Pokaż wiadomości

Ta sekcja pozwala Ci zobaczyć wszystkie wiadomości wysłane przez tego użytkownika. Zwróć uwagę, że możesz widzieć tylko wiadomości wysłane w działach do których masz aktualnie dostęp.


Wiadomości - Q

Strony: [1] 2 3 ... 628
1
Forum po polsku / Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« dnia: Październik 18, 2018, 10:15:14 am »
Zwiastun nowego filmu SF - "Prospect":

I drobne info o tymże:
https://www.imdb.com/title/tt7946422/

Prawdę mówiąc po fabule nie spodziewam się nic dobrego, ale zwrócił moją uwagę klimat (planeta ziemiopodobna*, ale skafandry i z grubsza zachowywane astronautyczne procedury, co z takim np. "Małyszem" Strugackich z miejsca się kojarzy).

* Jasne, z oszczędności... :P

ps. Czas jakiś temu obejrzałem sobie starwarsową produkcję pt. "Solo" i jest to całkiem przyjemny filmik (taka kopia kina nowoprzygodowego lat '80 z dość bezbarwnymi bohaterami - Lando najlepszy, ale Glover nie jest Williamsem, wypada toporniej, przerysowuje; Qi'ra  może by fajna była, gdyby dali Clarke co do zagrania, a nie tylko kazali nam przyjąć, że to zła kobieta była; Beckett ma za mało charyzmy jak na mentora; główny gangster nie wiadomo w sumie po co jest i w co gra, owszem, Jabba też był plaski, ale osobowość wygląd mu robił), który nie ma tak słabych momentów jak "The Last Jedi" (choć i nie nadrabia wizualnie jak tamten), tylko zupełnie nie czuć, że o lucasowym Hanie opowiada, prędzej już by człowiek uwierzył, że o Malu Reynoldsie (i ten drobiazg wystarcza, by zdyskwalifikować całość)*.

* Choć prawdą jest również, że jak już sobie ów człowiek wmówi, że ten Solo to tamten Solo, i jeszcze wpasuje fabułę nowej Star Wars Story w stary kanon wedle rozpiski, którą pewien spec od gwiezdnowojennej chronologii przygotował (co trochę jej odbiór poprawia, bo dodaje kilka zabawnych twistów), to zaczyna biednemu protagoniście współczuć, że tak bardzo przechlapane miał, i tym bardziej wkurzać się na Abramsa, że go jeszcze na koniec złamał i uśmiercił...

2
Hyde Park / Odp: Fakty medialne
« dnia: Październik 18, 2018, 09:41:18 am »
Kolejna przymiarka do oświetlania satelitami, z ostrożności daję tu*:
https://www.rp.pl/Kosmos/181019245-Chiny-Sztuczny-ksiezyc-zastapi-miejskie-latarnie.html

* Co nie znaczy, że idea jest nierealna, wszyscy zapewne pamiętamy satelitę-zwierciadło noszącego imię Знамя 2:
http://www.edu.pe.ca/gray/class_pages/krcutcliffe/physics521/17reflection/articles/Znamya%20Space%20Mirror.htm

ps. U Adama Cebuli coś dość podobnego zwało się Pierwszą Gwiazdką i oświetlało - co prawda słabiej - większy obszar, niż tu planują ;).

3
Forum po polsku / Odp: Wokół Lema się dzieje
« dnia: Październik 16, 2018, 11:34:59 pm »
Wokół Lema, acz na luźniejszej orbicie... Wspominany tu wielokroć z niejaką estymą Maciej Płaza, znany nam głownie jako autor pracy "O poznaniu w twórczości Stanisława Lema", otrzymał właśnie Angelusa 2018 za powieść "Robinson w Bolechowie":
http://angelus.com.pl/2018/10/maciej-plaza-laureatem-angelusa-2018/

Chyba wypadnie wziąć się za tego "Robinsona...", choćby w poszukiwaniu ewentualnych podskórnych nawiązań do Mistrza.

ps. Dwie recenzje w/w:
https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/ksiazki/1728842,1,recenzja-ksiazki-maciej-plaza-robinson-w-bolechowie.read
http://wyborcza.pl/7,75517,22847981,robinson-w-bolechowie-macieja-plazy-powiesc-dla-tych-ktorzy.html

4
Forum po polsku / Odp: Dzienniki gwiazdowe - ilustracje by Czechofski
« dnia: Październik 16, 2018, 04:43:21 pm »
Chciałbym poświęcać temu dużo więcej czasu, niestety praca i obowiązki z nią związane bardzo mnie ograniczają (jeśli chodzi o prace nad Dziennikami of kors ;) ). Czasami zaginam czasoprzestrzeń mam wrażenie.

Wobec tego głupio tak pytać jak Ci idzie (żebyś nie uznał, że to jakieś ponaglanie-z-pogranicza-molestowania ;) ), ale w istocie ciekaw jestem jw. ;)

5
Hyde Park / Odp: POWRÓT DO ZMYSŁÓW DRACO VOLANTUSA
« dnia: Październik 16, 2018, 04:31:45 pm »
wszystko co wymieniłeś to śmieci

W co najmniej dwu wypadkach bym się zasadniczo zgodził, ale jeśli tak, to czemu - najbardziej śmieciowe z nich - komiksy pamiętam (skoro, jak twierdzisz, takie rzeczy się zapomina)? ;)

jedyna dobra rzecz w la recherche du temps perdu to nadklasa unreliable narrator wyniesiona do takiego poziomu że już nikt nigdy jej nie osiągnie

Powiedziałeś jak Franc Fiszer o prostocie kawioru jako dania (pomijam, że różne są kawiory - w wypadku czarnego stanowczo podpisałbym się pod jego słowami, za to biały - niejadalny).

6
Forum po polsku / Odp: O Lemie napisano
« dnia: Październik 15, 2018, 09:26:02 pm »
Ja to odebrałem na zasadzie "wyżej własnego wiadomo czego nie podskoczysz". W tym znaczeniu, że układ o danym stopniu skomplikowania może pojąć i opisać układy o niższym stopniu skomplikowania, ale już nie siebie.

Zaraz, a to się nie gryzie przypadkiem z - postulowaną w dwu sążnistych paragrafach (z których pierwszy zatytułowany jest wprost "Badaj mózg, głupcze!") - priorytetowością badań nad mózgiem? Przecież jeśli się je ma prowadzić, to chyba po to, by zrozumieć siebie (w tym: własne mechanizmy rozumienia).

Nawiasem: niekoniecznie zgodziłbym się z utożsamieniem - jakie prof. Spałek czyni - pomiędzy "niezgodnością z intuicją życiową", a niemożnością zrozumienia. Dlaczego niby owa intuicja ma być wyznacznikiem czegokolwiek? Skoro matematyka i wyniki obserwacji się zgadzają, to w czym problem? Intuicyjne przyswojenie faktu kulistości Ziemi, czy rozmiarów Wszechświata, też prawdopodobnie możliwości niejednego ludzkiego mózgu przerasta (stąd wysyp płaskoziemców), i co z tego?

7
Forum po polsku / Odp: O Lemie napisano
« dnia: Październik 15, 2018, 08:05:44 pm »
chaotyczny, co już ktoś w komentarzach zauważył. I jakby optymistyczny na siłę.

No, taki wszystkoistyczny, że do dyskusji o "Summie..." by nam pasował ;), ale dlaczego zaraz 'na siłę'? Mało to już takich kryzysów Nauka przeszła? Weźmy poszukiwania kamienia filozoficznego... Nie tylko znaleźć nie dało rady (co rozmaite jednostkowe marzenia o nieśmiertelności czy skarbcu pełnym złota pogrzebało), ale i cała alchemia poszła do demontażu. A czy zahamowało to postęp wiedzy?
Trudno też zapomnieć jak w "Starej Ziemi" Żuławski biadał, że fizyka do ściany doszła, i tylko się rozpłynąć w nirwanie zostaje, czynił to zaś w momencie, w którym Einstein właśnie OTW szlifował.
Profesor ma rację - jak od tej strony się pewnych zjawisk nie ugryzie, to się podejdzie od innej. I nawet mi się ten jego program podoba - skoro nasz mózg pewnych zjawisk nie ogarnia, to się zbuduje taki, który da temu radę (jak nie dziś, to za tysiąclecie). B. a propos GOLEM-a, którego imienia tu wzywacie ;). Zgodziłbym się też z nim, że fizyczna abstrakcja musi na nowo spleść się z praktyką, choć dziwię się, że stwierdził, iż nie wie jak to zrobić, bo przecież w poprzednim akapicie sam pisał o implementacji (na przykładzie nadprzewodników).

8
Moim zdaniem, Ty stawisz znak rowności między prawdą a wiedzą naukową. Nie upieram się, może masz słuszność, ale to trzeba dowieść.

Dowieść? Ale na jakiej płaszczyźnie? Naszego tu dzielenia włosa na czworo i bicia piany, czy na płaszczyźnie tego, że kwestionujesz wiedzę naukową używając sprzętu (nie wiem czy to komputer, telefon, czy tablet) w oparciu o tąż wiedzę skonstruowanego czyli jednak - nolens czy volens - nie tyle jej prawdziwość zakładasz, ile zwyczajnie widzisz ;).

Jakiś teolog mógłby Ci zaoponować i zapytać, czym w istocie różni się wiara w naukę i jej postępy od wiary religijnej? Skoro nauka nigdy nie doprowadzi do poznania absolutnej prawdy, bo absolutna prawda jest zasadniczo nieosiągalna?

A ja bym wówczas spytał owego teologa czy używa telefonu, jeździ samochodem, chodzi do lekarza, itp. Czy też nie robi tego wszystkiego, bo wszak żadnej pewnej prawdy za tym nie ma ;).

Cóż, zgadzam się z Tobą i z Dennettem w tym, że nie ma lepszego źródła prawdy na żaden temat niż dobrze stosowana nauka.
Ale „nie ma lepszego” chyba nie znaczy że jest dobre?

Toteż dlatego jest wciąż doskonalone, czego np. o metodzie solipsysty powiedzieć się nie da ;).

(Nawiasem: widać to i w naszej dyskusji - gdybyśmy co do słuszności metody naukowej się zgodzili moglibyśmy o "Summie..." twórczo gadać, a tak stoimy w miejscu, ew. kręcimy się w kółko ;).)

A co do złudzeń, jak sądzisz, Uczony ze skrzyni Corcorana, badając swój świat, żyje złudzeniami, czy też nie? Może poznaje obiektywną prawdę?

Trudno powiedzieć nie znając specyfikacji technicznych tej skrzyni, i tego uczonego. Jeśli pozwalają one - choć teoretycznie - dojść uczonemu tą metodą do prawdy o jego wskrzyniowości - to tak. Jeśli świat skrzyniowy jest dość wiernym odbiciem świata pozaskrzyniowego (jak to u Corcorana było) - to również, przynajmniej w pewnym sensie.

I dziękuję za komplement :)

Stwierdzenie faktu nie jest komplementowaniem ;).

A co byś Ty wysunął na miejsce szczęścia? Jako najważniejszą rzecz w życiu?

A czemu miałbym cokolwiek uznawać za najważniejsze? (Kłania się Baraniecki ;).)

Ależ zgódź się ze mną – tak czy owak emocje są nieodłączną częścią naszego życia. Pozytywne, wywołane produkowanymi wewnątrz organizmu endorfinami, dopaminą, serotoniną, lub negatywne – skutek nadmiaru produkowanych przez ten sam organizm adrenaliny, noradrenaliny, kortyzolu i czego tam jeszcze.

Zgadzam się, ale nie widzę podstaw do ich gloryfikowania. Ot - są. Deszcz też jest, gdy pada. Mam pisać peany na cześć deszczu? ;)

Powiedziałbym, nasza świadomość zawsze znajduje się – może nawet w znacznym stopniu – pod wpływem emocji i powodujących je substancji chemicznych. W pewnym sensie nasz mózg, świadomość i zachowanie się są sterowane chemiczne. Skoro tak, powstaje pytanie – dlaczego życie spędzone pod wpływem „hormonów szczęścia”, endorfinów ma mniejszą „wartość” niż spędzone pod wpływem hormonów stresu, lęku, przygnębienia?

A może rację - jeśli chodzi o stosunek do emocji - mają buddyści i wszystko to diabła warte? ;)

Ja bym nie stawił znaku równości między wierzącym a naiwniakiem, głupkiem. Moim zdaniem, to nie zawsze jedno i to samo. Nie widzę powodów, dlaczego kreacjonista, ten kto wierzy, że świat został stworzony przez Kreatora jest a priori naiwniejszy od ateisty, który wierzy w samorzutne powstanie świata. Muszę przyznać, teoria ateistyczna jest równie solidna jak błyskotliwa. Ma tylko jedną małą wadę – jest nie do udowodnienia. Zresztą jak i ta druga :)

To dlaczego kreacjoniści usiłują tak często wkraczać na teren metodologii naukowej, by popadać tam zaraz w samoośmieszenie? Nawet oni czują, że nie ma lepszych narzędzi, choć to dla nich zgubne...

Cytuj
Z drugiej strony obaj do dziś żyjemy, co zdaje się stanowić, może naiwny, ale praktyczny, dowód niemocy filozofii .
Ja bym powiedział, to raczej dowód niemocy duchowej niektórych przedstawicieli gatunku M.F.
W odróżnieniu od filozofowia szkoły firxirskiej i tirtrackiej :)

Dlaczego niemocy?  Przecież nasz instynkt życia silniejszy jest od byle abstrakcji ;).

ps. Wracając do kwestii biomodyfikacji (by choć trochę o "Summę..." zahaczyć)... Głośne medialnie przedśmiertne obawy nieboszczyka Hawkinga:

"‘I am sure that during this century people will discover how to modify both intelligence and instincts such as aggression.
Laws will probably be passed against genetic engineering with humans. But some people won’t be able to resist the temptation to improve human characteristics, such as memory, resistance to disease and length of life.
Once superhumans appear, there will be significant political problems with unimproved humans who will be unable to compete.
Presumably, they will die out, or become unimportant. Instead there will be a race of self-designing beings who are improving at an ever-increasing rate."

https://metro.co.uk/2018/10/14/stephen-hawking-feared-genetic-engineering-would-create-superhumans-8036193/
https://www.thetimes.co.uk/article/stephen-hawkings-last-fear-was-rise-of-the-superhuman-hhzs6m9w0

Na co Klopper odkrzyknąłby: "Precz z kulturą, wiwat autokreacja!". ;)

9
Hyde Park / Odp: POWRÓT DO ZMYSŁÓW DRACO VOLANTUSA
« dnia: Październik 14, 2018, 07:49:30 pm »
ciekawe jest to że książek z których się nic nie pamięta nie warto czytać drugi raz
bo na pewno nie ma w nich nic wartościowego, a ciekawych też nie tylko dlatego że wszystko się z nich pamięta

To jak byś zakwalifikował takie "Trudno być bogiem" Strugackich? Przeczytałem jako dzieciak (znaczy, nastolatek), nie zapamiętałem nic ponad to, że fajne - czyli wartościowe - było i dumasowskie*. Przeczytałem po raz drugi i trzeci w wieku dorosłym i wszystko pamiętam.
Albo - z przeciwnego bieguna - komiksy superbohaterskie TM-Semic. Pamiętam prawie wszystkie (fabuły, postacie drugoplanowe), ale powroty po latach (zresztą bardziej z ciekawości jak je teraz odbiorę, niż dlatego, że mnie jakoś b. ciągnęło) w większości przypadków kończyły się kompletnym rozczarowaniem.
Ew. powieści starwarsowe - z fabuł pamiętam b. mało, zresztą- z b. nielicznymi wyjątkami - robiły wrażenie kompletnej literackiej (jeśli to nie za duże słowo) konfekcji, a jednocześnie podobało mi się jak się w obraz fikcyjnego świata składają (i ten obraz już we mnie utkwił).

* Zresztą podałem przykład jeszcze mało bulwersujący. Miewałem identycznie i z arcydziełami znacznie wyższych lotów - zostawało niejasne wrażenie, że to dobre jest. I każda kolejna lektura okazywała się odkrywaniem tej samej książki po raz kolejny. Takie np. "W poszukiwaniu straconego czasu" - raz czytałem jak zbiór plotek ze sfer wyższych (w znaczeniu niedeprecjonującym, abecadła/alfabety Kisieli i Urbanów mogą się schować), kiedy indziej jako balzacowate panoramy społeczne, to znów skupiając się na samym stylu/języku i smakując, albo dla odmiany odbierając rzecz (LA się ucieszy? ;) ) jako praktyczny wykład corcoranizmo-solipsyzmu wręcz, itd., itp.

10
Forum po polsku / Odp: Eksploracja Kosmosu
« dnia: Październik 12, 2018, 08:00:39 pm »
No, niestety... Jakby zeszłorocznych badań wskazujących na zagrożenia dla życia/zdrowia związane z długotrwałymi podróżami kosmicznymi było mało:
https://www.nature.com/articles/s41598-017-02087-3
Dowalili wynikami następnych:
http://www.pnas.org/cgi/doi/10.1073/pnas.1807522115

11
Forum po polsku / Odp: Właśnie zobaczyłem...
« dnia: Październik 12, 2018, 02:35:43 pm »
Start rakiety Falcon 9 niosącej satelitę SAOCOM 1A:



12
Hyde Park / Odp: no nie mogę...
« dnia: Październik 11, 2018, 07:47:15 pm »
Ta wiertarka z klejem to jest nie tylko "Pirx", ale czysty Lem, bo łatanie - co prawda betonem - wiadomo, a znów wiertarki - Tichy (scenicznie adaptowany, i kiepsko zrecenzowany, ale zawsze).

Natomiast czy sam fakt ew. pokątnego zatykania dziur przez pracownika jest taki szokujący? Rzekłbym, że doskonale wpisuje się w stereotypowe wyobrażenia nt. rosyjskiego programu kosmicznego:
https://forum.lem.pl/index.php?topic=1613.msg74796#msg74796

Zresztą z ową dziurą to ogólnie barwna historia - "Sergiej Prokopiew, który był dowódcą Sojuza, zalepił dziurkę trzema plastrami wykonanymi z gazy nasączonej żywicą.":
http://wyborcza.pl/7,75400,23931896,co-z-ta-dziura-w-sojuzie-nikt-jej-palcem-nie-zatyka-nie-martwcie.html

I nawet filmiki z tego są:


ps. Gdy szukałem powyższego znalazł mi się przypadkiem jeszcze ten - jak się popatrzy na gumowe uszczelki to i dziury nie szokują:


13
Hyde Park / Odp: Ja, Q:)
« dnia: Październik 11, 2018, 07:29:00 pm »
Ooo... Już wiem gdzie obszerne cytaty wrzucać, żeby nikt nie narzekał, że nimi dyskusję zamulam ;).

A propos dziś dyskutowanej rosyjskiej/radzieckiej kosmonautyki, gwoli zilustrowania popularnych wyobrażeń nt. panujących tam porządków, fragment b. znanej powieści SF przedstawiający - co łatwo zgadnąć - ćwiczenia kosmonautów w słynnym Hydrolabie*:

"– Majorze Mirski, nie skupiacie się na zadaniu.
– Kombinezon mi przecieka, pułkowniku Majakowski.
– To nie ma nic do rzeczy. Możecie wytrzymać jeszcze przez piętnaście, dwadzieścia minut.
– Tak jest, pułkowniku.
– Skoncentrujcie się. Musicie wykonać ten manewr.
Mirskiemu pot zalewał oczy. Zamrugał, próbując dostrzec właz cumowniczy amerykańskiego typu. Woda w skafandrze ciśnieniowym sięgała mu już do kolan. Jej poziom stale się podnosił. Mirski nie potrafił stwierdzić, jak duży jest przeciek. Miał nadzieję, że Majakowski to wie.
Musiał zaklinować metalową sztabę między dwoma czujnikami. Za pomocą zaczepów w kształcie litery L przypiętych do butów i rękawic przymocował prawą kostkę i nadgarstek do zaokrąglonej pokrywy włazu. Następnie lewą ręką...
(...ależ starali się go zniechęcić w szkole w Kijowie. Teraz już z tym koniec. Nie ma jego nauczycieli i ich dziewiętnastowiecznych pomysłów. Jakże próbowali przyzwyczaić go do posługiwania się wyłącznie prawą ręką, aż wreszcie, kiedy miał prawie dwadzieścia lat, wydano zarządzenie oficjalnie uznające leworęczne dzieci.)
Mirski z hukiem zamocował sztabę. Odczepił kostkę i nadgarstek.
Woda sięgała mu do pasa.
– Pułkowniku...
– Miną trzy minuty, zanim właz się otworzy. Mirski zagryzł wargi. Wykręcił szyję, starając się zobaczyć przez wizjer hełmu, jak radzą sobie jego koledzy. Przy sąsiednich włazach majstrowali dwaj mężczyźni i Jefremowa. A gdzie Orłow?
Tam... Mirski zdjął hełm i zobaczył, że trzej nurkowie holują Orłowa w ciemność, ku powierzchni zbiornika, świeżemu powietrzu. Nie czuł już wlewającej się do skafandra wody.
Właz zaczął się odsuwać. Major słyszał odgłos pracującego mechanizmu. Pokrywa nagle zatrzymała się, otwarta w jednej trzeciej.
– Zacięła się! – zawołał zdumiony. Zakładał, że ćwiczenie dobiegnie końca, kiedy tylko otworzy się właz, który miał podobno być szczelny i odblokować się po odpowiednim umieszczeniu klina. Amerykańska technika!
– Źle założyliście sztabę.
– Ależ nie! – zaprotestował Mirski.
– Majorze...
– Tak jest! – Ręką chronioną grubą rękawicą uderzył w sztabę. Nie przyczepiony do włazu, odpłynął i stracił cenne sekundy na podholowanie się po linie. Zaczepy. Kolejny cios. Bez rezultatu.
Zimna woda wlała mu się do hełmu. Przełknął kilka łyków i zakrztusił się. „No tak! Pułkownik pomyśli, że tonę, i zlituje się.”
– Dociśnijcie ją – poradził pułkownik.
Rękawice były zbyt grube, żeby mógł sięgnąć do wyżłobienia, w którym spoczywała sztaba, zablokowana przez częściowo otwarty właz. Nacisnął. Do rękawów napłynęła mu woda. Palce zdrętwiały. Spróbował jeszcze raz.
Skafander wypełnił się wodą. Mirski zaczął tonąć. Dno zbiornika znajdowało się trzydzieści metrów niżej, a wszyscy nurkowie zajmowali się Orłowem. Nic go nie uratuje, jeśli sam sobie nie poradzi z otworzeniem włazu. Ale jeżeli nie wycofa się w porę...
Nie odważył się jednak. Od wczesnej młodości marzył o gwiazdach i gdyby teraz wpadł w panikę, na zawsze znalazłyby się poza jego zasięgiem. Krzyknął wewnątrz hełmu i wcisnął czubek rękawicy w wyżłobienie, czując ostry ból miażdżonych palców.
Właz drgnął.
– Po prostu się zaklinował – stwierdził pułkownik.
– Do diabła, ja tonę! – krzyknął Mirski. Odchylił hełm i wypluł wodę. Usłyszał odgłos ssania i bulgotanie. Powietrze uchodziło przez szparę wzdłuż pierścienia otaczającego szyję.
Wokół zbiornika zapaliły się reflektory. Rozwodnione światło zalało włazy. Mirski poczuł pod pachami i wokół nóg czyjeś dłonie. Przez zamglony wizjer niewyraźnie dostrzegł trzech pozostałych kosmonautów. Wydostali się przez włazy i ciągnęli go w górę, ku odwiecznemu i jakże mile widzianemu niebu."


Greg Bear, "Eon"

* Drobna ilustracja:
http://scribol.com/science/space/russias-underwater-cosmonaut-training-complex/

Nawiasem: gdyby kto chciał zakosztować hydrolabowych rozkoszy, to jest możliwość:
https://www.mircorp.com/train-like-cosmonaut-russia/
Nawet w tej chwili podobna wycieczka trwa:
https://www.lonelyplanet.com/news/2018/09/02/experience-zero-gravity-russias-space-program/




I jeszcze jeden cytacik, tym razem a propos bogatej historii szpiegostwa:

Maciej Parowski
TO ZDARZA SIĘ CO DZIEŃ


Pora jest dobrze wybrana. Łódź sunie niemal bezszelestnie na fali przybrzeżnej. Trochę w prawo widnieje jasna plama portu, skąd aż tutaj przyniosło uderzające o burtę kawałki drzewa i korka, skórki owoców, zwrócone morzu resztki ryb. Między odpadkami moczy się wąski i ruchliwy sierp księżyca zaskoczonego w chwili nowiu. Gdybyż jeszcze odrobina mgły - łódź z parą wioślarzy i nieznajomym na dziobie, z podkulonymi nogami i brodą opartą na kolanach w milczeniu lustrującym nadbrzeże, pozostawałaby całkowicie niewidoczna nie tylko dla tych z portu, ale nawet dla przypadkowego obserwatora znajdującego się kilkadziesiąt kroków od miejsca lądowania.
Przód łodzi wrzyna się w piach plaży całkowicie pustej i cichej. Mężczyzna dotychczas bezczynny podejmuje z dna dwa skórzane woreczki, kryje je pod chlamidą i błyskawicznie wyskakuje na brzeg. Chrzęszczą ziarenka piasku, kiedy zapierając się weń ze wszystkich sił przybysz odpycha łódź, a milcząca praca jej lewego, zaraz potem prawego i w końcu obu wioślarzy, sprawia, że łódź obraca się i oddala. Otrzepując stopy z wilgotnego piasku nieznajomy próbuje przez chwilę nie myśleć o tym co ma do wykonania, ale wtedy prawie natychmiast przyłapuje się na pytaniu: “czy nic nie zrobią wioślarzom?”. Wątpliwość jest śmieszna, a odpowiedź tak oczywista, że wraca do myślenia o swoich sprawach.
W oddali, ale niezbyt daleko bieleje miasto. Nieznajomy po raz kolejny, piąty, może dziesiąty, a może i piętnasty od momentu wylądowania sprawdza rozłożenie mieszków pod chlamidą, poprawia jej fałdy, przygładza włosy, ociera twarz. Miasto zbliża się, mężczyzna nie ma pod nogami sypkiego piasku plaży; teraz jest to już ścieżka, za chwilę będzie twarda ubita ziemia wjazdowej drogi miejskiej. Potem marmurowe płyty.
Najgorsze jest spotkanie ze spóźnionym przechodniem zaraz po szczęśliwym minięciu murów obronnych. Nieznajomy odruchowo zaciska pięści czując żołądek podjeżdżający do gardła, jakby dopiero teraz przyszły objawy choroby morskiej przyniesionej z lodzi i jeszcze wcześniej z galery. Drugie spotkanie odbiera o wiele spokojniej: już z daleka rozpoznaje chybotliwy krok i bezbłędnie odczytuje woń wina, gdy tamten będzie go mijać.
Miasto zachowuje się cicho, prawie już zasnęło, straże są niewidoczne. Właśnie straże... Nieznajomy pamięta dobrze co mówiono o ich dowódcy - żądnym pieniędzy moczymordzie i zawziętym kobieciarzu. Pamięta też co przyszło mu do głowy od razu gdy o dowódcy usłyszał. To mianowicie, że trudno będzie pracować z takim człowiekiem. Interes pochłonie na pewno nie jeden lecz dwa mieszki, a żołnierz, kiedy zrobi już swoje, może zechcieć popisać się przed władzami dostarczając im winnego.. Zresztą może mieć tego winnego od razu jak tylko mężczyzna przyjdzie doń z propozycją. Wtedy będzie i winny, i dwa mieszki i uznanie władz Efezu, i wdzięczność kapłanów.
To pewne, człowiek, który doradzał dowódcę straży musiał być chyba niespełna rozumu, albo knuł coś niedobrego. Przybysz widzi to niezwykle wyraźnie przemykając najciemniejszym cieniem i, momentami, w bladym świetle ułamka księżyca pod ścianami domów, między kolumnadami, obchodząc dokoła place, by ani przez chwilę nie być widocznym ze wszystkich stron - by nie dać otoczyć się pustce. Pomysł z dowódcą straży wydaje mu się teraz, na miejscu, tak niestosowny, że chwilami musi hamować ataki śmiechu.
Pozostaje rozpustna Auge i ten biedaczyna na krańcu miasta żyjący w dzielnicy lepianek... Przypadkowy przechodzień nieoczekiwanie burzy chwilę zastanowienia. Mężczyzna szybko przebiega wokół budynku o nieokreślonym przeznaczeniu, a ostatnie kroki, po których nieruchomieje przywierając do muru, odbijają się cichym klapnięciem i jeszcze cichszym echem. Przechodzień szczęśliwie na nic nie zwraca uwagi. To sandał! - morska woda i naprężenie rzemieni, od stałego stąpania na palcach, robią swoje. Nieznajomy uśmiecha się w ciemnościach - bogowie sami wskazywali, że to nie może być Auge. Zresztą, a dostrzegł to dopiero teraz, od dłuższego już czasu idzie bezwiednie w stronę, gdzie nie mógłby spotkać ani ladacznicy ani dowódcy strażników.
Gdybyż wypadło na Auge... Z pewnością typową dla kurtyzan, że mężczyzna, który zapłacił kobiecie nie będzie mieć przed nią tajemnic, spytałaby “dlaczego?”. On przecząco pokręciłby głową, a wtedy ona zaczęłaby zgadywać: “Sparta?... To sprawa Aten?... A może Babilończycy, może Persowie?... no powiedz wreszcie”, i wtedy powtórzyłby to co sam usłyszał daleko stąd, od starego człowieka o twarzy zmęczonej i złej, który wręczał mu trzy mieszki mówiąc przy tym tonem nie znoszącym sprzeciwu: “Lepiej nie wiedzieć zbyt wiele”.
Mijana dopiero teraz świątynia rozwiewa obawy przybysza co do szczegółów przedsięwzięcia. Lasowi kamiennych kolumn towarzyszą zwieszające się od górnego belkowania tkaniny i kotary. Belkowanie jest drewniane, na posadzkach leżą drogocenne kobierce, gdzieniegdzie stoją dzbany z ofiarną oliwą. Trzeba teraz cofnąć się parę ulic, skręcić w lewo i oto dzielnica lepianek.
Skulony nad kopytem szewc szeroko otwiera oczy, kiedy, jako wynagrodzenie za trwającą zaledwie chwilę wymianę rzemienia, nieznajomy wręcza mu całą sztukę złota. Wnętrze warsztatu jest nędzne: jedna izba z barłogiem pod ścianą; twarz szewca ściągnięta głodem i definitywnym brakiem nadziei... Ostateczna decyzja przychodzi szybko: Już stojąc przy wyjściu mężczyzna odwraca się nagle i spod drzwi rzuca jednym jedynym mieszkiem w sam środek stołu gdzie kawałki skór, rzemienie, noże i dratwa. Szewc podnosi głowę, a jego uszy łowią metaliczny brzęk, w którym jest wszystko: śmiech wielu kobiet, zapach setek potraw, przeczucie znużenia po zrealizowaniu tysięcy możliwych zachcianek.
- Naprawdę chodzi mi o coś zupełnie innego - spokojnie mówi nieznajomy - słyszałem, że pragniesz sławy, Herostratesie.


Skądinąd nie musi to być czysta fikcja, bo..
http://www.livius.org/sources/content/herodotus/herodotus-on-the-greek-spies-in-sardes/

14
Forum po polsku / Odp: Świat za 127 lat albo za 40
« dnia: Październik 11, 2018, 06:15:44 pm »
Efekt wczorajszej okołookamgnieniowej kwerendy. Wygrzebał mi się w w/w tomie (e-tomie? a-tomie? ;) ) taki oto fragmencik, który sam nie wiem czy uznać za ostatnią prognozę futurologiczną Mistrza (tym istotniejszą, że "O." to przecie do "Summy..." postscriptum), czy też ostatni lemowy kawałek SF  ;) (mając to na względzie wybaczcie - względną - obfitość cytatu):

"Nie wszystkie teleskopy krążą na szczęście wokół Ziemi, dzięki czemu zostały zupełnie niedawno wykryte — widoczne z gwiezdnego dystansu jako niesamowicie drobne punkty świetlne na firmamencie — najmłodsze galaktyki spiralne. Jeżeli w którejś z tych galaktyk powstanie planeta z dziełem istot rozumnych, czyli z technosferą, wysłane stamtąd sygnały dotrą do ziemskiej okolicy Drogi Mlecznej już za trzynaście miliardów lat. Wtedy mianowicie, kiedy my, a raczej nasi potomkowie zmienią się w cząstki gorejącego gazu Słońca, rozpuchniętego w czerwonego olbrzyma poza kolisko współczesnego obiegu Ziemi. W międzyczasie pojawią się szalenie inteligentne roboty, których zapowiedzią są elektroniczne zwierzątka domowe, jako też dinozaury produkowane z krzemu, włókien węglowych, metalu, a zasilane prądem akumulatorowym. Nowotwory, których nieodwracalne wytrzebienie pisma fachowe i niefachowe ogłaszały już kilkanaście tysięcy razy, będą się, niestety, nadal miały doskonale. Ilość zbędnych gadżetów elektronicznych na rynkach światowych zwiększy się wielokrotnie. Telewizję rychło będą wyświetlać tapety odpowiednio udoskonalone. Nieliczni ludzie, którzy jeszcze nie ulegną rozkojarzeniowemu splątaniu, będą mogli naraz oglądać po trzydzieści różnych programów telewizyjnych, najlepiej siedząc na krześle obrotowym i mając powieki plastrami przyklejone do czoła, ponieważ wszystko, co będą owe tapety nadawały, będziemy zobowiązani koniecznie obejrzeć. Mniejsza o przyszłowieczne prototypy samochodów, przypominające przejechany baleron z polimerycznego plastiku, o wyłupiastych chorobliwie oczach i aerodynamicznym ogonie. Watahy odkrywców, wynalazców, naukowców oraz syntetycznych wielbłądów z nagimi dziewczętami między garbami, jako też tanków udających słonie i słoni naśladujących tanki, będą się narzucać każdemu, kto się nawinie. Różnice zdań technobiologów, fizyków, psychodiagnostów i hipnotyzerów będą rozstrzygane w pojedynkach na bardzo białą broń, mianowicie na owe świecące pałki, które zmyślni scenarzyści czterdziestego szóstego serialu Star Wars nazwali, nie wiem dlaczego, laserami. Zegarki ręczne będą wyposażone w kukułki wielkości zazuli, każda zaś należąca się umundurowanej służbie ochroniarskiej pikielhauba będzie wytryskiwała syntetyczną spermę o smaku lodów waniliowych. Pojawią się nowe ruchy społeczne, domagające się na północnej półkuli wyprostowania osi ziemskiej, na południowej zaś ułożenia owej osi tak, ażeby antarktydzki lądolód spłynął wreszcie do oceanu światowego, dzięki czemu my tutaj wszyscy zginiemy, ale na rozgrzanej Antarktydzie rozpocznie się nowe, lepsze życie tak zwanego australokapitalizmu. Sztuczne kobiety będą z wielkim trudem poszukiwały naturalnych mężczyzn, i na odwrót. Za pomocą specjalnych aparatur masłograficznych będzie można smarować grzanki, których jedzenie będzie wzbronione z powodów dietetycznych i karmić się nimi będą wyłącznie elektroniczne żarłacze. Właściwie jednak te naiwne i prostoduszne prognozy, a raczej prognózki, stracą wszelką ważność już w pierwszej połowie nadchodzącego stulecia, ponieważ powszechna fantomatyzacja wywołana wdrożeniem kieszonkowych fantomatów, trochę mniejszych od współczesnego walkmana, otoczy i otuli każdego człowieka wizją takiego świata, wobec którego raj jest przechowalnią starych kaloszy. Żyjąc w ten sposób, każdy będzie miał to, czego zapragnie, od pieluszek po mogiłę, bezwonnie elektroniczną. Od czasu do czasu błąkający się pośród tych samoczynnych cmentarzysk piesek podniesie wprawdzie nogę, lecz sikać będzie wyłącznie Chanelem nr 5, albowiem będzie to piesek elektroperfumeryjny. Śniąc lube marzenia senne na jawie, sfantomatyzowane tłumy będą wprawdzie nadal płodziły rodzinnie dzieci, ale owa dziatwa, jako wyśniona i tym samym nierealna, poważnie przyczyni się do nastania miłego końca świata, którego, jak mawiał niezapomniany Kisiel, wam i sobie życzę."

"Logorhea"

(Oczywiście, jest to satyra na futurologię, zwł. gazetową, technofetyszyzm, i medialne doniesienia okołonaukowe, ale jaka satyra... A przy tym tropy do "Bajek..", "Kongresu..." i 'Ostatniej Tichego" wiodą. Tak to i dzięki lewym cytatom można na coś fajnego wpaść.)

ps. Nawiasem: czy Lem i Kisiel znali się osobiście, a jeśli tak - jakie relacje ich łączyły? W Astorii teoretycznie mogli się mijać, ale czy wiadomo coś więcej?

15
Hyde Park / Odp: no nie mogę...
« dnia: Październik 11, 2018, 05:34:07 pm »

Strony: [1] 2 3 ... 628