone (w połowie lat '70) przez ankietowanych.
Koniec dygresji (bo to nie o Lemie napisano).

~ a priori z zasady jak ? ~
{palcem po ekranie}

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 14710
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: O Lemie napisano
« Odpowiedź #1061 dnia: Listopad 17, 2022, 03:23:48 am »
Na tle serii z robalem (redagowanej chyba przez Wójcika [KAW]), gdzie było wyjątkowo dużo miernych utworów

Dlatego właśnie ironizuję, bo ambicje - literackie, redaktorskie, z zakresu dzielenia i rządzenia - jakby niekoniecznie na miarę możliwości... Poczytajmy zresztą recenzje "Kreksa" (którego Krzepkowski uważał za swoje arcydzieło):

""Co myśli mrówka, kiedy walą się na nią dwa tłuste półdupki?"
Otóż zapewne to samo, co myśli czytelnik przygnieciony fabułą "Kreksa" - za co ta udręka? Bo powieść Krzepkowskiego niestety jest fatalna. Autor miał jakiś zamysł, jakąś wizję, potrafił też pisać bogatym językiem, ale powieść wyszła mu straszna. Nie sposób odłowić w niej sensu, nie da się w sposób rozumny śledzić fabuły, zaś koniec nie tyle wieńczy dzieło, ile je urzyna w przypadkowym momencie.
Na historię składają się strzępy rojeń i wspomnień bohatera, który raz jest porwanym dyplomatą, zamkniętym na dziwnej stacji kosmicznej, innym razem ściga się z innymi zawodnikami zdezelowanym gwiezdnym statkiem, a jeszcze kiedy indziej wręcz jest dziewczynką/kobietą. Dlaczego? Jak to wszystko ma się łączyć do kupy z sekwencjami z tak zwanymi Nieludźmi, z trójnogami (takie zwierzęta), z jeżdżeniem wirobusami, wpadnięciem w wykop czy przygodnym seksem z dziewczyną w pociągu?
Przykro to mówić, ale "Kreks" jest jedną z najgorszych książek w serii "Z Glistą" i raczej nie warto łamać sobie nad nim głowy, bo w finale nie czeka czytelnika żadna nagroda..."

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/70713/kreks

Czy "Obszaru nieciągłości" obu panów:

"Pomysł to nie wszystko
Klasyczny przykład niezłego pomysłu w kiepskim wykonananiu. Świat pewnie mógłby zainteresować, gdyby nie to, iż jego obraz w książce składa się prawie wyłącznie z dziur. Razi wszystko - brak logiki, detali, wewnętrzne sprzeczności. Język fatalny, zwłaszcza w pierwszej części utworu, pełen dziwacznych, niepotrzebnych i niezrozumiałych metafor.
Całość przypomina opis ciężkiego i męczącego snu, opowiedziany nam po piątym piwie.
Ocena: 2, tylko przez sympatię dla bohaterów.
Zalecany substytut: "Powrót z gwiazd" Stanisława Lema."

https://www.biblionetka.pl/art.aspx?id=19020
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki


xetras

  • God Member
  • ******
  • Wiadomości: 811
  • Skromny szperacz wobec różnorodności i osobliwości
    • Zobacz profil
Odp: O Lemie napisano
« Odpowiedź #1063 dnia: Listopad 19, 2022, 01:25:21 pm »
Rozpracowanie krakowskich literatów (ZLP) trwało w latach 1970-1989, a samego Lema osobno w innej sprawie w 1976 roku.
Do 1970 roku chyba SB  było mniej napastliwe wobec artystów.
~ a priori z zasady jak ? ~
{palcem po ekranie}

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 6544
    • Zobacz profil
Odp: O Lemie napisano
« Odpowiedź #1064 dnia: Listopad 19, 2022, 01:25:52 pm »
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)