Polski > Lemosfera

Solaris

(1/22) > >>

Czcigodny Nader:
Witam wszystkich! :)
Jestem tu nowy, ale generalnie jestem już dość stary. Gdy do moich rąk po raz pierwszy trafiło „Solaris” (prezent od ojca) to Darth Vader jeszcze nawet nie zagnieździł się w łonie matki. Mniejsza z nim, i tak jest z innej Galaktyki. O czym to jak chciałem? No tak... Z okazji kolejnych domowych porządków w moje ręce po wielu, wielu latach trafiło ponownie owo „Solaris”. Ponieważ wyrokom losu nie należy stawać okoniem, książkę ponownie przeczytałem. No i poczułem się jakbym trafił głową w betonowy mur. W latach młodości twórczość Lema pochłaniałem w całości i bez kwękania. Jeśli czegoś nie rozumiałem, odkładałem na później. Solaris, Eden, Powrót z gwiazd, no i oczywiście Niezwyciężony... To były lektury! Jednak przy obecnym czytaniu z wielkim zaskoczeniem skonstatowałem, że „Solaris” jest po prostu ramotą. Dlaczego? Po pierwsze primo: język, a głównie dialogi. Po drugie primo: wiarygodność postaci i ich uczynków. I pewne dość rażące przy wnikliwym czytaniu błędy rzeczowe. W pierwszym moim poście nie będę teraz się rozpisywał, ale postawie pytanie: czy Wy, miłośnicy, fani Lema, nie mieliście podobnych wniosków. Jeśli ktokolwiek będzie chciał wejść w niniejszą dyskusją, to przedstawię dokładnie co sprawiło, iż Solaris za ramotę uznaję.
Od razu dodam (żeby nie być uznany za hejtera; choć to teraz w świecie modne tak samo jak reklamować części rodne), że niejako przy okazji, i dla porównania, przeczytałem „Piknik na skraju drogi”, której to książki też fanem dawniej byłem. No i... fanem pozostanę chyba do grobowej deski. Moim zdaniem Lem w tym akurat zestawieniu przegrał.

Q:

--- Cytat: Czcigodny Nader w Styczeń 10, 2015, 08:05:09 pm ---Witam wszystkich! :)
--- Koniec cytatu ---

Witamy :).


--- Cytat: Czcigodny Nader w Styczeń 10, 2015, 08:05:09 pm ---Dlaczego? Po pierwsze primo: język, a głównie dialogi. Po drugie primo: wiarygodność postaci i ich uczynków. I pewne dość rażące przy wnikliwym czytaniu błędy rzeczowe. W pierwszym moim poście nie będę teraz się rozpisywał
--- Koniec cytatu ---

A szkoda, że się ne rozpisałeś, bo z konkretnymi zarzutami łatwiej polemizować/zgodzić się. Zatem, nie wiem jak Koleżeństwo, ja bym właśnie o konkrety poprosił...

Czcigodny Nader:
Ok :-) Nie rozpisywałem się świadom faktu, że długie posty z reguły nie są dobrze widziane. Ad rem... Kris Kelvin. W moim odczuciu Lem skonstruował tą postać w zupełnym oderwaniu od realiów. Wiem, wiem, fantastyka naukowa rządzi się swoistymi prawami. No ale główny bohater nawet w prozie SF powinien w swoim "wyglądzie" psychologicznym mieć umocowanie czy odniesienie do świata realnego. W innym przypadku będzie to twór wydumany i nieprawdziwy. Cóż mnie tak odrzuciło w postaci Kelvina? Po kolei. Kelvin jest psychologiem, facetem prawdopodobnie w średnim wieku z pewnym bagażem doświadczeń życiowych i zawodowych. Na stację trafia by zdiagnozować lub wyjaśnić problem (śmierć Gibariana i nie tylko). I cóż robi Kelvin gdy na stację dociera? Najpierw prowadzi drętwe rozmowy ze Snutem i Sartoriusem. W owych dialogach uderzyła mnie nie tyle ich drętwota, co fakt, że owi naukowcy zachowują się jak ciemne baby, którym w kruchcie czarny kot przebiegł drogę. No dobrze, dalej... Naszemu dzielnemu bohaterowi objawia się Harey, kobieta którą kochał (prawdopodobnie kocha nadal, tak przynajmniej należy mniemać sugerując się treścią książki), i która przez jego, mówiąc wprost, dupkowatość, popełniła samobójstwo. No dobrze... Jak zachowuje się Kelvin w tej nietypowej sytuacji? Jak psycholog? Jak naukowiec, który napotkał trudny problem? Ano nie. Teraz w telegraficznym skrócie: facet bez jakichkolwiek zahamowań,  próbuje dość dziwacznych chwytów na pannie Harey, począwszy od zaciskania palców na jej szyi, poprzez próbę wykręcenia jej rąk za plecy. A ponieważ to nie zdaje egzaminu, a Kelvin ma pilną naradę z w/w naukowcami (sic!) więc ciupasem pakuje babę do rakietki i wysyła ją w kosmos. Wiedząc, że w owej rakietce nie ma wystarczającego zapasu tlenu i jedzenia, o ateście Sanepidu nie wspominając :-). Czyli jednym słowem co robi? Morduje ją. Jak zawodowy killer. Czy tak zachowuje się człowiek wykształcony, psycholog? Absolutnie nie. Tak na marginesie, psycholodzy, psychiatrzy są ludźmi, którzy na co dzień mają do czynienia naprawdę z bardzo dziwnymi przypadkami, z którymi muszą się zmierzyć. Nie mogą ulec emocjom. I wcale nie idealizuje tej profesji. Druga rzecz, bardziej przyziemna. Człowiek, który kocha, nie ważne czy osobę żyjącą, czy tylko swoje wyobrażenie o niej ( bo ta na przykład zmarła) nie odważy się, nawet nie pomyśli o czymś takim, co zrobił Kelvin. Bo to swoisty zamach na sacrum. W kwestii Kelvina dochodzą także nieszczęsne dialogi między nim, a Harey. Nawet student pierwszego roku psychologii zachował by się lepiej. Odniosłem dziwaczne wrażenie, że Lem nigdy nie prowadził rozmów, nawet na poziomie flirtu z przedstawicielkami płci przeciwnej więc i w książce nie mógł sobie z tym poradzić. Reasumując: postać głównego bohatera jest w moim mniemaniu tak nieprawdziwa, że aż bezsensowna. Rozpisałem się, nieprawdaż? :-)

maziek:
Co Ty, nie osiągnąłeś nawet średniej (na tym forum) hehe ;) .

No OK, można Twoje argumenty uznać, albo je odrzucić (takie zawsze mądre stwierdzenie ;) ). Ja w przeciwieństwie do Ciebie za młodu Solaris nie trawiłem, wręcz nie byłe w stanie przeczytać. W którymś momencie się zmusiłem i w warstwie czysto "przygodowej" uważam, że jest całkiem dobra (nie widzę szczególnej sztuczności w tym, że Kelvin naukowiec "bada" próbkę, szczególnie jeśli wyobrażę sobie, że równocześnie bada siebie, jak bardzo zwariował). Główne przesłanie (chyba dlatego Lem uważał ją za taką ważną) szczerze mówiąc do mnie nie dociera (mam na myśli niemożność kontaktu z Solaris). Zaś motyw będący niejako tworzywem - to że Solaris wyciąga z umysłów ludzi otorbione w nich umysły innych ludzi, a więc że ci nieistniejący już - istnieją niejako nadal w umysłach innych - za genialne.

Czcigodny Nader:
Nie osiągnąłem średniej!? Święty Zarkwonie! To ile muszę jeszcze nabazgrolić? Ok :)Do rzeczy. Solaris nigdy nie odbierałem jako "przygodówki". Raczej jako książkę dojrzałą, uznanego Autora. Tak było kiedyś. Teraz już nie. To nie jest żart, ale bardziej dzisiaj Solaris mi się widzi jako niezbyt poprawnie napisane romansidło w filozoficzo-naukowym sosie. Bo czy tego Lem chciał, czy nie (wypunktował czy może uwypuklił to Soderberg w ekranizacji) wątek "melo" jest bardzo mocny. Kwestia niemożności nawiązania kontaktu z innymi cywilizacjami była wałkowana na milion sposobów, a ja odbieram takie podejście jako słabość autorów, którzy nie bardzo potrafią poradzić sobie i nawet nie próbują zbytnio, zmierzyć się z problemem. Ot, piszemy książkę o styku cywilizacji, a gdy temat osiąga "szczytowanie" rakiem się z niego wycofujemy. Te wyciąganie z umysłu... No cóż. To też wątek znany i wałkowany. Głównie w aspekcie tzw. odkupienia. I nie o religijne nawiedzenia chodzi, a o tą wyśnioną, mityczną możliwość cofnięcia się w czasie by mieć szansę naprawić to co się w życiu spaprało. Kelvin napaprał, doprowadził do samobójstwa kobietę którą kochał. Lem ukazuje ten temat ale trochę w innym anturażu. S-F owym. Mamy problem z przeszłości, mamy lokalnego Boga jakim jest ocean Solaris i wio! No i cóż. Kelvin dostaje drugą szansę. Fajnie jest. Ale ukochaną po raz drugi odwiedza seryjny samobójca. Czyli Lem mówi: - Widzicie jak to jest? Gość dostał szansę i znowu spieprzył. Według mnie o tym tak naprawdę jest Solaris. O ograniczeniach, które są zafiksowane w naszych umysłach. Nie o niemożności kontaktu, ale o niemożności naprawienia siebie. Generalnie to piękny temat do dysput wszelakich, ale wtedy i tylko wtedy gdy jest dobrze przedstawiony, profesjonalnie. Jednak gdy bohater jest mało wiarygodny od pierwszego momentu pojawienia się w książce, a język nieporadny stylem, no to raczej nie będziemy dalej się zagłębiać w przemyślenia autora. Tak na marginesie: Solaris z którym miałem do czynienia to wersja z połowy lat dziewięćdziesiątych, rzekomo poprawiona przez samego Lema w asyście doborowych redaktorów Wydawnictwa Literackiego. No to jak tak, to na Boga Ojca, może owi redaktorzy wywaliliby wreszcie fragment akapitu, w którym to Harey zapytana przez Kelvina dlaczego jest boso odpowiada: "musiałam gdzieś chyba zarzucić trzewiki"... Podejrzewam, że zarzuciła w sieni... albo na przyzbie... ;D Ale się czepiam, no nie?

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

Idź do wersji pełnej