Autor Wątek: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia  (Przeczytany 661650 razy)

xpil

  • Full Member
  • ****
  • Wiadomości: 178
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2595 dnia: Grudzień 04, 2018, 09:18:57 am »
Obejrzałem sobie niedawno "Arrival" z 2016 roku i gdyby nie to, że film ma na końcu nieduże zawirowanie czasoprzestrzenne, to napisałbym, że ssie jak radziecki odkurzacz. A tak napiszę tyko, że jest nudny i przegadany.

Pewnie mi ktoś zaraz zarzuci, żem gówniarz, bo w tym filmie właśnie o to chodzi, żeby nie lataly po Kosmosie i szczelaly laseramy tylko się trochę skupili na tym, co Ważne.

Ja tam nie wiem.

https://en.wikipedia.org/wiki/Arrival_(film)

olkapolka

  • YaBB Administrator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 4377
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2596 dnia: Grudzień 04, 2018, 11:17:54 am »
Ja też nie wiem, ale witam w klubie znudzonych tym filmem;)

http://forum.lem.pl/index.php?topic=69.msg69584#msg69584

Wersja książkowa - lepsza.
Mężczyźni godzą się z faktami. Kobiety z niektórymi faktami nie chcą się pogodzić. Mówią dalej „nie”, nawet jeśli już nic oprócz „tak” powiedzieć nie można.
S.Lem, "Rozprawa"
Bywa odwrotnie;)

Q

  • YaBB Moderator
  • God Member
  • *****
  • Wiadomości: 9282
  • Jego Induktywność
    • Zobacz profil
Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« Odpowiedź #2597 dnia: Grudzień 04, 2018, 11:46:16 am »
No, ja też twierdziłem, że średniak, zresztą nawet do wersji pisanej miałem cykl zastrzeżeń:
http://forum.lem.pl/index.php?topic=69.msg66775#msg66775

ps. Czas chyba - odchodząc od produkcji, których twórcy pozorują, że mają ambicje, ku takim, których autorzy wprost bzdury serwują, bez udawania cnoty - napisać co myślę o "Wonder Woman" (z SF to ona kompletnie nic wspólnego nie ma, stanowi z mitologii wywiedzioną bujdą). W skrócie: jest to najbardziej marvelowski film DCEU - radosny (acz nie bez wyjątków, o czym za chwilę szerzej), wolny od wysilonego mroku innych niedawnych produkcji DC, od pierwszych scen budujący (list od Gacka się kłania) shared universe.
Przy czym - tu do zapowiadanych wyjątków dochodzimy - aby rzecz nie utonęła w cukierkowości, co by jej tylko zaszkodziło - pogodny klimat bywa przełamywany a to dość przejmującym obrazem cierpień wywołanych przez wojnę, a to (wprowadzoną nieco na siłę, ale mającą fabularne uzasadnienie jako część uczenia się przez Dianę nowej rzeczywistości) wzmianką o nieszczęściach jakie dotknęły Indian, a to finalną śmiercią Steve'a1.
A propos p. Trevora... udało się zachować bardzo dobrą równowagę między bohaterami, gdzie ona jest oczywiście bardzo potężna, ale młoda, naiwna i kompletnie zagubiona w świecie mężczyzn (czy raczej świecie dwupłciowym) i nowoczesnych technologii, co daje i Steve'owi błyszczeć jako jej przewodnikowi, i raz nawet ocalić jej życie, a przy okazji pozwala interesująco rozgrywać kulturowe różnice między ową dwójką. Tu trzeba, zresztą, zauważyć, że filmowa Wonder Woman nie jest - poza scenami ramowymi - Dianą znaną z komiksów, ale łatwo uwierzyć, że się nią na naszych oczach staje.
Zasadniczo rzecz jest pozbawiona szczególnej głębi2, ale za to nakręcona lepiej niż - bijący ją znów ładunkiem intelektualnym - "Black Panther".
Przy czym trzeba przyjrzeć się bliżej paru nieoczywistym wyborom, których dokonali twórcy, pozwalając w całkiem sporej ilości scen otaczającemu światu (najpierw Themyscirze, potem Europie początków XX wieku) i triadzie barwnych sidekicków dominować nad protagonistami, biorąc do rogue gallery mało znaną przeciwniczkę z komiksów (a raczej - co typowe - swoją wariację na jej temat) i generała Ludendorffa (przypuszczalnie nie jest to ten historyczny, tamten wojnę przeżył, góra jego alternatywna wersja, ale należało się takie potraktowanie nazwisku faceta, którego filozofia oparta była na gloryfikacji wojny jako stanu normalnego, i który miał swój udział w wyniesieniu Hitlera do władzy, acz potem się od niego odwrócił).
Z innych rzeczy wartych wynotowania wypadnie pochwalić przypomnienie - od niechcenia - nazwiska E.R. Burroughsa, któremu popkultura (w tym komiksy superbohaterskie) sporo zawdzięcza (nie ma to jak świadomość korzeni gatunku). Natomiast zganić numer znany już z filmów o Amerykańskim Kapitanie ;) (kiedy bohaterka główna biegnie z tarczą wrogowie robią jej przysługę, i właśnie w tę tarczę celują). Zresztą ogólnie filmowa WW pokazuje w rozmaitych scenach b. różny poziom umiejętności - raz wydaje się potężniejsza od Supermana (poniekąd ma prawo, w tej wersji jest boginią), innym razem wygląda na to, że zwykli żołnierze z bronią maszynową gdyby się uwzięli, to daliby jej radę. Aczkolwiek da się to racjonalizować - że dopiero rozkręca się, budzi w sobie boski potencjał (może w chwilach gdy nie jest on przebudzony robi tylko za prawie zwykłą śmiertelniczkę?), miewa chwile zwątpienia, itd.
Skoro walkach mowa... musimy na chwilę zatrzymać się przy finale - jest on, co typowe dla konwencji, przydługi, przepakowany akcją i nieprzekonującymi CGI, i tym samym zwyczajnie nudny (to samo mieliśmy w "BP"), ale łagodzi to trochę fakt, że Ares (to, że udawał Brytyjczyka wydaje się znaczące, jako sygnał: zło może czaić się wszędzie, nie tylko po stronie, z którą walczymy) - choć - najłagodniej mówiąc - nieco brak mu charyzmy, a i ze swoim mitologicznym wizerunkiem wiele wspólnego nie ma, przypominając raczej (także rogami na hełmie ;) ) niektóre interpretacje postaci chrześcijańskiego Szatana3, przedstawia w trakcie nawalanki całkiem interesujące racje (choć trudno nie zapytać kiedy nauczył się miotać piorunami jak tatuś-Zeus, i jakim cudem - skoro zginął - wybuchła potem II wojna światowa, czyżby zmartwychwstał potem? a może nie mylił się jednak w ocenie ludzkiej natury?).
Z kompletnych drobiazgów można jeszcze ocenić na plus spostrzegawczość i przytomność umysłu Steve'a (żeby wprowadzać silne kobiety, nie trzeba ich wcale otaczać słabymi czy głupimi facetami pp. Feig, Abrams i Johnson!), który zapamiętał używany przez Amazonki numer z wybijaniem się z tarczy, by w stosownym momencie przypomnieć ukochanej o możliwości posłużenia się nim. Czy w sumie sztampowe (Amerykanom ze Starym Kontynentem głownie Paryż się kojarzy), ale zręczne podkreślenie europejskości Diany, daniem jej pracy w Luwrze. I uśmiechnąć się pod nosem na myśl, że - pozostawiona poza kadrem scena seksu się kłania - Trevor miał znacznie więcej odwagi niż pełny zbiór ex-chłopaków Alary Kitan.
Co uczyniwszy można postawić finalną notę - 3 z lekkim minusem/4 w kategorii kina rozrywkowego, czyli naprawdę nieźle jak na współczesną superbohaterszczyznę. Co nie znaczy bym szczególnie polecał.

1. Gdzie można narzekać, że jest to śmierć cokolwiek ręcznie wymuszona przez scenarzystów, której dałoby się uniknąć, gdyby bohaterowie inaczej pograli, czy, wspomniawszy startrekową "jedenastkę", ironizować - na zasadzie znanego "skoro się ten Kmicic nawrócił, to czemu go Janosik na pal wbił" - że syn postanowił pchać się na śmierć w stylu ojca (jak się dalej rozpędzimy, wyjdzie, że Kirk był nie tylko oblubieńcem Wonder Woman, ale i synem Thora - sekretarza Ghostbusterek ;) ), ale w sumie rozumiem taki wybór, lepsze to niż pokazać potem Steve'a jako zniedołężniałego starca u boku wciąż młodej Diany, czy kombinować potem na siłę jak go odmłodzić.

2. Na jedno szkoda, że rola pięknej Amazonki jako Kandydo-Prostaczka komentującego niejako z zewnątrz absurdy naszego świata ulega redukcji. Na drugie - poniekąd może to i dobrze, bo okazji do politycznego hejtowania mniej.

3. Diana znów miejscami zdaje się przypominać marvelowską Phoenix, zwłaszcza gdy decydujący cios zadaje.



Zresztą zamiast o jednym można o dwu... Bo dałem się też, czas jakiś temu, wyciągnąć na film pt. "Venom", który, co ostatnio modne, polaryzuje opinie - publiczność tlumami gna, krytycy popkultury - choć przecie niewybredni - miażdżą. Cóż.. rozumiem zarówno krytyków, jak i widownię. Bo z jednej strony film jest fajny, z przyjemnie prowadzoną, klasyczną, staroszkolną wręcz (bardziej w stylu Raimiego czy wczesnego Singera, a nawet wczesnych superbohaterskich kinówek z lat '90, niż np. Abramsa) narracją; i odwołuje się - jak ktoś już słusznie zauważył - do pulpowo-campowej estetyki mcfarlane'owskich obrazków przedstawiających bohatera tytułowego. Z drugiej jednak trafiają się (relatywnie drobne... jak na konwencję) paralogizmy i (znacznie częstsze, niestety) momenty puszczone i przegięte, sporo też tam tandety tyleż w zakresie CGI, co zagrań.
Przypuszczam, że to trochę jak z "The Orville" - widz/fan się cieszy, bo przemawia do niego całościowa fajność i przyjemny w odbiorze narracyjny konserwatyzm, krytycy zaś skupiają się na (licznych) kiksach, i narzekają, że dostali produkcję ostentacyjnie wręcz niewpisującą się w obecne mody.
Co zapadło mi w pamięć?
Po pierwsze - otwarcie z symbiontem, który wypełzł z sondy i szuka sobie kolejnych nosicieli. Jest w tym klimat ekranowej SF z dawnych lat (kojarzy się zwłaszcza "Terminator 2").
Po drugie - główny antagonista, Drake, stanowiący jawną złośliwostkę pod adresem obecnych miliarderów-wizjonerów, chcących ludzkość miedzy gwiazdy wysyłać. Pozbawiony jawnego demonizmu - przeciwnie: przyjemniaczek z gębą pełną wzniosłych frazesów (coś tam o ekologii, klimacie i ratowanie Ziemi) - hipokryta. Uśmiechnięty, cichy, a psychopata aż miło. (Pod koniec zresztą popsuty, ale końcówka filmów superbohaterskich zwykle jest słabsza niż początek.
Podobały mi się też w początkowej części w/w produkcji rozbudowane sceny obyczajowe. Recenzenci narzekali na zamulacze, ja w tym raczej widzę kontynuację tradycji "Spider-mana 2".
No i pochwalę wzmiankę o "Daily Globe", zawsze fajny smaczek.
Natomiast skrytykować muszę sceny łączenia ochotników (czasem przymusowych) z symbiontami - wyszły jak horror klasy Z, podszyty nieintencjonalnym komizmem.
Także szczególnego sensu nie ma wyjaśnienie skąd się symbionty biorą - tętniąca życiem kometa, wykorzystywana przez nie celowo w roli statku kosmicznego? WTF?
Jak również portret psychologiczny Annie (dziewczyny/byłej dziewczyny/whatever Brocka). Najpierw zimna suka zostawiająca go - jak stereotyp każe - bo stracił pracę i pozycję. Potem z nagła pełna poświęceń i altruizmu (tak samo zresztą jak jej nowy facet, który kompletnie bezinteresownie zaczyna pomagać jej i Eddiemu; wierzę w istnienie dobrych ludzi, ale to już wygląda na jakieś frajerstwo, powinni byli dodać mu jakąś zrozumiałą motywację).
Nienajlepiej wypada też - od momentu połączenia - sam protagonista. Owszem, da się to wszystko zwalić na skutki bolesnego łączenia się dwu umysłów, z których jeden jest Obcy, ale wygląda głupio. A to Eddie (na oko) kompletnie nieświadomie nadużywa mocy i robi różne przeszarżowano-destrukcyjne rzeczy, a to jest w pełni świadomy co się z nim dzieje i przeraża go to. A to dzieli ze swoim żywym kostiumem wszelkie myśli (o czym jest wprost mowa), a to - chcąc przewalczyć jego wpływ - jest w stanie zrobić coś, czego tamten nie zauważy. Raz wygłasza mu morały o tym, czego mają nie robić, by za chwilę beztrosko odgryźć łeb drobnemu bandziorowi, czy bez skrupułów rzucać policjantami po ścianach, a na koniec przerazić się tym co wyczynia/wyczyniają. I nie jest to zbyt dobrze zagrane, mówiąc najłagodniej; VFX też nie przekonują. (Przy czym warto zauważyć, że obaj są przedstawieni zupełnie inaczej niż w komiksach. Brock na początku jest kompletną antytezą swojego pierwowzoru - ma atrakcyjną narzeczoną, pracę dającą mu pozycją gwiazdora, fajny motocykl i kota. Potem traci to wszystko poza kotem, w wyniku narażenia się Drake'owi, ale wcale nie szuka zemsty, raczej wydaje się zagubiony. Symbiont również jest inny, niż można się spodziewać - po pierwsze jest celowo przybyłym zwiadowcą, częścią forpoczty planowanej inwazji. Po drugie słyszymy jak rozmawia z nosicielem i są te jego wypowiedzi kompletnie - prawie jak u Doomcocka ;) - przeszarżowane. Można pomyśleć, że wzoruje się na jakichś podświadomych, podpartych tandetną fantastyką, wyobrażeniach Eddiego o potworze z kosmosu. Nieszczególnie przekonuje też powód dla którego zdradził swoich: bo wśród nich robił za loosera, nieudacznika, a Ziemię polubił. Z drugiej strony skoro już wymyślili szykowany najazd, niezbyt mieli inne wyjście.)
Można również narzekać, że ludzie głównego złego urządzają sobie pościg z użyciem wybuchających dronów ulicami. Serio, pracownicy poważnej, dbającej o PR, korporacji, w samym centrum miasta?
Poza tym trudno nie spytać skąd symbiont (kolejny, nie brockowy) wiedział jak znaleźć Drake'a? I czemu nie był czerwony skoro wyglądał na Carnage'a w sumie?
Nudna też była - tradycyjnie, ta konwencja tak ma, jako się rzekło - finalna walka (acz wyłażenie/wyrywanie Obcych z ciał i śmierć Eddiego - oczywiście, zaraz został wskrzeszony - trochę ją urozmaiciły; to, że kostium nie wszystek umarł było już bardziej ograne).
Za to uśmiechnąć się można patrząc na scenę, w której protagonista wspinał się na dach wieżowca jak, by na nim zasiąść, jak Batman (wzorzec mrocznych herosów) i King Kong (jeden z bardziej ikonicznych nieszczęśliwych potworów o złotym sercu) zarazem. Czy przyglądając się chwilowo połączonej z symbiontem (z historii o Masce to chyba wzięli?) wyglądającej i zachowującej się jak rodzima Likwidatorka (na 99,9% zbieg okoliczności) Annie.
Zabawny też był ostatni akt ze Stanem Lee, który zdawał się doskonale wiedzieć co jest grane (wyraźne nawiązanie do hipotez, że był Watcherem) i stającym się w końcu Venomem jakiego znamy - półobłąkanym, acz na swój sposób sympatyczno-rozbrajającym, antybohaterem ze stalkerskimi zapędami.
Ogólnie miał chyba rację ten krytyk, który - wyłamując się z chóru kolegów - stwierdził, że to film zły, ale sympatyczny, mający wszelkie zadatki, by stać się kultową guilty (very guilty, dodam od siebie) pleasure.
Tu również nie polecam - na Forum Lemowskim? na głowę nie upadłem ;) - choć jak kto szuka odmóżdżenia...
« Ostatnia zmiana: Grudzień 04, 2018, 02:25:06 pm wysłana przez Q »
"Wśród wydarzeń wszechświata nie ma ważnych i nieważnych, tylko my różnie je postrzegamy. Podział na ważne i nieważne odbywa się w naszych umysłach" - Marek Baraniecki