Polski > Lemosfera

Doktor Lem. Anegdoty

<< < (36/36)

Q:
Przytoczę za Gajewską, niech za swego rodzaju motto robi.

"Doskonale pamiętam, że Lem senior był wspaniałym młodopolskim panem, z czarnym fontaziem przy koszuli."

Maria Orwid, "Przeżyć… I co dalej?"
ps. Jest to zresztą fragment dłuższego wspomnienia, zacytuję:

"Dlaczego postanowiłaś zostać psychiatrą?
Namówił mnie do tego Stanisław Lem. Zdałam maturę w 1948 roku i chciałam iść na filozofię. On już wiedział, że zbliża się stalinizm, który tę naukę zniszczy. Wiedział też, że to, co mnie w gruncie rzeczy interesuje, nie jest czystą i abstrakcyjną filozofią, bo tak naprawdę fascynuje mnie człowiek oraz jego problemy.
Skąd wziął się Stanisław Lem w twoim życiu?
Po naszym przyjeździe do Krakowa mamusia spotkała gdzieś jego ojca, którego znała z czasów przedwojennych. Doskonale pamiętam, że Lem senior był wspaniałym młodopolskim panem, z czarnym fontaziem przy koszuli. W 1946 roku zaprosił nas na śniadanie wielkanocne do swego mieszkania przy ulicy Śląskiej 3. Stół ustawiony był w dużym pokoju, z którego prowadziły maleńkie schody do dziupli z oknem, gdzie znajdowały się książki, wąska leżaneczka, stół z maszyną do pisania oraz... Stanisław Lem. Studiował wtedy medycynę i już zaczynał pisać. Nie pamiętam, czy brał udział w tym śniadaniu. Jeśli tak, to szybko poszedł do siebie. Po jakimś czasie Lem senior powiedział do niego: „Staszku, zajmij się tą małą, bo po co ma się tu nudzić", a on zaprosił mnie do swojej niszy. Weszłam tam bardzo przestraszona. Choć miałam piętnaście i pół roku, mówił do mnie „proszę pani", co mi ogromnie imponowało. Zapewne zaczęliśmy rozmawiać o książkach, które czytaliśmy. Na koniec naszej wizyty Lem senior spytał syna: „No i jak ta mała?". Pan Stanisław odpowiedział: „Niegłupia". I wtedy jego ojciec poprosił go, by się mną zajął, a on się zgodził.
Przez kilka lat bardzo często do mnie przychodził, przynosił mi różne książki, a potem rozmawiał o nich ze mną. Dyskutowaliśmy też o pokazywanych właśnie w kinach filmach. Był moim intelektualnym tutorem, a ja miałam do niego szalone zaufanie. Nigdy nie rozmawialiśmy o sprawach osobistych. Nie podkochiwałam się w nim. Nie bałam się go. Dobrze się z nim czułam i nie nudziłam w jego obecności ani trochę. Czasem kpił ze mnie, czasem na mnie krzyczał. Raz zastał mnie z Pamiętnikiem pani Hanki Dołęgi-Mostowicza i zapowiedział, że z idiotkami, które czytają podobne szmiry, nie będzie więcej rozmawiać. Kiedy się tak na mnie złościł, byłam wprawdzie trochę rozśmieszona, ale też bardzo zawstydzona. Czasem się wściekałam, gdy mnie straszył, że zaraz zrobi jakiś eksperyment, a wtedy zostanie ze mnie chmura atomów.
Myślę, że do dzisiaj nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wiele dla mnie zrobił. Przypuszczam, że to mamusia zaaranżowała w jakiś sposób jego intelektualną opiekę nade mną. Nie sądzę, by się z taką prośbą zwróciła wprost do Lema seniora, ale może podczas tego śniadania wspomniała o swoich obawach na temat mojej przyszłości. Miała głębokie przekonanie, że sama sobie ze mną nie poradzi. Wiedziała, że tkwię w intelektualnej pustce i trzeba mnie z niej wyrwać.
Nadal jednak nie wiem, dlaczego twierdził, że powinnaś iść na psychiatrię. Zdałaś maturę w 1948 roku, rok wcześniej on skończył pisać Szpital Przemienienia i...
Była to pierwsza część jego trylogii Czas nieutracony. Przyjaźniliśmy się wtedy, kiedy zbierał do niej materiały. Pamiętam, jak z Mietkiem Goldsztajnem, moim kolegą z Ha-Szomer ha-Cair, ze studiów, a potem z ZAMP, śledziliśmy z napięciem poszczególne etapy jej powstawania, jak się martwiliśmy, kiedy cenzura nie chciała jej puścić do druku, i jak się strasznie cieszyliśmy, kiedy się wreszcie ukazała. Dostałam ją od Lema z piękną dedykacją: „Drogiej, Byłej Urszulance, Pannie Marysi, Na Pamiątkę Dawnych: Rozmów, Filozofij, Uczesań I Wzruszeń U Krynicy Wiedzy — złożył tę xiążkę, Były Medicus, Obecnie Inżynier Dusz, Stanisław Lem, Kraków, październik 1955".
W Szpitalu Przemienienia Stanisław Lem napisał: „Terapia — to nie żadna sztuka: do czterdziestu lat wariat, to dementia praecox: zimne kąpiele, brom, skopolamina. Powyżej czterdziestki — dementia senilis: skopolamina, brom i zimny tusz. No i szoki. To właściwie cała psychiatria". Cytat ten odnosi się do czasów okupacji. Ale przez kilka powojennych lat niewiele się w psychiatrii zmieniło, a jeśli już, to na gorsze. Trudno powiedzieć, by traktowała człowieka podmiotowo. Dlaczego więc namawiał cię do studiowania tej dziedziny?
Był przekonany, że każdy powinien robić to, co go w życiu interesuje, a mnie interesował człowiek."

lemolog:
Wszystkie Anegdoty I-XXVII jednym plikiem:
https://solaris.lem.pl/prace/WJ_Doktor_Lem_Anegdoty.pdf

liv:
Pozwolę sobie zamieścić tutaj.
W nawiązaniu do dyskusji o dziadkach Stanisława, coś się wyjaśniło.

--- Cytuj ---Umieszczę notatkę w tym wątku jako najbardziej pasującym, ponieważ sprawa dotyczy przede wszystkim Samuela, choć akurat dla mnie wynikła z okoliczności śmierci jego rodziców na Brajerowskiej 4.
O czym rozmawialiśmy tu;
https://forum.lem.pl/index.php?topic=1726.msg76675#new
 Przeglądając dostępne materiały uwagę zwrócił taki passus z książki Agnieszki Gajewskiej „Zagłada i gwiazdy”
"Rękopis życiorysu doktora Samuela Lehma, sporządzony przez niego po wojnie i dołączony do podania o pracę, zawiera informacje o tym, że jego matka Salomea Lehm zmarła w roku 1920, a ojciec Herman zmarł rok później, czyli w tym samym roku, kiedy urodził się Stanisław Lem, który otrzymał zresztą drugie imię po dziadku." str. 139
--- Koniec cytatu ---
Potwierdziło się. Co do Hermana.
W wolnej chwili poszukam Sary-Salomei.
Herman umarł 10 marca 1921.
Na serce, z czego można wnosić, że Samuel odziedziczył przypadłość.
Notka urzędowa jest w słupku, podzieliłem go i daję w trzech kolumnach

Przy okazji serdeczne pozdrowienia przerzucam przez płot - dla autora tego wątku.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[*] Poprzednia strona

Idź do wersji pełnej