Polski > DyLEMaty

Philip K. thingy, jak to się drzewiej pisało ;).

(1/9) > >>

Q:
Jeśli kto się zdziwił czemu nie odpowiedziałem Cetarianowi w kwestii lemowych ocen Dicka, to odpowiedź jest prosta: bo szykowałem nowy wątek wyłącznie o P.K.D. i wolałem zachować swoje najlepsze argumenty "na zasię" ;).

Ale przejdźmy do właściwego tematu...

Przyznaję, ze poczatkowo z twórczością Dicka miałem ten sam kłopot jaki miał (sądząc ze szczerego wyznania w drugim wydaniu "FiF") sam Lem, ostatnio zaś np. Cetarian. Tzn, że jego utwory zaskakiwały kiksami, paralogizmami, kiczowatą w stylu najgorszej space opery scenerią, złamaną strukturą fabuły (uderzyło mnie to już w pierwszym jego opowiadaniu, jakie poznałem - "Przypomnimy to panu hurtowo"; tym które stanowiło kanwę do "Total Recall"). "Trzy stygmaty..." odłożyłem wręcz z niesmakiem, przy pierwszym podejściu. Po jakimś jednak czasie* oswoiłem się z jego twórczością, i zrozumiałem w czym tkwił problem.

Dick jest bowiem w metodzie twórczej - może najbardziej szczerym autorem amerykańskiej SF, ta bowiem, prawie od początku, stoi w opozycji do takiego pojmowania SF, do jakiego przyzwyczaił nas Lem (a tym bardziej Clarke). Amerykańska SF są to mianowicie (co Mistrz zauważył chyba jako pierwszy) przede wszystkim baśnie. Baśnie z morałem, lub bez, mądre lub głupie, piękne lub grafomańskie, ale właśnie baśnie. Widać to u autorów lat '20 i '30, którzy snuli swoje opowieści gwoli ekscytowania nastolatków. Widać u Asimova, który wprost przyznawał, że w czasach, gdy pisał swe słynne historie o robotach nie wierzył w możliwość ich powstania. Widać u Cordweinera Smitha. Widać u Van Vogta. Widać u Bestera. Widać u F. Browna i R. Sheckley'a, których to opowiadania stanowią baśnie z dowcipnym morałem. Widać u Simmonsa. Widać u Wolfe'a. Widać wreszcie u Le Guin i Rodenbery'ego (twórcy "Star Treka"), którzy wprost przyznają, że mimo deklarowanej troski o realizm za cel mają snucie (w ich wypadku: społecznych) alegorii.

P.K.D .bowiem - nie wiem na ile świadomie, bo nie znam stopnia jego twórczej samoświadomości, ani stopnia poczytalności w trakcie pisania - odrzuca w sumie symulowanie dbałości o jakikolwiek (poza psychologicznym) realizm, i swobodnie snuje swoje opowieści, nie ograniczając się regułami jakim powinna ulegać "prawdziwa" SF. (Jest tu więc poniekąd - jak swego czasu mówiłem - przeciwieństwem, b. wyczulonego na kwestię prawdopodobieństwa, Clarke'a; przy czym - jak na ironię, część jego rzuconych od niechcenia "prognoz" się sprawdziła, tak jak i zawiodła część precyzyjnych i logiczne zbudowanych przewidywań A.C.C.).

Analizując twórczość Dicka "wywleka się" ;) zwykle powracający wątek "nieprawdziwej rzeczywistości" zatrącający tyleż o kwestie filozoficzno-metafizyczne, co o tematykę VR, pytanie o granice normy psychicznej, kwestię cienkich granic miedzy człowiekiem a maszyną. Niektórzy zwrócą też uwagę na to w jak (genialne często) twisty zakręcone są jego fabuły (wtedy to była nowość, dziś co drugi reżyserek się tak bawi). Są to wszystko oczywiste oczywistości ;). Zajmę się więc tym co uważam za niedocenianą siłą tych utworów. Chodzi mi mianowicie o to, że Dick pisząc o przyszłych czy alternatywnych światach czynił je "żywymi" - pokazywał zmieniające się mody, codzienne problemy (te odwieczne i te wynikające z wprowadzenia róznych fantastycznych gadgetów) - słowem, że w przeciwieństwie do innych pisarzy SF usiłował pokazać nie genialne wynalazki czy odkrywcze wyprawy, a życie zwykłych ludzi w świecie innym od naszego, dorobić do fabuły - na swój sposób "realistyczne" - tło** (choć o realizm przecie się programowo nie kłopotał). Szczegóły futurystycznych światów wychodziły mu co prawda raz gorzej, raz lepiej, ale zwykle były b. interesujące (choć, jak rzekłem, wielu tych "futurystycznych szczegółów" nie sposób traktować jako prób prognostyki serio).

Widać to zresztą w ekranizacjach tej prozy - światy "Blade Runnera", "Raportu mniejszości", ba nawet nieszczęsnego "Total Recall" nawet jeśli w szczegółach biorą rozbrat z oryginalną wizją pisarza też "bogate są dziwacznymi uszczegółowieniami", które budują niesamowity klimat. (Na tyle wciągający, ze aż nie ma się ochoty pytać o logiczną spoistość tych wizji.)

Kolejna sprawa to miotający się na tle tak interesujących scenografii ludzie. Ludzie słabi, zwyczajni (choć bardzo często zmuszeni do zmierzenia się z gigantycznymi problemami), posiadający swoje wady, odchylenia psychiczne, problemy, kompleksy, pogmatwane życie osobiste i zawodowe... Zwykle budzący naszą sympatię, czasem jednak wręcz odrażający w swych wadach... Ludzie z krwi i kości jakże różni od herosów opiewanych przez Clarke'a, wczesnego Lema, Roddenberry'ego czy Heinleina... Lubię SF o herosach... ideałach... ale to była odświeżająca odmiana. (Zwłaszcza, że u Dicka "żywe" są zwykle nawet postacie z najdalszego tła.)

Nazywa się Dicka "Dostojewskim SF'. Moim zdaniem miał też w sobie - mimo woli, jak to on ;) - coś z Flauberta.

Q:
Mówi się też wiele o najsłynniejszych powieściach tego Autora, może więc dla odmiany wspomnę coś o jego - może nawet lepszych (za krótkie są, by fabuła straciła spójność ;))  - opowiadaniach.

Moje trzy ulubione to:
-"Złotoskóry" - jeden z nielicznych utworów P.K.D. opartych na klasycznym schemacie "śledztwa naukowego"; b. interesująca wizja tytułowego mutanta, którego obecność stawia pytanie o to na ile rozum jest ewolucyjnie przydatny, i o to ile zwierzęcia zostało w człowieku (konsekwentny mizogin Dick rzekłby "w kobiecie" ;D).

-"Majstersztyk" - inżynier Ziemianin, po wojnie atomowej z Obcymi, pracuje przy przywracaniu warunków zdatnych do życia. Powoli odkrywa jednak, że wojny nie wygrali ludzie, a wiele rzeczy które go otacza jest mistyfikacją. Puenta jest zaskakująca.

-"Podróż" - człowiek podróżujący do kosmicznej kolonii w stanie hibernacji nie został dokładnie uśpiony w związku z tym komputer pokładowy musi stworzyć mu rzeczywistość wirtualną... na 10 lat podróży. Musi się to odbić na psychice owego podróżnika.

Wypada też zwrócić na literackie powiązania thingy'ego ;):

Primo: Zachodniacy z lubością zestawiają go z Lovecraftem. Jest w tym coś. Obaj autorzy mają obsesję na punkcie "prawdziwej prawdy" o świecie... Wizje obu są silnie paranoidalne... (I obaj, jak głosi wieść, wierzyli w prawdziwość tego o czym piszą.)

Secundo:są tacy co twierdzą, że Dick wynalazł cyberpunk. I może sporo w tym prawdy bo jego obsesjami były: nierzeczywista rzeczywistość ;) i granice człowiek-maszyna. No i przedstawiał rozszalały kapitalizm... (Choć jak dobrze pogrzebać to pierwsze próby zgłębienia tych problemów znajdziemy już u Bestera, Asimova, Heinleina...)

Tertio: dłuugo można porównywać groteskowe wizje Philipa K. z "tichym" ;) przedziałem twórczości Lema, podobieństw sporo się wygrzebie.

Jednym słowem: jest to twórca na tyle ważny, że nawet będąc zaprzysięgłym miłośnikiem hard SF - znaczy fantastyki serio, wiarygodnej naukowo i wogóle ;) nie umiem (głównie z racji tego paradoksalnego "realizmu" chyba) obok jego twórczości przejść obojętnie (i w swoim prywatnym rankingu autorów SF stawiam go b. wysoko, gdzieś tak na trzecim miejscu, ex equo z Le Guin***).

Na zakończenie kilka linków:
-Lem (pochlebnie) o Dicku:
http://miasta.gazeta.pl/krakow/1,65127,2704627.html
-Dukaj o Dicku:
http://www.dukaj.pl/czytelnia/publicystyka/LataTlustejSzaranczy
http://www.dukaj.pl/czytelnia/publicystyka/PisarzTezCzlowiekChociazWariat
-J. Sosnowski o Dicku:
http://www.jerzysosnowski.pl/?page_id=55
-"Washington Post" o Dicku:
http://www.washingtonpost.com/ac2/wp-dyn?pagename=article&node=&contentId=A6396-2002Jul26
-i wybór cytatów z P.K.D. - widać z nich jasno, że był jednym z pierwszych stylistów w SF:
http://esensja.pl/ksiazka/recenzje/tekst.html?id=1547

* skoro wszędzie pisali, że on wybitny, podejmowałem próby sprawdzenia co też inni w nim widzą

** nie miał tu skrupułów Mistrza, który nie chciał się bawić w przewidywanie nieprzewidywalnego, ani Clarke'a, który wolał "bezpiecznie" pozostać przy przewidywaniach stricte technologicznych; bawił się tym, jak przypuszczam.

*** która go zresztą w dużym stopniu rozpropagowała...

olkapolka:
Hm...Q ciezko tu oczywiscie cos dodac;)Podales nam gotowy przepis na Dicka;)Ale;)Dostojewskiego jeszcze moge ewentualnie sobie uzasadnic...choc naciaganie...ale Flaubert?!:)
Wspomniales o opowiadaniach i pomyslalam ze zalinkuje...sama juz nie wiem czy wolno czy nie...z drugiej strony mozna to za darmo w bibliotece wypozyczyc a ta stronka istnieje od paru lat i opowiadania nie znikaja wiec:
http://www.grzessssiek.republika.pl/philip/opowiad.html
Moze to ualatwi jakas wymiane na temat opowiadan Dicka;)
Lubie te o ktorych napisales.Ciekawym dla mnie sa tez Przedludzie.O relatywnosci definicji i przesuwania kolejnych granic.Troche przesadzone...ale;)

maziek:
Nie wiem, czy się zgodzicie, ale D.i.c.k ma unikatową zdolność rozwinięcia akcji w trzeci sposób. Na zasadzie, jak to pisał Lem, że fizycy długo się zastanawiali, czy czy spiny elektronów są dodatnie czy ujemne, a one okazały się trzecie.

Q:

--- Cytat: olkapolka w Listopad 08, 2009, 01:34:30 am ---Dostojewskiego jeszcze moge ewentualnie sobie uzasadnic...choc naciaganie...ale Flaubert?!:)
--- Koniec cytatu ---

olka, z tym Flaubertem to był oczywiście skrót myślowy. Chodzi mi o celebracje zwykłości i przeciętności. Dick w sposób wyjątkowy dla SF pisze o zwykłych ludziach i w tle jego nawet najdziwaczniejszych fabuł toczy się (albo przynajmniej usiłuje toczyć) zwykła (na dickowski sposób "zwykłe", oczywiście ;)) życie szarych ludzi.


--- Cytat: olkapolka w Listopad 08, 2009, 01:34:30 am ---Lubie te o ktorych napisales.Ciekawym dla mnie sa tez Przedludzie.O relatywnosci definicji i przesuwania kolejnych granic.Troche przesadzone...ale;)
--- Koniec cytatu ---

Znam. Dobrze jest napisane, i pozwala zrozumieć sposób myślenia przeciwników aborcji tzn. realny lęk, który w ich wypowiedziach normalnie tonie pod tonami scholastyki. Przy czym postawione tam pytanie "co definiuje człowieka" nadal pozostaje w mocy a Dick w sumie wykręcił się od odpowiedzi.

ps. maźku, u Dicka fabula rozwija się w trzeci sposób, a potem czasem i czwarty, czy nawet piąty... nie wiem ile w tym świadomych wyborów, a ile obłędu (choć nie przypuszczam by sam obłęd do tego wystarczył), ale z pewnością lepsze to od schematyzmu... pamiętam np. w "Złotoskórym" - zaczyna się jak obyczajowa opowiastka o komiwojażerze, potem okazuje się, że to postapokaliptyka, potem, że postapokaliptyka to tło na którym rozgrywa się historia tajnego agenta, a koniec końców agent okazuje się fabularnie dość nieistotny liczy się parę ważkich pytań. Zaczyna się od obyczajówki kończy filozoficzną SF.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

Idź do wersji pełnej