Pokaż wiadomości

Ta sekcja pozwala Ci zobaczyć wszystkie wiadomości wysłane przez tego użytkownika. Zwróć uwagę, że możesz widzieć tylko wiadomości wysłane w działach do których masz aktualnie dostęp.


Wiadomości - Q

Strony: [1] 2 3 ... 574
1
Hyde Park / Odp: no nie mogę...
« dnia: Dzisiaj o 09:28:00 pm »
W temacie płaskoziemców:

(Pytanie - za odpowiedź stów nie daję ;) - kto rozpoznał twarz na zdjęciu? ;))

2
Hyde Park / Odp: Polityczna Rzeźba
« dnia: Wrzesień 20, 2017, 02:24:30 am »
Ty się śmiejesz, a mnie się udało go tylko strollować i do sięgnięcia dna (czy raczej jasnego pokazania na jakich pułapach zwykł się poruszać sam z siebie) sprowokować, choć liczyłem, że trollując go (uznałem, że wolno, skoro on nas trollował) - pozaforumowo, bo tu śmiecić szkoda - do autorefleksji go skłonię...

(I... nie, ani nie czytałem szczególnie regularnie, ani jakoś napięty. Zresztą gdybym się tak chciał odnosić do każdej bzdury jaką S.R. napisał/zrobił - jak Ty to kiedyś czyniłeś ;) - czasu by nie starczyło. Ot, tych - dość przypadkowo dostrzeżonych* - dwieście złociszy przyprawiło mnie o gwałtowny wybuch śmiechu, to maila puściłem, gdzieś tam w przerwie pomiędzy wrzucaniem na ST.pl info o reklamówkach jednego "StarTreka", a dyskutowaniem tamże o drugim. Ciekawe, swoją droga, czy następnym razem okrągły tysiunc w roli "argumentu" się pojawi :D.)

* Bo przez recent posts na dole zazwyczaj sprawdzam co na Forum przybyło. Z czego twórczość Remuszki zwykle bez czytania przewijam, sprawdzając tylko - po nagłówku - czy swojego wątku się trzyma. Ale czasem i na czymś z niej oko - albo przeglądarka - się mimo woli zatrzyma.

Przy czym jednak skoro facet podstawowych zasad, nie tylko forumowych, ale i kulturowych, nie przestrzega to mi się go już nawet dalej trollować nie chce. Udowodnił, że komputera z niego nie będzie.

3
Hyde Park / Odp: Ja, Remuszko :-)
« dnia: Wrzesień 18, 2017, 07:12:19 pm »
przynajmniej w takim sensie, w jakim go sobie wywalczyłem (okoliczności powstania)

Trudno nazwać wywalczonym coś, co zawdzięcza się cudzej - w tym wypadku większości forumowiczów (w tym mojej, vide przytaczana deklaracja), tolerancji. Tu nasuwa mi się takie oto literackie skojarzenie:

"Tu już zaczynały się desperackie wyzwiska.
- Oszustwo! Kłamcy! Łamiecie Przymierze!
Bezimienny wzdychał ciężko.
- A z kim je zawieraliście? Czy kiedykolwiek twierdziłem, iż mówię w imieniu wszystkich? Zawsze była nas zaledwie garstka - tych, którzy jeszcze w ogóle o was pamiętają, którzy zwracają uwagę na Zielony Kraj i - przez pamięć własnego pochodzenia, z bezinteresownej ciekawości lub dla jakichś innych sentymentów - pomagają wam, chronią was, zgadzają się na wasze ograniczenia, przekonują innych ciekawskich, by zaniechali jawnych ingerencji. Oto i całe Przymierze: nasza - moja i przyjaciół - dobra wola. Że od początku, gdy byliśmy zaledwie eksperymentem, ekscentryczną mniejszością, i nawet potem, gdy wolność w Inwolwerencji wybrała większość ludzi, zawsze respektowaliśmy wasze prawo do życia, tak jak chcecie. Ale mówię tu o naszej suwerennej decyzji, którą wszakże wy, z pokolenia na pokolenie, zrytualizowaliście wielkie Przymierze, tradycję jakiejś świętej umowy. A jej nigdy nie było - jedynie dobra wola po stronie silniejszych. Możecie w nią nie wierzyć, widzę, że nie wierzycie; ale powiedzcie w takim razie: co innego by nas powstrzymywało?"


Dukaj, "Extensa"

Właściwie dzisiaj ten mail już mnie tylko śmieszy.

Mnie też :).

4
Hyde Park / Odp: Ja, Remuszko :-)
« dnia: Wrzesień 17, 2017, 09:08:41 pm »
Na pewno nie była to próba podjęcia dialogu /.../ Był to prostacki atak ad personam.

Skoro tak to odebrałaś... Ja to uznałem za stężenie ironii adekwatne w postępowaniu z S.R., połączone z - owszem, brutalną - próbą odwołania się do rozsądku tegoż.

za niezbędne uważam żebyś zastosował się do swojej obietnicy z wątku organizacyjnego:
Cytuj
Trzymając za słowo i życząc konsekwencji w trwaniu przy postanowieniu zawartym w słowach "zamierzam przez dłuższy czas „produkować się” tylko tam.", deklaruję jednocześnie, że - zgodnie z wcześniejszą zapowiedzą - pozostawię ów wątek bez moderacji (i jest to moja prywatna gwarancja).
https://forum.lem.pl/index.php?topic=188.msg69542#msg69542
Jeżeli za moderację można uznać edycje postów i wklejanie owych  "ironicznych" epitetów.

Jak zauważyłaś wywiązywałem się dotąd z tej obietnicy, i zamierzam nadal. To był - przyznasz, uzasadniony - wyjątek (na który sobie pozwoliłem nie bez sporych wątpliwości, czemu w komentarzu dałem wyraz). Proszę jednak na przyszłość byście wobec tego wycinali z livem tego typu nieeleganckie cytowanie z zamieszczanych tu postów. (Nie będą to cytaty z moich wypowiedzi, vide poprzedni post, ale któż wie z czyich jeszcze mogą być?)

5
Hyde Park / Odp: Ja, Remuszko :-)
« dnia: Wrzesień 17, 2017, 07:48:05 pm »
Moglibyście prać brudy bardziej dyskretnie, Lema szkoda.

Usiłowałem, dlatego wybrałem prywatny kanał korespondencji. Jak widać popełniłem błąd próbując jakiegokolwiek dialogu z S.R. Obiecuję, że to się nie powtórzy, wyleczył mnie z przekonania, że jest człowiekiem dobrej woli.

6
Hyde Park / Odp: Co tępora, to mores...!
« dnia: Wrzesień 17, 2017, 05:38:39 pm »
A jeszcze będzie składowa konsumentów, którzy potraktują tę żywność jako "sztuczną" a więc z gruntu złą.

Przypuszczam - choć w głowach im nie siedzę - że w wypadku livowych rozmówców może dominować ten czynnik, wymieszany w trudny do rozplątania sposób z przeświadczeniem że szkodzi.

Wegetarianizm dość często bywa bowiem podbudowywany nie tylko bezsprzecznymi racjami moralnymi, ale i - podważalnymi znacznie bardziej* - argumentami o szkodliwości. W sporej ilości znanych mi wypadków** - maźku, słusznie hipsterów przywołałeś  ;) - splata się też z niegroźnym "ekologicznym" świrem, przypominającym inne przypadki modnych form nawiedzenia.

* Badania zdają się wskazywać na szkodliwość tzw. czerwonego mięsa, ale niekoniecznie mięsa w ogóle (pod względem czysto zdrowotnym optymalna wydaje się tzw. dieta śródziemnomorska, w wariancie z oliwą z oliwek i orzechami):
http://www.bmj.com/content/357/bmj.j1957
http://www.nejm.org/doi/full/10.1056/NEJMoa1200303

** tym bardziej szanuję wegetarian, którzy tego uniknęli...

Ale właściwie po co spekulujemy...? liv, podpytaj tych znajomych co i jak...

7
Hyde Park / Odp: Co tępora, to mores...!
« dnia: Wrzesień 15, 2017, 10:07:31 pm »
http://www.providr.com/mom-is-dad-and-dad-is-mom-family/

Właściwie nie wiem jak to skomentować...

8
Forum po polsku / Odp: Wokół Lema się dzieje
« dnia: Wrzesień 15, 2017, 06:45:39 pm »
Ale ogólnie podoba mi się taki czytelnik:)

No, niczego sobie... Nie dość, że intelektualista, to jeszcze cool, i w dodatku ubrany jak porządny, nie spejsoperowy, astronauta. Gust literacki również trzeba pochwalić... Gdybym był kobiétą, albo porucznikiem Stametsem, też bym zapałał ;).

Najbardziej oczywisty jest ten - chyba najstarszy? - mural:

Tyle kończyn? Ani chybi mnogi Druma. (Kto by pomyślał, że AI God zeń? ;).)

Swoją drogą ciekawe kiedy Mistrz owo zdanie wygłosił*, bo b. mi to - opublikowanym w roku '66 - opowiadaniem "Prawda o Elektrze" - namaszczanego ongiś na vice-Lema (i faktycznie dość zdolnego, nie tylko jako pisarz SyFy ;) ) - Czechowskiego pachnie:

Andrzej Czechowski
Prawda o Elektrze


Byliśmy za miastem i bawiliśmy się w Elektrów. Arne zaczął liczyć, kto z nas będzie Elektrem, gdy nad nami rozległ się gwizd lądującej rakiety. Osiadła na ziemi kilkadziesiąt kroków od nas i chwilę kołysała się na długich, jak u pająka, łapach
— Nie znam takiego typu — powiedział Arne. — To widocznie nowy model.
Ja powiedziałem:
— Jeszcze nie widziałem takiej wielkiej rakiety.
Podeszliśmy trochę bliżej. Rakieta ugięła swoje łapy i dotknęła brzuchem ziemi. Była rzeczywiście dziwaczna. Na jej kadłubie wymalowano czarnym lakierem jakieś znaki.
— Dlaczego nikt nie wychodzi? — zapytałem.
— Głupiś — rzekł Arne. — Najpierw rakieta musi ostygnąć.
Ale bardzo szybko drzwi w brzuchu rakiety otworzyły się, wyskoczyła z nich długa, rozkładana drabinka i zszedł po niej ktoś w hełmie i srebrnym skafandrze. Wyglądał zupełnie jak człowiek Arne też tak uważał.
— Bardzo dziwnie wygląda jak na Elektra.
Tymczasem pilot zdjął hełm i zobaczyliśmy, że jest rzeczywiście człowiekiem. Arne aż gwizdnął przez zęby ze zdziwienia. W tej chwili pilot nas zauważył i zaczął machać do nas ręką, żebyśmy podeszli do rakiety
— Może lepiej zwiejemy? — zapytałem.
Arne był innego zdania,
— Chodźmy — powiedział. — Zwiać zawsze będziemy mogli.
Pilot czekał na nas, siedząc na stopniach drabinki. Gdy się zbliżyliśmy, zapytał o nasze imiona.
— Ja jestem Roy — powiedziałem
— Ja jestem Arne — powiedział Arne. — A ty jak się nazywasz?
— Tom.
Pilot uśmiechnął się szeroko i zapytał:
— Co tu robicie, chłopaki?
— Bawimy się w Elektrów — szybko odpowiedział Arne.
— Pierwszy raz słyszę — zdziwił się pilot. — Co to takiego Elektrzy?
Arnego aż zatkało. Pilot przyglądał mu się przez chwilę, potem przestał się uśmiechać.
— Należy wam się wyjaśnienie, chłopaki — po? wiedział. — Ja przyleciałem z Ziemi, wcale nie chcę was nabrać. Naprawdę nie wiem, co to jest Elektr.
— Kłamie — szepnął do mnie Arne. — Ziemia? Nie ma takiego miasta…
Pilot tymczasem zrobił taką minę, jak gdyby tył jeszcze bardziej zdziwiony niż Arne. Wyciągnął z kieszeni kombinezonu papierowy zwitek i błyszczące pudełeczko. Papier wziął do ust, pstryknął pudełeczkiem i to, co trzymał w ustach, zapaliło się. Nie płonęło wcale tak jak papier; ogieniek ledwie był widoczny, za to dymu było mnóstwo. Arne zakaszlał.
— No — rzekł zniecierpliwiony pilot — Ziemia Planeta w Układzie Solarnym. Bez blagi, możesz mi wierzyć. Powiecie mi teraz o tych Elektrach?
— Aha — zrozumiał Arne. — Ty jesteś z innej planety.
— Właśnie — rzekł pilot i zaciągnął się gryzącym dymem. Arne odsunął się o kilka kroków i trącił mnie łokciem.
— Niech mnie piorun — szepnął — jeżeli ja potrafię mu wytłumaczyć, co to są Elektrzy. To chyba wariat.
— Więc? — zapytał pilot.
Popatrzył teraz na mnie, dlatego odezwałem się:
— Są różne rodzaje Elektrów.
— Jakie?
— Policjanci — rzekłem. — Piloci, Myślotrony i Supermyślotrony, Tranzystowie i Lampowie.
— Aha. Roboty.
Przestraszyłem się.
— Tak nie wolno mówić. To bardzo brzydkie słowo.
Pilot uśmiechnął się niewyraźnie.
— Mniejsza o to. Więc bawiliście się w tych Elektrów?
— Tak — wtrącił się Arne. — To fajna zabawa. Najpierw liczy się, kto ma zostać Elektrem, a potem może on dawać temu drugiemu różne rozkazy, bo rozumiesz, tamten jest człowiekiem. Na przykład ma wejść na wysokie drzewo albo złapać trawlika, albo zerwać światłorośl z jakiegoś klombu i nie dać się złapać dozorcy. Potem ten drugi jest Elektrem i może się zemścić.
— Chyba na odwrót? — zapytał pilot. — Ten, co jest Elektrem, musi słuchać człowieka?
Arne umilkł i trącił mnie łokciem.
— Nie — powiedziałem — Właśnie tak, jak mówił Arne.
Pilot patrzył na nas tak, że poczułem się nieswojo.
— Chyba nie chcecie mnie przekonać, chłopaki — powiedział wolno — ze u was maszyny mogą wydawać ludziom rozkazy.
— Nie maszyny — zaprzeczyłem — tylko Elektrzy.
— A co w takim razie robią ludzie?
— Różne rzeczy. Pracują w sklepach z magneterią albo w elektrowniach.
— Czemu Elektrzy tego nie robią?
— Boby się namagnesowali — wyjaśniłem. — Można wywiesić na drzwiach kartkę: „Uwaga, 1000 gaussów”, i żaden Elektr nie wejdzie do środka.
— Gdzie jeszcze pracują ludzie? — zapytał pilot. — Są u was naukowcy? No, tacy faceci, którzy zajmują się fizyką, matematyką i tak dalej.
Spojrzeliśmy z Arnem po sobie.
— Nie — powiedział Arne.
— Może nie ma wcale szkół na tej planecie? Umiecie czytać i pisać?
Arne obraził się.
— Pewnie, że są szkoły — odparł. — Ale teraz mamy wakacje.
Pilot zgasił papierowy zwitek i wyjął drugi z kieszeni. Ręce mu się trzęsły, ale nie ze strachu, tylko ze złości. Pomyślałem sobie, że może lepiej by było uciec już teraz, ale nie chciałem tego powiedzieć Arnemu, żeby nie pomyślał, że się boję. Pilot wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem po trawie.
— Kto rządzi waszą planetą?
— Prezydent — powiedział Arne.
— Mam nadzieję, że jest to człowiek?
Arne wytrzeszczył oczy.
— Więc kto jest prezydentem, do diabła?
— Supernadmyślotron — rzekł Arne niepewnie.
Pilot był solidnie rozzłoszczony, ale nic nie powiedział, tylko zaczął chodzić coraz szybciej tam i z powrotem. Po jakimś czasie uspokoił się i usiadł ciężko na drabince.
— Słuchajcie, chłopaki — rzekł. — Albo ja zwariowałem, albo na waszej planecie dzieje się coś niedobrego. Zawsze uważałem to za niezły skandal, że statki z Ziemi odwiedzają gwiezdne kolonie nie częściej niż co dwieście lat, ale nawet nie przyszło mi do głowy, że przez ten czas może dojść do… buntu maszyn, bo coś takiego u was musiało się zdarzyć. Dlaczego ludzie słuchają rozkazów tych Elektrów?
Arne ubiegł mnie znowu:
— Bo oni są mądrzejsi.
Pilot zaklął tak okropnie, że ani ja, ani Arne nie potrafiliśmy zapamiętać tego, co powiedział. Miałem taką ochotę zwiać, jak nigdy przedtem.
— Dobra — opamiętał się pilot. — Nie powinienem się na was złościć. Ale zrozumcie przynajmniej, że mówiliście bzdury. Elektrzy to maszyny, które wprawdzie umieją szybko liczyć, ale na pewno, do stu tysięcy parseków sześciennych próżni, nie ma i nie będzie maszyny mądrzejszej od człowieka. Zresztą to ludzie je zbudowali, a nie odwrotnie.
— Właśnie że odwrotnie — uparł się Arne. Pilot miał zamiar zakląć, ale się opanował i nawet uśmiechnął się do Arnego.
— Gdybyśmy mieli trochę czasu, sam potrafiłbym zrobić takiego myślącego diabła.
— Nieprawda — powiedział Arne. — Żaden człowiek nie potrafi. Mój wujek próbował zrobić tranzystor i nic mu z tego nie wyszło. A Elektrzy są bardzo mądrzy. Sam znałem policjanta, który potrafił pomnożyć w pamięci dwadzieścia cztery tysiące pięćset osiemdziesiąt dwa przez piętnaście tysięcy sto cztery i wychodziło mu zawsze trzysta siedemdziesiąt jeden milionów dwieście osiemdziesiąt sześć tysięcy pięćset dwadzieścia osiem.
Pilot milczał jakiś czas. Za to Arne odezwał się znowu:
— Albo mój kuzyn Al. On znalazł zardzewiały kadłub Elektra na jakimś śmietniku.
— Tak? — zainteresował się pilot.
— Naprawił go i włożył na siebie — powiedział Arne ze smakiem. Opowiadał o tym chyba tysięczny raz i zawsze tak samo. — Potem poszedł do Klubu Elektrycznych Policjantów, tam gdzie są takie śmieszne stoliki w kratkę i na nich gra się w szachy. Jeden Elektr zaczął grać z Alem w te szachy. Al opowiadał, że Elektr od razu poznał, że Al jest człowiekiem, bo Al robił ciągle głupstwa i stracił dwa konie przez nieuwagę. Ale nie powiedział nic i zaprosił go do baru na trzysta woltów w impulsie prostokątnym. Al wetknął swoją wtyczkę w gniazdko i tak go kopnęło, że miał dosyć.
Pilot zagryzł usta.
— Więc — powiedział — jest wam diabelnie dobrze na tej planecie. Pewnie wcale nie chcielibyście, żeby było inaczej, prawda? Roy, chcesz mieć robota, który by musiał robić, co mu każesz?
Pomyślałem trochę i zaczęło mi się to nawet wydawać niezwykle przyjemne. Powiedziałem, że chcę. Pilot rozjaśnił się trochę.
— A ty, Arne?
— Czy on chodziłby zamiast mnie do szkoły? — chciał się upewnić Arne.
Pilot zmarszczył czoło.
— Nie.
Arne był zawiedziony, jednak powiedział, że chciałby.
— Ale u nas nie wolno mieć robotów.
Zamilkliśmy. Pilot zaciągnął się błękitnym dymem, jak gdyby była to największa przyjemność na świecie. Arne nie mógł na to patrzeć. Podszedł do jednej z nóg rakiety i zaczął ją oglądać bardzo dokładnie. Po chwili pilot zapytał:
— Chyba nie wszyscy ludzie słuchają grzecznie tych Elektrów? Tylko nie bujajcie, mówiliście przecież, że istnieje policja.
Nie wiedziałem, co powiedzieć, i oczywiście znowu Arne zdążył się wtrącić, chociaż był o kilka kroków dalej:
— Mój stryj, Leo, był kamerdynerem u jednego elektromózgu, przy ulicy Duodiody. To był stary Lamp, bez żadnego tranzystora. Stryj Leo opowiadał mi o nim mnóstwo śmiesznych rzeczy. Ten Lamp okropnie bał się piorunów i podczas burzy nie pozwalał uziemiać sobie chassis, żeby piorun go nie przepalił.
— Ciekawe — rzekł pilot. — I co dalej?
— Pewnego razu stryj był bardzo zły na tego Lampa — rzekł Arne — i na złość nie odłączył mu uziemienia. Akurat wtedy uderzył piorun i staremu popękały wszystkie ekrany. Stryj musiał za to przez rok kręcić dynamo.
— Bez przerwy?
— No, nie — powiedział Arne. — Sędzia skazał stryja na mnóstwo kilowatogodzin i stryj musiał tyle wykręcić na tym dynamku. Chodził kręcić codziennie wieczorami.
— Aha — mruknął pilot.
Arne usiadł na trawie naprzeciw niego i przechylił głowę do tyłu, żeby zobaczyć czubek rakiety. Ja miałem po uszy opowiadań Arnego, więc skorzystałem z okazji i zapytałem pilota:
— Ty sam przyleciałeś z Ziemi?
— Niezupełnie — powiedział pilot. — Na orbicie jest statek, nazywa się „Norbert Wiener” i ma trzysta czternaście metrów długości, licząc od dzioba do nasady zwierciadła. To, co widzisz, jest tylko rakietką zwiadowczą. W górze zostało dwunastu ludzi i dziesięć robotów. Dowodzi tym wszystkim komandor Lagotte, i niech mnie trafi sto kilogramów antymaterii, jeżeli nie jest on człowiekiem z krwi i kości.
— I roboty muszą słuchać ludzi?
— Jeszcze jak. Chodzą jak w zegarku.
— Czy Ziemia jest bardzo daleko stąd? — zapytał Arne.
— Światło leci od Słońca do waszej planety przez dwadzieścia trzy lata. My lecimy dwadzieścia pięć.
— O rany! — rzekł Arne, ale miał taką minę, jak gdyby wcale nie wierzył pilotowi.
— Łże — szepnął do mnie. — On sam wygląda najwyżej na dwadzieścia pięć lat.
Tymczasem pilot spojrzał na zegarek, zupełnie zwyczajny, i powiedział, że musi teraz wejść do rakiety.
— Jeżeli chcecie zobaczyć, jak jest w środku, to chodźcie — powiedział. Tylko ostrożnie, bez kawałów.
Weszliśmy na górę po drabince. Bałem się trochę, ale Arne wszedł do środka, więc nie mogłem być gorszy od niego.
Wewnątrz był pionowy szyb, w którym można było wspinać się po klamrach, a w jego ścianach otwierały się drzwiczki do kabin. Na samym dole gruba płyta zamykała przejście. Pilot powiedział, że za nią jest silnik i reaktor. Potem pilot zostawił nas samych i poszedł do jednej z kabin na górze. Gdy znikł w kabinie, Arne powiedział, żebym był cicho, i zaczął wdrapywać się do tej kabiny. Potem zajrzał przez otwarte drzwi i szybko zjechał na dół.
— Roy? — powiedział cicho. — Ten pilot kłamie.
— No?
— Kłamie, jak nie wiem co. Nie jest z żadnej Ziemi. To, co mówił o Elektrach, to blaga. Jak nie wierzysz, zajrzyj sam do środka.
Zbladłem chyba, ale zrobiłem tak, jak mówił Arne. Rzeczywiście: pilot siedział w dużym fotelu, przed tablicą wielkiego Elektra, jakiegoś supermyślotronu, warczącego i błyskającego ekranami. Miał na tablicy napis „Radiostacja”, pewnie tak się nazywał. Nie widziałem jeszcze Elektra, który by wyglądał bardziej groźnie. Mówił coś ostro do pilota, a on odpowiadał ciągle: „Tak jest, panie komandorze”, i nie było żadnych wątpliwości, kto z nich słucha czyich rozkazów. Wróciłem zaraz na dół, gdzie czekał Arne.
— A ja mu tyle naopowiadałem — powiedział Arne. — Wiejemy?
— Najszybciej jak można.
Zsunęliśmy się po drabince i byliśmy bardzo szczęśliwi, że udało nam się uciec.


* Pochodzi ono z "Dialogów", więc można by założyć, że w '57 i - jak zwykle - rzucona od niechcenia przez Lema myśl komu innemu na elaborat starczyła. Ale, że pomiędzy wydaniami z lat '57 i '84 dokonane zostały pewne zmiany, a dysponuję tym drugim, pytam na wszelki wypadek, bo wolę się upewnić.

9
Akademia Lemologiczna / Odp: Akademia Lemologiczna [Dzienniki gwiazdowe]
« dnia: Wrzesień 14, 2017, 12:41:58 pm »
Kolejny trop warty zbadania... Zastanawiam się czy "Podróż trzynastą" czytał Stanisław Pagaczewski, autor "Porwania Baltazara Gąbki", bo jego Kraina Deszczowców dziwnie Pintę warunkami życia przypomina:

"Książę skinął głową.
— /.../ Hipolit Gąbka obawia się, że tak długi pobyt brata w Krainie Deszczowców może niekorzystnie wpłynąć na jego zdrowie. Klimat jest tam okropny.
— Wilgoć. Bagna. Mgła. Reumatyzm — wyrecytował Smok jednym tchem.
— Deszczowcom to nie szkodzi — ciągnął Krak — ale normalny człowiek nie może tam dłużej przebywać niż dwa lata.
— O ile mi wiadomo, Deszczowcy uważają siebie za normalnych, a nas traktują jak gorszy gatunek ludzi."


W tym - równie totalitarna jest:

"Żeby was pokręciło — pomyślał profesor i ze złością wyłączył radio. — Żeby was pokręciło.
W tej samej chwili przypomniał sobie, że w owym kraju dolegliwości reumatyczne uważane są za oznakę świetnego zdrowia, toteż zmienił swe życzenie i westchnął:
— Żeby was wysuszyło. Żebyście się opalili na brązowo.
Ulżywszy sobie w ten sposób, wypił szklankę herbaty i wyszedł do miasta. Oczywiście nie zapomniał o parasolu. Dzięki niemu już z daleka zwracał uwagę na ulicach Kibi-Kibi. Mieszkańcy stolicy brzydzili się parasolami; zresztą wyrób i sprzedaż tych przedmiotów były surowo zabronione. Jedynie cudzoziemcy mieli prawo publicznie pod nimi paradować.
Po wyjściu z domu profesor skierował się w prawo, aby osiągnąć skrzyżowanie ulicy Mokrego Grzyba z ulicą Bagienną. Stał tam kiosk z gazetami, w którym profesor codziennie zaopatrywał się w dziennik pt. “Mokre Nowiny”. Sprzedawca gazet, pan Zenobiusz Akwadon, już z daleka go spostrzegł i wręczając mu dziennik zapytywał o zdrowie.
— Ach, niedobrze, niedobrze — odparł Gąbka — zaczyna mnie; łupać w kościach.
— To wspaniale! — zawołał pan Akwadon. — A drze pana w mięśniach pleców? Jeszcze nie? Cierpliwości! I to cudowne uczucie z czasem przyjdzie. A gdy panu spuchną stawy rąk i nóg, będziemy mogli rzec, że się pan u nas zadomowił na dobre.
— Dziękuję — powiedział profesor. — Wolałbym nie mieć reumatyzmu. Coraz bardziej tęsknię za słońcem.
Pan Akwadon obejrzał się trwożnie i przyłożył palec do ust.
— Pst! Nie radzę panu wyrażać głośno takich życzeń.
— Jestem obywatelem Grodu Kraka — powiedział Profesor — i nie obawiam się Tajnych Strażników. Gdyby mi się stało co złego, mój książę wiedziałby, jak się o mnie upomnieć.
Akwadon pokiwał głową z niedowierzaniem.
— Lepiej z nimi nie zadzierać. To niebezpieczne. Mogą pana zamknąć w twierdzy, a oficjalnie ogłosić, że utopił się pan w czasie kąpieli w Jeziorze Tysiąca Nenufarów. Zbyt pana cenię, żebym panu tego życzył.
Gąbka odczuł głębokie wzruszenie.
— Dziękuję. Widzę, że mam tu prawdziwych przyjaciół.
— Oczywiście, że tak — potwierdził Akwadon. — Większość z nas to ludzie porządni, tylko okropnie zastraszeni przez urzędników Największego Deszczowca.
W tej samej chwili Akwadon, spostrzegłszy zbliżającego się do kiosku obcego człowieka, zmienił temat rozmowy:
— Tak jest, panie profesorze, oto najnowsza gazetka z doskonałymi wiadomościami. U nas są zawsze doskonałe wiadomości. Służę panu, moje uszanowanie...
Profesor uchylił melonika, uśmiechnął się uprzejmie i powędrował ulicą Bagienną. W Kibi-Kibi nie brukowano jezdni ani chodników, ażeby nie pozbawiać obywateli przyjemności brodzenia po błocie i kałużach. Toteż profesor Gąbka zmuszony był do wykonywania dziwacznych skoków, w czasie których wielce pomocny był mu parasol, pozwalający na utrzymywanie równowagi.
W połowie ulicy Bagiennej, w dużym, bardzo wilgotnym domostwie, znajdował się sklep pana Mżawki. Można tu było dostać pierwszorzędne pieczywo, nadzwyczajnie klejące się do zębów, pełne smakowitych zakalców i grudek stęchłej mąki. Chleb i bułki ze sklepu pana Mżawki słynęły na całą dzielnicę, podobnie jak gnijące kartofle i buraki oraz biszkopty nasycone wodą morską. Mieszkańcy Kibi-Kibi bardzo chętnie zaopatrywali się w żywność w sklepie przy ulicy Bagiennej; profesor kupował tu jedynie landrynki, które na szczęście były zupełnie takie same, jak w jego rodzinnym mieście."


A jej mieszkańcy jak nic przekształcili się już w badubiny:

"— Niewątpliwie, Kraina Deszczowców jest bardzo mało znana. Musiałbym tylko dostosować swą kamerę do zdjęć podwodnych, bo słyszałem, że Deszczowcy większą część życia spędzają w basenach wypełnionych deszczówką.
— Słynny uczony Gregorius Simonides powiada w swym dziele pt. “Opisanie krain dziwacznych y wielce ciekawych na krańcach świata naszego znaydujących się”, że mają oni coś w rodzaju rybich skrzel, a ich palce są połączone błoną, podobnie jak palce gęsi lub kaczek."


Ponadto, w "Porwaniu...", jak w owej "Podróży...", istnieje bliźniaczy - wrogi pierwszemu - zamordyzm:

"Dostojnicy — jak jeden mąż — opalali się na specjalnie w tym celu zbudowanych pomostach, aby dać dobry przykład społeczeństwu. W Słonecji kult słońca stanowił coś w rodzaju panującej religii. Władcy wychowywali naród przy pomocy niezbyt przyjemnych metod. Słońce jest wielkim przyjacielem ludzkości, motorem wszelkiego życia, to prawda. Ale może też być przekleństwem, jeżeli jest go za dużo. Królowie Słonecji pragnęli uszczęśliwiać swój naród, nie pytając go wcale o zgodę. Nie ma nic gorszego nad uszczęśliwianie ludzi wbrew ich woli... Każdy z nas z przyjemnością pogrzeje się na słoneczku — pod warunkiem, że czynność ta będzie trwała tak długo, jak sam zechce. Pomyślcie jednak, co by to było, gdyby kazano wam opalać się przez dwanaście godzin na dobę. Brr... A tymczasem biedni poddani króla Słoneczko musieli wygrzewać się od rana do wieczora. Na jego rozkaz w całym kraju wybudowano setki pomostów drewnianych i zaopatrzono je w znormalizowane leżaki. Produkcja wszelkich zasłon, namiotów, parasoli itp. — została zakazana. Obowiązującym strojem mieszkańców Słonecji były pływki i kostiumy kąpielowe. Odpoczynek w cieniu traktowany był jak przestępstwo antyrządowe. Toteż wszyscy obywatele Słonecji byli wprawdzie wspaniale opaleni, jednak wcale nie uważali się za szczęśliwych. Ponadto panująca w tym kraju susza nie przyczyniała się do piękności krajobrazu. Ziemia pokryta była wyschniętą, mocno szeleszczącą trawą, a wszystkie drzewa można było policzyć na palcach rąk i nóg. Było ich bowiem akurat dwadzieścia. Sterczały ze spękanej ziemi jak czarne kikuty, pozbawione liści i owoców."

"Ministrowie poczęli się schodzić na Plac Ważnych Zebrań i zajmować miejsca na ławach. Wraz z nimi przybyli dziennikarze wietrzący wielką sensację. W Słonecji wychodziły tylko dwie gazety. Jedna zwała się “Promyk”, druga zaś “Słonecznik Powszechny”. Redaktorem pierwszej był pan Spirydion Ciepełko, drugiej zaś pan Euforiusz Foton. Obaj naczelni redaktorzy — stale z sobą skłóceni i nie lubiący się serdecznie — zajęli miejsca w loży prasowej. Czterdziestu ośmiu ministrów oraz stu szesnastu ich zastępców usiadło na ławkach rządowych. Wokoło stanęły szeregi królewskich gwardzistów. Były to chłopy na schwał: jeden w drugiego szczycił się dwoma metrami wzrostu. Gwardziści, ze względu na swój wzrost, uważali się za lepszych obywateli kraju, ponieważ promienie słońca w drodze na ziemię zatrzymywały się na nich nieco wcześniej niż na innych mieszkańcach.
Punktualnie o godzinie siedemnastej zjawił się na placu król Słoneczko. Na jego widok gwardziści wydali gromki okrzyk: — Czołem, królu Słoneczko — połykając jednak połowę zgłosek, tak że zabrzmiało to: “Czoł-król-słon”. Orkiestra, zgromadzona w jednym rogu placu, zagrała hymn państwowy, zaczynający się od słów:
“Słońce świeci, słońce grzeje, słońce praży...” zaś dostojnicy państwowi powstali ze swych miejsc, skandując miarowo:
— Król Sło-necz-ko, król Sło-necz-ko!
Gdy ucichły dźwięki trąb, puzonów, bębnów, czyneli i klarnetów — oraz okrzyki pełnych entuzjazmu ministrów — nad placem zapanowała głęboka cisza. Król Słoneczko wystąpił na podwyższenie i chrząknąwszy kilka razy, rozpoczął przemówienie."


ps. Bonusowo można zauważyć w w/w powieści obecność gatunków jakby z (tym razem o rok, nie dekadę, starszego) "Ratujmy Kosmos" wziętych:

"Drogą wijącą się przez Las Chudzielców sunęła amfibia, prowadzona pewną ręką Smoka. Samochód podskakiwał na wybojach, rozchlapywał wodę z kałuż i płoszył pętające się tu i ówdzie potworki, przypominające patelnie, zaopatrzone w cztery kudłate odnóża i długie, glistowate ogony. Na ich widok profesor Gąbka wykrzykiwał z przejęciem:
— Coś wspaniałego! To niezmiernie rzadkie okazy Stukotków Zajadłych. Są już na wymarciu i właściwie należałoby wziąć je pod ochronę. A te, podobne do skrzydlatych parówek, to są Chrobołki Sosnowe. Och, jaki śliczny okaz Kopytnika Kichawca! Smoku, zatrzymaj się, muszę go z bliska obejrzeć.
Poczciwy profesor zdawał się już nic nie pamiętać ze swych tragicznych przeżyć. Skoro tylko znalazł się na wolności, natychmiast zajął się swoją pracą, stanowiącą dla niego jedyny sens i urok życia.
Ale Smok, choć bardzo cenił wybitnego naukowca, niestety nie mógł spełnić jego życzeń.
— Kochany profesorze — powiedział — musimy jak najszybciej jechać do stolicy. Największy Deszczowiec gotów jest zebrać trochę wojska i mścić się na tych, którzy ośmielili się podnieść na niego rękę. To chyba jest ważniejsze niż zbieranie Okropików...
— Masz rację — rzekł profesor — ale muszę poprawić: Głaźniki nie mają nic wspólnego z Okropikarni. To zupełnie inny gatunek. Najpiękniejsze z nich noszą nazwę Dziwaczków Krętowłosych i są dalekimi kuzynami żab latających.
— Fe, jakie to wszystko paskudne — skrzywił Bartolini.
Profesor gwałtownie zaprotestował:
— Ależ nic podobnego. To urocze zwierzaki. przykład Ryjkonos Dębowiec to cudo; tak podskakuje , że nawet nieboszczyka potrafi rozśmieszyć."


B. luźne podobieństwo pewnego wątku owego dziecięcego przeboju lat '60 do - nieco młodszego dla odmiany - "Głosu..." (ale wątek odpowiedzialności moralnej uczonych wtedy w powietrzu wisiał ;)):

"— /.../ A co u ciebie? Złapałeś dziś kogo?
Salamandrus zaprzeczył ruchem głowy.
— Nie. Mogłem wprawdzie złapać dwóch młodych ludzi, którzy łowili żaby bez zezwolenia, ale powiem panu w zaufaniu, że mam już dość tej paskudnej roboty. Gdybym ich zaprowadził do Wielkiego Strażnika, mogliby się znaleźć na resztę swego życia w lochach twierdzy Kibi-Kibi.
Profesor Gąbka zadrżał z oburzenia.
— Nie rozumiem, jak można tak surowo karać za niewielkie przestępstwo. To okrutne!
Salamandrus uśmiechnął się gorzko i rzekł:
— Ja też tak uważam, panie profesorze. Ale takie są przepisy wydane przez Największego Deszczowca. Muszę ich przestrzegać, jeśli sam nie chcę się znaleźć w lochach Kibi-Kibi. Ale żal mi ludzi. Dlatego też staram się, żeby mnie z daleka widzieli i mogli na czas zniknąć, zanim ich przyłapię. W tym celu pływam w swej łodzi i śpiewam na głos wszystkie piosenki, jakie tylko znam. Słyszą mnie z daleka i uciekają... Marzę o tym, żeby pójść na emeryturę, ale niestety jestem na to za młody. Mam dopiero dziewięćdziesiąt osiem lat.
Baltazar Gąbka wiedział, że w Krainie Deszczowców trzeba mieć co najmniej trzysta lat, żeby iść na emeryturę, więc nic nie odrzekł, tylko westchnął głęboko. Już dawno doszedł do przekonania, że Największy Deszczowiec rządzi swym państwem srogo i bezlitośnie. Gąbka chętnie by wrócił do swej ojczyzny, gdyby nie zatrzymywały go badania naukowe. Fakt, że od dawna nie dostał ani jednego listu od swego brata Hipolita, wskazywałby na to, że Największy Deszczowiec przejmuje jego korespondencję, chcąc w ten sposób zerwać wszelkie więzy łączące profesora z ojczyzną. Baltazar podejrzewał, że władca Krainy Deszczu pragnie zatrzymać go na zawsze w swym kraju, nie mógł tylko zrozumieć powodów takiego postępowania.
— To jeszcze nie wszystko — powiedział Salamandrus i przysunął się do uczonego. — Gdy dziś w południe byłem na dworze Największego Deszczowca, usłyszałem od naczelnika straży pałacowej, że pańskie badania mają wielkie znaczenie dla wzmocnienia naszej armii.
— To bzdura — zawołał Gąbka — przecież latające żaby nie mają nic wspólnego z wojskiem. Moim celem jest jedynie nauka i nic więcej.
— Wiem o tym — rzekł Salamandrus — ale nasz władca pragnie wykorzystać pańskie badania dla celów wojennych. Czy pan nie zdaje sobie z tego sprawy?
— Oczywiście, że nie.
— Byłem tego pewny — powiedział dozorca Jeziora Tysiąca Nenufarów. — Pan jest człowiekiem uczciwym. Poza nauką nic dla pana nie istnieje. Całe nieszczęście polega jednak na tym, że są ludzie, którzy chcą zaprząc uczonych do służby nie mającej nic wspólnego z dobrem ludzkości.
— Ale cóż mogą mieć z tym wspólnego żaby latające?
— Bardzo wiele, drogi profesorze — powiedział Salamandrus. — Największy Deszczowiec na podstawie pańskich badań chce wyhodować żaby latające tak wielkie, żeby mogły służyć do przerzucenia wojska przez Morze Burzliwe i zaatakowania Grodu Kraka.
Baltazar Gąbka zerwał się z miejsca i krzyknął:
— To straszne! Czy jesteś tego pewien? Salamandrus pokiwał głową.
— Niestety tak. Postanowiłem powiedzieć to panu, żeby zapobiec nieszczęściu. Niech pan stąd ucieka jak najprędzej, błagam pana.
— A więc tak — wołał profesor chodząc wielkimi krokami po chatce. — A więc to tak. Największy Deszczowiec chce zniszczyć mój kraj. Chce uczynić nas niewolnikami, którzy będą musieli na niego pracować. Byłem tak naiwny myśląc, iż chodzi mu tylko o dobro nauki. Ach, co za fajtłapa ze rnnie. I jaki z niego łotr!
Sałamandrus położył palec na ustach.
— Pst. Niech pan tak nie krzyczy. Jesteśmy tu sami, ale kto nam zaręczy, że jakiś szpieg nie dostał się potajemnie na wyspę? W tym kraju trzeba trzymać język za zębami. To, cośmy tu mówili, wystarczyłoby, żeby nas wrzucić do najgłębszego lochu w Kibi-Kibi."


Tudzież wzmiankę o zielonej magii (której mistrzem jest Onufry Arkadiusz Paralaksa — Wielki Astrolog Książęcy /.../ i kawaler Orderu św. Jacka z Pierogami) - co znów każe spytać czy Mistrz nasz czytał Pagaczewskiego, czy im się tak okolicznościowo (nazewniczo) zbiegło.

(Przepraszam za rozbudowaną cytatologię, inaczej wypunktować podobieństw nie dało rady.)

Edit:
Po guglaniu widzę, że otwarte drzwi (poniekąd, bo u nas jednak wspominam o tym pierwszy, a i z pijesowymi bonusami nikt mnie chyba nie wyprzedził*) wyważam, p. Kuba Grom od "Nowej Alchemii" wcześniej pintowo-deszczowcowe pokrewieństwo zauważył:
https://www.biblionetka.pl/art.aspx?id=513667
Choć i tak jestem lepszy niż p. Tadeusz Nyczek, który, w "Wyborczej", błędnie przypisał Pagaczewskiemu pierwszeństwo (przed Lemem) w zakresie politycznej aluzyjności ;):
http://wyborcza.pl/1,75517,739176.html?disableRedirects=true
(Acz - z drugiej strony - to pan N. najwcześniej zwrócił uwagę na to, że coś twórczość dwóch Stanisławów łączy, więc...)

* Więc może jeszcze dwa dorzucę... U obu autorów mamy zabawne - minionym ustrojem pachnące - instytucje, nazwane równie komicznymi akronimami:

"W Krainie Deszczowców żaby stanowią jeden z największych przysmaków. Do niedawna wyłączne prawo połowu miał ŁOWŻAB. Od pewnego czasu Największy Deszczowiec zezwala swym poddanym na łowienie żab, pobierając za to wysokie opłaty. Każdy obywatel może złowić tylko dziesięć żab miesięcznie. Za przekroczenie tej ilości stosowane są niezwykle surowe kary, z których najłagodniejszą stanowi piętnastoletnie więzienie w najsuchszym lochu twierdzy"

I oryginalne zakony:

"Profesor, będący miłośnikiem muzyki, poznał “Pieśń płynącej wody”, skomponowaną przez ojca Hieronima Kropelkę z klasztoru Braci Mokrych, znajdującego się nad brzegiem Jeziora Śniętego Karpia. Był to bardzo starożytny klasztor, a jego mieszkańcy słynęli z dzieł muzycznych i literackich, a także z produkcji najlepszej w kraju wody sodowej."

10
Forum po polsku / Odp: Wokół Lema się dzieje
« dnia: Wrzesień 14, 2017, 11:24:27 am »
jak-mieszkanie-stanislawa-lema

Czemu on to nazwał mieszkaniem Lema, ten artysta, jak to ewidentnie laboratorium Trurla jest? ::)

Jest jeszcze jeden - bardziej Lemooczywisty

Nie taki oczywisty... Bo asymetriady chyba do okien stacji nie sięgały? ???

(I bez to sięganie, oraz znikomą banionisowatość siedzącego, w pierwszej chwili myślałem raczej, że to Rohan na tle metalowych szkieletów z Regis III, albo, że ktoś Pirxa - odchudziwszy go wcześniej i po prokrustowemu rozciągnąwszy - wysłał sadystycznie bez skafandra na Wenus z "Astronautów"  ;).)

Bajdełej: dlaczego p. red. Adamczyk nie sprawdziła, że Kelvin był Kris?

11
Forum po polsku / Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« dnia: Wrzesień 14, 2017, 11:11:10 am »
Fanatyk nie bierze się sam z siebie, ot. Więc właściwie czy "entuzjastyczny fanatyk", czy "desperacki" - ktoś go nakręca do akcji. Robi zamach dla kogoś, czegoś.

Powtarzające się strzelaniny w amerykańskich szkołach pokazują, że morderczy desperat może się wziąć sam z siebie. Islamizm, po prostu, nauczył się ten sort ludzi "instytucjonalnie" zagospodarowywać, a niezdecydowanych - którzy sami z siebie może by frustrację/desperację w mniej destruktywny sposób wyładowali - dodatkowo podkręcać właśnie*.

* Dokładając tym zresztą nową cegiełkę do starej regionalnej tradycji, bo "entuzjastycznych fanatyków", dla odmiany, hodował "przemysłowo" jeszcze Hasan ibn Sabbah.

Rozumiem, ze za darmo, ale nieme kino? Co to ma na celu?

Ot, bardzo chciał wystąpić w ukochanym serialu...

Skądinąd: takie nieme występy - mniej lub bardziej znanych fanów, to w "ST" sięgająca czasów pierwszej kinówki, do dziś żywa, tradycja. Podobnie zresztą członkowie ekipy produkcyjnej, zwykle w admiralskich rolach, na ekranie migali.

12
Hyde Park / Odp: no nie mogę...
« dnia: Wrzesień 13, 2017, 05:41:24 pm »

13
Odważę się dorzucić ten link (choć medialny), bo wywiad o specyfice dominikanów, a Arago - wiadomo - był dominikaninem:
http://natemat.pl/47067,dominikanin-zrzuca-habit-medialnie-i-z-rozmachem-o-pawel-guzynski-wszystko-przez-nasze-rozdete-ego-wywiad

I tu pojawia się pytanie, czy decyzja o uczynieniu w/w księdza członkiem Ordo Praedicatorum właśnie, wynikała z tego, że Lem orientował się w owej specyfice, czy tylko z faktu, że świadom był (jak my wszyscy pewnie) historycznej roli tegoż zakonu? I kolejne: czy wpływ na nią miało również to, że w Krakowie od wieków istnieje Konwent Świętej Trójcy?

ps. I jeszcze apropośna ilustracja, bo dynamiczny portret założyciela zdaje się nieźle metaforyzować dramatyzm sytuacji jego fikcyjnego współbrata:

14
Forum po polsku / Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« dnia: Wrzesień 13, 2017, 02:15:44 am »
Notaaa...właśnie - zapomniałam - z Allena ściągali;)

Hehe, to samo skojarzenie miałem, jak to pisałem  ;).

W sumie to myk wzięty z Bladego...androidy, które nie chcą być androidami i uciekają od swojego przeznaczenia.

I ogólnie z Dicka ("Impostor" z '53 jeszcze).

Ups...to był najdroższy odcinek w historii ST? Bo gaża musiała być królewska;)

Gdzie tam. Na ochotnika się zgłosił, jako fan*, i jeszcze nic gadać nie mógł, prawo związkowe mu nie pozwoliło.

* Nie on jeden, Hawking też.

ale czy taki zamachowiec jest w desperacji, czy w szczęśliwości, bo spełnia swój obowiązek - wie tylko on.

Też o tym pomyślałem pisząc  ;), ale służby mamy prawie dobre - wielu zamachom nie zapobiegły, ale ostatnie godziny sprawców paru niedawnych - odtworzyły: raczyli się narkotykami i niekoranicznym ankoholem gwoli znieczulenia, czyli raczej szczęśliwi nie byli. Mam zresztą - na podstawie doniesień medialnych i czytanych kiedyś analiz - wrażenie że niegdyś w tym fachu więcej było szaleńców i entuzjastycznych fanatyków, teraz - desperatów, kręconych przez fanatyków wolących zginąć na końcu (albo i - czego im nie życzę - przeżyć, i władzę wywalczyć). Inna sprawa, że w realnym życiu przytulenie desperata, jak już wysadzać się ma, na niewiele się przyda, za głęboko zabrnął. Ale i film o tyle realistyczny, że tam też - mimo najlepszych chęci - już nie pomogło.

15
Forum po polsku / Odp: Filmy SF warte i nie warte obejrzenia
« dnia: Wrzesień 13, 2017, 01:01:15 am »
Alele...w sumie to skąd te ludzio-maszyny? Automaty je produkują i wysyłają za granicę?

Niby była wzmianka, że w roli śpiochów po wojnie lepniaczo-wspanialczej  ;) zostały. Ale to norma dla tych króciaków, że - z powodów czasowych - nie dopowiadają, co im ino na dobre wychodzi, bo każdy widz może dotłumaczyć to czy owo sobie sam, niejeden pewnie lepiej niż by zdołali scenarzyści  ;).

Do terroryzmu - może i tak - ludzie bombki, ale tutaj zabijają negatywne emocje - czyli całkiem human ten SF;)

Human, human... Ten Japończyk w kawiarni (pamiętasz ten głośny zamach w tokijskim metrze?), potem jakby arabskie klimaty (i chyba nie tylko dlatego wybrane, że król Jordanii SF lubi ;))... W sumie czytałem to jako metaforyzację tego, co buzuje pod kopułką takiego zamachowca, w jakiej desperacji musi być, że się tak bierze i wysadza... I przesłanie odważnie ryzykowne - przytul terrorystę - z tego wychodzi...

Strony: [1] 2 3 ... 574