Ostatnie wiadomości

Strony: 1 [2] 3 4 ... 10
11
Hyde Park / Odp: O muzyce
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Lieber Augustin dnia Październik 12, 2018, 11:45:32 pm »
Sobota, Szanowni Państwo. Szabes! :)



Sobotnie pozdrowienia z Dolnego Śląska :):P
12
Akademia Lemologiczna / Odp: Akademia Lemologiczna [Summa Technologiae], czyli wszystkoizm stosowany
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Lieber Augustin dnia Październik 12, 2018, 11:37:07 pm »
Godniejsze? Hmm...  A co to takiego – „życie prawdą”?
Absolutnej prawdy chyba nie ma, przynajmniej nie znamy jej, et ignorabimus. Natomiast krucha i niepewna, względna prawda to rodzaj złudzeń.

Zatem nazwijmy to życiem w pogoni za prawdą, przedzieraniem się przez kolejne warstwy złudzeń (choćby tylko w formie biernej, polegającej na wleczeniu się w ogonie naukowego postępu i śledzeniu na bieżąco co w 'Science", "Nature" i pokrewnych periodykach piszą). Nie widzę dla tego rozsądnej alternatywy.
Moim zdaniem, Ty stawisz znak rowności między prawdą a wiedzą naukową. Nie upieram się, może masz słuszność, ale to trzeba dowieść.
Jakiś teolog mógłby Ci zaoponować i zapytać, czym w istocie różni się wiara w naukę i jej postępy od wiary religijnej? Skoro nauka nigdy nie doprowadzi do poznania absolutnej prawdy, bo absolutna prawda jest zasadniczo nieosiągalna?

Cytuj
Nie, nie da się sprowadzić wszystkiego do złudzeń, i tu zataczamy kółko do bardzo starej dyskusji, którą toczyliśmy z dzi. Cytowałem wówczas dość istotne słowa Daniela Dennetta, chciałbym, żebyś się do nich odniósł.
Cóż, zgadzam się z Tobą i z Dennettem w tym, że nie ma lepszego źródła prawdy na żaden temat niż dobrze stosowana nauka.
Ale „nie ma lepszego” chyba nie znaczy że jest dobre?
A co do złudzeń, jak sądzisz, Uczony ze skrzyni Corcorana, badając swój świat, żyje złudzeniami, czy też nie? Może poznaje obiektywną prawdę?

Cytuj
Psychologia nie jest nauką ścisłą, a tym bardziej nie stanowi jej pop-psychologizowanie (nawet w wydaniu inteligentnego Dyskutanta na ambitnym Forum), ciężko mi zatem odnieść się do powyższych słów, które trudno uznać za coś więcej niż Twoje prywatne wyobrażenie (jako, że nikt nie zmapował mózgów wszystkich, ani nawet większości, ateistów).
Zgadzam się, to tylko moje prywatne wyobrażenie, prawdopodobnie niewłaściwe. Cofam wypowiedziane słowa.
I dziękuję za komplement :)

Cytuj
Dlaczego szczęście ma być najważniejsze? Spędzenie życia na haju - wszystko jedno: wywołanym substancjami produkowanymi przez sam mózg, czy dostarczonymi z zewnątrz - uznajesz za wartość?
A co byś Ty wysunął na miejsce szczęścia? Jako najważniejszą rzecz w życiu?

Hm...domyślam sobie, „na haju” – to coś w rodzaju „w stanie euforii”, „pod wpływem narkotyków”?
Ależ zgódź się ze mną – tak czy owak emocje są nieodłączną częścią naszego życia. Pozytywne, wywołane produkowanymi wewnątrz organizmu endorfinami, dopaminą, serotoniną, lub negatywne – skutek nadmiaru produkowanych przez ten sam organizm adrenaliny, noradrenaliny, kortyzolu i czego tam jeszcze.

Powiedziałbym, nasza świadomość zawsze znajduje się – może nawet w znacznym stopniu – pod wpływem emocji i powodujących je substancji chemicznych. W pewnym sensie nasz mózg, świadomość i zachowanie się są sterowane chemiczne. Skoro tak, powstaje pytanie – dlaczego życie spędzone pod wpływem „hormonów szczęścia”, endorfinów ma mniejszą „wartość” niż spędzone pod wpływem hormonów stresu, lęku, przygnębienia?

Cytuj
Co traci? To, że spędził sporo czasu kierując się niezweryfikowanymi opowieściami, których ciężar dowodowy jest zerowy (jeśli nie ujemny), kierowanie się zaś takowymi - gdy tylko otoczka religijna w grę nie wchodzi - uważane jest wszak za objaw naiwności, naiwniactwa wręcz. I znamy przecież przykłady sekt - i nie tylko sekt - na takich naiwniakach skutecznie się pasących.
Zresztą... Pascal, do którego sławetnego Zakładu się odwołujesz, przyznał wprost, że aby ów zakład podjąć "Trzeba się ogłupić". Do tego nas namawiasz, Drogi Augustynie?
Najpierw śpieszę zapewnić – nikogo nie do czego nie namawiam, Drogi Q :)
Każdy człek ma swój rozum, swoją głowę na karku, niech zatem sam rozważa i decyduje, wierzyć mu czy nie wierzyć, i w co.

Ja bym nie stawił znaku równości między wierzącym a naiwniakiem, głupkiem. Moim zdaniem, to nie zawsze jedno i to samo. Nie widzę powodów, dlaczego kreacjonista, ten kto wierzy, że świat został stworzony przez Kreatora jest a priori naiwniejszy od ateisty, który wierzy w samorzutne powstanie świata. Muszę przyznać, teoria ateistyczna jest równie solidna jak błyskotliwa. Ma tylko jedną małą wadę – jest nie do udowodnienia. Zresztą jak i ta druga :)

Cytuj
Z drugiej strony obaj do dziś żyjemy, co zdaje się stanowić, może naiwny, ale praktyczny, dowód niemocy filozofii .
Ja bym powiedział, to raczej dowód niemocy duchowej niektórych przedstawicieli gatunku M.F.
W odróżnieniu od filozofowia szkoły firxirskiej i tirtrackiej :)
13
Akademia Lemologiczna / Odp: Akademia Lemologiczna [Summa Technologiae], czyli wszystkoizm stosowany
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Lieber Augustin dnia Październik 12, 2018, 11:07:59 pm »
Nawet bardziej ogólnie – życja złudzeniami? Nie ma mowy o nagrodzie w zaświatach. Tu i teraz – żyjący złudzeniami, wierzący chyba ma większe zadowolenie z życia, niż żyjący wyłącznie rozsądkiem?
Osobnicze. Dla porównania - musiałaby ta sama osoba przeżyć życie wierząc i nie wierząc...ale czy to byłaby ta sama osoba?:)
To byłby, jeśli można tak się wyrazić, pomiar metodą bezpośrednią. A czy nie da się skorzystać z metodów pośrednich? Ankietowań naprzykład, przeprowadzonych wśród reprezentatywnych grup wierzących i niewierzących? Albo nawet badań biochemicznych – pomiarów poziomu „hormonów szczęścia”, wewnętrznych opiatów – endorfinów, a także dopaminy i serotoniny?;)

Cytuj
A...le niewiedza jest gorsza od wiedzy. Może tutaj nie chodzi o większe zadowolenie z życia, ale czasowy odpoczynek dla myśli?
Ot. chciałbym być jak ten pijak, głupek...naprawdę? Czy tylko na chwilę zapomnienia?
Hmm...wiesz co, olka, zdecydowanie masz słuszność – chodzi o czasowy odpoczynek dla myśli. Żeby to dowieść, wystarczy przeprowadzić prosty eksperyment myślowy. Przypuśćmy ja patrzę na głupca i żałuję, że sam nie jestem głupcem. Zazdroszczę jego głupocie. W tym momencie ukazuje się pewien deus ex machina z propozycją – mogę w trzymiga zamienić się losami z tym głupcem. Czy zgodziłbym się? Nigdy w życiu! Raczej wyskoczyłbym przez okno :)

Cytuj
Nie wstawili Wam modułu nieufności i dławika prawdomówności? Hm...dziwne...to chyba nie jesteście modelami wzorowanymi na HS;)
Oj wstyd mi, jestem ciemniakiem, kompletnie nie znam sie na nowoczesnych skrótowcach. Co to takiego – HS? Harmonized System? High Science? Lexus HS? Head & Shoulders?;)

Cytuj
Albo inaczej, czy naprawdę matka-ewolucja nie „troszczy się” o losie przestarzałych organizmów, po zakończeniu okresu reprodukcyjnego?
Cytuj
Myślę, że los i potomstwa i organizmów rodzicielskich jest w przyrodzie od początku: sprawą niczyją. W tym sensie, że o nieporadne potomstwo może zadbać tylko rodzic albo inny dorosły osobnik - nie ma wbudowanej w środowisko żadnej ochrony życia, troski o nie.
Dziecko pozostawione sobie - nie przetrwa. Nie ma wbudowanego żadnego genu przeżycia.
Stąd uważam, że mówienie o matce-ewolucji to zbędna antropomorfizacja, która sugeruje, że coś/ktoś roztacza nad nami opiekę do okresu rozrodczego.
Myślę, że rzecz raczej w naturalnym zużyciu materiału:
Stałe utrzymanie wewnątrzustrojowej korelacji procesów musi być tym trudniejsze, im większa jest wzajemna zależność elementów budowy, czyli im ściślejsza organizacja całości. Każda komórka popełnia w toku swej egzystencji „błędy molekularne”, których sumy po pewnym czasie nie może już skompensować.
Idąc tym tropem można powiedzieć, że śmierć jest wpisana w każdy organizm - jest kumulacją błędów.

Taka praca - w temacie...str. 8 "Ewolucyjne teorie starzenia":
http://www.postepybiochemii.pl/pdf/2_2014/125-137.pdf
No, ponieważ dyskusja pomiędzy zwolennikami teorii programowanego a nieprogramowanego starzenia nie została jeszcze ostatecznie rozstrzygnięta, można chyba trochę pospekulować w temacie :)

Ogólnie biorąc, to nie lada pytanie. Jeśli, jak Ty uważasz, olka, starzenie i śmierć osobnika są skutkiem wyłącznie naturalnego zużycia materiału, kumulacji błędów na poziomie komórkowym, czyli nieuniknionego wzrostu entropii układu biologicznego, wtedy chyba nie ma nadzieji na istotne przedłużenie życia.
Jeśli natomiast za starzenie odpowiadają geny, niby nie wszystko stracone, można spróbować pogrzebać w genomie... :)

Hmm...moim zdaniem, za ideą programowanego starzenia a zatem i długości życia przemawią co najmniej trzy rozumowania.
Pierwsze nazwałbym ewolucyjnym.
Zwolennicy nieprogramowanej starości uważają, że nie istnieje specjalnego mechanizmu genetycznego, odpowiedzialnego za starzenie, za przyśpieszenie lub spowolnienie tego procesu. A przecież z punktu widzenia ewolucji, przetrwania gatunku taki mechanizm byłby chyba dosyć korzystny.
Przestrzeń życiowa, zarówno jak i baza pokarmowa w środowisku naturalnym są zawsze ograniczone. Zatem osobniki starsze, po ukończeniu okresu reprodukcyjnego, są dla populacji mało tego że nieużyteczne, ale stanowią całkiem niepotrzebny ciężar.
Jak pisze Ewa Sikora, autorka podanego przez Ciebie artykułu,
Zatem teorie zakładające istnienie programu starzenia mówią o starzeniu jako procesie adaptacyjnym, czyli podlegającym selekcji naturalnej. Zdaniem protagonistów programowanego starzenia ma to swoje uzasadnienie w tym, że zapobiega przegęszczeniu populacji, eliminuje osobniki konkurujące o pokarm z młodymi zdolnymi do rozrodu, wzmacnia ewolucyjne przystosowanie poprzez promowanie sukcesji pokoleń oraz uzasadnia istnienie genetycznej kontroli starzenia.

Czy „matka-ewolucja” nie uznałaby za stosowne jak najprędzej pozbyć się tego ciężaru? Dać staruszkom kopniaka w tyłek, nie czekając biernie, aż póki nagromadzi się dostateczna ilość błędów komórkowych? Właśnie dlatego użyłem wyrazu „zatroszczyć się” w cudzysłowie. Ironicznie, w sensie sprzątnąć, zabić. Bynajmniej nie miałem na myśli jakąś prawdziwą troskę ewolucji o swoje stworzenia.
Nie sądzę, by ewolucja, która jak wiadomo „wpełza w każdą niszę”, przegapiłaby taką świetną możliwość jak przymusowa eliminacja staruszkowia, taki atut w walce za przetrwanie gatunku.
Jak Ty sądzisz, olka?

Po wtóre, gatunkowa różnorodność długości życia przemawia za jej genetyczną regulacją, jak pisze pani Ewa.
Niektóre rodzaje podanych przez Lema jako przykład żółwi i papug żyją o wiele dłużej od większości pokrewnych czworonogów i ptaków. Chociaż prędkość metabolizmu, podziału komórek a zatem i prędkość gromadzenia się błędów komórkowych mają z grubsza taką samą. Dlaczego?

Trzecie rozumowanie należy już do moich własnych domysłów i przypuszczeń. Nie jestem bynajmniej przekonany w poprawności podanych niżej rozważań. Ale...
Weźmemy jako przykład gatunek M. Furiosum. Absolutna większość z tych kto zdążył dożyć starości zaczynają więdnąć i umierać w wieku z grubsza od 80 do stu lat. Dosyć ograniczony okres. I nikt, ale to nikt, ani jeden osobnik nie przekroczył granicy 125 lat.
Gromadzenie błędów to proces statystyczny i stochastyczny, który do tegoż chyba zależy od wielu czynników zewnętrznych, takich jak tryb życia, pożywienie itd. Trwałość życia, gdyby była zdeterminowana iłością uszkodzeń komórkowych, prawdopodobnie opisywałby normalny rozkład Gaussa.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Rozkład_normalny
Chyli zgodnie z prawami statystyki, chociaż większość pacjentów opuszcza padół łez w wieku 80-100, nieliczne, poszczególne osobniki musieliby osiągnąć wiek 150..200 lat i więcej. A jednak w praktyce tak nie jest. Coś stoi na przeszkodzie. Co?
14
Forum po polsku / Odp: Eksploracja Kosmosu
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Q dnia Październik 12, 2018, 08:00:39 pm »
No, niestety... Jakby zeszłorocznych badań wskazujących na zagrożenia dla życia/zdrowia związane z długotrwałymi podróżami kosmicznymi było mało:
https://www.nature.com/articles/s41598-017-02087-3
Dowalili wynikami następnych:
http://www.pnas.org/cgi/doi/10.1073/pnas.1807522115
15
Forum po polsku / Odp: Właśnie zobaczyłem...
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Q dnia Październik 12, 2018, 02:35:43 pm »
Start rakiety Falcon 9 niosącej satelitę SAOCOM 1A:


16
Hyde Park / Odp: no nie mogę...
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Q dnia Październik 11, 2018, 07:47:15 pm »
Ta wiertarka z klejem to jest nie tylko "Pirx", ale czysty Lem, bo łatanie - co prawda betonem - wiadomo, a znów wiertarki - Tichy (scenicznie adaptowany, i kiepsko zrecenzowany, ale zawsze).

Natomiast czy sam fakt ew. pokątnego zatykania dziur przez pracownika jest taki szokujący? Rzekłbym, że doskonale wpisuje się w stereotypowe wyobrażenia nt. rosyjskiego programu kosmicznego:
https://forum.lem.pl/index.php?topic=1613.msg74796#msg74796

Zresztą z ową dziurą to ogólnie barwna historia - "Sergiej Prokopiew, który był dowódcą Sojuza, zalepił dziurkę trzema plastrami wykonanymi z gazy nasączonej żywicą.":
http://wyborcza.pl/7,75400,23931896,co-z-ta-dziura-w-sojuzie-nikt-jej-palcem-nie-zatyka-nie-martwcie.html

I nawet filmiki z tego są:


ps. Gdy szukałem powyższego znalazł mi się przypadkiem jeszcze ten - jak się popatrzy na gumowe uszczelki to i dziury nie szokują:

17
Hyde Park / Odp: no nie mogę...
« Ostatnia wiadomość wysłana przez maziek dnia Październik 11, 2018, 07:32:18 pm »
W wersję, że zrobił to pracownik na ziemli jakoś szybciej uwierzę. A nawet powiedziałbym, to jest zgodne z naszym słowiańskim rodowodem - sam, jakbym taką dziurkę zrobił, to bym zalepił czym popadło i rżnął głupa :) . Druga sprawa, że nad tą dziurką może być nadbudowa - Rosjanie poniekąd trzymają Amerykańców za klejnoty, bo ci nie mają czym lecieć na stację. Taka dziurka, niezależnie od przyczyny powstania, po rzuceniu oskarżenia na Amerykańców, może być "słusznym powodem"" jakichś roszczeń Rosjan, którzy dzięki temu pretekstowi udają, że nie podkopują wyższych celów dla niższych (mieżdunarodnowo, kasmiczieskowo pragramma na rzecz niskiej geopolityki).
18
Hyde Park / Odp: Ja, Q:)
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Q dnia Październik 11, 2018, 07:29:00 pm »
Ooo... Już wiem gdzie obszerne cytaty wrzucać, żeby nikt nie narzekał, że nimi dyskusję zamulam ;).

A propos dziś dyskutowanej rosyjskiej/radzieckiej kosmonautyki, gwoli zilustrowania popularnych wyobrażeń nt. panujących tam porządków, fragment b. znanej powieści SF przedstawiający - co łatwo zgadnąć - ćwiczenia kosmonautów w słynnym Hydrolabie*:

"– Majorze Mirski, nie skupiacie się na zadaniu.
– Kombinezon mi przecieka, pułkowniku Majakowski.
– To nie ma nic do rzeczy. Możecie wytrzymać jeszcze przez piętnaście, dwadzieścia minut.
– Tak jest, pułkowniku.
– Skoncentrujcie się. Musicie wykonać ten manewr.
Mirskiemu pot zalewał oczy. Zamrugał, próbując dostrzec właz cumowniczy amerykańskiego typu. Woda w skafandrze ciśnieniowym sięgała mu już do kolan. Jej poziom stale się podnosił. Mirski nie potrafił stwierdzić, jak duży jest przeciek. Miał nadzieję, że Majakowski to wie.
Musiał zaklinować metalową sztabę między dwoma czujnikami. Za pomocą zaczepów w kształcie litery L przypiętych do butów i rękawic przymocował prawą kostkę i nadgarstek do zaokrąglonej pokrywy włazu. Następnie lewą ręką...
(...ależ starali się go zniechęcić w szkole w Kijowie. Teraz już z tym koniec. Nie ma jego nauczycieli i ich dziewiętnastowiecznych pomysłów. Jakże próbowali przyzwyczaić go do posługiwania się wyłącznie prawą ręką, aż wreszcie, kiedy miał prawie dwadzieścia lat, wydano zarządzenie oficjalnie uznające leworęczne dzieci.)
Mirski z hukiem zamocował sztabę. Odczepił kostkę i nadgarstek.
Woda sięgała mu do pasa.
– Pułkowniku...
– Miną trzy minuty, zanim właz się otworzy. Mirski zagryzł wargi. Wykręcił szyję, starając się zobaczyć przez wizjer hełmu, jak radzą sobie jego koledzy. Przy sąsiednich włazach majstrowali dwaj mężczyźni i Jefremowa. A gdzie Orłow?
Tam... Mirski zdjął hełm i zobaczył, że trzej nurkowie holują Orłowa w ciemność, ku powierzchni zbiornika, świeżemu powietrzu. Nie czuł już wlewającej się do skafandra wody.
Właz zaczął się odsuwać. Major słyszał odgłos pracującego mechanizmu. Pokrywa nagle zatrzymała się, otwarta w jednej trzeciej.
– Zacięła się! – zawołał zdumiony. Zakładał, że ćwiczenie dobiegnie końca, kiedy tylko otworzy się właz, który miał podobno być szczelny i odblokować się po odpowiednim umieszczeniu klina. Amerykańska technika!
– Źle założyliście sztabę.
– Ależ nie! – zaprotestował Mirski.
– Majorze...
– Tak jest! – Ręką chronioną grubą rękawicą uderzył w sztabę. Nie przyczepiony do włazu, odpłynął i stracił cenne sekundy na podholowanie się po linie. Zaczepy. Kolejny cios. Bez rezultatu.
Zimna woda wlała mu się do hełmu. Przełknął kilka łyków i zakrztusił się. „No tak! Pułkownik pomyśli, że tonę, i zlituje się.”
– Dociśnijcie ją – poradził pułkownik.
Rękawice były zbyt grube, żeby mógł sięgnąć do wyżłobienia, w którym spoczywała sztaba, zablokowana przez częściowo otwarty właz. Nacisnął. Do rękawów napłynęła mu woda. Palce zdrętwiały. Spróbował jeszcze raz.
Skafander wypełnił się wodą. Mirski zaczął tonąć. Dno zbiornika znajdowało się trzydzieści metrów niżej, a wszyscy nurkowie zajmowali się Orłowem. Nic go nie uratuje, jeśli sam sobie nie poradzi z otworzeniem włazu. Ale jeżeli nie wycofa się w porę...
Nie odważył się jednak. Od wczesnej młodości marzył o gwiazdach i gdyby teraz wpadł w panikę, na zawsze znalazłyby się poza jego zasięgiem. Krzyknął wewnątrz hełmu i wcisnął czubek rękawicy w wyżłobienie, czując ostry ból miażdżonych palców.
Właz drgnął.
– Po prostu się zaklinował – stwierdził pułkownik.
– Do diabła, ja tonę! – krzyknął Mirski. Odchylił hełm i wypluł wodę. Usłyszał odgłos ssania i bulgotanie. Powietrze uchodziło przez szparę wzdłuż pierścienia otaczającego szyję.
Wokół zbiornika zapaliły się reflektory. Rozwodnione światło zalało włazy. Mirski poczuł pod pachami i wokół nóg czyjeś dłonie. Przez zamglony wizjer niewyraźnie dostrzegł trzech pozostałych kosmonautów. Wydostali się przez włazy i ciągnęli go w górę, ku odwiecznemu i jakże mile widzianemu niebu."


Greg Bear, "Eon"

* Drobna ilustracja:
http://scribol.com/science/space/russias-underwater-cosmonaut-training-complex/

Nawiasem: gdyby kto chciał zakosztować hydrolabowych rozkoszy, to jest możliwość:
https://www.mircorp.com/train-like-cosmonaut-russia/
Nawet w tej chwili podobna wycieczka trwa:
https://www.lonelyplanet.com/news/2018/09/02/experience-zero-gravity-russias-space-program/




I jeszcze jeden cytacik, tym razem a propos bogatej historii szpiegostwa:

Maciej Parowski
TO ZDARZA SIĘ CO DZIEŃ


Pora jest dobrze wybrana. Łódź sunie niemal bezszelestnie na fali przybrzeżnej. Trochę w prawo widnieje jasna plama portu, skąd aż tutaj przyniosło uderzające o burtę kawałki drzewa i korka, skórki owoców, zwrócone morzu resztki ryb. Między odpadkami moczy się wąski i ruchliwy sierp księżyca zaskoczonego w chwili nowiu. Gdybyż jeszcze odrobina mgły - łódź z parą wioślarzy i nieznajomym na dziobie, z podkulonymi nogami i brodą opartą na kolanach w milczeniu lustrującym nadbrzeże, pozostawałaby całkowicie niewidoczna nie tylko dla tych z portu, ale nawet dla przypadkowego obserwatora znajdującego się kilkadziesiąt kroków od miejsca lądowania.
Przód łodzi wrzyna się w piach plaży całkowicie pustej i cichej. Mężczyzna dotychczas bezczynny podejmuje z dna dwa skórzane woreczki, kryje je pod chlamidą i błyskawicznie wyskakuje na brzeg. Chrzęszczą ziarenka piasku, kiedy zapierając się weń ze wszystkich sił przybysz odpycha łódź, a milcząca praca jej lewego, zaraz potem prawego i w końcu obu wioślarzy, sprawia, że łódź obraca się i oddala. Otrzepując stopy z wilgotnego piasku nieznajomy próbuje przez chwilę nie myśleć o tym co ma do wykonania, ale wtedy prawie natychmiast przyłapuje się na pytaniu: “czy nic nie zrobią wioślarzom?”. Wątpliwość jest śmieszna, a odpowiedź tak oczywista, że wraca do myślenia o swoich sprawach.
W oddali, ale niezbyt daleko bieleje miasto. Nieznajomy po raz kolejny, piąty, może dziesiąty, a może i piętnasty od momentu wylądowania sprawdza rozłożenie mieszków pod chlamidą, poprawia jej fałdy, przygładza włosy, ociera twarz. Miasto zbliża się, mężczyzna nie ma pod nogami sypkiego piasku plaży; teraz jest to już ścieżka, za chwilę będzie twarda ubita ziemia wjazdowej drogi miejskiej. Potem marmurowe płyty.
Najgorsze jest spotkanie ze spóźnionym przechodniem zaraz po szczęśliwym minięciu murów obronnych. Nieznajomy odruchowo zaciska pięści czując żołądek podjeżdżający do gardła, jakby dopiero teraz przyszły objawy choroby morskiej przyniesionej z lodzi i jeszcze wcześniej z galery. Drugie spotkanie odbiera o wiele spokojniej: już z daleka rozpoznaje chybotliwy krok i bezbłędnie odczytuje woń wina, gdy tamten będzie go mijać.
Miasto zachowuje się cicho, prawie już zasnęło, straże są niewidoczne. Właśnie straże... Nieznajomy pamięta dobrze co mówiono o ich dowódcy - żądnym pieniędzy moczymordzie i zawziętym kobieciarzu. Pamięta też co przyszło mu do głowy od razu gdy o dowódcy usłyszał. To mianowicie, że trudno będzie pracować z takim człowiekiem. Interes pochłonie na pewno nie jeden lecz dwa mieszki, a żołnierz, kiedy zrobi już swoje, może zechcieć popisać się przed władzami dostarczając im winnego.. Zresztą może mieć tego winnego od razu jak tylko mężczyzna przyjdzie doń z propozycją. Wtedy będzie i winny, i dwa mieszki i uznanie władz Efezu, i wdzięczność kapłanów.
To pewne, człowiek, który doradzał dowódcę straży musiał być chyba niespełna rozumu, albo knuł coś niedobrego. Przybysz widzi to niezwykle wyraźnie przemykając najciemniejszym cieniem i, momentami, w bladym świetle ułamka księżyca pod ścianami domów, między kolumnadami, obchodząc dokoła place, by ani przez chwilę nie być widocznym ze wszystkich stron - by nie dać otoczyć się pustce. Pomysł z dowódcą straży wydaje mu się teraz, na miejscu, tak niestosowny, że chwilami musi hamować ataki śmiechu.
Pozostaje rozpustna Auge i ten biedaczyna na krańcu miasta żyjący w dzielnicy lepianek... Przypadkowy przechodzień nieoczekiwanie burzy chwilę zastanowienia. Mężczyzna szybko przebiega wokół budynku o nieokreślonym przeznaczeniu, a ostatnie kroki, po których nieruchomieje przywierając do muru, odbijają się cichym klapnięciem i jeszcze cichszym echem. Przechodzień szczęśliwie na nic nie zwraca uwagi. To sandał! - morska woda i naprężenie rzemieni, od stałego stąpania na palcach, robią swoje. Nieznajomy uśmiecha się w ciemnościach - bogowie sami wskazywali, że to nie może być Auge. Zresztą, a dostrzegł to dopiero teraz, od dłuższego już czasu idzie bezwiednie w stronę, gdzie nie mógłby spotkać ani ladacznicy ani dowódcy strażników.
Gdybyż wypadło na Auge... Z pewnością typową dla kurtyzan, że mężczyzna, który zapłacił kobiecie nie będzie mieć przed nią tajemnic, spytałaby “dlaczego?”. On przecząco pokręciłby głową, a wtedy ona zaczęłaby zgadywać: “Sparta?... To sprawa Aten?... A może Babilończycy, może Persowie?... no powiedz wreszcie”, i wtedy powtórzyłby to co sam usłyszał daleko stąd, od starego człowieka o twarzy zmęczonej i złej, który wręczał mu trzy mieszki mówiąc przy tym tonem nie znoszącym sprzeciwu: “Lepiej nie wiedzieć zbyt wiele”.
Mijana dopiero teraz świątynia rozwiewa obawy przybysza co do szczegółów przedsięwzięcia. Lasowi kamiennych kolumn towarzyszą zwieszające się od górnego belkowania tkaniny i kotary. Belkowanie jest drewniane, na posadzkach leżą drogocenne kobierce, gdzieniegdzie stoją dzbany z ofiarną oliwą. Trzeba teraz cofnąć się parę ulic, skręcić w lewo i oto dzielnica lepianek.
Skulony nad kopytem szewc szeroko otwiera oczy, kiedy, jako wynagrodzenie za trwającą zaledwie chwilę wymianę rzemienia, nieznajomy wręcza mu całą sztukę złota. Wnętrze warsztatu jest nędzne: jedna izba z barłogiem pod ścianą; twarz szewca ściągnięta głodem i definitywnym brakiem nadziei... Ostateczna decyzja przychodzi szybko: Już stojąc przy wyjściu mężczyzna odwraca się nagle i spod drzwi rzuca jednym jedynym mieszkiem w sam środek stołu gdzie kawałki skór, rzemienie, noże i dratwa. Szewc podnosi głowę, a jego uszy łowią metaliczny brzęk, w którym jest wszystko: śmiech wielu kobiet, zapach setek potraw, przeczucie znużenia po zrealizowaniu tysięcy możliwych zachcianek.
- Naprawdę chodzi mi o coś zupełnie innego - spokojnie mówi nieznajomy - słyszałem, że pragniesz sławy, Herostratesie.


Skądinąd nie musi to być czysta fikcja, bo..
http://www.livius.org/sources/content/herodotus/herodotus-on-the-greek-spies-in-sardes/
19
Forum po polsku / Odp: Świat za 127 lat albo za 40
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Q dnia Październik 11, 2018, 06:15:44 pm »
Efekt wczorajszej okołookamgnieniowej kwerendy. Wygrzebał mi się w w/w tomie (e-tomie? a-tomie? ;) ) taki oto fragmencik, który sam nie wiem czy uznać za ostatnią prognozę futurologiczną Mistrza (tym istotniejszą, że "O." to przecie do "Summy..." postscriptum), czy też ostatni lemowy kawałek SF  ;) (mając to na względzie wybaczcie - względną - obfitość cytatu):

"Nie wszystkie teleskopy krążą na szczęście wokół Ziemi, dzięki czemu zostały zupełnie niedawno wykryte — widoczne z gwiezdnego dystansu jako niesamowicie drobne punkty świetlne na firmamencie — najmłodsze galaktyki spiralne. Jeżeli w którejś z tych galaktyk powstanie planeta z dziełem istot rozumnych, czyli z technosferą, wysłane stamtąd sygnały dotrą do ziemskiej okolicy Drogi Mlecznej już za trzynaście miliardów lat. Wtedy mianowicie, kiedy my, a raczej nasi potomkowie zmienią się w cząstki gorejącego gazu Słońca, rozpuchniętego w czerwonego olbrzyma poza kolisko współczesnego obiegu Ziemi. W międzyczasie pojawią się szalenie inteligentne roboty, których zapowiedzią są elektroniczne zwierzątka domowe, jako też dinozaury produkowane z krzemu, włókien węglowych, metalu, a zasilane prądem akumulatorowym. Nowotwory, których nieodwracalne wytrzebienie pisma fachowe i niefachowe ogłaszały już kilkanaście tysięcy razy, będą się, niestety, nadal miały doskonale. Ilość zbędnych gadżetów elektronicznych na rynkach światowych zwiększy się wielokrotnie. Telewizję rychło będą wyświetlać tapety odpowiednio udoskonalone. Nieliczni ludzie, którzy jeszcze nie ulegną rozkojarzeniowemu splątaniu, będą mogli naraz oglądać po trzydzieści różnych programów telewizyjnych, najlepiej siedząc na krześle obrotowym i mając powieki plastrami przyklejone do czoła, ponieważ wszystko, co będą owe tapety nadawały, będziemy zobowiązani koniecznie obejrzeć. Mniejsza o przyszłowieczne prototypy samochodów, przypominające przejechany baleron z polimerycznego plastiku, o wyłupiastych chorobliwie oczach i aerodynamicznym ogonie. Watahy odkrywców, wynalazców, naukowców oraz syntetycznych wielbłądów z nagimi dziewczętami między garbami, jako też tanków udających słonie i słoni naśladujących tanki, będą się narzucać każdemu, kto się nawinie. Różnice zdań technobiologów, fizyków, psychodiagnostów i hipnotyzerów będą rozstrzygane w pojedynkach na bardzo białą broń, mianowicie na owe świecące pałki, które zmyślni scenarzyści czterdziestego szóstego serialu Star Wars nazwali, nie wiem dlaczego, laserami. Zegarki ręczne będą wyposażone w kukułki wielkości zazuli, każda zaś należąca się umundurowanej służbie ochroniarskiej pikielhauba będzie wytryskiwała syntetyczną spermę o smaku lodów waniliowych. Pojawią się nowe ruchy społeczne, domagające się na północnej półkuli wyprostowania osi ziemskiej, na południowej zaś ułożenia owej osi tak, ażeby antarktydzki lądolód spłynął wreszcie do oceanu światowego, dzięki czemu my tutaj wszyscy zginiemy, ale na rozgrzanej Antarktydzie rozpocznie się nowe, lepsze życie tak zwanego australokapitalizmu. Sztuczne kobiety będą z wielkim trudem poszukiwały naturalnych mężczyzn, i na odwrót. Za pomocą specjalnych aparatur masłograficznych będzie można smarować grzanki, których jedzenie będzie wzbronione z powodów dietetycznych i karmić się nimi będą wyłącznie elektroniczne żarłacze. Właściwie jednak te naiwne i prostoduszne prognozy, a raczej prognózki, stracą wszelką ważność już w pierwszej połowie nadchodzącego stulecia, ponieważ powszechna fantomatyzacja wywołana wdrożeniem kieszonkowych fantomatów, trochę mniejszych od współczesnego walkmana, otoczy i otuli każdego człowieka wizją takiego świata, wobec którego raj jest przechowalnią starych kaloszy. Żyjąc w ten sposób, każdy będzie miał to, czego zapragnie, od pieluszek po mogiłę, bezwonnie elektroniczną. Od czasu do czasu błąkający się pośród tych samoczynnych cmentarzysk piesek podniesie wprawdzie nogę, lecz sikać będzie wyłącznie Chanelem nr 5, albowiem będzie to piesek elektroperfumeryjny. Śniąc lube marzenia senne na jawie, sfantomatyzowane tłumy będą wprawdzie nadal płodziły rodzinnie dzieci, ale owa dziatwa, jako wyśniona i tym samym nierealna, poważnie przyczyni się do nastania miłego końca świata, którego, jak mawiał niezapomniany Kisiel, wam i sobie życzę."

"Logorhea"

(Oczywiście, jest to satyra na futurologię, zwł. gazetową, technofetyszyzm, i medialne doniesienia okołonaukowe, ale jaka satyra... A przy tym tropy do "Bajek..", "Kongresu..." i 'Ostatniej Tichego" wiodą. Tak to i dzięki lewym cytatom można na coś fajnego wpaść.)

ps. Nawiasem: czy Lem i Kisiel znali się osobiście, a jeśli tak - jakie relacje ich łączyły? W Astorii teoretycznie mogli się mijać, ale czy wiadomo coś więcej?
20
Hyde Park / Odp: no nie mogę...
« Ostatnia wiadomość wysłana przez liv dnia Październik 11, 2018, 05:40:45 pm »
Cytuj
Jakoś w to nie wierzę.
Dziurkujący rakietę Amerykanie wyglądają rzeczywiście niewiarygodnie, ale ta druga wersja też jest szokująca;

Początkowo informowano nieoficjalnie, że do usterki doszło na ziemi i pracownik, który odkrył niedoróbkę w postaci mikroszczeliny, zasklepił ją specjalnym klejem, toteż nie wykryto jej podczas prób hermetyczności statku. Usterka nie dawała o sobie znać także przez pierwsze dwa miesiące lotu orbitalnego. Potem jednak klej odpadł i odsłonił mikroszczelinę.


Ano działo - Bajko-nur mamy problem...
Strony: 1 [2] 3 4 ... 10