Autor Wątek: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia  (Przeczytany 576088 razy)

Q

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 8456
  • Neokantysta - Prawo moralne ma w sobie. Gdzieś.
    • Zobacz profil
    • Star Trek - USS Phoenix
    • Email
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2325 dnia: Marzec 20, 2017, 03:04:06 pm »
Tu chyba pasuje ;) .

Pasuje :), bardziej niż większość tego co tu omawialiśmy w ciągu paru minionych lat. Takie widoki budzą te same estetyczne (podziw dla piękna i potęgi Maszyny) i intelektualne (refleksja nad tym jak TO działa, przechodząca w rozmyślania nad technologią , jej - przeszłym, obecnym i przyszłym - rozwojem, geniuszem jej twórców i sprawnością użytkowników) odruchy, jakie zwykła budzić klasyczna SF - od powieści Verne'a, przez twórczość Mistrza i Clarke'a, aż po starsze filmy (nieprzypadkowo wybranego na ekranizatora "Solaris") Camerona.

Tak pojęta SF stała się częścią realnego życia, i to już dawno temu*, tymczasem to, co dziś jako SF jest sprzedawane, nie ma z takimi wzruszeniami i refleksjami nic wspólnego, przypominając bardziej komiks czy inną bajkę dla potłuczonych, no ale tak się kończy to oderwanie od rzeczywistości, przed którym Mistrz SFiarzy ostrzegał...

* Pamiętam powieść "Lot Intrudera" Stephena Coontsa, dość głośne (acz nie tak głośne jak te Clancy'ego) czytadło militarne, napisane w latach '80, fabułę zaś mające osadzoną ok dwie dekady wcześniej. W odbiorze przypominało to "Pirxa", tylko gorzej napisanego (a przecie - z obecnego punktu widzenia - ten Intruder to stary rupieć, co w/w filmiki b. dobrze dokumentują):

   "Dziobowa katapulta na sterburcie zionęła kłębami pary. A-6 Intruder wystrzelił z pokładowego pasa startowego z rykiem, który ogarnął cały lotniskowiec, odbijając się od pogrążonego w mroku nocy morza. Krawędzie natarcia skrzydeł wbiły się w powietrze i maszyna zaczęła wznosić się w ciemność. Piętnaście sekund później nisko wiszące chmury całkowicie pochłonęły bombowiec. Po kilku dalszych minutach, wznoszący się ciągle Intruder, wydostał się z chmur. Pilot, porucznik Jake „Chirurg” Grafton, odwrócił wzrok od tablicy przyrządów i zamyślił się, wpatrzony w rozgwieżdżony firmament. Blada tarcza księżyca oświetlała zalegającą poniżej powłokę chmur.
    - Tylko spójrz na te gwiazdy, Morg.
    Podporucznik Morgan McPherson, BN - bombardier i nawigator w jednej osobie - tkwił po prawej stronie pilota z twarzą wciśniętą niemal w czarną osłonę ekranu radaru, osłaniającą go przed światłem z zewnątrz. Podniósł wzrok znad aparatury i zwrócił wzrok ku niebu.
    - Fajne - mruknął i ponownie zajął się swą rutynową czynnością, jaką było regulowanie jasności i kontrastu monitora radaru, na którym właśnie pojawiło się wybrzeże Wietnamu Północnego, rozciągające się przed nimi w odległości niespełna 125 mil.
    - Mam świeże dane o punkcie przekroczenia linii brzegowej.
    Wcisnął odpowiedni guzik na komputerze i mały świetlisty punkcik na VDI przesunął się pół centymetra w bok, podając pilotowi dokładne namiary miejsca, w którym Intruder miał wlecieć nad terytorium Wietnamu Północnego. Grafton, posłuszny tym wskazaniom, wykonał skręt o kilka stopni.
    - Czy kiedykolwiek, choć na chwilę, nie przestała cię trapić myśl, że za bardzo przyzwyczaiłeś się do tej roboty? Że nabrałeś cholernej rutyny?
    Morgan McPherson znowu się wyprostował nad osłoną radaru, spojrzał na gwiazdy rozsiane wysoko nad nimi i filozoficznie zauważył:
    - One są na górze, a my na dole... Dobra, zobaczmy lepiej, czy z naszym ECM wszystko w porządku.
    - Wiesz co, Morg? Cholerny z ciebie romantyk - skonkludował uwagę kolegi Jake.
    Grafton sięgnął do tablicy ECM, elektronicznych środków przeciwdziałania. Wspólnie zaczęli sprawdzać aparaturę za pomocą testu kontrolnego. Dwie pary oczu uważnie śledziły każdy świetlny impuls, zaś dwie pary uszu rejestrowały najcichsze nawet piśnięcie detektora fal radarowych. Aparatura ECM wykrywała fale wrogiego radaru i natychmiast je identyfikowała, podając odpowiednie dane załodze. Urządzenie to zostało zaprogramowane w taki sposób, by mogło zidentyfikować wszelkie emisje radarowe zagrażające samolotowi, a następnie wysłać obsłudze wrogiego radaru fałszywe echo. Upewniwszy się, że aparatura działa jak należy, lotnicy wyregulowali natężenie jej dźwięku tak, by był on słyszalny w słuchawkach, lecz nie zakłócał rozmów prowadzonych za pośrednictwem interkomu, jak również korespondencji radiowej.
    Lecieli w milczeniu, wsłuchując się w pojawiające się od czasu do czasu niskie tony komunistycznych radarów dalekiego zasięgu, przeczesujących pogrążony w mrokach nocy obszar. Każdy radar posiadał swój charakterystyczny dźwięk; na przykład impuls o niskim tonie wskazywał na radar dalekiego zasięgu; tony wyższe cechowały radary dozoru stanowisk obrony przeciwlotniczej, zaś upiornie brzmiący falset wskazywał na namiar bojowy baterii rakiet przeciwlotniczych.
    W odległości około 40 mil od północnowietnamskiego wybrzeża Jake Grafton obniżył nos Intrudera o 4 stopnie i jego A-6 rozpoczął powolne schodzenie na niższy pułap. Jake poczuł, iż pasy bezpieczeństwa przytwierdzające go do fotela są zanadto poluzowane, więc usadowiwszy się wygodniej, tak jak to robią kowboje w siodle, ściągnął je do oporu. Następnie polecił BN sprawdzenie wszystkich systemów uzbrojenia.
    McPherson odczytał listę systemów na głos, punkt po punkcie, sprawdzając jednocześnie, czy funkcjonują odpowiednie przełączniki i przyciski. Gdy doszli do ostatniej pozycji, Jake wygasił wszystkie światła pozycyjne samolotu i wyłączył IFF. Ta elektroniczna aparatura, zwana w żargonie pilotów „papugą”, emitowała sygnały, pojawiające się na monitorze radaru w postaci zakodowanego impulsu świetlnego. Kontroler lotu mógł więc stwierdzić, czy ma przed sobą własny obiekt, czy wrogi. Grafton ani myślał pojawić się w postaci, zakodowanego czy nie, impulsu na jakimś północnowietnamskim monitorze radarowym, dlatego też postanowił lecieć nisko nad ziemią. Dzięki temu fale odbite od jego maszyny nałożą się na te odbite od podłoża, znane jako echo ziemi.
    Pilot włączył mikrofon. Zaczęło działać urządzenie kodujące rozmowę.
    - Diabeł Pięć Zero Pięć, papuga uduszona. Brzeg za trzy minuty. Diabeł był radiowym kryptonimem dywizjonu, w skład którego wchodziły bombowce A-6.
    - Pięć Zero Pięć, przyjąłem - odpowiedział podniebny kontroler z pokładu dwusilnikowego samolotu wczesnego ostrzegania L-2 Hawkeye, który z umocowanym na grzbiecie kadłuba dyskiem obrotowej anteny radaru szybował wysoko nad Zatoką Tonkińską. Także ten samolot startował z pokładu lotniskowca.
    Intruder przygotowywał się do polowania, lecąc w całkowitych ciemnościach, chroniony dodatkowo przez echo ziemi przed elektronicznymi oczami wroga. Jake Grafton zamierzał lecieć tak nisko, jak tylko pozwalały mu na to jego umiejętności i nerwy, co w jego przypadku oznaczało naprawdę nisko.
    Po raz ostatni podążył wzrokiem ku mrugającym w oddali gwiazdom i w chwilę później mechaniczny ptak zanurzył się w chmurach, lecąc z prędkością ponad 800 kilometrów na godzinę. Jake czuł, jak mu gwałtownie rośnie poziom adrenaliny. Obserwował szybko zmieniające się wskazania wysokościomierza ciśnieniowego, co chwila spoglądając także na wysokościomierz radarowy, który otrzymywał dane z małego radaru umieszczonego w dolnej części kadłuba. Jake przez chwilę walczył z pokusą, by wyłączyć urządzenie, gdyż emitowane przezeń fale bardzo łatwo mogły zostać wykryte przez wrogi radar. Wysokościomierz ciśnieniowy podawał jednak tylko dystans, jaki dzielił ich od poziomu morza, nie zwracając uwagi na rzeźbę terenu. Na razie wskazania obu urządzeń pokrywały się idealnie, tak jak powinno być nad morzem.
    Na pułapie poniżej 600 metrów pociągnął lekko drążek na siebie, redukując prędkość opadania, zaś lewą ręką pchnął do przodu dźwignię ciągu, nadając silnikom wyższe obroty. Siedemset kilometrów na godzinę było ulubioną przez Graftona prędkością, podczas lotu „nad wierzchołkami drzew”. A-6 świetnie się prowadził przy tej właśnie prędkości i to pomimo podwieszonych pod skrzydłami bomb. Maszyna mogła przelecieć ponad głowami obsługi wrogich dział tak szybko, że ta nie była w stanie podążyć za nią wzrokiem, nawet gdyby przypadkowo udało się jej wcześniej dostrzec samolot w postaci ciemnego punktu na horyzoncie.
    Na wysokości nieco ponad 100 metrów nad wodą puls Jake’a Graftona walił niczym młot. Znowu znajdował się poniżej podstawy chmur, lecąc w absolutnych ciemnościach i kompletnej pustce rozciągającej się między morzem, a niebem. Jedynie mdłe czerwone światełka przyrządów pokładowych świadczyły o tym, iż poza kabiną też jest realny świat. Jake próbował wypatrzyć w ciemnościach wstęgę białego piasku pokrywającego wietnamskie wybrzeże, zwykle dającą się dostrzec nawet w najczarniejszą noc. Musi być trochę dalej, pomyślał. Czuł strużki potu skapujące mu po twarzy, karku, a nawet po oczach. Energicznie potrząsnął głową, równocześnie uważając, by dłużej niż na sekundę nie oderwać wzroku od małych czerwonych światełek na czarnej tablicy. Tuż pod nimi czyhało morze gotowe ich pochłonąć, gdyby tylko na kilka chwil zapomniał o prędkości opadania.
    Nareszcie dostrzegli plażę; znajdowała się nieco w lewo. Teraz liczyły się spokój i koncentracja. Blada wstążka była tuż pod nimi.
    - Jesteśmy nad lądem - zawiadomił Jake bombardiera. McPherson uruchomił lewą ręką stoper na tablicy rozdzielczej, zaś lewą stopą włączył mikrofon.
    - Diabeł Pięć Zero Pięć, suche stopy. Diabeł Pięć Zero Pięć suche stopy.
    Natychmiast odpowiedział mu kontroler z L-2:
    - Pięć Zero Pięć, tu Czarny Orzeł. Zrozumiałem. Suche stopy. Udanego polowania.
    I znowu cisza. Po zakończeniu akcji, podczas powrotu nad morze, ich meldunek brzmiałby „mokre stopy”. Grafton i McPherson byli świadomi tego, iż od tej chwili muszą liczyć wyłącznie na siebie, gdyż radar umieszczony na L-2 nie był w stanie bez wspomagania ze strony aparatury identyfikacyjnej IFF odróżnić echa wysyłanego przez A-6 od echa ziemi.
    Jake dostrzegł ryżowiska skąpane w bladej poświacie księżycowej, która tu i ówdzie przebijała przez chmury. Szpeniom od pogody przynajmniej raz udała się prognoza, pomyślał."
« Ostatnia zmiana: Marzec 20, 2017, 03:56:22 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 3737
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2326 dnia: Marzec 20, 2017, 03:45:56 pm »
Bardzo szkoda, że nie ma ujęcia z zewnątrz.
Taa...bardzo szkoda. Bardzo dobrze, że w najbliższej perspektywie nie wsiadam do samolotu - zdążę zapomnieć;)
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Q

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 8456
  • Neokantysta - Prawo moralne ma w sobie. Gdzieś.
    • Zobacz profil
    • Star Trek - USS Phoenix
    • Email
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2327 dnia: Marzec 23, 2017, 05:37:03 pm »
Taka ciekawostka: konsultant naukowy "Arrivalu" się tłumaczy z tego, co powymyślał na potrzeby filmu (a czego u Chianga nie było), nawet kształt statków wyjaśnia (w sumie lektura bardziej interesujące niż sam film ;)):
http://blog.stephenwolfram.com/2016/11/quick-how-might-the-alien-spacecraft-work/

I prawdziwego SF ciąg dalszy ;):
« Ostatnia zmiana: Marzec 24, 2017, 05:38:56 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

NEXUS6

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 2156
  • MISTYK WYSTYGŁ, WYNIK: CYNIK
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2328 dnia: Kwiecień 03, 2017, 07:49:29 pm »
Ex Machina film i West World serial.
Oba świetne, oba bardzo "lemowe".  Dużo motywów i dyLematow , które przewijają sie przez książki Lema, np. Maska, Cyberiada, Golem, etc. Gdzie się zaczyna świadomość i samoswiadomosc syntetyczna, jakie ma cele, co jest zaprogramowane, a co jest wolna wolą,  czy maszyna może być nieswiadoma swojej natury, czy może mieć uczucia i emocje i co może być ich źródłem, relacje człowiek - komputer... No, duży ładunek informacyjny i filozoficzny. Bardzo polecam!

maziek

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9954
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2329 dnia: Kwiecień 16, 2017, 11:14:49 pm »
Ciekawostka - obejrzałem Solaris Tarkowskiego i zwróciło moją uwagę "miasto przyszłości", po którym pilot Berton jechał taksówką - gdzieś tak od 33 minuty filmu. Myślałem, że to duże miasto bratniego narodu chińskiego - ale okazało się, że to Tokio (google wie). Potem sobie przypomniałem, że Chiny nie były już wówczas "bratnim narodem" ;) . Większość przejazdu da się powtórzyć za pomocą street view teraz (co za czasy). Miasto niesamowicie się zmieniło, ale tunele są te same i niektóre budynki zostały.



https://www.google.pl/maps/@35.678417,139.7357545,3a,75y,121.8h,91.74t/data=!3m6!1e1!3m4!1sWynOlCs_D6DZBqczyD51hA!2e0!7i13312!8i6656?hl=pl

https://www.google.pl/maps/place/Akasaka+Excel+Hotel+Tokyu/@35.6795625,139.7343062,133a,35y,115.87h,60.64t/data=!3m1!1e3!4m13!1m7!3m6!1s0x60188b811f57f195:0x11a6a34cc5074741!2sAkasaka,+Minato,+Tokio+107-0052,+Japonia!3b1!8m2!3d35.6749184!4d139.736775!3m4!1s0x0:0x9082906f72e47da5!8m2!3d35.6773677!4d139.7374544?hl=pl

Co ciekawe, w tym solarisowym przejeździe widać też po drodze reklame "BROTHER" (wówczas produkowali maszyny do szycia i do pisania) - ale w innym miejscu.
Nie mam racji a i tak maździory witosieją w terpentynie!
Z Globalnym uważaj Pan, on tylko udaje tępotę! Potem wciąga do jamy i zagryza!© Remuszko.
Ukłony, maziek

Q

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 8456
  • Neokantysta - Prawo moralne ma w sobie. Gdzieś.
    • Zobacz profil
    • Star Trek - USS Phoenix
    • Email
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2330 dnia: Kwiecień 17, 2017, 03:58:05 pm »
Myślałem, że to duże miasto bratniego narodu chińskiego - ale okazało się, że to Tokio (google wie).

Toś nie znał smakowitej anegdotki o tokijskiej wycieczce ekipy za pieniądze Госкина i długości owej sekwencji w roli alibi? ;)

Nawiasem, jak już "Solaris" w detalach bierzemy... Zwróciłeś kiedy uwagę na wiek aktorów? Kelvin-Banionis był z roku 1924, jego ekranowi rodzice z lat 1920 (Гринько-ojciec) i - sic! - 1951 (Ба́рнет-matka), a Berton-Дворжецкий, w scenie odwiedzin b. poważnie wyglądający - z 1939 (czyli miał wówczas niewiele po '30), a jakoś tak ich ucharakteryzowali, że nawet bym nie wpadł na to jak sprawa różnic wieku między nimi wyglądała, gdybym nie przeczytał...

Co ciekawe, w tym solarisowym przejeździe widać też po drodze reklame "BROTHER" (wówczas produkowali maszyny do szycia i do pisania) - ale w innym miejscu.

Ten "BROTHER" to tam wiecznie żywy. Na wikipedycznym zdjeciu Akasaki (w 2006 robionym) też go widać, w samym centrum:
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 17, 2017, 04:25:39 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

maziek

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9954
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2331 dnia: Kwiecień 17, 2017, 04:56:33 pm »
Nic nie słyszałem, nt. wycieczki - choć to standard tamtych czasów. Po prostu "miasto przyszłości" wyglądało na tyle na przeszłe, że zacząłem drążyć. Nie wnikałem w wiek aktorów, choć zastanawiałem się, czy Bertona postarzono - czy odmłodzono. Generalnie to jakoś nie lubię wnikać w obsadę i tego typu kwestie.

Właśnie detalicznie o tej reklamie mówię - w tym miejscu. Na filmie jest w innym.
Nie mam racji a i tak maździory witosieją w terpentynie!
Z Globalnym uważaj Pan, on tylko udaje tępotę! Potem wciąga do jamy i zagryza!© Remuszko.
Ukłony, maziek

Q

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 8456
  • Neokantysta - Prawo moralne ma w sobie. Gdzieś.
    • Zobacz profil
    • Star Trek - USS Phoenix
    • Email
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2332 dnia: Kwiecień 17, 2017, 06:32:48 pm »
Też normalnie nie wnikam w wiek aktorów itd., bo nie uważam, by aspekt gwiazdorski był w filmie zbyt istotny (zwł. że wcale nie jest tak, że te gwiaździny najlepiej grają), ale - właśnie - również...
zastanawiałem się, czy Bertona postarzono - czy odmłodzono.
To i podkusiło mnie - sprawdziłem. I przy okazji mogę docenić - stanowiącą jeden z kamyczków tej mozaiki - perfekcyjną robotę charakteryzatora :).

Właśnie detalicznie o tej reklamie mówię - w tym miejscu.

Wiem, dlatego właśnie zdjącho dorzuciłem, by pokazać, że długo ona tam wisi... Przy czym, co ciekawe, Brother Industries, LTD (firma z branży do SF, jak najbardziej, pasującej w owym czasie... teraz może mniej, bo komputery to codzienność, czego nasz dialog najlepszym dowodem ;) ) nie ma w owej Akasace biurowca (przynajmniej Gugla o tym milczy), co byłem skłonny przypuszczać na podstawie tych wiecznotrwałych ;) napisów...

"miasto przyszłości" wyglądało na tyle na przeszłe

Prawda. I nie dziwię Ci się, że obstawiałeś Chiny, bo styl w istocie tam jakby z naszego obozu - centrum Warszawy przed '89, gmachy wschodniego Berlina - to się jakoś kojarzy; a jednocześnie znać, że nie Berlin i nie Moskwa czy - ówczesny - Leningrad.

ps. Coś arcyciekawego: komplet (ponoć) scen wyciętych z "Solaris" w finalnym montażu (wyjdę na profana, bo są tam znacznie ładniejsze rzeczy, ale najbardziej ucieszyła mnie możliwość oglądania rakiety Kelvina ;) ):
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 17, 2017, 11:43:41 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

maziek

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9954
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2333 dnia: Kwiecień 18, 2017, 06:10:32 pm »
Podobnież zmontowany "Czas Apokalipsy" zawiera ok. 1% nakręconego materiału - to dopiero gratka ;) ... (i może przez to nie wiadomo, o co w zasadzie chodzi, poza tym, że od czasu do czasu strzelają ;) ).

Nie jestem pewien, czy dobrze pamiętam - u Lema Harey się rozpada w molekularny proch a Kelvin wraca na Ziemię - bez żadnych niedomówień, tak?
Nie mam racji a i tak maździory witosieją w terpentynie!
Z Globalnym uważaj Pan, on tylko udaje tępotę! Potem wciąga do jamy i zagryza!© Remuszko.
Ukłony, maziek

Q

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 8456
  • Neokantysta - Prawo moralne ma w sobie. Gdzieś.
    • Zobacz profil
    • Star Trek - USS Phoenix
    • Email
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2334 dnia: Kwiecień 18, 2017, 07:23:37 pm »
Podobnież zmontowany "Czas Apokalipsy" zawiera ok. 1% nakręconego materiału - to dopiero gratka ;)

Znając Twój stosunek do "Czasu..." mam niejasne podejrzenie, że delikatnie podśmiewasz się z mojej fascynacji tymi wycinankami ;).

Nawiasem: nie wiem dlaczego wyleciała reszta, ale rakieta wypadła programowo. Inżynierowie z Gwiezdnego się namęczyli przy projektowaniu (ciekaw jestem stojącej za tym historii może być na miarę inżynieryjnych opowieści zza kulis "Odysei..."), ale Tarkowski celowo sceny tego typu zminimalizował, chcąc transcendować konwencję SF przez maksymalną rezygnację z jej elementów (twierdził, że osiągnął to dopiero w "Stalkerze").

Nie jestem pewien, czy dobrze pamiętam - u Lema Harey się rozpada w molekularny proch a Kelvin wraca na Ziemię - bez żadnych niedomówień, tak?

Harey - tak, w neutrinowy. A Kelvin... oddajmy głos samemu Lemowi:

"U mnie Kelvin decyduje się pozostać na planecie bez odrobiny nadziei, a Tarkowski stworzył wizję, w której pojawia się jakaś wyspa, a na niej chatka. A kiedy ja słyszę o chatce i wyspie, to mało ze skóry nie wyjdę z irytacji… Po prostu sosy emocjonalne, w których Tarkowski zanurzył moich bohaterów, nie wspominając już o tym, iż amputował zupełnie pejzaż scjentyczny i wprowadził moc dziwactw, są dla mnie zupełnie nie do zniesienia."
"Tako rzecze..."

Kiedyś też mnie rzucało z irytacji, na myśl o tym finale ;), potem, jak popatrzyłem na nowsze amerykańskie SF-y, to mi przeszło. I tak jest to jeden z nielicznych filmów sięgających pułapu, poruszania się na którym Mistrz od SyFy oczekiwał (gdy jeszcze w nią wierzył)... Reszta - patrz Rozważania LXIV ;).
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

maziek

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9954
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2335 dnia: Kwiecień 18, 2017, 07:54:54 pm »
Na planecie - to znaczy gdzie? Na Ziemi? Konkret proszę, bo nie pomnę. Nie naśmiewam się, ale generalnie to są odpadki ;) .
Nie mam racji a i tak maździory witosieją w terpentynie!
Z Globalnym uważaj Pan, on tylko udaje tępotę! Potem wciąga do jamy i zagryza!© Remuszko.
Ukłony, maziek

draco_volantus

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 1471
  • quid?
    • Komunikator ICQ - 6008932
    • Zobacz profil
    • Email
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2336 dnia: Kwiecień 18, 2017, 08:07:09 pm »
aha, kto nie oglądał nowego ghost in the shell, daję 10/10, ma tyle samo godności i rozumu ludzkiego niż oryginał :X
Nie mam schizofrenii. Internet rządzi światem. Ja rządzę internetem.

Q

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 8456
  • Neokantysta - Prawo moralne ma w sobie. Gdzieś.
    • Zobacz profil
    • Star Trek - USS Phoenix
    • Email
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2337 dnia: Kwiecień 18, 2017, 09:58:03 pm »
Na planecie - to znaczy gdzie? Na Ziemi? Konkret proszę, bo nie pomnę.

Miszcza mi tu będzie poprawiał (i jeszcze mi w głowie tworzył wizje Kelvina na pontonie na solaryjskim Oceonie ;)) ;). Na tej stacji solaryjskiej konkretnie.

Nie naśmiewam się, ale generalnie to są odpadki ;) .

No, są. Ale odpadek Tarkowskiego może być artystyczne więcej wart niż całe filmy różnych Abramsów ;).

(Poza tym: naprawdę się ucieszyłem widząc tę rakietę  8).)

aha, kto nie oglądał nowego ghost in the shell, daję 10/10

Ja oglądał ;).

Najpierw powtórzyłem sobie klasycznego "GITS-a". Wizualnie i muzycznie to wciąż jest arcydzieło. W warstwie technologicznej szczególnego postarzenia filmu również nie widać*.
Tematycznie... Co tu można po raz kolejny o tematyce tego klasyka SF bez popadania w banał? Wypada chyba tylko zauważyć, że film ten jest w pewnym stopniu duchowym spadkobiercą "Blade Runnera" - fabrykowane wspomnienia, centralna postać zadająca sobie pytanie kim jest (gdzie finalne sceny każą podejrzewać maszynę ścigającą inną maszynę), motyw lalki, współpracownik błyskający w finale wykraczającą poza zawodowe reguły wspaniałomyślnością - to są nawiązania wprost.
Jeśli mógłbym coś skrytykować to - pachnący "Dwustuletnim człowiekiem" Asimova i pewnymi podwątkami historii startrekowego Daty - motyw maszyny zdającej się zazdrościć ludziom i jakby skłonnej naśladować - z wyboru - ich, wynikłe z biologii, słabości.
Specyficzny jest też, w niektórych scenach, sposób mówienia/rozmawiania bohaterów, ale to efekt nałożenia kilku spraw: po pierwsze - jak z treści wynika - bohaterowie to cyborgi ze wspomaganymi mózgami, co ma prawo przekładać się na nieco inny, niż obecny, ludzki, modus myślenia i wyrażania tych myśli; po drugie - trochę to i kwestia konwencji (której do recytacji bohaterów "Na Srebrnym Globie" Żuławskiego i tak dość daleko; Oshii pod tym względem znacznie mniej wymaga od widza), po trzecie - dochodzi sprawa tłumaczenia (zarówno amerykański dubbing, jak i jego - jeszcze gorsze i bardziej drewniane - polskie przekłady, bywały krytykowane, w oryginale jest ponoć znacznie lepiej). Przy czym czepiłbym się - wbrew pozorom - nie tego, że dialogi potrafią się w pewnych miejscach ocierać o infodump i drętwotę, a raczej tego, że występują w sumie w ilościach śladowych, nie jest to - szczęśliwie - blockbuster, ale i nie jest też film zbyt rozgadany, dominują jednak (nieprzegięte) sceny akcji,  trochę szkoda - chętnie poznałbym z ekranu ichni sposób definiowania duszy np.
Zasadniczo, jednak, wciąż jest to jeden z najwybitniejszych filmów SF jakie powstały, do którego warto wielokrotnie wracać, smakując doznania estetyczne. (Bo strona wizualna i podteksty są tu znacząco istotniejsze niż prosta, acz nie - b. głupia, to nie Hollywood, zwł. obecne - fabuła.) To jest właśnie ten typ kina - do wielokrotnego, trochę sennego, oglądania, nie - wciągająca emocjonalnie rewolwerówka, która zrobi wielkie wrażenie przy pierwszym obejrzeniu, ale wrażenie to ulotni się po 5 minutach i więcej nie powróci, a i o samym filmie rychło się zapomni.

(Aha: z takich b. prywatnych, niezobowiązujących skojarzeń: rządowo-korporacyjne machinacje intelektroniczne przypomniały mi jakoś pewne watki tła "Testu pilota Pirxa", a sposób w jaki cyborgiczny doktor Willis korzystał z klawiatury i przeglądał dane - podobne sceny z udziałem wspomnianego już Daty.)

Potem udałem się do kina na film amerykański...

Powiem tak, wizualnie i technicznie (wracamy do sprawy klasycznych efektów) jest to majstersztyk jakiego od lat kino SF nie zrodziło. Po prostu chce się chłonąć oczami ten świat. I cieszmy się tym.
Scenariusz... No... jest... Ale wspominany tu "TRON 2" również scenariuszowo nie błyszczał, a stał się kultowy. Ba, czy pierwszy "Obcy" jaśniał pod tym względem?
Znaczy: ja tę wersję ze Scarlett J. odbieram jako rzecz z braku laku trochę (ale przy zaznaczeniu, że większość filmów SF, nawet tych lepszych - z wyjątkiem paru tytułów do policzenia na palcach jednej ręki - również z braku laku jest).

And one more thing: krytykowałem tu - jako przedszkolne zagranie - sprawę ocenzurowania golizny major Kusanagi. Otóż zwrócono mi na forum startrekowym ;) - gdzie również o tym wspomniałem - uwagę, że w oryginale owa cyborg również genitaliów nie miała. Co prawda, jak niedawno doczytałem, nie jest do końca jasne, czy to b. celowy wybór reżysera, czy też forma wizualnej autocenzury właściwa dla anime, ale - w istocie - w świetle tego decyzję amerykańskich twórców muszę uznać za uprawnioną interpretację oryginału. I nawet da się to czytać dość głęboko, jako fizyczny wyraz ostatecznej dehumanizacji, jakiej poddano ową bohaterkę.
(Acz zauważyć również trzeba, że komiksowy "GITS" czynił Motoko istotą może nawet przesadnie seksualną.)

* Ba, można pół-żartem powiedzieć, że udało się im przewidzieć przerabianie budek telefonicznych na internetowe; apropośnie:
http://tech.wp.pl/szybki-i-darmowy-internet-zamiast-budki-telefonicznej-czemu-nie-6034883948597889a
http://www.cbsnews.com/news/phone-booths-transformed-into-wi-fi-hotspots/
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 19, 2017, 04:47:54 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

maziek

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9954
  • zamiast bajek ojciec mi Lema opowiadał...
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2338 dnia: Kwiecień 19, 2017, 06:59:17 pm »
Hm, dałbym sobie rękę uciąć, że Kelvin powrócił na Ziemię. Aż sobie odświeżyłem końcówkę. No cóż, jesli chodzi o film Soderbergha, to najlepszą recenzje dał sam Lem (Solaris to jednak nie jest książka o miłości mężczyzny do kobiety) - choć jest to film holiłudzko dobry. Jeśli chodzi o Tarkowskiego to prawdę mówiąc nie miałem poczucia obcowania z dziełem wybitnym. Na obronę obu reżyserów można podać to, że obecność na ekranie pięknej kobiety, zwłaszcza wewnętrznie cierpiącej, siłą rzeczy odciąga, przynajmniej mnie, od roztrząsania spraw Kontaktu i innych ważkich kwestii. W książce to aż tak nie rozprasza.
Nie mam racji a i tak maździory witosieją w terpentynie!
Z Globalnym uważaj Pan, on tylko udaje tępotę! Potem wciąga do jamy i zagryza!© Remuszko.
Ukłony, maziek

Q

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 8456
  • Neokantysta - Prawo moralne ma w sobie. Gdzieś.
    • Zobacz profil
    • Star Trek - USS Phoenix
    • Email
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2339 dnia: Kwiecień 19, 2017, 07:32:47 pm »
Hm, dałbym sobie rękę uciąć, że Kelvin powrócił na Ziemię. Aż sobie odświeżyłem końcówkę.

To dobrze, żeś sobie nie dał ;):

Bo widzę, że - pewnie przez nerwówkę ostatnich paru miesięcy :( - zapomniałeś o naszej starej dyskusji o tym zakończeniu (ależ wysokokalibrowe argumenty wtedy w powietrzu latały!):
http://forum.lem.pl/index.php?topic=766.msg36357;topicseen#msg36357

Na obronę obu reżyserów można podać to, że obecność na ekranie pięknej kobiety, zwłaszcza wewnętrznie cierpiącej, siłą rzeczy odciąga, przynajmniej mnie, od roztrząsania spraw Kontaktu i innych ważkich kwestii. W książce to aż tak nie rozprasza.

Fakt, w książce to ona piękny ma, zasadniczo, charakter (co zawsze podkreślam gdy o bohaterach "Solaris" mowa; tak, ta nieludzka zdaje tam jedyna egzamin Człowieczeństwa, choć z tragicznym skutkiem), nic więcej powiedzieć się nie da (o wyglądzie słyszymy niewiele, i jeszcze przez filtr percepcji zakochanego).
Co do filmów, może dlatego skupiałem się jednak na fabule (choć czy u Soderbergha była właściwie fabuła?), że ani Бондарчук, ani McElhone nie wydawały mi się piękne (interesujące, niebanalne, godne uwagi - jak najbardziej, ale nie piękne) ;).

Nawiasem: mógłbyś pewnie i bronić reżyserów pozwalając im się chować za materiałem źródłowym, bo - na ile pomnę - nieszczególnie go cenisz ;)
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki