Autor Wątek: Biblioteka Stanisława Lema  (Przeczytany 13776 razy)

skrzat

  • YaBB Administrator
  • Senior Member
  • *****
  • Wiadomości: 310
  • I love YaBB 1G - SP1!
    • Zobacz profil
Biblioteka Stanisława Lema
« dnia: Marzec 17, 2016, 04:33:23 pm »
Próbujemy na tym etapie stworzyć listę najważniejszych książek, które spełniają przynajmniej jeden z poniższych kryteriów:
  • zostały przez Stanislawa Lema omówione, zarekomendowane bądź w inny sposób wskazane, jako książki wartościowe i ponadczasowe, zasługujące na zaliczenie do górnego królestwa literatury
  • mają oczywisty wpływ na twórczość bądź światopogląd Lema

Innymi słowy, próbujemy zrekonstruować bibliotekę Lema, gdyby mogła zawierać tylko kilkadziesiąt najcenniejszych pozycji. Proponuję, aby ograniczyć się do utworów istniejących oraz tych, które Stanisław Lem wartościował dodatnio. Propozycje powinny zostać jakoś uzasadnione, przede wszystkim poprzez podanie, gdzie i kiedy Lem się do nich odwołuje bądź w jakich utworach Lema widać ich wyraźny wpływ. Najważniejsze, żeby to były książki najważniejsze!

Uwaga: na początku posta proszę podawać zawsze tytuł rekomendowanej bądź omawianej (jeśli np. polemizujemy z daną propozycją) książki.

Lista tytułów według nazwiska autora:

  • Bellow Saul "Henderson, król deszczu"
  • Bellow Saul "Planeta pana Sammlera"
  • Borges Jorge Luis "Fikcje"
  • Camus Albert "Upadek"
  • Dick Philip K. "Ubik"
  • Dostojewski Fiodor "Notatki z podziemia"
  • Dostojewski Fiodor "Zbrodnia i kara”
  • Eco Umberto "Imię róży"
  • Gombrowicz Witold  "Dzienniki"
  • Hofstadter Douglas "Gödel, Escher, Bach"
  • Hofstadter Douglas "Mind's I"
  • Kafka Franz "Proces"
  • Kafka Franz "Zamek"
  • Le Guin Ursula K. "Czarnoksiężnik z Archipelagu"
  • Le Guin Ursula K. "Lewa ręka ciemności"
  • Leśmian Bolesław "Gad i inne wiersze"
  • Mickiewicz Adam "Dziady"
  • Nabokov Vladimir "Lolita"
  • Popper Karl "Logika odkrycia naukowego"
  • Popper Karl "Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie"
  • Prus Bolesław "Lalka"
  • Russell Bertrand "Dzieje zachodniej filozofii"
  • Stapledon Olaf "Odd John"
  • Strugacki Arkadij, Borys "Piknik na skraju drogi
  • Swift Jonathan "Podróże Guliwera"
  • Uniłowski Zbigniew "Wspólny pokój"
  • Wells Herbert George "Wojna światów"
  • Wilk Mariusz "Wilczy notes"
  • Witkiewicz Stanisław Ignacy "Nienasycenie"
  • Żuławski Jerzy "Na srebrnym globie"

Lista tytułów w porządku alfabetycznym:

  • "Czarnoksiężnik z Archipelagu" Ursula K. Le Guin
  • "Dziady" Adam Mickiewicz
  • "Dzieje zachodniej filozofii" Bertrand Russell
  • "Dzienniki" Witold Gombrowicz
  • "Fikcje" Jorge Luis Borges
  • "Gad i inne wiersze" Bolesław Leśmian
  • "Gödel, Escher, Bach" Douglas Hofstadter
  • "Henderson, król deszczu" Saul Bellow
  • "Imię róży" Umberto Eco
  • "Lalka" Bolesław Prus
  • "Lewa ręka ciemności" Ursula K. Le Guin
  • "Logika odkrycia naukowego" Karl Popper
  • "Lolita" Vladimir Nabokov
  • "Mind's I" Douglas Hofstadter
  • "Na srebrnym globie" Jerzy Żuławski
  • "Nienasycenie" Stanisław Ignacy Witkiewicz
  • "Notatki z podziemia" Fiodor Dostojewski
  • "Odd John" Olaf Stapledon
  • "Piknik na skraju drogi" Arkadij Strugacki, Borys Strugacki
  • "Planeta pana Sammlera" Saul Bellow
  • "Podróże Guliwera" - Jonathan Swift
  • "Proces" Franz Kafka
  • "Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie" Karl Popper
  • "Ubik" Philip K. Dick
  • "Upadek" Albert Camus
  • "Wilczy notes" Wilk Mariusz
  • "Wojna światów" Herbert George Wells
  • "Wspólny pokój" Zbigniew Uniłowski
  • "Zamek" Franz Kafka
  • "Zbrodnia i kara" Fiodor Dostojewski
« Ostatnia zmiana: Maj 09, 2016, 03:37:47 pm wysłana przez skrzat »

skrzat

  • YaBB Administrator
  • Senior Member
  • *****
  • Wiadomości: 310
  • I love YaBB 1G - SP1!
    • Zobacz profil
Odp: Biblioteka Stanisława Lema
« Odpowiedź #1 dnia: Marzec 17, 2016, 04:50:28 pm »
"Dzieje zachodniej filozofii" Bertrand Russell

Cytuj
— Ongiś był w telewizji program pt. „Bezludna wyspa”, w którym Nina Terentiew zadawała wybitnym postaciom naszej kultury m.in. pytanie o to, jaką książkę zabraliby ze sobą na bezludną wyspę. Naszą rozmowę o pańskich gustach literackich, czy może szerzej — estetycznych, pragnąłbym zacząć od tego właśnie pytania.
— Jedną? Tylko jedną? Zapewne byłaby to bardzo gruba, potężna historia filozofii. Mówiąc jednak o historii filozofii, nie mam na myśli książki najlepszej, ale konkretną: "A History of Western Philosophy" Bertranda Russella. Spyta pan zaraz oczywiście, dlaczego. Po pierwsze jest to pozycja znakomita, a po drugie napisał ją człowiek, który nie kryje swoich sympatii i antypatii, dając im jawny wyraz i posuwając się do tego, że kłóci się nawet z Platonem. Przyzna pan, że jest coś zabawnego w kłótni z filozofem, który nie żyje od dwudziestu kilku wieków, ale ta intensywność zaangażowania w problematykę ontyczną, epistemiczną, a także moralną jest mi doprawdy bliska. Dzięki temu jego książka nie jest dla mnie martwą literą, ale czymś organicznie żywym. Za to na przykład Arystoteles pozostawia mnie zupełnie obojętnym. Nigdy nie mogłem wyczuć tego człowieka. Nigdy nie udało mi się wymacać jego duchowej ektoplazmy, w przeciwieństwie do Platona, który był bardzo mądrym, a zarazem niesympatycznym człowiekiem.

"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "Gusta i dysgusta", str.164
Cytuj
Czytam właśnie Innego B. Mądrego faceta, "History of Western Philosophy" Russella mianowicie, którą b. lubię, gdyż on tam niszczy sukinsyna Hegla, którego nie znoszę, nadętego bęcwała, i innych filozofów; jest to przednia robota, toteż nic dziwnego, że wielu filozofów Russell książką tą Rozwścieczył, ponieważ on filozofię traktuje z humorem, co ekspertów do Szału doprowadza...

"Sława i Fortuna. Listy Stanisława Lema do Michaela Kandla", list z dnia 7 grudnia 1972

Cytuj
czytam wciąż po kawałku, jak Biblię — History of Western Philosophy Russella

"Sława i Fortuna. Listy Stanisława Lema do Michaela Kandla", list z dnia 28 lutego 1973
« Ostatnia zmiana: Marzec 18, 2016, 02:13:27 pm wysłana przez olkapolka »

Stanisław Remuszko

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 7256
    • Zobacz profil
    • Email
Odp: Biblioteka Stanisława Lema
« Odpowiedź #2 dnia: Marzec 17, 2016, 07:40:33 pm »
Czy na takim poziomie wypada pytać o rzeczy dla znawców elementarne?
[Dla mnie: czy ta pozycja została (gdzie, kiedy) wydana po polsku?]
R.
Ludzi rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem : - )

liv

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 3697
    • Zobacz profil
Odp: Biblioteka Stanisława Lema
« Odpowiedź #3 dnia: Marzec 17, 2016, 07:50:24 pm »
"Lalka" Bolesław Prus
Cytuj
Z przyjemnością czytam znów Lalkę, która czytałem już ze czterdzieści razy.
"Świat na krawędzi' T. Fiałkowski s.148
Chyba podobny trop co do "Wspólnego pokoju" Uniłowskiego. Pieczołowite odtworzenie minionego plus parę innych. Dużo innych, bo to też moja ceniona.
Tak naprawdę, to chciałem wrzucić "Upadek" Camusa. Pamięta mi się spory fragment zachwytów, zazdrość, że nie on to napisał i zalecenia dla adeptów aktorstwa by spróbowali zagrać taki monolog....trudniej niż krzesło.  ???
Jak znajdę to wrzucę, chyba, że ktoś uprzedzi z cytatami.
Leniwy wałkoń i wielki waleń mozolnie zgłębiał tajemnice bytu, nazbyt głębokie dla wielkich wałkoni i leniwych waleni.
Winnie the Pooh -  o Wieloryba Polikarpia rozmowach ze śmiercią

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 3683
    • Zobacz profil
Odp: Biblioteka Stanisława Lema
« Odpowiedź #4 dnia: Marzec 17, 2016, 08:58:54 pm »
Najpierw przekopiuję wczorajszego: "Henderson, król deszczu" S. Bellow
Cytuj
- (..)Bardzo dobrą książką jest Mr Sammler's Planet Saula Bellowa...
- Nie Herzog?
- Herzog mi się w ogóle nie podobał. Za to dość przypadła mi do gustu Henderson the Rain King - znakomita książka, może nawet najlepsza! Jeśli chodzi o takie drobne różnice odczuwania pomiędzy poszczególnymi pozycjami, to nie mogę powiedzieć już nic więcej. To się może wiąże z następującą rzeczą: Bellow należy do wielkiej triady utalentowanych pisarzy amerykańskich pochodzenia żydowskiego, do których należy także Bernard Malamud i Philip Roth. Ja tego po prostu nie znoszę - te nieustanne erekcje, spermy, kobiece piersi i problemy dojrzewających młodzików żydowskich. W tym składzie chemicznym jest to dla mnie okropne.
"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "Gusta i dysgusta", str. 172/173
Motto do Biblioteki?;) I w ogólności o wymienionych autorach: Russell, Kafka
Cytuj
Istnieją, jak wiadomo, książki, które lubimy i szanujemy, takie, które lubimy, ale których nie szanujemy, takie, które szanujemy, ale których nie lubimy, oraz na koniec zarówno nie lubiane i nie szanowane. (Dla mnie należą do 1. kategorii książki, NIE WSZYSTKIE, Bertranda Russella; do drugiej Simeona, do trzeciej Kafki, do czwartej np. książki typowe science fiction). To samo dotyczy naszego stosunku do innych ludzi.
"Listy albo opór materii", list do Michaela Kandla z dnia 9 lutego 1975, str. 235

Nasuwa się pytanie co z Kafką, którego szanujemy, ale nie lubimy?:)

Dostojewski:
Cytuj
(...) a tuż po nim Dostojewski, któremu Lem siedzi na plecach na barana (huckepack, mówią na tę pozycję Niemcy).
"Listy albo opór materii", list do Michaela Kandla z dnia 18 kwietnia 1977, str. 255

P.S. 
Cytuj
czy ta pozycja została (gdzie, kiedy) wydana po polsku?]
Tak, ja mam z 2012, wydawnictwo Aletheia (to chyba zresztą jedyne polskie wydanie :-\) - z notką na okładce, że to książka, którą Lem zabrałby na bezludną wyspę - jak w skrzatowym cytacie:)
http://allegro.pl/listing/listing.php?order=m&string=bertrand+russell+dzieje+zachodniej+filozofii&sourceid=Mozilla-search&bmatch=base-relevance-uni-1-1-0229
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Stanisław Remuszko

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 7256
    • Zobacz profil
    • Email
Odp: Biblioteka Stanisława Lema
« Odpowiedź #5 dnia: Marzec 17, 2016, 10:08:23 pm »
Dzięki, Ol.
Po wpisach widzę, że wypada.
R.
Ludzi rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem : - )

Q

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 8392
  • Neokantysta - Prawo moralne ma w sobie. Gdzieś.
    • Zobacz profil
    • Star Trek - USS Phoenix
    • Email
Odp: Biblioteka Stanisława Lema
« Odpowiedź #6 dnia: Marzec 17, 2016, 10:50:49 pm »
"Wspomnienia człowieka z lochu", Dostojewski
Cytuj
jednym z najosobliwszych utworów Dostojewskiego, rzeczy stosunkowo niewielkiej, stojącej jak gdyby nieco na osobności, a przecież nad wszelką wątpliwość wybitnej — choćby przez swą niezwykłą ryzykowność. Mam na myśli Wspomnienia człowieka z lochu. W samej rzeczy Mackiewicz zlekceważył po prostu ten utwór, może dlatego, ponieważ jest on właśnie mało „rosyjski”, a może dlatego, że jego najbardziej ważką część pierwszą, stojącą na pograniczu filozoficzno–maniackiej eseistyki raczej niż wśród obszarów dramatu, stanowią „nagie”, pozbawione bohaterów ludzkich wywody małego, zdeptanego przez życie człowieczka, wypowiadającego przeraźliwe prawdy, którymi po dziś dzień żywi się cała „czarna” literatura świata. Ona jest zawarta w tej małej książeczce, jak drzewo zawiera się w drobnym nasionku. W tej zaciekłej, obolałej, z jakąś masochistyczną pasją prowadzonej polemice z wszelkim optymizmem społecznym, z meliorystami każdej maści, używa Dostojewski argumentów, które nie zwietrzały po dziś dzień, przetrwały upadek caratu, odejście w niepamięć całej epoki historycznej, gdyż zostały wizjonersko wycelowane w ów spór ludzki, który, przybierając rozmaite maski w różnych czasach, nigdy nie traci na aktualności, a dziś, w obliczu rozszerzającego się rozziewu między osiągnięciami nauki a wielkim do nich nieprzygotowaniem ludzkości, jest, jak może nigdy jeszcze, aktualny.

"Rozprawy i szkice", "O Dostojewskim niepowściągliwie"

"Imię róży", Umberto Eco
Cytuj
jego problemowe zainteresowania są bliskie moim, bo skierowane na węzłowe kwestie współczesności, tyle że z przeciwnym stron skali czasowej
/.../
Każda powieść prawdziwa w głębokim sensie jest powie­ścią o czasie, w którym ją napisano, a nie o czasie, w który została skierowana autorską decyzją.
/.../
Zawiść, do jakiej się przyznałem poczynając omawiać Imię róży, to świadomość sytuacji autora, który zamierzony przez siebie świat musi budować na własną rękę, skoro za wieżę obserwacyjną wziął sobie przyszłość. Tak na przykład moja ostatnia powieść Wizja lokalna jest nieporównanie uboższa od Imienia róży co do ilości wprowadzonych elementów, konstytutywnych dla konstruowanego w niej świata, oraz co do ilości gier w tym świecie uprawianych. Wynika to trywialnie z sytuacji, w której autor albo ma, jak Umberto Eco, do dyspozycji całe biblioteki autentyczne, albo, jak ja, może, a raczej musi sobie spo­rządzić biblioteki przez siebie wymyślone. Ponadto, jak wspomnia­łem, sama sprawdzalność przedstawionego świata uwierzytelnia utwór osadzony w przeszłości i pozwala czytelnikowi spojrzeć na ten świat „z góry", bo z wiedzy obiegowej, jaką każdy dziś dysponuje. Książka posiadająca rzeczywiście wartość prognostyczną nie może w niej być rozpoznana ani oceniona. To jej ryzyko ma własność niezbywalną.

"Filozofia przypadku", wyd. 3

"The First and Last Men", Olaf Stapledon
Cytuj
Cytowany wyżej Olaf Stapledon ze swoją, w The First and Last Men ukazaną, miliardy lat obejmującą wizją losu człowieka, pozostał całkowicie osamotniony w tej próbie odważnego spojrzenia w czekającą ludzkość otchłań czasu.

"Wejście na orbitę", część "Reakcje łańcuchowe", "Przemiany nauki"

Cytuj
Jeden z najmądrzejszych, Olaf Stapledon (bawił w Polsce na kongresie wrocławskim w 1948 roku), napisał książkę, której akcja obejmuje dwa miliardy lat — całe dzieje ludzkości. Odważnie, nieprawdaż?

"Wejście na orbitę", część "Gwiazdy nawigacyjne", "Science fiction"

"Dziwny John" ("Odd John"), Olaf Stapledon
Cytuj
rodak Wellsa, Olaf Stapledon, nie miał już w trzydzieści lat potem żadnych szans, by zostać osądzonym podług swoich szczytowych osiągnięć. Rozmachem wizji i jej ideową głębią co najmniej dwukrotnie, tj. dwoma dziełami, Wellsa przewyższył: nie może to być kwestionowane przez nikogo, kto zapoznał się z takimi książkami Stapledona, jak Odd John i First and Last Men.

"Fantastyka i futurologia", "V. Socjologia Science Fiction"

Philip K. Dick, Arkadij i Borys Strugaccy, Arthur C. Clarke
Cytuj
An original and interesting mind was Philip Dick, however he also had some difficulty in making a name for himself. Initially he had been more popular in France and later his fame spread to the US. Also, his works were of "uneven quality". I once wrote an essay for some US magazine, which started with the words: "Science fiction is garbage with exceptions and Dick is one of them." I do not see many "titans of the mind" in this discipline. There may be a few outstanding scientists, who sometimes write science fiction, I know one who works in the field of cosmology... I have not mentioned his name, hence I may state: he is a physicists of the second rank and a writer of the third. There have also been cases when writers of the first order, such as Wells, have entered the domain of science fiction. I am of a very good opinion about the Strugatsky brothers, although the ending of the "Picnic at the Roadside" does not seem very convincing. This book makes me a bit jealous in the sense that "I should have written it". From the narration point of view it is extremely fascinating, although the authors have overdone it a bit. This work is so good because it presents an entirely new approach to a classic topic, developed earlier by Wells in his "War of the Worlds" - the theme of invasion of Earth. Clarke is also quite a mind, however he seems more inclined toward the engineering domain rather than the abstract-theoretical one. He also had a few great ideas, one in particular: the satellites revolving in geo-stationary orbits and serving as radio and TV transmitters. He once said he bitterly regretted he had not patented this idea - he would have made a fortune by now.

Wywiad dla magazynu "Shargh"

"Torpeda czasu", Antoni Słonimski
Cytuj
Książka, którą tym — może zaskakującym czytelnika — wstępem poprzedzam, powstała właśnie w najpierwszych, młodzieńczych, dziewiczych latach życia Science Fiction. Napisał ją młodzieniec 28–letni, wyszła, kiedy miałem dwa lata, nie muszę więc wyjaśniać, czemu jej wtedy nie przeczytałem. Jakże zdumiewającą świeżością, zapewne naiwną, ale urzekającą tym właśnie, odcina się od wielkiego, przybrudzonego tła współczesnej nam, sprofesjonalizowanej, fantastyki! Widać z niej, jak bardzo wszystko było jeszcze w owym zaraniu możliwe, jak nic nie zdeterminowane — była to przygoda myśli po prostu, nie wiedząca nic o istnieniu notowań jej giełdowych na księgarskich rynkach. Gdy miałem — gimnazjalista — lat czternaście czy szesnaście, znałem Słonimskiego z „Wiadomości Literackich” jako następcę Prusa w „Kronikach tygodniowych”, a bodaj w 1939 czytałem — w odcinku — jego Dwa końce świata, powieść fantastyczną, nic o tym nie wiedząc, że kilkanaście lat wcześniej napisał Torpedę czasu.
/.../
Książka tedy w warstwie takich wątków literackich trochę zwietrzała, ale uczyniła to z wdziękiem, z gracją, która ma w sobie coś zarazem anachronicznie bawiącego i poważnie wzruszającego, ponieważ wszystko tam bardzo solennie, uczciwie, do końca przemyślane.

"Przedmowa do Torpedy czasu", potem powtórzona w "Rozprawach i szkicach"

"Wojna światów" H. G. Wells
Cytuj
Wojna światów, najświetniejsze dzieło H. G. Wellsa, jest zarazem jedną z nielicznych powieści, które, wykraczając poza fantastyczność swych założeń, weszły do skarbca literatury światowej. To dubeltowe twierdzenie domaga się uzasadnienia. Najpierw zaskakuje swoją częścią pierwszą, ponieważ Wells dał wiele książek, a ta należy do najwcześniejszych (powstała jako czwarta z kolei, po Wehikule czasu, Człowieku niewidzialnym i Wyspie doktora Moreau — w roku 1897). Jak o tym mówi dedykacja, pomysł zawdzięczał swemu bratu; planował rzecz długo i starannie, dwudziesto—ośmioletni, wędrując pieszo i rowerem po wzgórzach Wokingu, żeby rozpoznać tereny inwazji marsjańskiej, badał więc topografię okolicy niczym strateg w przeddzień bitwy. Sumienności takiej można pozazdrościć — lecz nie da się do niej sprowadzić wizjonerskiej mocy Wojny światów. Tysiące autorów atakowało po Wellsie temat, którego on był pierwoodkrywcą — starcia ludzkości z pozaziemską inteligencją — i oto, po tylu dziesiątkach lat, książka ta nadal wznosi się nad mrowiem Science Fiction jak szczyt, tylko raz jeden osiągnięty. Toteż bez przesady trzeba wyznać, że im więcej poznaje się tekstów nowożytnej fantastyki, w tym wyższym stopniu przychodzi podziwiać nadrzędność pozycji, co tę fantastykę zapoczątkowała.

"Posłowie do Wojny światów H. G. Wellsa", potem powtórzone w "Rozprawach i szkicach"

"Ubik", P. K. Dick
Cytuj
Tym większa szkoda, że krytyka nie pokazała myślowych konsekwencji Dickowego dzieła i nie nazwała szans, tkwiących w jego możliwej kontynuacji, szans i konsekwencji korzystnych nie tylko dla autora, lecz dla całego gatunku, Dick bowiem dostarczył nam nie tyle doskonałych spełnień, ile fascynujących zapowiedzi.

"Posłowie do Ubika Ph. Dicka", potem powtórzone w "Rozprawach i szkicach"

"Niesamowite opowieści" S. Grabiński (zwł. "Kochanka Szamoty" i utwory z części "Demon Ruchu")
Cytuj
Grabiński dał niewiele utworów tak świetnych jak Kochanka Szamoty, lecz dał ich dość, by nie zostać zapomnianym pisarzem.

"Posłowie do Niesamowitych opowieści S.Grabińskiego", potem powtórzone w "Rozprawach i szkicach"
Cytuj
Ocalała przede wszystkim nowelistyka Grabińskiego. Dobrze brzmią nam te zwłaszcza nowele cyklu Demon Ruchu, w których pierwiastek ponadnaturalny objawia się dyskretnie, w dwuznacznych upośrednieniach. Nic tak nie uszkadza grozy zaświata, jak pokazy, by tak rzec, panoramicznie otwarte.

"Posłowie do Niesamowitych opowieści S.Grabińskiego", potem powtórzone w "Rozprawach i szkicach"

Edgar Allan Poe
Cytuj
H. G. Wellsowi odpowiada w niesamowitym temacie — Edgar Allan Poe. Dzieła obu tych autorów pozostały do dziś nie tylko żywotne, lecz pod wieloma względami nieprześcignione przez następców.

"Posłowie do Niesamowitych opowieści S.Grabińskiego", potem powtórzone w "Rozprawach i szkicach"

"Na Srebrnym Globie", J. Żuławski (część pierwsza)
Cytuj
Po raz pierwszy czytałem  Na srebrnym globie niedługo po Trylogii. Umiałem wtedy czytać tak jak, obawiam się, nigdy już nie będę umiał. Byłem pochłaniaczem książek żarliwym i bezwzględnym w walce z domowym porządkiem, który usiłował mi rozłamać lekturę na części, gdy ja w żaden sposób nie mogłem się od niej oderwać. I gnając przez stronice sprawdzałem co jakiś czas trwożliwym dotykiem czy aby wiele jeszcze zostało do końca. Płomienie wzniecone w dwunastoletniej głowie gasły zazwyczaj szybko, ale ta historia księżycowa przez lata paliła się we mnie ognistym śladem. Ciągnęło mnie do niej do jej „dobrych miejsc”, czytałem ją i czytałem wciąż na nowo, rozstać się nie mogłem ze wspaniałą grozą Księżyca, oblegałem ukochane strony, z których wiał tajemniczy, lodowaty mrok bezdennych szczelin skalnych, wracałem do gruzów zagadkowego miasta na pustyni, do wstrząsającej katastrofy drugiego pocisku ziemskiego, szperałem w tekście jak badacz, jak poszukiwacz skarbów, łowiący chciwie ziarenka złota w przemywanym piasku.

"Przedmowa Stanisława Lema" do w/w książki

"Zwycięzca" J. Żuławski
Cytuj
Gdyby Żuławski pisał stylem neutralnym, nie narzucającym się leksykalnie i syntaktycznie, podobnie np. jak Wells (a tworzyli obaj mniej więcej w tym samym czasie), powstałby pod jego piórem utwór stanowiący gwiazdę pierwszej wielkości w fantastyce światowej. Nic mi nie wiadomo o tym, by powieść Żuławskiego była tłumaczona na języki obce — w każdym razie bibliografie SF jej nie notują. (Podobno była tłumaczona na niemiecki.) To. co podówczas powstawało w Europie jako fantastyka naukowa, nie może się z trylogią księżycową równać; tak np. książki Kurta Lasswitza nie mają żadnych wartości literackich.
Na podkreślenie zasługuje przedmiotowa wynalazczość Żuławskiego. Nie znam w Science Fiction kreacji „Innych”, która by stać mogła obok jego szernów, poczynając już od samej, świetnie brzmiącej nazwy, kojarzącej się z tajemniczym mrokiem (może przez podobieństwo fonematyczne słowa „szern” do słowa „czerń”?), poprzez ich budowę cielesną, ich rażącą mcc, umiejscowiona w niesamowitych — względem pokrytego futrem ciała — białych, nagich —dłoniach, których dotyk przyprawia o wstrząs elektryczny — aż po relacje powstałe między nimi i ludźmi. Od udaru, wywołanego dotknięciem ich dłoni, kobiety poczynały dzieworódczo, a dzieci przychodzące tak na świat, zwane morcami miały płomienne znamiona tam, gdzie szern matkę dotknął. W czasach skrajnego zniewolenia musiała płacić społeczność ludzka haracz złożony z kobiet — aby rodziły szernom niewolników — a gdy się kobiety te starzały, szernowie zwracali je ludziom. Jako rodzicielki morców były zabijane; straszliwa to historia, a przecież jakoś prawdopodobna. Splotu podobnych zależności, co by łączył ziemską kolonię z planetarnymi tubylcami, nikt w Science Ficticn nie powtórzył, tj. nie wynalazł po raz drugi. Mają też szernowie Żuławskiego własną kulturę i mitologie, w której miejsce centralne — globu znienawidzonego — należy się Ziemi, jako że to ona wyssała powietrze z półkuli Księżyca skierowanej w ziemską stronę. Wszystkie te elementy fantastyczne składają się na spójny system, przez to ważny, że koncepcja wpisania mitu chrystianicznego w pewną konstelację wydarzeń o tyle mogła się uwiarygodnić, o ile faktograficzny, quasi–realny, a nie natarczywie alegoryczny charakter mają poszczególne partykuły tych zdarzeń.

"Fantastyka i futurologia", tom 2, "IX. Utopia i futurologia", "Modele socjoinwolucji"

"Lewa ręka ciemności", Ursula K. Le Guin
Cytuj
Wydarzeniem roku stalą się powieść Urszuli LeGuin „The Left Hand of Darkness” („Lewa ręka ciemności”). Autorka jest córką znanego antropologa amerykańskiego Kroebera. Powieść stanowi opowiedzianą w pierwszej osobie historię człowieka, który pełni na planecie Winter funkcję samotnego wysłannika oficjalnego, mającego nakłonić mieszkańców planety do wstąpienia w obręb Wspólnoty Planetarnej. Działa w pojedynkę, zgodnie z politycznym obyczajem Wspólnoty, gdyż decyzja, jaką podejmą mieszkańcy planety Winter, winna być dobrowolna; zbliżone motywy — posłowania u obcych społeczności kosmicznych — można znaleźć w SF. Oryginalną wartością książki jest hipoteza antropologiczna dotycząca seksualizmu Winteryjczyków (albo Getheńczyków, podług miana, jakim się sami określają). Getheńczycy stanowią odległą w czasie i przestrzeni odrośl gatunku Homo Sapiens, która niegdyś uległa przekształceniu urzeczywistnionemu — jak się wydaje — zgodnie z planami inżynierii biologicznej ciała (lecz nie są oni tego świadomi). Cała różnica cielesna pomiędzy ludźmi a Getheńczykami sprowadza się do biologii pici. Getheńczycy, podobnie jak liczne niższe ssaki ziemskie, przeżywają okresowo ruję (raz na miesiąc), a poza czasem jej trwania są plciowo bierni. Inaczej jednak niż wszystkie niższe ssaki nie mają trwale określonej pici, lecz objawiają znamiona męskości lub kobiecości zgodnie z nie dającą się z góry przewidzieć losową pracą gruczołów dokrewnych. Tak więc każdy Getheńczyk jest „latentnym obojnakiem”, a podczas rui stać się może kobietą lub mężczyzną. Poza rują (zwaną „kemmer”) przedstawia obojnaka o silnie zredukowanych narządach płciowych. Jedynie wówczas, gdy we „wcieleniu kobiecym” ulegnie zapłodnieniu, doznaje stabilizacji tej pici poprzez okres ciąży i porodu aż do zakończenia laktacji. Tak więc każdy Getheńczyk może być w ciągu życia zarówno ojcem, jak matką. W okresie międzyplciowym (zwanym „somer”) nie okazuje potencji seksualnej i nie jest też określony płciowo pod względem psychicznym. Gdy rozpoczyna się ruja, Getheńczyk może udać się do tak zwanego „kemmerhouse”, przybytku dostępnego powszechnie, w którym dochodzi do powstawania seksualnych par, albo też może trwać w bardziej stałym związku, podobnym do monogamicznego, z wyróżnionym osobnikiem. Jest taka monogamia możliwa dzięki temu, że osobnik, u którego cechy płciowe determinują się przy zachodzeniu rui wcześniej, indukuje u swego partnera podczas „wstępnej gry płciowej” powstanie płci o znaku przeciwnym (a więc, jeśli jako pierwszy staje się jeden obojnak samcem, jego partner zostanie samicą, et vice versa: jakkolwiek powieść nie powiada tego wyraźnie, przy niedoskonałej synchronizacji okresów „kemmer” i „somer”, gdy raz jeden, a raz drugi partner jako pierwszy wykazywać będzie zdeterminowaną płciowo aktywność, możliwe jest, iż w tym samym monogamicznym związku role męska i kobieca będą się zmieniały kolejno; byłaby to bardzo niezwykła forma „monogamii”, skoro pozostaje zachowana identyczność osób w takiej formie „małżeństwa”, ale niekoniecznie — identyczność płci). Tak osobliwa dynamika seksualna Getheńczyków stanowi jedynie tło akcji właściwej, obracającej się wokół intrygi politycznej, to jest zmagania o wprowadzenie Gethenu do Planetarnej Wspólnoty, zakończonego „happy endem” po licznych przygodach. Powieść jest napisana z literacką biegłością oraz kompetencją antropologiczną, raczej rzadko spotykaną w SF; prezentuje znaczne bogactwo uszczegółowienia getheńskiej kultury, przedstawia strzępy miejscowej historii, obyczajowości, cytuje tamtejsze sagi, legendy, podaje wiele lokalnych nazw, miejscowy kalendarz, wspomina o wierzeniach itp. Gethen to planeta ziemiopodobna, ale przeżywająca okres zlodowacenia; istnieją na niej dwa wielkie państwa, monarchia konstytucyjna o rysach feudalnych wbrew posiadaniu dość rozwiniętej technologii (pojazdy elektryczne, radio) oraz biurokratycznie scentralizowana autokracja: narrator zwiedza kolejno oba te państwa i w obu doznaje wielu przygód. Utwór, zasługując na uznanie, zadowala się, niestety, potraktowaniem „innego seksualizmu” Getheńczyków jako zjawiska raczej egzotycznego aniżeli ontologicznego.

"Fantastyka i futurologia", wyd.1, "Przypisy końcowe", przypis 12

"Wydziedziczeni" Ursula K. Le Guin
Cytuj
pisarstwo Ursuli Le Guin objawiało we wszystkich fazach rozwoju większy umiar, dyscyplinę, ład, powściągliwość, rzekłbym - rozumną i ciepłą gospodarność.
Największy rozgłos przyniosła jej powieść wydana przed trzema laty, Wydziedziczeni. Jest to ambitna próba wymodelowania pod szkłem fantastycznej izolacji najbardziej palących dylematów politycznych naszego wieku. Zestawiła w niej, jako modele rozmyślnie wyodrębnione, bo osadzone na okrążających się (niczym Ziemia z Księżycem) planetach - dwie antagonistyczne formacje, kapitalizm i anarchizm. Społeczność kapitalistyczna pozbyła się swych radykałów, posyłając, a właściwie - zsyłając ich na glob mniejszy, ubogi, niemal pustynny, i w takich warunkach rozrasta się kolektywistyczna bezpaństwowość, w której niełatwo żyć, ale też ciężar egzystencji po równi rozkłada się w niej na wszystkich. Podtytuł powieści brzmi: Dwuznaczna utopia. Jakoż nie jest anarchia Le Guin rajem. Bohater powieści to genialny fizyk, który w ubogiej społeczności nie może rozwinąć w pełni swych uzdolnień.

"Posłowie" do "Czarnoksiężnika z Archipelagu" U.L.G

"Czarnoksiężnik z Archipelagu", Ursula K. Le Guin
Cytuj
W posłowiu do Opowieści niesamowitych Grabińskiego wspomniałem o służbach, jakie fantastyka niesamowita mogłaby pełnić pozarozrywkowo.
Czarnoksiężnik z Archipelagu jest znakomitym przykładem takich właśnie służb. Jest to opowieść o naukach, pobieranych przez młodzieńca z wymyślonej krainy u fikcyjnych mędrców władających fantastycznym kunsztem czarnoksięskim. Zarazem jest to opowieść realistyczna - o kształtowaniu się osobowości, o dorastaniu wśród przeciwieństw, o tym, jak zapalczywa lekkomyślność staje się dojrzałością. Jest to wreszcie figuralna przypowieść o tym, jak można dorosnąć do sprostania własnej śmierci, nie popadając ani w nędzny strach, ani w głupią butę. Narracja toczy się czysto i spokojnie, w kameralnym ściszeniu. Zachowała swoje brzmienie w przekładzie, za który należy się wdzięczność Stanisławowi Barańczakowi, bo nie uronił ani krzty poetyckości Czarnoksiężnika. Sugestywny jest w nim nastrój przymglonego Archipelagu wśród burzliwych wód Północy, a wręcz znakomita - naturalność przejść od skromnego mozołu żeglarzy i rybaków do pojawień zaświatowego żywiołu. Żywioł ten nie jest tylko tradycyjnym sztafażem baśni, stanowi bowiem przebraną w niesamowity strój, alegorycznie potraktowaną potęgę odpowiadającą rzeczywistym potęgom, jakie człowiek wyzwala w Naturze. Czary okazują się równie ułomne, wątpliwe i obusieczne, jak naukowe odkrycia. Przypomnę zbawczą przemianę młodego Geda w ptaka, która wyzwala go wprawdzie z opresji, ale sama staje się dlań nowym zagrożeniem. Toż to wręcz modelowa sytuacja ludzkiego poznania, bo i nauka, obdarzając nas nowymi swobodami, jednocześnie wprowadza nas w nowe zagrożenia. Tym właśnie obojnaczym stosunkiem do wyzwalanych mocy zdobywa Czarnoksiężnik doskonalszą jednolitość i większą wiarygodność od Wydziedziczonych.

"Posłowie" do w/w powieści

Ray Bradbury i Fredric Brown (o tym drugim jest przy tym mowa, że strasznie nierówny)
Cytuj
Zestawiać takich autorów jak E. F. Russel i Bradbury — to tyle, jakby się porównywało Leblanca z Dostojewskim, Arsena Lupina z Raskolnikowem. Ostatecznie obie te postacie znajdowały się w kolizji z prawem i posiadały „racje moralne”, dla których się tak działo. Przykład wygląda nieprawdopodobnie, ale jest wykładnikiem sytuacji, zdarzającej się w science fiction, i to wcale nierzadko. Wspólnota tematu zdaje się tu tworzyć podstawę do takich zestawień, w najwyższym stopniu niesprawiedliwych. Jeszcze raz okazuje się, że temat jest niczym. Bradbury pozornie poddaje mu się, ulega konwencji, w rzeczywistości przezwycięża ją swoim nieporównanym wizjonerstwem, darem nadawania blasku, świeżości motywom i sytuacjom najbardziej ogranym. Odnosi się wrażenie, jakby intryga była dla niego tylko drabiną Jakubową, po której wprowadza czytelnika do nieba (częściej do piekła), zarazem cechuje go oszczędność i zborność środków (po tym poznaje się pisarza), dająca rezultaty większe od nagromadzenia całych eksplodujących Galaktyk w opowiadaniach fantastyczno–naukowych wyrobników.
Drugi po nim — Frederick Brown, pod względem temperamentu antyteza Bradbury’ego, twórca kostycznej groteski, geometrycznie suchego paradoksu, bez szczypty romantyki, szyderca zresztą raczej dobroduszny, o tyle tylko daje się wymienić jednym tchem z Bradburym, że obaj przedstawiają nieczęsty w science fiction typ szczęśliwych eksperymentatorów–poszukiwaczy. Dlatego właśnie obaj, wbrew własnym definicjom, nie utrzymują w swych utworach „scientyficznej” czystości gatunku, balansując na pograniczach fantasy, science fiction, filozoficznej bajki, a plonem takich „wykroczeń” bywają ich rzeczy najlepsze.

"Wejście na orbitę", część "Gwiazdy nawigacyjne", "Science fiction"

"Opowieści starego antykwariusza", M.R. James
Cytuj
Będąc miłośnikiem fantazji i apokryfu, jako inteligentnej zabawy, odczuwając natomiast w obliczu nerwicy lękowej bądź wiary w gusła raczej odruch psychiatry niż literata, zalecam przeciw Lovecraftowi Jamesa, jako twórcę pokrytych patyną zeszłowiecznych zabawek, nie wyzbytych ani wdzięku, ani morału.

"Posłowie" do w/w zbioru

"Gwiazdy moim przeznaczeniem", A. Bester
Cytuj
Przynależność powieści Bestera do literatury zwanej drugorzędną nie ulega wątpliwości. Gdyby Science Fiction jako gatunek wyodrębniony osobno nie istniała, powieść tę wypadłoby umieścić w okolicach dzieł Dumasa, lecz nie jako utwór względem nich wtórny. Stereotyp romansu przygodowego, który wendetę przedstawia, ma swój pułap nieprzekraczalny. Lecz można go rozmaicie wcielać w narrację: można to także doskonale robić, i w tym sensie istnieje pierwszorzędna powieść drugiego rzędu. Taką jest właśnie Stars My Destination. W swojej klasie jest ona znakomita. Znamy zoilów tak właśnie oceniających Sienkiewiczowską Trylogię. Ale centralne wartości Trylogii, gdyby się ją chciało porównać z książką Bestera, są inaczej zlokalizowane: mistrzem języka przede wszystkim jest Sienkiewicz. Na tym polu Bester wyników rewelacyjnych nie osiąga. Cała jego inwencja bije ze sfery przedmiotowej, w niej bowiem konstruuje on imponujące świeżością fantastyczne obiekty i zajścia. Nie można jednak powiedzieć, że wszystkie sam je powynajdywał; nie, większość konceptów przejął od plejady poprzedników, to jednak, co tamci miernie lub dobrze robili, potrafił zebrać, zorganizować i złączyć świetnie tak, że „całość nie równa się sumie części”.
Błyskotliwy, oszałamiający, monstrualny jest świat tej książki; gdyby inaczej była napisana, okazałby się potworny — ale narracja nad wszelkimi okropieństwami przenosi nas z chyżością utrudniającą zastanowienie refleksyjne. Ten świat, tak doskonale pozbawiony wszelkich ideałów i złudzeń, tak dynamicznie sprawny, cyniczny i skorumpowany do granicy, przy której cechy te uzyskują charakter wszechobecnej normy, nikogo już nie oburzającej, nie wzywającej do świętego boju.

"Fantastyka i futurologia", tom 2, "III. Kosmos i fantastyka", "Space fiction i struktury narracji"

Kłopot mam natomiast z "Lolitą" Nabokova, poświęca jej Mistrz arcyciekawą analizę, ale konkluzja jest raczej dwuznaczna:
Cytuj
Przecież książka otwiera się czującemu i rozumnemu czytelnikowi (o znawcach wszak mowa!) od razu, mówi mu wszystko, co ma do powiedzenia, i jakież to tajemnicze procesy zajść jeszcze muszą, aby z ust jego wyrwał się, po miesiącach czy latach, okrzyk zachwytu? Ile wart jest ów zachwyt, przybywający z takim opóźnieniem? Dlaczego mamy wierzyć w jego autentyczność? Dlaczego to, co było hermetyczne, nudne, nic niewarte albo trywialne, skandalizujące, bezwstydne czy wreszcie zbyteczne i jałowe — staje się głosem epoki, spowiedzią dziecięcia wieku, nowym, wstrząsającym nami odkryciem człowieka, jakiegośmy nie znali?
Wszystkie te pytania stawiałem sobie po zamknięciu Lolity Nabokova, książki, która parę lat temu była zarazem ewenementem i skandalem literackim.

"Rozprawy i szkice", "Lolita, czyli Stawrogin i Beatrycze"

Z czego: Bestera i Jamesa nie liczyłbym z całą pewnością do górnego królestwa literatury, nad Brownem też bym się - co najmniej - wahał, ale wszak Mistrz polecał...

I jeszcze dorzucę osobno, jako mającego wpływ, acz potraktowanego z perspektywy czasu raczej ironiczne:

Rainer Maria Rilke
Cytuj
Byłem wtedy pod znacznym wpływem Rilkego, więc moja stylistyka była jakby dziesiątą wodą po tym poecie.

Komentarz Lema do "Obłoku Magellana", cytowany na stronie głównej

ps. Warto też chyba przypomnieć tytuły serii "Stanisław Lem poleca" dublujące się zresztą z tym, co przytoczyłem.

Z wydanych są to:
- Philip K. Dick – "Ubik",
- Stefan Grabiński – "Niesamowite opowieści"
- M. R. James – "Opowieści starego antykwariusza"
- Arkadij i Boris Strugaccy – "Piknik na skraju drogi. Las"

Z planowanych:
- Ursula K. Le Guin – "Czarnoksiężnik z Archipelagu",
- Alfred Bester – "Gwiazdy moim przeznaczeniem"
« Ostatnia zmiana: Marzec 18, 2016, 12:49:34 am wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Stanisław Remuszko

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 7256
    • Zobacz profil
    • Email
Odp: Biblioteka Stanisława Lema
« Odpowiedź #7 dnia: Marzec 17, 2016, 10:55:42 pm »
o Kju mogę rzec z podziwem (za Mistrzem): ten Go czytał!
R.
Ludzi rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem : - )

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 3683
    • Zobacz profil
Odp: Biblioteka Stanisława Lema
« Odpowiedź #8 dnia: Marzec 18, 2016, 01:13:34 am »
Ja jednak trochę inaczej widzę ten wątek - niż Q:)
Dla mnie to nie index FiFy.
Ponadczasowość, światoogląd...wyjątkowość. Hm.
Wg mnie Lem nie tyle czerpał z SF, co wykorzystywał ją.
Ślady, wpływy innych u Lema, przeplatanie tematów to dla mnie przede wszystkim (ale nie tylko - oczywiście) tematy z Dostojewskiego Gombrowicza i Witkacego.
Także mi gdzieś, kiedyś - bliskie.
[czekam aż mnie ktoś wyprowadzi z błądzącego błędu - chętnie podyskutuję:)]
Cytatów o w/w Panach w różnych książkach Lema, wywiadach - jest mnóstwo. Nie ma sensu ich wszystkich tutaj przytaczać.
Wypowiedzi Lema o Dostojewskim cytowałam wielokrotnie - jako, że sama mam lekki odchył w jego kierunku:)
Może tylko dodam (bo cytat z Tako rzecze Lem powielałam tu wielokrotnie oraz ten z Dialogów - kto czytał, ten wie:)...jeden - z listów do M. Kandla:
"Notatki z podziemia" Fiodor Dostojewski
Cytuj
Z Dostojewskim całkiem inna sprawa, gdyż był on znów całkiem zwyczajnym geniuszem, czyli gdy chciał pisać idiotyzmy, to mu nie wychodziły, zupełny król Midas, czego się tknął, obracał w złoto, z wizyty u starej kurwy umiał zrobić metafizykę najwyższego lotu (Historia o mokrym śniegu ) - inna rzecz, że jak CZASEM się poślizgnął, to już NA CAŁEGO - na pysk. Och, on był jak taka największa baba, z tych, wie Pan, rosyjskich zabawek, taka, co ma wszystkie inne baby w sobie. Nie można go skutecznie transcendować. Zawsze człowiek w końcu uwięzgnie.
"Sława i Fortuna. Listy Stanisława Lema do Michaela Kandla", list z dnia 10 listopada 1972, str. 104
Dopisuję:
- "Dzienniki" Gombrowicz
Cytuj
Grunt to, żeby pisarz miał taką monomanię, która okaże się dość obszerna dla kosmosu spraw wszelkich. Gombrowicz, którego Dzienniki niczym Biblię sobie czytam co jakiś czas, był dość w tym względzie zamożny.
"Sława i Fortuna. Listy Stanisława Lema do Michaela Kandla", list z dnia 1 sierpnia 1972, str.79
Cytuj
To b. dobrze, że Pan Gombrowicza ceni, bo to największy polski prozaik naszego stulecia.
"Sława i Fortuna. Listy Stanisława Lema do Michaela Kandla", list z dnia 30 maja 1972, str. 53
Co do śladów w twórczości:
Cytuj
Zabawne, że wersja angielska Pamiętnika znalezionego w wannie wydała się Panu strawniejsza od polskiej. To jest oczywiście Kafka, ale przepuszczony przez Gombrowicza.
"Sława i Fortuna. Listy Stanisława Lema do Michaela Kandla", list z dnia 26 kwietnia 1972, str. 40
I taki...dosyć ważny - może najważniejszy z gombrowiczwsko-lemowych;)
Cytuj
Trzy Prawa Lema powiadają, że: 1) Nikt nic nie czyta; 2) Jeśli ktoś czyta, to nic nie rozumie; 3) Jeśli ktoś coś czyta i rozumie, to natychmiast zapomina. Jest to rozwinięta postać spostrzeżenia Gombrowicza.
"Sława i Fortuna. Listy Stanisława Lema do Michaela Kandla", list z dnia 16 lutego 1978, str.621
Ze str. 477 dowiadujemy się, że:  ["nikt nikogo nie czyta!" - mawiał Gombrowicz i było coś na rzeczy.
List z 16 czerwca 1976, str. 473
O Witkacym może innym razem...tylko krótko:
- "Nienasycenie", "Pożegnanie jesieni" Witkacy
Cytuj
Jestem gorącym entuzjastą Nienasycenia i Pożegnania jesieni, ale traktowanych łącznie, przynoszących wizję całościową.
"Tako rzecze Lem. Stanisław Bereś rozmawia ze Stanisławem Lemem", rozdział "Gusta i dysgusta", str. 192

P.S. Mam prośbę - moglibyście Wasze cytaty uzupełnić stronami, z których pochodzą? Łatwiej byłoby je odnaleźć:)
« Ostatnia zmiana: Marzec 18, 2016, 01:16:29 am wysłana przez olkapolka »
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Q

  • Global Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 8392
  • Neokantysta - Prawo moralne ma w sobie. Gdzieś.
    • Zobacz profil
    • Star Trek - USS Phoenix
    • Email
Odp: Biblioteka Stanisława Lema
« Odpowiedź #9 dnia: Marzec 18, 2016, 02:36:40 am »
Ja jednak trochę inaczej widzę ten wątek - niż Q:)
Dla mnie to nie index FiFy.
Ponadczasowość, światoogląd...wyjątkowość. Hm.
Wg mnie Lem nie tyle czerpał z SF, co wykorzystywał ją.

Tylko widzisz... Starałem się właśnie by to nie był indeks "Fif'y", a po prostu pozycje, które Lem uznał za istotne intelektualnie z tego, czy innego powodu. Zresztą... dzielenie na "SF" i literaturę wysoką jest dokładnie wbrew temu co sam Lem pisał. Lem, bowiem, uważał, że nie przyjęty temat decyduje o jakości utworu, a jego... cóż... jakość.

"Zestawiać takich autorów jak E. F. Russel i Bradbury — to tyle, jakby się porównywało Leblanca z Dostojewskim, Arsena Lupina z Raskolnikowem. Ostatecznie obie te postacie znajdowały się w kolizji z prawem i posiadały „racje moralne”, dla których się tak działo. Przykład wygląda nieprawdopodobnie, ale jest wykładnikiem sytuacji, zdarzającej się w science fiction, i to wcale nierzadko. Wspólnota tematu zdaje się tu tworzyć podstawę do takich zestawień, w najwyższym stopniu niesprawiedliwych."

"Nieraz już szukałem sposobu przedstawienia życiorysu Science Fiction i zawsze okazywało się, że czyste literackie kryteria nie wystarczają. Może należałoby opisać jej koleje językiem rozumiejącym światłego psychologa, który bez skandalizowania, ale i bez czułostkowości, ukazuje to, co się w XIX wieku nazywało upadkiem porządnej kobiety.
Historia literatury, podobnie jak kronika towarzyska, pewne sprawy okrywa dokładnym milczeniem. W wielkiej Literary History of the United States (Mc Millan Company, New York, 1515 stron, 59 autorów, 6 redaktorów) — której ostatnie z 1964 roku wydanie leży na moim biurku — na próżno by szukać w rzeczowym indeksie hasła Science Fiction. W spisie omawianych autorów (56 szpalt najdrobniejszej czcionki) nie ma ani jednego nazwiska pisarza tego gatunku — z wyjątkiem H. G. Wellsa, zacytowanego zresztą w związku z jego „pozafantastyczną” działalnością. Są jednak w tym tomie wymienieni pisarze i pisarki, których oprócz historyka ze stopniem uniwersyteckim nie zna nikt — postaci czwartorzędne, ale z „dobrego towarzystwa”.
Zarazem obecności Science Fiction na rynku książkowym USA nie dostrzec niepodobna. Książki te wychodzą w masowych nakładach, w takiej ilości, że wszystkich nie przeczyta nawet maniak rakietowy, zaprzysiężony gwiazdoman. Należy do nich doliczyć dwakroć tyle utworów w magazynach i publikacjach specjalnych. Piszą te utwory setki ludzi, setki mózgów wytłaczają z siebie do ostatniego atomu pomysłowość, kulminującą w stwarzaniu wizji najbardziej groteskowych, szokujących, dramatycznych — czy sama liczba w tym trudzie mrówczym zaangażowanych nie powinna gwarantować, że choć część owych dzieł godna jest wstępu do Literary History of the United States? Byłożby milczenie jej tylko wynikiem uniwersyteckiego zarozumialstwa, lekceważącej nonszalancji profesjonałów, kiperstwa akademickiego, zakamieniałego w konserwatyzmie, ślepego na wartości gatunku, który jest — jak głoszą jego wyznawcy — solą nowoczesności, prawdziwym lustrem przemian naszego świata?
Obawiam się, że nie problem „zlokalizowania winy” należy badać, lecz tylko w miarę pouczających, w miarę żałosnych losów owej literackiej istoty, co — choćby w dziełach Wellsa — tak świetnie się przecież na przełomie wieku zapowiadała.
Otóż zdarzyło się ze Science Fiction — nie w jednym miejscu i czasie, lecz to klęski nie umniejsza — szereg niedobrych rzeczy, które jej życie złamały. Ona sama nie bardzo nawet, zauważmy, zdaje sobie z nich sprawę — tym gorzej dla niej.
Zapadła mianowicie — prawie już u początków — na dwuznaczną rozrywkowość, a gdy zaczęła się podobać, dostała olbrzymich nakładów; powodzenie zaszkodziło jej reputacji, lecz brnęła dalej — puściła się z powieścią kryminalną, aż wreszcie wylądowała w brukowych magazynach, gdyż okazała się niezwykle „chodliwym” towarem.
Aby — przed zstąpieniem w ślad za Science Fiction do podejrzanych jej przybytków — jeszcze przez chwilę ogarnąć rzecz z ptasiej perspektywy, to, w jaki sposób poszczególne gatunki literackie zdobywają sobie rangę w hierarchii całej literatury, jest, przyznajmy, sprawą tyleż ciekawą, co niejasną. Kiedyś powieść była rodzajem literackim o wiele „gorszym” od poezji i na miano „epiki” mógł sobie zasłużyć poemat, ale nie jakaś historia opisująca prozą perypetie codzienności. Dramat, dzięki dobremu greckiemu pochodzeniu, jako szlachetnie urodzony, nigdy nie grał roli arywisty — lecz na przykładzie powieści daje się badać kariera, wychodząca z nizin, pięcie się wzwyż, które własnym, olbrzymim wysiłkiem zdobywa sobie wreszcie szacunek powszechny. Gdy jednak koryta poszczególnych gatunków w ocenie społecznej definitywnie zastygną, utwór, powstający wewnątrz jednego z nich, jeśli to jest gatunek choć trochę podejrzanej konduity, nie może nobilitować niczego prócz siebie. Innymi słowy: Zbrodnia i kara nie jest uważana za znakomitą powieść kryminalną, ponieważ ramy naszej klasyfikacji takiego ustalenia nie dopuszczają. Dostojewski w obrębie „powieściowej kryminalistyki” się nie zmieścił, przekroczył granicę — lecz uczynił to we własnym, a nie gatunku imieniu. Gdy zatem „gatunkowo” utwór nawet daje się zaklasyfikować do „kryminałów”, jak książki Chestertona, ale gdy zarazem go cenimy, natychmiastową decyzją konstatuje się, że „kryminalność” jego (albo w innym wypadku, „romansowość”) jest tylko pretekstem, udaniem autorskim, dowodem pisarskiego wyrafinowania subtelnego, lecz nie — rozpusty. W ten sposób gatunek nadal zachowuje znamiona podejrzanego prowadzenia się, a książkę ocalamy dla „prawdziwej literatury”. I wilk jest syty, i owca cała.
Z biegiem czasu jednak przekroczyć książce — najlepszej nawet — granicę gatunkowego getta staje się coraz trudniej. Wspomnieliśmy Zbrodnię i karę, przypomnijmy więc sobie postać występującej w niej Soni, prostytutki o sercu czystym i szlachetnej duszy; skądinąd jednak dobrze wiadomo, że klienci podobnych osób nie w takich kontaktują się z nimi sytuacjach, które sprzyjałyby wyjawieniu wyższych walorów duszy i serca, a bardzo trudno wykryć w kimś lub w czymś to, czego się nie szuka. Zresztą — trudno i darmo — wykonywanie każdej profesji ma swoje konsekwencje nieuchronne; zachować — jak Sonia — czystość wewnętrzną nie tylko łatwo nie jest, ale zakrawa to — niestety — na niemożliwość prawie, ponieważ każdy staje się w końcu taki, jak ci, z którymi przestaje. Rozpoczynają się wszak procesy przystosowania nieuchronne, na których służbę idą umiejętności skądinąd dobrze urodzone, cenne, jak bystrość, inteligencja, wdzięk, talent podobania się — to wszystko, w co była Science Fiction od urodzenia bogato wyposażona. Lekko przejaskrawiając powiemy, że rozrywkowość gatunku jest szczególnym rodzajem służby, takim, w którym ten, kto rozrywki dostarcza, ją ma przede wszystkim sprezentować odbiorcy, a nie siebie, nie swoją osobowość, bo ta się nie liczy. A przecież sztuka do tego właśnie się sprowadza i tym jest szlachetniejsza, w im jawniejszym stopniu artysta staje się przed nami, jako pewien człowiek, niepowtarzalny, który to i w taki sposób ma nam do powiedzenia, że go w tym nikt nie zastąpi; dojść ma do kontaktu najbardziej osobistego, intymnego nawet, ale na poziomie, który wszelką uległość, płaskie schlebianie gustom wyklucza. Stajemy się powiernikami prawd autorskiego przeżycia, które utwór nam komunikuje w największym zaufaniu, w sekrecie nieomal — a nie nabywcami towaru z metra i sztuki.
Mówiliśmy już mimochodem o dwuznaczności, jaka cechuje pozycję Science Fiction, ponieważ nie jest tak, jakoby się ona dokładnie w ten sam sposób wulgarny puszczała, tak się z żadnymi względami nie liczyła, takim przepojona bezwstydem działała, jak, powiedzmy, powieścidła pornograficzne lub „czarne” powieści kryminalne. Była to istota dobrze urodzona przecież, z rodziców pełnych uczoności i fantazji, o rodowodzie sięgającym klechd, mitów, baśni, a zarazem — racjonalności encyklopedystów i empiryczności filozofów angielskich, dysponowała też błyskotliwością dyskursywną, umiała być poważna lub drwiąca i stała — tak przynajmniej można było sądzić — przed zgoła olśniewającą karierą. Mogła wszak pójść racą w górę, ku elitarnym wyżynom wtajemniczania w najgłębsze problemy nauki i filozofii człowieka, w — jakże doniosłą dzisiaj — moralną problematykę technologii działającej, mogłyby się wewnątrz niej toczyć olbrzymie dyskusje o prawdy trwałe naszego rodzaju, mogłyby tam powstawać całe metafizyki w przyszłość skierowane, a przeszłość odzwierciedlające. Wszystko to być mogło, ale nie stało się, gdyż każdy omal z talentów, każda z cnót w powiciu już była lekko naznaczona piętnem potencjalnego przynajmniej nadpsucia — czy upadku po prostu.
Najpierw — naturalnie — należałoby powiedzieć wiele o przyczynach ekonomicznych, którym w sposób wyłączny (jak można by mniemać) nieszczęsna Sonia Dostojewskiego zawdzięczała swoje zejście na ulicę. Lecz zauważmy trochę marginesowo, ale doprawdy nie cynicznie, że ekonomia ekonomią, a gdyby nie walory pewne, na ulicy właśnie popłatne, żałosna ta w dół schodząca kariera okazałaby się niemożliwą, gdyż taki na przykład garb zmusiłby Sonię do zachowania cnoty nie tylko duchowej. Otóż Science Fiction objawiła się światu nie tylko inteligencją obdarzona przeszywającą, ale i urodą, dosyć, dodajmy, łatwą, a przynajmniej nie aż tak trudną, żeby nie mogła liczyć na odbiór masowy. Przyczyny popularności bywają rozmaite — niekiedy są tylko rezultatem posłusznego nakazom mody snobizmu — dotyczy to, po części przynajmniej, zgody, z lekka zrezygnowanej, szerokich kręgów odbiorczych na malarstwo abstrakcyjne. O ileż jednak wygodniej jest, kiedy można — występując w szanownej roli konesera sztuk — zarazem i modzie hołdować snobistycznej, i sobie w cichości ducha dogadzać — przed aktami naturalistycznej szkoły, które tak umieją urozmaicać przeżycia odbiorcze, jak tego żaden akt Picassa nie uczyni. Są to sprawy drażliwe trochę, zapewne, lecz trudno je przemilczeć. Rolę reklamującą seksu odgrywała — w początkach drogi życiowej Science Fiction — przygoda zawsze w niej obecna. Gdyż jako awanturnicze i przygodowe, sensacyjne nawet, można było odbierać wszystkie bez mała powieści Wellsa. Można było zamykać oczy na ich filozoficzną, scjentystyczną problematykę, a przecież stać się pilnym, z uszami czerwonymi, czytelnikiem Wojny światów czy Wyspy doktora Moreau. A jeśli moje wywody wydają się naciągane, oto dowód, którym się legitymują: powieści Wellsa wychodzą w USA — w tych samych seriach, w jakich „szeregowa” SF się pojawia, ale wychodzą tak tylko jego fantastyczne książki. I podobnie z Poego, powiedzmy, „wydłubuje się” to, co będzie pasowało do zbiorów „Horror–Stories”, albowiem gatunek zdominował autorów, podporządkował ich sobie, szczelnie otorbił, tak że co za jego granicę „wystaje”, ulega amputacji. A przecież dla każdego czytelnika Wellsa czy Poego jasne jest, że się ich książki liczą jako pewna myślowa, pojęciowa całość, lecz prawa gatunku okazały się silniejsze od wewnętrznej mocy spójnej utworów nawet pisarzy tej miary. Więc „łatwiejszej” urodzie zawdzięczać musi Wells to, że część jego książek prowadzi skarlały tryb życia wewnątrz kolorowych okładek, „wessana” w głąb Science Fiction; więc ulega dzieło autorskie rozdarciu, które wyobrazić sobie możemy, myśląc, jakby się Tomasz Mann prezentował „rozbity” na utwory „O hochsztaplerach”, „O lekarzach” czy „O muzykach”."


"Prawdziwej literatury aż tak się nie szufladkuje. Faust nie stoi na półce pod hasłem „Czarownice, Diabły, Romanse Łóżkowe” ani Pan Tadeusz pod napisem „Awantury w domach jednorodzinnych”. Trzeba pierwszego szukać pod „Goethe”, drugiego pod „Mickiewicz”."

I otóż - za Mistrzem - postuluję, by Wellsa i godnych jego następców - w szereg których Lem sam się stawiał - nie poddawać przymusowemu skarleniu i nie wypychać z listy "bo to SF". To jest idealnie sprzeczne z lemowskim do tych utworów podejściem.

Ślady, wpływy innych u Lema, przeplatanie tematów to dla mnie przede wszystkim (ale nie tylko - oczywiście) tematy z Dostojewskiego Gombrowicza i Witkacego.
Także mi gdzieś, kiedyś - bliskie.

Rozumiem, wybierasz to, co Ci bliskie i może nawet masz wrażenie, że dobierając Mistrzowi tych właśnie, godnych, towarzyszy zapobiegasz wtłoczeniu Go w szeregi karłów.

Tylko, że inspiracje są rozmaite... Można się inspirować cudzą myślą - o czym wspomniałaś, ale też można stylem czy metodą. I tak na przykład, mógł się Mistrz inspirować myślą gombrowiczową (co ładnie przytoczyłaś), mógł też jednak inspirować stylem pisania Żuławskiego (który był jeszcze z tych nie ugettowionych SFiarzy zresztą, bo miał też doktorat z filozofii, dramaty pisał i wiersze... przy czym jakoś mniej się to ponadczasowe okazało niż bujda księżycowa, którą stworzył, co znów każe uważać z szufladkowaniem ;)) - co zresztą udowodnić jestem w stanie bez trudu zestawiając stosowne opisy nieziemskich pejzaży, czy metodą - najmniejszego w tym szeregu może - Browna (pisać SF, która tyleż na wybornej znajomości SF bazuje, co SF dokumentnie wyśmiewa).

Pamiętajmy też przy tym o Lemowej uniwersalności. Są w takim np. "Głosie Pana" wątki, które da się omawiać porównując je do saganowego "Kontaktu" (naiwnej, miejscami, szmiry, ale napisanej przez fachowca i usiłującej mierzyć się z tym samym, b. poważnym, naukowym tematem), są i inne (np. wątku Eeney'a), dla, których lepszym kontekstem będą PRLowskie powieści z kluczem, a i dla porównań z Gombrowiczem miejsce się znajdzie, bo i tu, i u niego, mowa jest o ułomnych, ludzkich próbach ogarniania Rzeczywistości...

Zresztą niezbyt rozumiem Twoje przeciwstawienie czerpania - wykorzystywaniu. Przecież czerpie się, by wykorzystać. Choć wykorzystać można na różne sposoby.
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 3683
    • Zobacz profil
Odp: Biblioteka Stanisława Lema
« Odpowiedź #10 dnia: Marzec 18, 2016, 02:47:07 am »
Wiesz, że znam te cytaty i stanowisko Lema o SF, literaturze mniejszej i większej, szatkowaniu tego i wtłaczaniu w ramki itd itp.
Pewnie sama to gdzieś tu cytowałam - może nawet Tobie - w dyskusji o Tarkowskim.
Cytuj
I otóż - za Mistrzem - postuluję, by Wellsa i godnych jego następców - w szereg których Lem sam się stawiał - nie poddawać przymusowemu skarleniu i nie wypychać z listy "bo to SF"
Kompletnie nie o to mi chodzi.
W innym miejscu przykładamy miarki.
Cytuj
Rozumiem, wybierasz to, co Ci bliskie i może nawet masz wrażenie, że dobierając Mistrzowi tych właśnie, godnych, towarzyszy zapobiegasz wtłoczeniu Go w szeregi karłów.
Nikogo w nic nie wtłaczam.
Ok - sorry. I vicevers. Z wybierankami.
Ale dlatego się nie dogadamy w tym wątku:)
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

skrzat

  • YaBB Administrator
  • Senior Member
  • *****
  • Wiadomości: 310
  • I love YaBB 1G - SP1!
    • Zobacz profil
Odp: Biblioteka Stanisława Lema
« Odpowiedź #11 dnia: Marzec 18, 2016, 10:25:11 am »
Częściowo uzupełniłem listę, ale możecie też spokojnie sami edytować mój post, chyba moderatorzy mają takie uprawnienia?

Merytorycznie muszę się przygotować i trochę doczytać, aby uzasadnić, dlaczego pominąłem np. Bestera, czy Stappledona. Zgadzam się jednak, że sama wzmianka w "Fantastyce i futurologii", czy również w jakimś wywiadzie, to trochę za mało. Szukamy książek, które przetrwały próbę czasu i weszły na stałe do panteonu literackiego.

Stanisław Remuszko

  • Juror
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 7256
    • Zobacz profil
    • Email
Odp: Biblioteka Stanisława Lema
« Odpowiedź #12 dnia: Marzec 18, 2016, 10:27:02 am »
Być może rozwścieczę Adwersarzy (i innych prawdziwie zainteresowanych), lecz są to spory i sprawy mi raczej obce i dlatego nic tu po mnie aktywnym.
Natomiast jako biorca jestem zaciekawiony jak najbardziej, czego dowodem jest wczorajszy zakup polecanego sir Russela. Dzięki, Ol, i Mister Skrzat :-) 
R.
Ludzi rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem : - )

skrzat

  • YaBB Administrator
  • Senior Member
  • *****
  • Wiadomości: 310
  • I love YaBB 1G - SP1!
    • Zobacz profil
Odp: Biblioteka Stanisława Lema
« Odpowiedź #13 dnia: Marzec 18, 2016, 10:30:27 am »
Być może rozwścieczę Adwersarzy (i innych prawdziwie zainteresowanych), lecz są to spory i sprawy mi raczej obce i dlatego nic tu po mnie aktywnym.
Natomiast jako biorca jestem zaciekawiony jak najbardziej, czego dowodem jest wczorajszy zakup polecanego sir Russela. Dzięki, Ol, i Mister Skrzat :-) 
R.

Za ile Pan go kupił? Pytam, bo też wczoraj zamówiłem za 70 pln :-)

skrzat

  • YaBB Administrator
  • Senior Member
  • *****
  • Wiadomości: 310
  • I love YaBB 1G - SP1!
    • Zobacz profil
Odp: Biblioteka Stanisława Lema
« Odpowiedź #14 dnia: Marzec 18, 2016, 10:46:40 am »
P.S. Mam prośbę - moglibyście Wasze cytaty uzupełnić stronami, z których pochodzą? Łatwiej byłoby je odnaleźć:)

Tutaj mam problem, bo wszystkie książki Lema przeglądam w wersji elektronicznej, bezstronicowej, ale też o tym myślałem, postaram się pouzupełniać strony z wydań "Gazety Wyborczej".