Autor Wątek: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia  (Przeczytany 524832 razy)

Q

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 7853
  • Karma: 420
  • Neokantysta - Prawo moralne ma w sobie. Gdzieś.
    • Zobacz profil
    • Star Trek - USS Phoenix
    • Email
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2325 dnia: Marzec 20, 2017, 03:04:06 pm »
Tu chyba pasuje ;) .

Pasuje :), bardziej niż większość tego co tu omawialiśmy w ciągu paru minionych lat. Takie widoki budzą te same estetyczne (podziw dla piękna i potęgi Maszyny) i intelektualne (refleksja nad tym jak TO działa, przechodząca w rozmyślania nad technologią , jej - przeszłym, obecnym i przyszłym - rozwojem, geniuszem jej twórców i sprawnością użytkowników) odruchy, jakie zwykła budzić klasyczna SF - od powieści Verne'a, przez twórczość Mistrza i Clarke'a, aż po starsze filmy (nieprzypadkowo wybranego na ekranizatora "Solaris") Camerona.

Tak pojęta SF stała się częścią realnego życia, i to już dawno temu*, tymczasem to, co dziś jako SF jest sprzedawane, nie ma z takimi wzruszeniami i refleksjami nic wspólnego, przypominając bardziej komiks czy inną bajkę dla potłuczonych, no ale tak się kończy to oderwanie od rzeczywistości, przed którym Mistrz SFiarzy ostrzegał...

* Pamiętam powieść "Lot Intrudera" Stephena Coontsa, dość głośne (acz nie tak głośne jak te Clancy'ego) czytadło militarne, napisane w latach '80, fabułę zaś mające osadzoną ok dwie dekady wcześniej. W odbiorze przypominało to "Pirxa", tylko gorzej napisanego (a przecie - z obecnego punktu widzenia - ten Intruder to stary rupieć, co w/w filmiki b. dobrze dokumentują):

   "Dziobowa katapulta na sterburcie zionęła kłębami pary. A-6 Intruder wystrzelił z pokładowego pasa startowego z rykiem, który ogarnął cały lotniskowiec, odbijając się od pogrążonego w mroku nocy morza. Krawędzie natarcia skrzydeł wbiły się w powietrze i maszyna zaczęła wznosić się w ciemność. Piętnaście sekund później nisko wiszące chmury całkowicie pochłonęły bombowiec. Po kilku dalszych minutach, wznoszący się ciągle Intruder, wydostał się z chmur. Pilot, porucznik Jake „Chirurg” Grafton, odwrócił wzrok od tablicy przyrządów i zamyślił się, wpatrzony w rozgwieżdżony firmament. Blada tarcza księżyca oświetlała zalegającą poniżej powłokę chmur.
    - Tylko spójrz na te gwiazdy, Morg.
    Podporucznik Morgan McPherson, BN - bombardier i nawigator w jednej osobie - tkwił po prawej stronie pilota z twarzą wciśniętą niemal w czarną osłonę ekranu radaru, osłaniającą go przed światłem z zewnątrz. Podniósł wzrok znad aparatury i zwrócił wzrok ku niebu.
    - Fajne - mruknął i ponownie zajął się swą rutynową czynnością, jaką było regulowanie jasności i kontrastu monitora radaru, na którym właśnie pojawiło się wybrzeże Wietnamu Północnego, rozciągające się przed nimi w odległości niespełna 125 mil.
    - Mam świeże dane o punkcie przekroczenia linii brzegowej.
    Wcisnął odpowiedni guzik na komputerze i mały świetlisty punkcik na VDI przesunął się pół centymetra w bok, podając pilotowi dokładne namiary miejsca, w którym Intruder miał wlecieć nad terytorium Wietnamu Północnego. Grafton, posłuszny tym wskazaniom, wykonał skręt o kilka stopni.
    - Czy kiedykolwiek, choć na chwilę, nie przestała cię trapić myśl, że za bardzo przyzwyczaiłeś się do tej roboty? Że nabrałeś cholernej rutyny?
    Morgan McPherson znowu się wyprostował nad osłoną radaru, spojrzał na gwiazdy rozsiane wysoko nad nimi i filozoficznie zauważył:
    - One są na górze, a my na dole... Dobra, zobaczmy lepiej, czy z naszym ECM wszystko w porządku.
    - Wiesz co, Morg? Cholerny z ciebie romantyk - skonkludował uwagę kolegi Jake.
    Grafton sięgnął do tablicy ECM, elektronicznych środków przeciwdziałania. Wspólnie zaczęli sprawdzać aparaturę za pomocą testu kontrolnego. Dwie pary oczu uważnie śledziły każdy świetlny impuls, zaś dwie pary uszu rejestrowały najcichsze nawet piśnięcie detektora fal radarowych. Aparatura ECM wykrywała fale wrogiego radaru i natychmiast je identyfikowała, podając odpowiednie dane załodze. Urządzenie to zostało zaprogramowane w taki sposób, by mogło zidentyfikować wszelkie emisje radarowe zagrażające samolotowi, a następnie wysłać obsłudze wrogiego radaru fałszywe echo. Upewniwszy się, że aparatura działa jak należy, lotnicy wyregulowali natężenie jej dźwięku tak, by był on słyszalny w słuchawkach, lecz nie zakłócał rozmów prowadzonych za pośrednictwem interkomu, jak również korespondencji radiowej.
    Lecieli w milczeniu, wsłuchując się w pojawiające się od czasu do czasu niskie tony komunistycznych radarów dalekiego zasięgu, przeczesujących pogrążony w mrokach nocy obszar. Każdy radar posiadał swój charakterystyczny dźwięk; na przykład impuls o niskim tonie wskazywał na radar dalekiego zasięgu; tony wyższe cechowały radary dozoru stanowisk obrony przeciwlotniczej, zaś upiornie brzmiący falset wskazywał na namiar bojowy baterii rakiet przeciwlotniczych.
    W odległości około 40 mil od północnowietnamskiego wybrzeża Jake Grafton obniżył nos Intrudera o 4 stopnie i jego A-6 rozpoczął powolne schodzenie na niższy pułap. Jake poczuł, iż pasy bezpieczeństwa przytwierdzające go do fotela są zanadto poluzowane, więc usadowiwszy się wygodniej, tak jak to robią kowboje w siodle, ściągnął je do oporu. Następnie polecił BN sprawdzenie wszystkich systemów uzbrojenia.
    McPherson odczytał listę systemów na głos, punkt po punkcie, sprawdzając jednocześnie, czy funkcjonują odpowiednie przełączniki i przyciski. Gdy doszli do ostatniej pozycji, Jake wygasił wszystkie światła pozycyjne samolotu i wyłączył IFF. Ta elektroniczna aparatura, zwana w żargonie pilotów „papugą”, emitowała sygnały, pojawiające się na monitorze radaru w postaci zakodowanego impulsu świetlnego. Kontroler lotu mógł więc stwierdzić, czy ma przed sobą własny obiekt, czy wrogi. Grafton ani myślał pojawić się w postaci, zakodowanego czy nie, impulsu na jakimś północnowietnamskim monitorze radarowym, dlatego też postanowił lecieć nisko nad ziemią. Dzięki temu fale odbite od jego maszyny nałożą się na te odbite od podłoża, znane jako echo ziemi.
    Pilot włączył mikrofon. Zaczęło działać urządzenie kodujące rozmowę.
    - Diabeł Pięć Zero Pięć, papuga uduszona. Brzeg za trzy minuty. Diabeł był radiowym kryptonimem dywizjonu, w skład którego wchodziły bombowce A-6.
    - Pięć Zero Pięć, przyjąłem - odpowiedział podniebny kontroler z pokładu dwusilnikowego samolotu wczesnego ostrzegania L-2 Hawkeye, który z umocowanym na grzbiecie kadłuba dyskiem obrotowej anteny radaru szybował wysoko nad Zatoką Tonkińską. Także ten samolot startował z pokładu lotniskowca.
    Intruder przygotowywał się do polowania, lecąc w całkowitych ciemnościach, chroniony dodatkowo przez echo ziemi przed elektronicznymi oczami wroga. Jake Grafton zamierzał lecieć tak nisko, jak tylko pozwalały mu na to jego umiejętności i nerwy, co w jego przypadku oznaczało naprawdę nisko.
    Po raz ostatni podążył wzrokiem ku mrugającym w oddali gwiazdom i w chwilę później mechaniczny ptak zanurzył się w chmurach, lecąc z prędkością ponad 800 kilometrów na godzinę. Jake czuł, jak mu gwałtownie rośnie poziom adrenaliny. Obserwował szybko zmieniające się wskazania wysokościomierza ciśnieniowego, co chwila spoglądając także na wysokościomierz radarowy, który otrzymywał dane z małego radaru umieszczonego w dolnej części kadłuba. Jake przez chwilę walczył z pokusą, by wyłączyć urządzenie, gdyż emitowane przezeń fale bardzo łatwo mogły zostać wykryte przez wrogi radar. Wysokościomierz ciśnieniowy podawał jednak tylko dystans, jaki dzielił ich od poziomu morza, nie zwracając uwagi na rzeźbę terenu. Na razie wskazania obu urządzeń pokrywały się idealnie, tak jak powinno być nad morzem.
    Na pułapie poniżej 600 metrów pociągnął lekko drążek na siebie, redukując prędkość opadania, zaś lewą ręką pchnął do przodu dźwignię ciągu, nadając silnikom wyższe obroty. Siedemset kilometrów na godzinę było ulubioną przez Graftona prędkością, podczas lotu „nad wierzchołkami drzew”. A-6 świetnie się prowadził przy tej właśnie prędkości i to pomimo podwieszonych pod skrzydłami bomb. Maszyna mogła przelecieć ponad głowami obsługi wrogich dział tak szybko, że ta nie była w stanie podążyć za nią wzrokiem, nawet gdyby przypadkowo udało się jej wcześniej dostrzec samolot w postaci ciemnego punktu na horyzoncie.
    Na wysokości nieco ponad 100 metrów nad wodą puls Jake’a Graftona walił niczym młot. Znowu znajdował się poniżej podstawy chmur, lecąc w absolutnych ciemnościach i kompletnej pustce rozciągającej się między morzem, a niebem. Jedynie mdłe czerwone światełka przyrządów pokładowych świadczyły o tym, iż poza kabiną też jest realny świat. Jake próbował wypatrzyć w ciemnościach wstęgę białego piasku pokrywającego wietnamskie wybrzeże, zwykle dającą się dostrzec nawet w najczarniejszą noc. Musi być trochę dalej, pomyślał. Czuł strużki potu skapujące mu po twarzy, karku, a nawet po oczach. Energicznie potrząsnął głową, równocześnie uważając, by dłużej niż na sekundę nie oderwać wzroku od małych czerwonych światełek na czarnej tablicy. Tuż pod nimi czyhało morze gotowe ich pochłonąć, gdyby tylko na kilka chwil zapomniał o prędkości opadania.
    Nareszcie dostrzegli plażę; znajdowała się nieco w lewo. Teraz liczyły się spokój i koncentracja. Blada wstążka była tuż pod nimi.
    - Jesteśmy nad lądem - zawiadomił Jake bombardiera. McPherson uruchomił lewą ręką stoper na tablicy rozdzielczej, zaś lewą stopą włączył mikrofon.
    - Diabeł Pięć Zero Pięć, suche stopy. Diabeł Pięć Zero Pięć suche stopy.
    Natychmiast odpowiedział mu kontroler z L-2:
    - Pięć Zero Pięć, tu Czarny Orzeł. Zrozumiałem. Suche stopy. Udanego polowania.
    I znowu cisza. Po zakończeniu akcji, podczas powrotu nad morze, ich meldunek brzmiałby „mokre stopy”. Grafton i McPherson byli świadomi tego, iż od tej chwili muszą liczyć wyłącznie na siebie, gdyż radar umieszczony na L-2 nie był w stanie bez wspomagania ze strony aparatury identyfikacyjnej IFF odróżnić echa wysyłanego przez A-6 od echa ziemi.
    Jake dostrzegł ryżowiska skąpane w bladej poświacie księżycowej, która tu i ówdzie przebijała przez chmury. Szpeniom od pogody przynajmniej raz udała się prognoza, pomyślał."
« Ostatnia zmiana: Marzec 20, 2017, 03:56:22 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

olkapolka

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 3453
  • Karma: 527
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2326 dnia: Marzec 20, 2017, 03:45:56 pm »
Bardzo szkoda, że nie ma ujęcia z zewnątrz.
Taa...bardzo szkoda. Bardzo dobrze, że w najbliższej perspektywie nie wsiadam do samolotu - zdążę zapomnieć;)

Q

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 7853
  • Karma: 420
  • Neokantysta - Prawo moralne ma w sobie. Gdzieś.
    • Zobacz profil
    • Star Trek - USS Phoenix
    • Email
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2327 dnia: Marzec 23, 2017, 05:37:03 pm »
Taka ciekawostka: konsultant naukowy "Arrivalu" się tłumaczy z tego, co powymyślał na potrzeby filmu (a czego u Chianga nie było), nawet kształt statków wyjaśnia (w sumie lektura bardziej interesujące niż sam film ;)):
http://blog.stephenwolfram.com/2016/11/quick-how-might-the-alien-spacecraft-work/

I prawdziwego SF ciąg dalszy ;):
« Ostatnia zmiana: Marzec 24, 2017, 05:38:56 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki