Autor Wątek: Akademia Lemologiczna [Summa Technologiae], czyli wszystkoizm stosowany  (Przeczytany 36107 razy)

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4317
    • Zobacz profil
Odp: Akademia Lemologiczna [Summa Technologiae], czyli wszystkoizm stosowany
« Odpowiedź #255 dnia: Październik 18, 2018, 11:52:21 pm »
Nawet bardziej ogólnie – życja złudzeniami? Nie ma mowy o nagrodzie w zaświatach. Tu i teraz – żyjący złudzeniami, wierzący chyba ma większe zadowolenie z życia, niż żyjący wyłącznie rozsądkiem?
Osobnicze. Dla porównania - musiałaby ta sama osoba przeżyć życie wierząc i nie wierząc...ale czy to byłaby ta sama osoba?:)
To byłby, jeśli można tak się wyrazić, pomiar metodą bezpośrednią. A czy nie da się skorzystać z metodów pośrednich? Ankietowań naprzykład, przeprowadzonych wśród reprezentatywnych grup wierzących i niewierzących?
Hm...podobno żyję w kraju katolickim...rozmawiam z wieloma ludźmi...sporo z nich jest średnio zadowolona  z jakości swojego życia...czy można wyciągnąć z tego wniosek, że katolicy są niezbyt szczęśliwymi ludźmi?;)
Cytuj
Nie wstawili Wam modułu nieufności i dławika prawdomówności? Hm...dziwne...to chyba nie jesteście modelami wzorowanymi na HS;)
Oj wstyd mi, jestem ciemniakiem, kompletnie nie znam sie na nowoczesnych skrótowcach. Co to takiego – HS? Harmonized System? High Science? Lexus HS? Head & Shoulders?;)
Eeetenn to taki stary model...homo sapiens? ;D :-X
Cytuj
Nie sądzę, by ewolucja, która jak wiadomo „wpełza w każdą niszę”, przegapiłaby taką świetną możliwość jak przymusowa eliminacja staruszkowia, taki atut w walce za przetrwanie gatunku.
Jak Ty sądzisz, olka?
Pytanie czy musiała to urządzać na poziomie genetycznym...niemniej - czy wydłużenie życia to zasługa ewolucji? Ona - u zarania - dosyć szybko utylizowała swoje produkty.
Cytuj
Weźmemy jako przykład gatunek M. Furiosum. Absolutna większość z tych kto zdążył dożyć starości zaczynają więdnąć i umierać w wieku z grubsza od 80 do stu lat. Dosyć ograniczony okres. I nikt, ale to nikt, ani jeden osobnik nie przekroczył granicy 125 lat.
Gromadzenie błędów to proces statystyczny i stochastyczny, który do tegoż chyba zależy od wielu czynników zewnętrznych, takich jak tryb życia, pożywienie itd. Trwałość życia, gdyby była zdeterminowana iłością uszkodzeń komórkowych, prawdopodobnie opisywałby normalny rozkład Gaussa.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Rozkład_normalny
Chyli zgodnie z prawami statystyki, chociaż większość pacjentów opuszcza padół łez w wieku 80-100, nieliczne, poszczególne osobniki musieliby osiągnąć wiek 150..200 lat i więcej. A jednak w praktyce tak nie jest. Coś stoi na przeszkodzie. Co?
Myślę, że to nie takie widełki.
Większość opuszcza ten padół między 60 a 80 rokiem życia. A nieliczne osobniki dożywają 110, a u dołu - odchyleniem jest śmiertelność poniżej 50.
Tutaj jest światowa  lista oczekiwanej długości życia:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Lista_pa%C5%84stw_%C5%9Bwiata_wed%C5%82ug_oczekiwanej_d%C5%82ugo%C5%9Bci_%C5%BCycia
Przy czym Japonia, która przoduje w średniej długości życia swoich obywateli - ma równocześnie największy przyrost stulatków:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Stulatek

Myślę, że obecnie trudno mówić o "czystej" ewolucji: człeki zmodyfikowały ją przez medycynę, świadomość wpływu sposobu życia na jego długość. Także brak wojen, które kosiły miliony w wieku produkcyjnym, poprawa jakości życia - to wszystko zmienia obraz.

Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9187
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Akademia Lemologiczna [Summa Technologiae], czyli wszystkoizm stosowany
« Odpowiedź #256 dnia: Październik 19, 2018, 09:20:35 pm »
Ekhm...odpowiem tak: ani mi się śni kwestionować wiedzę naukową. Właśnie po co bym to robił? Cóż to ja, z dęba spadłem czy co? :)

A to ok. Myślałem, żeś spadkobierca Pyrrona i Sekstusa (który - choć wątpił w poznawalność - uprawiał jednak medycynę ;) ). Jednakże skoro Twój sceptycyzm poznawczy dotyczy jeno spraw metafizycznych, to stoimy na wspólnym gruncie, różniąc się tylko wnioskami.

Może mylę się, ale nie sądzę, by kiedykolwiek udało się metodą naukową dowieść lub zaprzeczyć istnienie Boga. A Ty jak sądzisz, Q?

Nie wiem, prawdę mówiąc (także dlatego, że nie wiem jakiego Boga masz na myśli, jakiegokolwiek Kreatora, czy istotę tak doskonałą//potężną, jak zakładają niektóre religie/filozofie). Niewątpliwie jednak postęp badań naukowych sfalsyfikował niektóre wyobrażenia bóstw(a) - choćby wariant z superludźmi ucztującymi na Olimpie i robiącymi dzieci greckim królewnom. I tu - mimo całej politycznej otoczki - nie odrzucałbym tak łatwo argumentu z Gagarina, w końcu będąc na miejscu owego pilota-kosmonauty (niewątpliwie jednej z najważniejszych postaci w historii ludzkości skądinąd) trudniej byłoby pozostać płaskoziemcem np. (Zresztą zazębia się ta sprawa z problemem tzw. Boga dziur, bo przecież lot Востока-1, a tym bardziej Восхода-2, zatkał jednak pewną niszę i pokazał, że trzeba dla Boga szukać kolejnej, już nie tuż nad głową, jak w czasach Dantego.)
Z drugiej strony postęp inżynieryjny może też niektóre formy boskości - w pewnym sensie - uprawomocniać: jeśli będziemy zdolni dokonywać technologicznych cudów postulowanych w "Summie...", będziemy tym samym wiedzieć, że owe - boskie dla naszych przodków - wyczyny są możliwe. Jeśli zbudujemy Sztuczną Inteligencję potężniejszą intelektem niż my, będziemy mogli sądzić, że i ona jest w stanie coś mędrszego od siebie zbudować, i na końcu takiego łańcucha można sobie - jak Tipler - wyobrazić Boga przez mniejsze lub większe B. Z drugiej strony... to co da się poddać bieżącej inżynierskiej refleksji ulegnie z automatu desakralizacji (bo jeśli np. zmienisz wodę w wino w adekwatnym kuchennym urządzeniu, trudno będzie widzieć w umiejętności dokonywania takich transformacji coś nadzwyczajnego).

Moim zdaniem (i nie tylko moim), za istnieniem Kreatora przemawia m.in. naukowy fakt, że świat miał swój początek w czasie, mniej więcej 14 miliardów lat temu. Czyli powstanie świata jest skutkiem, a przyczyna znajduje się poza jego granicami. Ale uświadamiam sobie, że ten fakt bynajmniej nie jest dowodem.

Skoro przyznajesz, że nie jest to bynajmniej dowodem (czyli sam umieszczasz swoją? wiarę w kategorii niepewnych domysłów) nie mam z nią problemu.

Co więcej, mam duże wątpliwości co do tego, czy uda się ludziom kiedykolwiek wyczerpać nawet nasz świat w równaniach. Skonstruować Ostateczną Teorię Wszystkiego, całkowicie podporządkować sobie siły natury na skali wszechświata. Też chyba kwestia wiary. Wiary w naukę, w jej potęgę.

Z drugiej strony... Widać, że dążenie do stworzenia takiej teorii towarzyszy - i jak się zdaje towarzyszyć będzie - nam (jako gatunkowi, albo i więcej niż tylko gatunkowi, jako ew. kolejnym formom Rozumu) przez wieki. I niezależnie od tego czy się uda, już choćby dla samych efektów uzyskiwanych po drodze podejmować takie trudy warto.
Swoją drogą: czy wszechświat (czy też multiversum), który da się poznawać w nieskończoność, nigdy nie dochodząc do ostatecznych konkluzji, nie byłby fajniejszy od wszechświata, który da się poznać do końca? Ten drugi na dłuższą metę okazałby się równie nudny i frustrujący, co taki, który da się poznać tylko do pewnego momentu, bo dalej - ściana. (Zahaczamy tu zresztą poniekąd o tezy, które Mistrz włożył w usta - a raczej dzioby - Xiraxa i Rahamasteraxa.)

Co do użycia komputerów i innego nowoczesnego sprzętu. Wydaje się, uważasz, że wierzące muszą koniecznie kwestionować wiedzę naukową i rezygnować z użycia jej owoców? Tak jakby rozwój technologii i postępy nauki są dowodem na nieistnienie Boga?

Zasadniczo nie tyle uderzałem w wierzących (jeśli traktują swoją wiarę jako prywatny naddatek do empiriokrytycyzmu to niech im tam.. znajdzie się miejsce dla Arago w załodze), ile w wyznawców sceptycyzmu i kompletnego relatywizmu poznawczego, solipsystów i zwolenników idealistycznego racjonalizmu filozoficznego, którzy wytwory własnej fantazji mylą z faktami.

Jeśli wierzyć Corcoranowi (i Lemowi), nie pozwalają nawet teoretycznie.
On bada swój świat, jednakże nigdy – rozumie pan, nigdy nie domyśli się nawet, że jego świat nie jest realny, że traci czas i siły na zglębianiu tego, co jest serią bębnów z nawiniętą taśmą filmową...
Zeby tego dojść, musiałby wyjść na zewnątrz swojej żelaznej skrzyni, to jest samego siebie, i przestać myśleć swoim mózgiem...


Proszę zauważyć - do prawdziwego wniosku o swojej wskrzyniowości doszedł u Lema nie Uczony, tylko Wariat. Idąc nie tropem nauki, a raczej...hm...filozofii...

Zwróć jednak uwagę, że symulacja z w/w opowiadania Lema była b. prosta - zawierała kilka sztucznych rozumów i doklejony do nich kawałek fantomatycznego świata. W dodatku zbudowana tak, że Uczony nie miał szansy na dorobienie się uczniów (o ile mu jakich Corcoran nie dobuduje) i tym samym niemożliwe było znaczące przekroczenie przez wskrzyniowych - drogą kolejnych badań - bazowego poziomu wiedzy, który był im dany. Tymczasem z "Cyberiady" znamy przykłady podobnie tworzonych istot, które a to się z trurlowych szkiełek na niepodległość wyrwały, a to Eksyliusza wykończyły. Dlatego mówię, że nie da się tego ocenić nie znając w/w parametrów (oraz stojących za nimi intencji, rozmachu i zdolności ewentualnego Kreatora). A skoro tak - lepiej jest poznawać, niż nie poznawać, choćby na wszelki wypadek.

Niekiedy mam uczucie, że rzeczywiście wszystko to diabła warte – nawet gdy wcale nie chodzi o stosunek do emocji ;)

Niemniej... nadal nie wiem dlaczego akurat stan emocjonalny subiektywnie odbierany jako pozytywny miałby być Twoim zdaniem tak kluczowy?

Moim zdaniem, to również przejaw naiwności – tym razem „religijnej”. Usilowanie udowodnić to, czego z zasady udowodnić niepodobna.

A może jednak również efekt świadomości, że tylko to, co udowodnione naukowo da się - choć trochę - traktować jako pewnik?

Czlowiek musi żyć. Musi być szczęśliwy.

Spytam raz jeszcze: dlaczego musi być szczęśliwy? I tu - po pierwsze - chciałbym Ci przypomnieć zdanie "Doszczęśliwiony w nieszczęściu upatruje szczęście swoje" (z "Kobyszczęcia" - tak to chyba odmieniać wypadnie), po drugie zaś odwołać się do wyników eksperymentu Oldsa i Milnera:
http://www.wadsworth.com/psychology_d/templates/student_resources/0155060678_rathus/ps/ps02.html
Owszem, późniejsze badania pokazały, że nie jest to wszystko tak proste, jak im się zdawało:
http://www.discoverymedicine.com/Morten-L-Kringelbach/2010/06/25/the-functional-neuroanatomy-of-pleasure-and-happiness/
Jednak, zanim ta konkluzja nadeszła, nie pojawiły się jakoś tłumy chętnych zażyć elektrodowego szczęścia. Nie było grup nacisku domagających się by każdemu chętnemu stosowną blaszkę wszczepić.

Wszystko dobrze, ale nie do końca rozumiem, dlaczego te obawy prof. Hawkinga są uważane za przedśmiertne.

Nazwałem je tak z pewną ironią, by tym samym zasugerować, że odbieram je raczej jako objawy właściwego wielu starcom - nawet wybitnym - asekuranctwa i pesymizmu. (Skąd i do Pierwszego Prawa Clarke'a w sumie niedaleko.)

Znaczy, prędzej czy później nauka pochłonie kulturę razem ze sztuką i innymi sferami życia i działalności człowieka? Nie wiem jak Ciebie, a mnie ogarnia zgroza, gdy myślę o podobnej przyszłości ludztwa... ludzkości :o
Zapewne jestem zaskorupiałym ciemniakiem, ale cieszę się, że będę witał tę przyszłość, leżąc w trumnie.

A ja znów rzekłbym, że wstrzymam się od oceny, bo wszystko zależy od efektów owego ew. pochłonięcia. Przy czym mam wrażenie, ze Lemowi/Klopperowi niezupełnie o to chodziło, raczej o to, że postęp wiedzy naukowej jest walcem rozjeżdżającym różne właściwe dla tradycyjnej kultury wyobrażenia. Bo jak np. snuć serio rozważania o szczęściu, kiedy się okaże, że wystarczy stosowną wajchę nacisnąć. I tu Krzeczotek z prolaktyną wkracza:
http://forum.lem.pl/index.php?topic=600.msg30367#msg30367

Przytoczyłem obfite cytaty, idę teraz sprawdzić stan zdrowia moich kotków :)

Moje (niektóre) ostatnio ciut poprzeziębiane, ale jedne już wyleczone, inne zaraz kurację kończą ;).
« Ostatnia zmiana: Październik 20, 2018, 01:51:10 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki

Lieber Augustin

  • Senior Member
  • *****
  • Wiadomości: 408
    • Zobacz profil
Odp: Akademia Lemologiczna [Summa Technologiae], czyli wszystkoizm stosowany
« Odpowiedź #257 dnia: Październik 22, 2018, 11:13:07 pm »
Hm...podobno żyję w kraju katolickim...rozmawiam z wieloma ludźmi...sporo z nich jest średnio zadowolona  z jakości swojego życia...czy można wyciągnąć z tego wniosek, że katolicy są niezbyt szczęśliwymi ludźmi?;)
Hm...może nie do końca prawidłowo wysłowiłem myśl, olka. Spróbuję uściślić...chodzi mi raczej nie tyle o pełni szczęścia, ile o mniejszej ilości nieszczęścia. Wierzący łatwiej zniesie utratę kogoś bliskiego, bo ma nadzieję spotkać go znowu w zaświatach. Łatwiej pogodzi się z myślą, że musi opuścić ten padół, gdyż spodziewa się życia wiecznego. Poza tym wiadomo, iż modlitwa, spowiedź, skrucha wywierają na wierzącego dosyć silny efekt psychoterateutyczny.
To wszystko pod warunkiem, że Twoje respondenci są prawdziwymi katolikami. Że chodzi o wierze, a nie o przestrzeganiu obrzędowości. Nie wiem jak w Polsce, a u nas na Ukrainie większość „prawosławnych” (z tych kogo znam) są naprawdę wierzącymi typu „light”, jeśli uciekać się do porównania z papierosami :)
Niekiedy chodzą do cerkwi, całują rękę batiuszkowi, wypiekają babki wielkanocne – i to wszystko. A tak naprawdę znają się na przedmiocie chrześcijaństwa jak kura na pieprzu. Często słyszę taką naprzykład sentencję: „na świecie są chrześcijanie, musułmanie i...katolicy”. Oto poziom wiedzy. Hm...nie wiem, czy takiego rodzaju „wiara” może przysparzyć zadowolenia z życia :)

Cytuj
Eeetenn to taki stary model...homo sapiens?  ;D :-X
:D
Ojejku...oto dlaczego miga mi LED „Uwaga! Zwiększona tęporalność!”
Spróbuję podkręcić korbę modulatora inteligencji :);)

Cytuj
Pytanie czy musiała to urządzać na poziomie genetycznym...niemniej - czy wydłużenie życia to zasługa ewolucji? Ona - u zarania - dosyć szybko utylizowała swoje produkty.
Masz na myśli, że u zarania istnienia gatunku HS przeciętna trwałość życia wynosiła zaledwie 30 lat? Gatunek człeczy był zmuszony do przeżycia w twardych warunkach, śmierć z powodu starości była rzadkością, więc ewolucja nie miała powodów, żeby wmontować do genomu specjalny „ogranicznik” długości życia? Bo najawność czy brak takiego ograniczenia nie wpłynęłaby na przetrwanie gatunku? Czy poprawnie zrozumiałem Twoją myśl?
Hmm...czy ja wiem? Tak też może być. Z drugiej strony, inne gatunki, żyjące w bardziej sprzyjających warunkach i zdolni do szybkiej rozmnażanki, chyba potrzebują jakiegoś mechanizmu przeciw nadmiernego zagęszczenia populacji...

Cytuj
Myślę, że to nie takie widełki.
Większość opuszcza ten padół między 60 a 80 rokiem życia. A nieliczne osobniki dożywają 110, a u dołu - odchyleniem jest śmiertelność poniżej 50.
Większość opuszcza padół na skutek przypadkowych chorób, w tym spowodowanych nieprawidłowym sposobem życia i zakaźnych, wypadków itd. Na długo przed nastaniem uwiędu starczego. My natomiast chyba mówimy o śmietelności wskutek starości?
Zresztą nie upieram się, prawdopodobnie mój pomysł nie ma sensu. Byłby wartościowy - z pewnością ktoś wpadłby na niego wcześniej :)

Cytuj
Myślę, że obecnie trudno mówić o "czystej" ewolucji: człeki zmodyfikowały ją przez medycynę, świadomość wpływu sposobu życia na jego długość. Także brak wojen, które kosiły miliony w wieku produkcyjnym, poprawa jakości życia - to wszystko zmienia obraz.
Nie do końca zrozumiałem Twoją myśl, olka. Chyba sądzisz, że długość życia ulega zmianie w trybie ewolucyjnym? Albo że poprawa jakości życia i medycyna wpływają na ewolucję naszego gatunku, na jej tempo? Hm.
Rozumiem ewolucję jako powolną zmianę cech dziedzicznych, także ukazanie się nowych. Zatem ewolucja to powolna zmiana informacji genetycznej.
Ludzie DNA zawiera około trzech miliardów kwasów nukleinowych. Większość informacji zakodowanej w tej sekwencji jest jednak zbędna lub nieaktywna. Całkowita ilość użytecznej informacji znajdującej się w naszych genach wynosi prawdopodobnie około stu milionów bitów.
/.../
Szybkość ewolucji biologicznej u ludzi wynosi zatem około jednego bita na rok.
(Prof. Hawking, wykład „Życie we wszechświecie”)


Jeden bit na rok...Nie sądzę, żeby postępy medycyny lub w ogóle cokolwiek mogło w istotny sposób wpłynąć na tę szybkość. Proszę popraw mnie jeśli się mylę :)

Nawiasem, olka: czy nie pora przejść od ponurego tematu śmierci do czegoś bardziej wesolego?
Z rozpędu przeczytałem Konstrukcję świadomości i pokrewny rozdzial Duch w maszynie.
Druga maszyna jest zupełnie inna. Jest to do planety (albo do kosmosu) powiększony Gramofon. Posiada ona bardzo dużo, np. sto trylionów nagranych odpowiedzi na wszelkie możliwe pytania. Tak więc, gdy pytamy, maszyna wcale niczego „nie rozumie”, a tylko forma pytania, tj. kolejność drgań naszego głosu, uruchamia przekaźnik, który puszcza w obroty płytę czy taśmę z nagraną odpowiedzią./.../
Konstruktor, urażony w swej dumie, bierze się do doskonalenia maszyny, w ten sposób, że dobudowuje jej taką pamięć, dzięki której już będzie mogła zrekapitulować powiedziane. Ale w ten sposób zrobił pierwszy krok na drodze od maszyny-gramofonu do maszyny myślącej./.../
Otóż zachodzi ciekawy problem, kiedy właściwie w maszynie pojawiła się świadomość? Powiedzmy, że konstruktor nie przerabiał tych maszyn, ale odnosił każdą do muzeum, a następny model budował od podstaw. W muzeum stoi 10 000 maszyn, bo tyle było kolejnych modeli. Jest to w sumie płynne przejście od „bezdusznego automatu” w rodzaju szafy grającej do „maszyny, która myśli”. Czy mamy za świadomą uznać maszynę nr 7852, czy dopiero nr 9973? Różnią się one od siebie tym, że pierwsza nie umiała wyjaśnić, dlaczego śmieje się z opowiedzianego dowcipu, a tylko mówiła, że jest szalenie śmieszny, a druga umiała. Ale niektórzy ludzie śmieją się z dowcipów, choć nie potrafią wyjaśnić, co właściwie jest w nich śmiesznego, bo, jak wiadomo, teoria humoru to trudny orzech do zgryzienia. Czyżby ci ludzie też byli pozbawieni świadomości? Ależ nie, są pewno niezbyt bystrzy, mało inteligentni, umysł ich nie ma wprawy w podejściu analitycznym do problemów; a my nie pytamy o to, czy maszyna jest inteligentna, czy raczej tępawa, a tylko, czy ma świadomość, czy nie.
Zdaje się, iż trzeba uznać, że model nr 1 ma zero świadomości, model 10 000 ma pełną świadomość, a wszystkie pośrednie mają coraz to więcej świadomości. Stwierdzenie to ujawnia, jak beznadziejna jest myśl o tym, aby świadomość można ściśle zlokalizować.


Nawjązując do tego, chciałbym jeszcze raz powrócić do już wspomnianej Zośki-robota. Jak Ty sądzisz, czy jest on(a) kompletnym „gramofonem”, czy też w maszynie pojawiła się świadomość? I jeśli pojawiła się, to w jakim stopniu?

Lieber Augustin

  • Senior Member
  • *****
  • Wiadomości: 408
    • Zobacz profil
Odp: Akademia Lemologiczna [Summa Technologiae], czyli wszystkoizm stosowany
« Odpowiedź #258 dnia: Październik 22, 2018, 11:27:57 pm »
Zasadniczo nie tyle uderzałem w wierzących (jeśli traktują swoją wiarę jako prywatny naddatek do empiriokrytycyzmu to niech im tam.. znajdzie się miejsce dla Arago w załodze), ile w wyznawców sceptycyzmu i kompletnego relatywizmu poznawczego, solipsystów i zwolenników idealistycznego racjonalizmu filozoficznego, którzy wytwory własnej fantazji mylą z faktami.
Ogólnie biorąc, wyznawcy dowolnego systemu filozoficznego, zresztą zarówno jak i wierzące, z zasady mają do czynienia wyłącznie z wytworami własnej fantazji. Faktami zajmuje się nauka. Właśnie dlatego, moim zdaniem, filozofia nie jest nauką.

Cytuj
Zwróć jednak uwagę, że symulacja z opowiadania Lema była b. prosta - zawierała kilka sztucznych rozumów i doklejony do nich kawałek fantomatycznego świata. W dodatku zbudowana tak, że Uczony nie miał szansy na dorobienie się uczniów (o ile mu jakich Corcoran nie dobuduje) i tym samym niemożliwe było znaczące przekroczenie przez wskrzyniowych - drogą kolejnych badań - bazowego poziomu wiedzy, który był im dany.
Przypuszczam, że sztuczny rozum Uczonego mógł działać w reżymie swego rodzaju „wielozadaniowości” (multitasking), a zatem miał możliwość w pewnym sensie „dorobić” sobie wirtualnych uczniów. W końcu lokatory skrzyń Corcorana znajdowali się w otoczeniu innych ludzi zrealizowanych programowo. Przypomnij sobie kopie maszynowe Trurla z „Kobyszczęcia” (dobrze, że użyłeś tego słowa w dopełniaczu. Inaczej bym długo zastanawiał się nad odmianą :) ).

Cytuj
Tymczasem z "Cyberiady" znamy przykłady podobnie tworzonych istot, które a to się z trurlowych szkiełek na niepodległość wyrwały, a to Eksyliusza wykończyły.
Z Eksyliuszem w porządku, wykończyć kogokolwiek to dla istot rozumnych sprawa święta. A co z tymi ze szkiełek? Chyba znowu te z „Kobyszczęcia”? Może dawno nie czytalem na nowo Cyberiady, ale nie przypominam sobie, żeby ktoś tam wyrwał się ze szkiełek na wolność. Czy może masz na myśli podróże międzyszkiełkowe? Hm... :-\

Cytuj
...lepiej jest poznawać, niż nie poznawać, choćby na wszelki wypadek.
Na wszelki wypadek – jak najbardziej. Z tym się zgadzam w stu procentach :)

Cytuj
Dlaczego musi być szczęśliwy?
Человек создан для счастья, как птица для полёта. A human being is created for happiness just like the bird is created to fly.
Nie moje słowa, tylko Władimira Korolenko.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Władimir_Korolenko

Nie wykluczono zresztą, że się mylił. Niejaki Sawwa Ignatiewicz, bohater radzieckiego filmu „Brama Pokrowska”, typowy Homo Sovieticus (https://pl.wikipedia.org/wiki/Homo_sovieticus), mawiał: „ludzie żyją nie dla radości, tylko dla sumienia”. Rzeczywiście, radzieckie podejście. Nie podzielam taki światopogląd.

Cytuj
Niemniej... nadal nie wiem dlaczego akurat stan emocjonalny subiektywnie odbierany jako pozytywny miałby być Twoim zdaniem tak kluczowy?
Cytuj
Jednak, zanim ta konkluzja nadeszła, nie pojawiły się jakoś tłumy chętnych zażyć elektrodowego szczęścia. Nie było grup nacisku domagających się by każdemu chętnemu stosowną blaszkę wszczepić.
Bo jak np. snuć serio rozważania o szczęściu, kiedy się okaże, że wystarczy stosowną wajchę nacisnąć. I tu Krzeczotek z prolaktyną wkracza:
http://forum.lem.pl/index.php?topic=600.msg30367#msg30367
Cytuj
Dlaczego szczęście ma być najważniejsze? Spędzenie życia na haju - wszystko jedno: wywołanym substancjami produkowanymi przez sam mózg, czy dostarczonymi z zewnątrz - uznajesz za wartość?
Hm...o ile zrozumiałem: skoro euforię, stan podobny do szczęścia, da się odtworzyć sztucznie, za pomocą prądu elektrycznego lub chemikaliów, nie uznajesz szczęścia i radości za wartości życiowe.
Ale szczęście to pochodna nie tylko heroiny, a jeszcze najlepszych przeżyć człeka. Zatem, według Ciebie, pierwotne szczęścia też są diabła warte?
Kwitnące drzewa owocowe, lot jaskółki, słoneczne dni i księżycowe noce, miłość do kobiety i uśmiech dziecka – wszystko to nie ma żadnej wartości, jest skutkiem działania pary miligramów pewnych substancji chemicznych?

Może tak też jest. Ale wtedy nie widzę powodów uznawać za wartość w ogóle cokolwiek. Po co nam, bezdusznym biorobotom, filozofia i nauka? Co nam z jej postępów? Dlaczego mielibyśmy uznawać za wartość kwarki, antyneutrino, statki kosmiczne i artykuły w Nature? Generalnie, po co nam cała ta krzątanina, którą nazywamy życiem?
Zaiste, kto przysparza wiedzy, przysparza cierpień. A potem – do zmarłych.

Nie. Tutaj my się z Tobą róźnimy. Nie chcę myśleć o endorfinach, hormonach i opiatach. Wolę być człowiekiem, a nie robotem. Mieć emocje i uczucia, a nie reakcje biochemiczne w mózgu. Życie jest krótkie, więc chcę w tym życiui być w miarę możliwości szczęśliwym. Dixi :)

Nawiasem, kilka lat temu mój ulubiony bard i poeta Timur Szaow napisał na ten temat piosenkę. Wrzucam ją do Muzycznego.