Polski > Lemosfera

O Lemie napisano

<< < (203/205) > >>

olkapolka:
Nieoczekiwanie o Lemie napisano w książce S. Frołow "Nasz biedny Fiedia". Strony 242 i 243/244.
I to w niebagatelnym kontekście mniemanego gwałtu, którego miał się dopuścić Dostojewski na 10 letniej dziewczynce.
Lem zostaje przywołany jako głos po stronie obrony.
Cytaty pochodzą z "Mojego poglądu na literaturę" 2003.
M.in. z eseju "Lolita" czyli Stawrogin i Beatrycze - gdzie Lem porównuje Swidrygajłowa/Stawrogina z Humbertem.

Q:
"Co widział Stanisław L.":
https://journals.pan.pl/Content/112174

Q:
O Lemie napiszą... w przyszłości??? ???
https://polskieradio24.pl/39/156/Artykul/2854517,Astronauci-Gruby-pan-zamawia-u-Lema-lot-w-kosmos

Skoro zaś na scenariusze rodem z SF (ni to ze "137 sekund", ni to z pierwszych zdań "Weapon Systems of the Twenty First Century") zeszło... Oto jak alternatywną wersję jeszcze-nie-Mistrza przedstawił Maciej Parowski w swojej "Burzy":

Łzy Sophie Scholl
Opuścił kanał włazem na Krakowskim Przedmieściu, blisko Uniwersytetu. Znano go także w tej okolicy, toteż szybko i bez sensacji zanurzył się w tłumie idących w stronę Świętokrzyskiej. Tylko trójka młodzieńców zwróciła na Antka uwagę. Podchorąży i dwu chłopców.
Andrzej, najmłodszy, przystojny brunet w zielonym swetrze prężył się jak struna, by nie pomyślano, że ma tylko czternaście lat. Stanisław, pucołowaty dziewiętnastolatek w garniturze i okularach, frasował się papierami, które trzymał pod pachą w brązowej teczce. Trzeci, Jerzy Stefan, w mundurze podchorążego, wyglądał na najstarszego, choć miał tyle samo lat, co okularnik. Matkował tej dwójce, to on zwrócił im uwagę na Antka, komentował zniszczenia i pomników, i Pałacu Staszica, i świętokrzyskiego kościoła. Pokazał im siedzibę dowództwa obrony Warszawy, mocno nadwyrężoną bombami, w głębi ulicy, tam, gdzie zniknął Powstaniec.
Słuchali go, oglądali lasy rusztowań, z przejęciem komentowali ślady kul na Koperniku.
Aż, delikatnie poganiani, potykając się i zerkając za siebie, przekroczyli bramę Uniwersytetu i powędrowali za podchorążym do BUW.
Podchorąży, dziewiętnastoletni weteran wojny polskiej, nazywał się Jerzy Stefan Stawiński; od wiosny studiował prawo, semestr jesienny, jak wszystkim, zabrała mu wojna. W kwietniu zaczął pisać pełną wigoru powieść wojenną, zupełnie inną od tej, jaka spłynęła jedenaście lat wcześniej z pióra przedstawiciela przegranych, Ericha Marii Remarque’a.
Okularnik, Stanisław Lem, syn lekarza ze Lwowa, był najlepszym maturzystą A.D. 1939 Polski południowej i gościem prezydenta Warszawy. Pociągały go literatura, słodycze, mechanika i spekulacje naukowe, planował studia na Politechnice Lwowskiej, ale w końcu z ojcowskiej poręki wylądował na medycynie. Czternastolatek, Andrzej, przyjechał z mamą z Suwałk, gdzie stacjonował jego ojciec, Jakub Wajda, kapitan piechoty. Andrzeja fascynowała sztuka, zamierzał studiować na krakowskiej ASP.
Ta trójka poznała się dzień wcześniej w Dziekance, gdzie rozdawano zaproszenia na uniwersytecką konferencję. Lem w Dziekance nocował jako gość magistratu. Wajda tak długo powtarzał, że musi konferencję zobaczyć, aż matka i ciotka, u której się zatrzymali w Warszawie, z ulgą wyprawiły go na uniwersytet. Natomiast Stawińskiego, rodowitego warszawiaka, przyciągnęły zapowiadane wystąpienia pułkownika Roweckiego i rotmistrza Pileckiego o wojennych losach cywili. Chciał to włączyć do swojej młodzieńczej powieści. Jeden Lem nie myślał o tym, czego się dowie od innych, bo nie ustawał w układaniu bon motów do własnego wystąpienia. Dobry plan i notatki miał w teczce, ale co szkodzi rzecz rozbudować.
Biblioteka Uniwersytecka powitała ich ciemnościami i terkotem projektora. Drobinki kurzu wirowały w snopie światła, zakończonym dużym ekranem. Z pomocą życzliwych rąk szybko odnaleźli w ciemnościach siedzące miejsca.

/.../

Torpedy, roboty, jaszczury
Zośka, Alek, Stasinek, Rudy siedzieli w słońcu na ławkach przed BUW i jedli przyniesione z domu kanapki oraz suche ciasteczka i pączki od Bliklego, którymi częstowano w holu biblioteki. Popijali herbatę z papierowych, woskowanych kubków. Przysiedli do nich Stawiński i Lem, który od razu się przyznał, że po przerwie mówi o fantastyce politycznej.
Pogubisz się, daj znać, zrobimy szum, będziesz miał czas zajrzeć do notatek i zebrać myśli, zobaczysz, będzie dobrze. Wajda się temu przygląda i marzy o filmie, w którym losy paru chłopców jak ci, no i tych pięknych dziewczyn siedzących z drugiej strony, złożyłyby się na obraz pokolenia. Zośka pokazywał kolegom wiekowy egzemplarz Clausewitza z dziesiątką autografów.
Kiwali głowami, aleś nazbierał, dobrze, że miałeś książkę przy sobie. Czekaj, mówi młody Sosabowski, widzę, że i mój ojciec ci podpisał, o kurczę blade, pod pułkownikiem Stauffenbergiem. I co z tego, dziwi się Zośka. Nie pogryźli się tam? — pyta Stasinek bo stary w domu jęczał, że znów go poniosło i za bardzo obtańcował człowieka. Ochrzanił go, ale potem na siebie nie warczeli, sam Stauffenberg mnie do niego zaciągnął, a generał puścił oko, to już nie gadałem Niemcowi, że się znamy, mówi Zośka.
Przechodzi Nałkowska. Chwała Bogu, chłopcy, że nie tylko o wojnie potraficie rozmawiać, jakaś książka w końcu was zainteresowała. Pokazali jej, o jaką książkę chodzi, a da nam pani Zofia autograf na Clausewitzu? Wzdrygnęła się. Ja… na Clausewitzu… Oszalałeś, przyjdź dzieciaku z „Romansem Teresy Hennert”, „Granicą” albo z „Medalionami”, inaczej porozmawiamy. A co to te „Medaliony”? Dopiero się piszą, odpowiada Nałkowska z uśmiechem. I nie siedźcie tak, nie marnujcie czasu, weźcie się za tamte dziewczyny. Rzeczywiście w cieniu, po drugiej stronie alejki, siedziały istoty jakby z innej planety. Sophie Scholl, Krysia Wańkowiczówna i Julia Hartwig. Z tą ostatnią, śliczną, trochę orientalną panną nie ma co zaczynać, bo sympatyzuje ze znanym reporterem Ksawerym Pruszyńskim. Tylko krakowiak z UJ siedział po babskiej stronie, w ogóle się nie krępował, coś im z powagą tłumaczył, serio, bez wygłupów, bez flirtu, ale widać było, że są szczerze zainteresowane.
Naraz w bramie uniwersytetu pojawiło się paru pisarzy, znali ich zdjęcia z porannej prasy, która zamieściła relacje z politechniki.
— Orwell, Koestler, Camus, Ionesco, Boy… — wyliczał Zośka.
Chłopaki, jest Kastner, dotrzymał słowa.
Na Lemie ścierpła skóra, trafiło się wymagające audytorium.
Rudy się cieszy, sięga po torbę, ale nagle i on robi kwaśną minę.
— Patrzcie, jak to się dziwnie plecie — mówi do kolegów. — Jak który Niemiec porządny, to wygląda jak złośliwy krasnolud albo stary gnom.
— O kogo ci chodzi?
— No, o Adenauera, Koestlera. A i nasz ukochany Kastner też nie błyszczy urodą.
— Koestler to z pochodzenia Węgier albo Austriak. Teraz Brytyjczyk.
— Ale taki na przykład Willy Brandt jest przystojny — mówi Wańkowiczówna z drugiej ławki i zaraz żałuje, że się odezwała.
— A któż to jest Brandt?
— Dziennikarz niemiecki. Nie chciał służyć Hitlerowi, wybrał obywatelstwo norweskie, był korespondentem w Hiszpanii, a teraz wrócił — wyjaśnia Zośka. — Pisze o konferencjach w Polsce dla prasy niemieckiej i skandynawskiej.
— Był u nas w domu — dodaje Krysia. — Długo w nocy z ojcem o wojnie polskiej rozmawiali. Tata powiedział, że to porządny Niemiec i miły gość.
— Ale na razie jest nikim. Jak pokaże, co potrafi, wybije się, wtedy podwyższy wskaźnik urody wśród coś znaczących, uczciwych Niemców.
— Z tą urodą to w ogóle Panu Bogu się nie udało — mówi Zośka.
— Fatalizm jakiś. Bo i Polak, jak który fajny, to albo Rudy, albo Bytnar.
— Albo Zośka!
— Zejdź ze mnie — jęczy Bytnar. — Tak mi się powiedziało. Co by Kastnerowi szkodziło wyglądać jak Gary Cooper albo nasz Bodo czy Żabczyński. Ale już, nic nie mówię, idziemy po autograf.
— Na karteczce głupio, wolałbym książkę ze sobą mieć — marudzi Stasinek.
Rudy tryumfalnie zanurza rękę w plecaku.
— Ja swoje wziąłem. Czytam gazety, radia słucham, kroniki PAT oglądam, to wiem, kto do Polski przyjechał, kiedy i gdzie będzie uchwytny.
Ale nie zdążyli wziąć autografów. Rowecki poganiał publiczność, już jesteśmy spóźnieni, a tu pani Zofia chciała coś jeszcze przekazać, zanim Stanisława Lema, najlepszego licealistę południowej Polski, studenta medycyny, dopuścimy do głosu.
Nałkowska powiedziała krótko, że pisarze też gotowali się do wojny. Karol Irzykowski, z którym, jak pewnie wiecie, nie za bardzo się lubimy, powiedział mądre zdanie, że wojna, że okupacja to czas darowany. Koniec głupich literackich gier czy giełd, trzeba ważne książki pisać, każde słowo na wagę złota. Pisarze, kiedy przychodzi bieda, wiedzą, że nie wystarczy założyć podziemne wydawnictwa, co deklarowali wojskowi, potrzebne jest żywe słowo. Dlatego ludzie, którzy polskie słowo kochają, podjęli działania w jego obronie. Powstała inicjatywa, szczęśliwe zwycięstwo ją przerwało, opieki nad pisarzami, wykupywania na pniu maszynopisów, a nawet prac niezaczętych. Zacni ziemianie, finansiści i polscy fabrykanci pieniądze na to chcieli wyłożyć, już się zaczęła zbiórka.
— I były jakieś efekty? — pyta Rowecki.
— Zbigniew Mitzner, który akcję rozpoczął z myślą o powojennej przyszłości, a i na czas wojennej smuty fundusze zgromadził, z autorami umowy podpisał i zaliczki wypłacił, pisze teraz o tym książkę reporterską. Twierdzi, że te wojenne rzeczy odstają na plus od przedwojennej literackiej galanterii. Bardzo polecam jego książkę uwadze młodych, bo nie wiadomo, kiedy, w jakiej opresji słowo polskie się znajdzie, toteż tę obywatelską inicjatywę należy zachować w pamięci.
Rowecki podziękował, sam chciał jedną rzecz uzupełnić, bo go ludzie pytają o film Lejtesa. Czy to serio, co film pokazuje, skoro generał Fieldorf i ja zgodziliśmy się na rzeczoznawców? Film jest fantastyką, rozmawialiśmy z reżyserem wszystkiego dwie godziny, to jest sztuka, nie rzeczywistość, kierował się jej regułami, jedyny nasz pomysł odrzucił jako niefilmowy.
— Jaki pomysł?
— Zamiast opowieści o ucieczce z podbitego miasta japońskim samolotem proponowaliśmy mu obraz o powstaniu. Powiedział, że to akcję filmu na całą Warszawę rozciągnie, nie będzie kulminacji, za dużo bohaterów.
— Szkoda, brzmi atrakcyjnie.
— Zakwestionował sposób poruszania się powstańców w podbitej przez Niemców stolicy.
— Dlaczego?
— Żeby odpowiedzieć, musiałbym zdradzić, o co chodzi. Ktoś coś zaproponuje?
— Jednoosobowymi balonami? — zgaduje Staszek Lem. — Albo na motorowych lotniach.
— Byliśmy bardziej przyziemni.
— Na linach rozciągniętych między domami? Rowecki tylko się uśmiecha.
Stawiński stuka łokciem Wajdę. Pomyśl, przecież widziałeś Antka.
— Kanałami — strzela Andrzej z Łomży. — Mogliby przemierzać miasto pod ziemią.
— Racja. To właśnie radziliśmy Lejtesowi, ale odmówił… Co pan, młody, chce robić po szkole?
— Myślałem o ASP.
— Dobrze. Żeby takie obrazy, jak teraz w Zachęcie wiszą, wojenne Kossaki, malować?
— Wolałbym jak Malczewski, Mehoffer.
— To może oprócz malarstwa także za kino trzeba się wziąć. Zaczekamy z pułkownikiem Fieldorfem, aż kolega zrealizuje naszą wersję.
— Nie dałbym rady. Nigdy w kanale nie byłem, ależ tam musi być ciemno, ciasno i wilgotno — mówi Andrzej Wajda. — Józef Lejtes miał chyba rację, że to zupełnie niefilmowe.
Staś Lem widzi, że mu poprzednicy sporo czasu zabrali, że musi się skracać. Ale z najważniejszego nie zrezygnuje.
— Omówię fantastyczne książki trzech środkowoeuropejskich autorów, których twórczość zapowiadała zagrożenia dla Europy. Zanim wojskowi, politycy zdecydowali się stanąć na drodze Hitlerowi, a przedtem Stalinowi, wojnę wypowiedzieli im pisarze. I to wcale nie mocarstwowi. Coś jest w małych krajach, że mają lepsze czułki, lepsze sejsmografy, a ich wyobraźnia podejmuje problemy realne. Chodzi o dwu Polaków, Stanisława Reymonta i Antoniego Słonimskiego. Trzeci to Czech, Kareł Čapek, który stracił wolę życia po wkroczeniu Niemców do Pragi i umarł w 1938. Znany jako autor Inwazji jaszczurów z 1936, w której przedstawiał kapitulację świata przed awanturniczymi potworami, jako żywo przypominającą Monachium.
— Wymyślił też robota! — krzyknął Rudy.
— Herbert George Wells w Wojnie światów także pokazał porażkę ziemian, rozpad instytucji, społeczeństwa.
— A Orson Welles w słuchowisku na jej podstawie z października 1938 doprowadził Amerykanów do paniki.
— To może ja coś odczytam — powiedział Lem i sięgnął do teczki. — Bo mam taką tezę, że Wells i Čapek to ostatnie przypadki, kiedy fantastyka coś mówi na serio. Kiedyś stawiała problemy w sposób artystyczny, a teraz, na przykład w Ameryce, w kolorowych magazynach mamy upadek fantastyki w przygodową paplaninę, gdzie ani o naukę nie chodzi, ani o istotę ludzką, ani o jej problemy. Jeśli prawdą jest, że Ameryka jest przyszłością świata…
-To już nie Sowiety?
— Stasiu, czytasz czy jeszcze mówisz?
— Teraz czytam: Wśród utworów fantastycznych Herberta G. Wellsa znajduje się wiele artystycznej słabizny, lecz nikt go za nią nie próbował potępiać w czambuł. Odwrotnie — trybem w krytyce normalnym oceniano Wellsa podług jego osiągnięć szczytowych. Ale potem coś się takiego stało, że klamki gettowych wrót zapadły i nastał ów stan osobliwego rozdziału, zamykania się fantastyki w ramach gatunkowej gorszości. Jako bodaj ostatni pisarz, który zdążył wymknąć się za rosnące mury wyodrębnienia, staje przed nami Čapek, w znacznej mierze zawdzięczający ten swój ratunek kwalifikacyjnej chwiejności, co asystowała pojawieniu się jego książek. Dopatrzono się w nich bowiem krytyki społecznej, utopii filozoficznie poczętej i to tak dobrze, że czysto słowiańskiego pochodzenia słowo „robot”, jakie był wymyślił, zasymilowane zostało przez wszystkie języki świata — fakt, jeśli się nie mylę, bezprecedentalny. Jednakowo bowiem Niemiec, Anglik z Amerykaninem, Fin, Szwed, Norweg, Włoch, Hiszpan, Holender czy Portugalczyk „robotem” nazywają człekokształtnego homunkulusa, którego nam obiecuje ziścić cybernetyka, i nie ma na taki obiekt własnego określenia żaden język — a to chyba dowodzi siły promieniowania Ćapkowej inwencji. Ale…
— Daj, chłopie, pokój medycynie — powiedział Stasinek. — To nie na tym polega, wiem, co mówię.
— Dlaczego! Można pisać i ludzi leczyć, higieny uczyć — zaoponował Boy.
— I świadomego macierzyństwa.
— Chociażby!
— Staszek, mów, nie czytaj… O Słonimskim i Reymoncie… Čapek, ostatni mądry fantastyki, reszta — schematyczne głupki — syknął Rudy. — To już wiemy, dalej…
— Słabo znam Čapka — powiedział Orwell, kiedy mu Adam przetłumaczył, o co chodzi.
— On kiedyś rzekł coś dosłownie o Monachium czy tylko przewidział taką rejteradę w „Jaszczurach”?
— Zapisałem dwa aforyzmy będące jego reakcją na Monachium, ale głupio mi to czytać przy angielskim pisarzu.
— Dawaj, chłopie. Cokolwiek nam wygarnął, jestem po stronie Čapka.
— Nie jest tak źle: nie sprzedali nas, oddali nas za darmo — przeczytał Lem i spojrzał na Orwella, a ten uśmiechnął się i poprosił gestem o następny. — Ostrzegam, drugi jest gorszy: Niekiedy Anglia podaje innym pomocną dłoń… jako dżentelmen; nie zdarza się, żeby to uczyniła jako bliźni.
— Dziękuję, potem poproszę o źródła aforyzmów. Są znakomite.
— Reymont i Słonimski — powiedział Lem. — O nich krótko. Pierwszy już w 1922 roku, pięć lat po rewolucji bolszewickiej, napisał powieść o buncie zwierząt. Pies kieruje zwierzęcą rewoltą, sprzymierza się z wilkami. Reymont widzi w tym eksplozję nadziei na równość i sprawiedliwość, ale jak wiele rewolucji i ta tonie we krwi i przemocy. Jej lider, Rex, jest istotą wydrążoną, jego buntu nie napędza idea sprawiedliwości, tylko rewanż, pragnienie zamiany miejsc z panem, prześladowcą, człowiekiem…
— Co on to tak na psach wykłada. Ja bym problem badał na zarazkach, wirusach — mówi pod nosem Camus.
— A ja na nosorożcach — myśli na głos Ionesco. Ale nie na żarty zaniepokoił się Orwell.
— Czekaj, kto u niego gra główną rolę, psy?
— Przede wszystkim, choć są i inne zwierzęta.
— Nawet mi nie mów — jęczy Orwell. — I co, Reymont się tą książką oczywiście z bolszewizmem rozprawia? Ale kończy na tym czy jego alegoria obejmuje także kontrę wobec bolszewizmu, czyli Hitlera? I potem zadziwiający pakt?
— Nie miał na to szans — wyjaśnia Lem. — Stanisław Reymont umarł w 1925, rok po tym jak dostał Nobla.
— Zdjąłeś mi kamień serca — mówi Orwell, siada, ociera spocone czoło.
— Słonimski: Torpeda czasu, 1924 rok, i Dwa końce świata,1937. Dziwna fantastyka, bo bardziej w niej chodzi o refleksję nad procesami historycznymi niż o krzykliwą akcję. Bez szans na wydanie w kolorowych książeczkach amerykańskich czy w ich periodykach. W Torpedzie… chodzi o manipulację historią i rewolucją, dokonaną z pokładu wehikułu czasu, same nieszczęścia z tego wynikają. W drugiej zjawia się ktoś w rodzaju Hitlera, zwany Retlichem, i podbija Europę. Oglądamy tam świat jak nasz, wydany na pastwę szaleńca. Żadne pogodne wizje postępu czy sowieckiego marksizmu nie dają nadziei…
Rudy pokazał Lemowi kciukiem, że dobrze jest. I żeby na tym skończyć, nic już nie gadać ani nie czytać. Zobaczymy, co ci mędrcy wokół powiedzą.
— Coś w tym jest — mówi Jünger. — Ze kiedy człowiek widzi naród ogarnięty obłędem, to fantastyka nasuwa się jako język, którym to można badać, rozkładać na części… Bo pojęć brakuje. Czasem też odwagi. Jestem niezadowolony z mojego Na marmurowych skałach, niby widać, że ten Nadleśniczy to raz jest Hitler, raz kpina z Góringa, ale w sumie to but pasujący na różne stopy.
— Orwell w Hołdzie dla Katalonii spróbował opisać po prostu, co widział — mówi Camus. — Ale Koestler już sobie po części wymyślił śledczych i winowajcę. W sumie nie najgorzej to wyszło.
— William Cameron Menzies w Roku 2000 pokazał bombardowanie Londynu. Trzy lata przed tym zanim to rzeczywiście nastąpiło — powiedział Jan Karski.
Ożywił się Irzykowski, przecisnął się bliżej prezydium.
— Nie mówcie panowie o prostej ekstrapolacji, bo nie wiem jak Słonimski, ale Čapek na pewno wyżej nam zawiesił poprzeczkę. Piękną analizę istoty rodzącego się obłędu mieliście w kinie, o którym wypowiadacie się tak lekceważąco. Ostatnio w Testamencie doktora Mabuse Fritza Langa, ale już Gabinet doktora Caligari zapowiada ten lunatyczny sen, w którym się pogrąży dusza niemiecka, oddając władzę nad sobą w ręce szalonego magika czy pseudolekarza.
W M — Morderca policja i przestępcy sprzymierzają się w obronie porządku, gangi podpowiadają policjantom sposoby działania. Koresponduję na ten temat z doktorem Siegfriedem Kracauerem, który pisze książkę o kinie ekspresjonistycznym, zapowiadającym, co się w Niemczech stanie.
— Kracauer to Polak z Krakowa?
— Niemiec z Ameryki. W 1933 roku wyemigrował.
— Aha, rozumiem — powiedział niezidentyfikowany członek zdelegalizowanej Falangi.
— Guzik rozumiesz, chłopie, tylko się mądrzysz — odszczeknął się niezidentyfikowany Izraelita.
Wstał Boy.
— Przeczytam państwu wiersz, w oryginale i od razu moje tłumaczenie na polski. John Berryman, to chyba pierwszy twórca, który tak inteligentnie zareagował na pakt Ribbentrop-Mołotow. Co dziwne, to Amerykanin, a też ma sejsmografy i czułki. Prosta fraza, łatwa robota dla tłumacza, ale jest w tym jakaś magia rzetelnego spojrzenia. I świadectwo zbłąkania wielu ideowych sierot.
Komunista
„Ach powiedz mi o Rosjanach, synu mój, komunisto! Powiedz mi o Rosjanach, mój ty młodzieńcze czysty!” „ Wkraczają dla dobra ludzi, matko; a teraz mnie zostaw, Bo wykończyło mnie czytanie i chcę trochę pospać”.
„A co z tym Paktem, co z Paktem, synu mój, komunisto? Co z tym Paktem, co z Paktem, mój ty młodzieńcze czysty?” „ To było konieczne, matko; a teraz mnie zostaw, Bo wykończyło mnie czytanie i chcę trochę pospać”.
„Czemu są teraz w Polsce, synu mój, komunisto? Czemu są teraz w Polsce, mój ty młodzieńcze czysty?” „Dla dobra Polaków, matko; a teraz mnie zostaw, Bo wykończyło mnie czytanie i chcę trochę pospać”.
„No a w krajach bałtyckich, synu mój, komunisto? A co w krajach bałtyckich, mój ty młodzieńcze czysty?” „Brak na to dowodów, matko; a teraz mnie zostaw, Bo wykończyło mnie czytanie i chcę trochę pospać”.
„Ach boję się o twą przyszłość, synu mój, komunisto! Boję się o twą przyszłość, mój ty młodzieńcze czysty!” „Nie mogę mówić i myśleć, matko; teraz mnie zostaw, Bo chory jestem na duszy i chcę trochę pospać”.
— Dobre — powiedział rotmistrz Pilecki. — To chyba pierwszy i jedyny Amerykanin, który wziął udział w tej wojnie.
— No, mamy jeszcze piękną panią porucznik, która przywiozła amerykańskie dary — dodał Karski.
— Zgadza się. To ona jest druga.
Młodzi wstawali, śmieli się, naradzali, co dalej z pięknym wieczorem i następnymi dniami. Wisła, Świder, Świder, Młociny, Makuszyński, karuzela… powtarzali, łagodnie się spierając. Adam podszedł do nich, spytał, o co chodzi, bo się Anglik zainteresował. Rudy spojrzał — ten Anglik? No ten. A, to akurat porządny facet, i dokładnie opowiedział Adamowi, w czym rzecz.
Długo oblegali Kastnera i nie pozwalali mu wyjść. Kiedy się już im podpisał, na czym kto miał, mówią, że pragną go o coś poprosić. To znaczy Zośka po naradzie ze Stasinkiem się odważyli. Jaka to prośba? Żeby pan z nami do jednego polskiego pisarza pojechał, chcielibyśmy, żeby się panowie poznali. Rozejrzał się, było już szaro, zmrok lada chwila, inne propozycje, owszem, miał, ale ta była sympatyczna i zabawna. Naprawdę lubicie tego pisarza? Bardzo, tak samo, jak pana. A on nas nie wygoni? Myśmy już do niego dzwonili i pytali o zgodę.
— Dla nas to byłoby tak, jakby się Andersen spotkał z braćmi Grimm.
— Albo Sienkiewicz z Dumasem.
— Lepiej z Conradem.
— Karol May z Londonem.
— Verne z Poem.
— Mickiewicz z Goethem.
— Arystoteles z Akwinatą — podrzuca, niby szydząc, Wojtyła, ale w oczach Kastnera zapalają się radosne ogniki.
— Swift z Podróży Guliwera ze Stevensonem, autorem Wyspy skarbów — replikuje, bo uwielbia te książki.
— Ale także Doktora Jekylla i pana Hyde’a.
— Dobra, literacka uwaga — mówi Kastner. —To już, gadajcie, o jakiego pisarza chodzi?
— O Kornela Makuszyńskiego.
Autor Emila i detektywów uderza w dłonie.
— Z przyjemnością, toż ja o nim słyszałem… Jasne, Makuszyński! Polecano mi w Polsce jego książki, mój tłumacz już się do jednej bierze… Tylko nie wiem, co tam robi kult Lucyfera.
Tłumacz sugerował związki z Emilem i detektywami, ale diabła u mnie przecież nie ma, ani piekła, ani cyrografów.
— Naprawdę twierdzi pan, że Makuszyński satanistyczną książkę napisał?
— Oczywiście. Siódmy diabelski krąg, Diabeł z siódmego szczytu czy coś takiego.
— Nasz Makuszyński?
— Skarb z czasów napoleońskich ukryty w starym drzewie. Do tego dzielny młody detektyw i dziewczyna o chabrowych oczach. Już przekazałem resume mojemu niemieckiemu wydawcy, sam nie zdążyłem zajrzeć. Tylko ten diabeł, ten Siódmy krąg piekielny mnie niepokoi.
Właściwie, jaki ten Makuszyński jest, czy to nie nazbyt ekstrawagancki autor, zwłaszcza dzisiaj, dla obolałej niemieckiej młodzieży?
— Aaaa… Szatan z siódmej klasy — woła Stasinek. — Ale nam pan w głowach pokręcił, cały zdrętwiałem. To jest o szkole i harcerzach.
Śmieją się, rozglądają, zbierają do opuszczenia terenu uniwersytetu. Wołają Stasia Lema, uradowanego, że mu tak dobrze prelekcja poszła. Nie da rady, nie pójdzie z nimi, jest umówiony z wujem na dobrą kolację. Dobra kolacja, mówi Rudy, to dobry argument, ale myślę, że i Makuszyński o suchym pysku nas nie puści, zresztą kupimy ciastka po drodze; kto jest tym twoim wujem? Marian Hemar, wyjaśnia Lem, a Rudy aż przysiada z wrażenia. No, no, powtarzam, co prawda, że człowiek musi umieć sobie wybrać odpowiednich rodziców, bo to połowa sukcesu, ale przyznaję, wujowie też ważni. To cześć, do następnego razu, bo mi Kastner ucieknie.

(Z dołu przepraszam za sążnistość, ale chciałem w całości.)

Smok Eustachy:

Chyba było ale co tam. Strumień niezorganizowanego sprzeciwu

liv:
Zabawny gość, przypomina mi trochę Wojciecha Cejrowskiego (w ekspresji mimiczno-głosowej)  :)
Ale jeden fragment pisnął styropianem po szybie.

Czytałem Lód Dukaja. Czytałem Lalkę Prusa. Nie mam najlepszej pamięci, ale z tego co w niej jeszcze jest... -> (vertuj)
...Lód nie jest retellingiem Lalki.
Czy aby Lód nie pomieszał mu się z Imperium chmur?

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Idź do wersji pełnej